Limuzyna zatrzymuje się przed pomalowaną na biało kapliczką przy jednej z głównych ulic starej części miasta Las Vegas. W pobliżu znajdują się pierwsze kasyna i kluby ze striptizem. Obok wejścia, w małej altance, panna młoda w kremowej sukni z falbankami, oparta na ramieniu mężczyzny w grafitowym garniturze, pozuje do zdjęć. Kierowca otwiera drzwi od naszego samochodu. - Już jesteśmy - mówi, pokazując w uśmiechu białe zęby.
To dzień mojego ślubu. Wchodzimy z Rubenem, moim narzeczonym, i parą przyjaciół do budynku. W recepcji sekretarka prosi nas o licencję ślubną i podaje mi jeden z bukietów z białych róż, zanurzonych w kryształowym wazonie. - Poczekajcie chwilę, jeszcze trwa ceremonia ślubna - prosi.
Po chwili drzwi kaplicy otwierają się i ze środka wychodzi ciemnoskóra para w kwiecistym ubraniu. Tuż za nimi stoi siwy, pomarszczony mężczyzna. Uśmiecha się i zaprasza nas ruchem ręki do środka. - Jestem sędzią - informuje, zamykając za nami drzwi od kaplicy i od razu zaczyna odczytywać po angielsku tekst przysięgi ślubnej. - Gratuluję! Jesteście mężem i żoną.
Jestem zaskoczona. To się stało tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zdenerwować. Sędzia prosi naszych świadków, żeby poszli z nim na zaplecze i złożyli podpisy pod aktem ślubu. Wracają z postawnym mężczyzną przebranym za Elvisa Presleya. Ma na sobie czarną bluzę z frędzlami, ufryzowane włosy, oczy ukrywa za ciemnymi okularami. - How do you do? - pyta, wyciągając rękę na powitanie.
***
Las Vegas wybudowano pośrodku pustyni, głównie za pieniądze mafiosów. Uznali, że skoro stan Nevada zezwala na hazard, to jest to idealne miejsce do prania brudnych pieniędzy w kasynach. Dzisiaj niewiele osób przyjeżdża tutaj tylko po to, żeby zagrać w ruletkę. Za to Disneyland dla dorosłych licznymi atrakcjami przyciąga co roku prawie 40 milionów turystów. Krytycy twierdzą, że Vegas jest stolicą kiczu, jednak nawet oni przyznają, że ciężko od niego odwrócić wzrok.
Na pomysł ślubu w tym mieście wpadliśmy z Rubenem dwa miesiące wcześniej. Zaczęliśmy przygotowywać się do niego w tajemnicy. Mieszkamy w Meksyku. Jesteśmy ze sobą dziewięć lat. Stwierdziliśmy, że skoro rodzina i przyjaciele żyją na dwóch kontynentach, to dzięki naszej decyzji nikt nie będzie czuć się pokrzywdzony. Poza tym tego dnia chcemy dobrze się bawić, zamiast przejmować się przebiegiem wesela i wcielać w życie porady z artykułów pod tytułem: "Jak przetrwać własny ślub". Ja nigdy nie marzyłam o białej sukience i nie mam złudzeń: błogosławieństwo rodziców lub wystawne przyjęcie nie sprawią, że nasze małżeństwo będzie udane.
W jeden z weekendów rezerwujemy lot, hotel i podejmujemy najważniejsze decyzje związane z ceremonią. Przede wszystkim - jaki to ma być ślub? Klasyczny z udziałem sędziego? W stylu gotyckim, w przebraniach rycerza i księżniczki? W stroju pirackim czy hawajskim? A może przysięgę złożymy w helikopterze, a ślubną kolację zjemy na dnie Wielkiego Kanionu? Jest to droższa opcja, ale jakże romantyczna. Przypominam sobie, że kiedyś ze znajomymi zażartowałam, że pewnego dnia ślubu udzieli mi Elvis. Okazuje się, że sporo kaplic ma w ofercie ceremonie prowadzone właśnie przez sobowtóra piosenkarza.
Elvis kochał Las Vegas, a ono odwzajemnia to uczucie. Po raz pierwszy koncertował tutaj w 1956 roku, kiedy miał 21 lat. Potem, w 1963 roku, spędził w mieście kilka tygodni na planie "Viva Las Vegas". Film okazał się wielkim sukcesem i zarobił pięć milionów dolarów. Od tej pory miasto grzechu kojarzy się z tytułową piosenką. Cztery lata później 32-letni gwiazdor poślubił tu 21-letnią Priscillę Ann Beaulieu. W 1969 roku hotel International otworzył salę koncertową, w której Elvis zagrał niejeden koncert. Pracownicy kaplicy weselnej Wee Kirk O'the Heather wspominają, że piosenkarz planował ożenić się u nich ze swoją nową partnerką Ginger. Zjawili się nawet przyjaciele Elvisa, lecz pan młody zadzwonił w ostatniej chwili i poinformował ich, że jest w drodze do Memphis. Wkrótce zmarł, ale mieszkańcy miasta o nim nie zapomnieli. Nic dziwnego. Jeszcze za jego życia lokalni artyści występowali na scenie, naśladując Elvisa.
***
Nie jesteśmy aż tak spontaniczni i chcemy z wyprzedzeniem zarezerwować kaplicę. Decyzja nie należy do najłatwiejszych, bo w około 600-tysięcznym Las Vegas jest ich ponad 50. Każdy większy hotel czy klub golfowy ma w swojej ofercie ceremonie ślubne. Na stronie TripAdvisor internauci rekomendują najlepsze z nich. Wśród polecanych znajduje się The Little White Wedding Chapel, gdzie można wziąć ślub, siedząc w samochodzie. Właścicielką tego miejsca jest Charolette Richards, która pracuje w tym biznesie od lat 50. Udzielała ślubów m.in. Frankowi Siniatrze i Mii Farrow, Bruce'owi Willisowi i Demi Moore. 22-letnia Britney Spears, księżniczka popu, wyszła u niej za mąż za Jasona Allena Alexandra, przyjaciela z dzieciństwa. Miała na sobie dżinsy i czapkę bejsbolową. Ich małżeństwo zakończyło się po 55 godzinach, bo jak przyznała piosenkarka, nie była świadoma swojego zachowania.
A może powinniśmy pobrać się w Little Church of the West, drewnianej kaplicy przy Las Vegas Strip, w otoczeniu nowoczesnych hoteli? Niedaleko znajduje się zaprojektowany pod koniec lat 50. neon "Welcome to Fabulous Las Vegas", pod którym młode pary i turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Angelina Jolie w czasie 20-minutowej ceremonii poślubiła tam Billy'ego Boba Thorntona. Aktorzy przyszli na ślub w dżinsach, na szyi zawiesili fiolki ze swoją krwią. Było to drugie małżeństwo Angeliny, a piąte Thorntona
i zakończyło się rozwodem w 2003 roku. Nic dziwnego, że Las Vegas zdobyło reputację miejsca, gdzie ludzie pobierają się pod wpływem impulsu, lecz ich związki nie trwają długo.
Ostatecznie nasz wybór pada na Graceland Wedding Chapel. Kaplicę otworzono w 1951 roku i ponoć sam Presley udzielił właścicielom zgody na posługiwanie się nazwą jego posiadłości w stanie Tennessee. Tutaj kręcono sceny do pierwszej części komedii amerykańskiej "Kac Vegas". Tu też prawie trzydzieści lat temu Bon Jovi obiecał, że nie opuści aż do śmierci Dorothy Hurley, swojej szkolnej miłości. Miał wtedy 27 lat, jego oba albumy "Slippery When Wet" oraz "New Jersey" sprzedały się w nakładzie blisko 50 milionów egzemplarzy i był w trakcie trasy koncertowej po New Jersey. Nie informując nikogo, poleciał do Vegas, żeby w sekrecie złożyć przysięgę małżeńską. Młodzi nie mieli przy sobie nawet obrączek. Dzisiaj wychowują czwórkę dzieci i - co najważniejsze - nadal tworzą rodzinę.
Kaplica oferuje kilka pakietów ślubnych, najdroższy kosztuje 499 dolarów, najtańszy - 199 dolarów. Wypełniając kwestionariusz na stronie internetowej Graceland Wedding Chapel, musimy m.in. wybrać godzinę ceremonii, kolor kwiatów, zdecydować, czy chcemy limuzynę z kierowcą, tort, szampan, transmisję ślubną nadawaną na żywo oraz ile piosenek ma zaśpiewać Elvis. Płacimy zaliczkę w wysokości 100 dolarów i na parę tygodni mogę zapomnieć, że wychodzę za mąż.
Przed wyjazdem do Las Vegas mówimy o naszym planie rodzicom i najbliższym znajomym. - Prześlijcie filmik ze ślubu - prosi przez Skype'a mama, która straciła już wszelką nadzieję, że córka wyjdzie za mąż. Tata uśmiecha się w milczeniu do kamerki. Przyjaciółka z Polski obraża się. - Czy o twoim ślubie miałam dowiedzieć się z Facebooka ? - pyta w liście. - Poza tym myślałam, że jako katoliczka wyjdziesz za mąż w kościele. Kolega z Meksyku, któremu przebąkuję o naszych zamiarach podczas spotkania przy kawie i ciastku, reaguje entuzjastycznie: - Superpomysł ! Jednak jako prawnik radzę wam, żebyście wzięli ślub w Meksyku lub w Polsce. W razie czego łatwiej będziecie mogli się rozwieść.
***
Z parą przyjaciół zatrzymujemy się w hotelu Monte Carlo. Spacerując wieczorem wzdłuż Strip, kilkukilometrowej drogi, mijamy największe hotele świata. Excalibur (w kształcie zamku) organizuje pojedynki rycerskie, obok New York New York znajduje się kolejka górska, miniaturowy Most Brookliński i Statua Wolności. Hotel MGM kusi pokazami Davida Copperfielda. Z daleka widzimy oświetloną wieżę Eiffla, która przenosi nas do Paryża. Chłopak robi swojej dziewczynie zdjęcie na tle kopii rzymskiej fontanny di Trevi, a inna para płynie w gondoli po kanałach hotelu The Venetian. Na każdym rogu olbrzymie, interaktywne reklamy ze znanymi twarzami ze świata popkultury zapraszają do restauracji, sklepów i na przedstawienia. Mam wrażenie, że krzyczą do mnie bez cienia wstydu: "Mamy to, czego szukasz. Wydaj swoje pieniądze u nas!".
Na ulicy tłumy turystów. Trzech nastolatków z plastikowymi, świecącymi na zielono okularami spaceruje, trzymając w dłoniach puszki z piwem. Poprzebierani za transformery aktorzy proponują zdjęcie w zamian za napiwek. Pracownik agencji podróży zaprasza do biura i oferuje całodniową wycieczkę m.in. do parku narodowego Bryce, Wielkiego Kanionu i parku stanowego Valley of Fire.
Idziemy do Pub & Grill, jednej z trzech restauracji w Vegas, których właścicielem jest Gordon Ramsay, autor oryginalnej wersji "Kuchennych Rewolucji". Szybko okazuje się, że nie tylko my jesteśmy fanami jego programu i musimy stanąć przed wejściem w długiej kolejce. W końcu dostajemy stolik. Obok nas siedzi dziewczyna z czarnymi, długimi do pasa włosami, w towarzystwie kilku starszych kobiet. Przez ramię ma przewieszoną szarfę z napisem "Przyszła Panna Młoda", na głowie plastikową koronę. Trochę nietypowe miejsce na wieczór panieński. Kobiety mówią ze sobą po hiszpańsku, co mnie nie dziwi, bo przynajmniej połowa gości w naszym hotelu to Latynosi. Okazuje się, że tak jak my, panie przyleciały z miasta Meksyk.
- Laura za miesiąc wychodzi za mąż - mówi jej ciocia i poprawia ręką okulary w złotych oprawkach. - Postanowiłyśmy z siostrami zrobić jej niespodziankę i zabrać na weekend do Vegas. Co prawda jesteśmy już za stare na tańce, ale po kolacji idziemy na przedstawienie "O" Cirque du Soleil, ma świetne recenzje.
Laura skończyła szkołę kucharską, ale zarabia jako statystka w telenowelach. Wychodzi za mąż za chłopaka, którego poznała na studiach. Ceremonia odbędzie się na plaży w Cancun. - Lata temu przylecieliśmy do Vegas z mężem w podróż poślubną - opowiada ciocia przyszłej panny młodej. - Prawdę mówiąc myślałam, że zaraz się z nim rozwiodę. Zostawił mnie wieczorem w pokoju hotelowym i powiedział, że schodzi na chwilę do recepcji, bo zgubił swój klucz do pokoju. Znalazłam go po trzech godzinach w kasynie. Przegrał prawie wszystkie nasze pieniądze! Powiedział, że za wygraną planował kupić dom dla nas. Nie umiałam już dłużej się na niego gniewać. Widzisz, w małżeństwie trzeba umieć przebaczać.
***
Następnego dnia jedziemy z Rubenem do urzędu stanu cywilnego w centrum miasta. Wypełniamy kwestionariusz i stajemy w kolejce po licencję ślubną. Za nami nastolatka ubrana na biało z młodym chłopakiem, który tłumaczy jej, w jaki sposób ślub pomoże jej zdobyć zieloną kartę. Z przodu starsza para Azjatów. Trzymają się za ręce. Zaczynamy rozmawiać. Mówią, że pochodzą z Wietnamu, ale prawie całe życie mieszkają w Nowym Jorku. On jest wdowcem, ona rozwódką i mają dorosłe już dzieci. Od roku mieszkają razem, więc dla nich naturalne było, żeby zalegalizować związek. Chcieli zorganizować przyjęcie ślubne w swoim ogrodzie. Niestety, córce pana młodego pomysł się nie spodobał.
- Jej zdaniem za szybko pogodziłem się ze śmiercią żony. Poza tym wie, że długo nie pożyję i boi się, że nie dostanie po mnie domu - śmieje się pan młody. - Zdecydowaliśmy, że nic rodzinie nie powiemy i uciekliśmy tutaj.
Wybór nie dziwi. Każdego roku w Las Vegas pobiera się mnóstwo par - w ostatnim roku ponad 80 tys . Na początku lat 40., gdy miasto stało się stolicą rozrywki, zewsząd zaczęli przyjeżdżać narzeczeni, żeby zawrzeć małżeństwo. Początkowo zachęcało ich do tego prawo w Nevadzie. W przeciwieństwie do innych stanów w Ameryce, tu nie wymagano testów krwi, ani nie trzeba było czekać na ślub. Jak grzyby po deszczu kaplice powstawały w pobliżu starego miasta i przy wjeździe do Vegas.
Nevada jest też stanem o najwyższym odsetku rozwodów w całym kraju. Liczne biura adwokackie oferują szybkie i warte kilkadziesiąt dolarów usługi, zachęcając potencjalnych klientów ledwie kilkudniowym okresem oczekiwania na orzeczenie o rozwodzie. Już w latach 30. i 40. rządzący zrozumieli, że to kolejna kura znosząca złote jajka. Do położonego nieopodal miasta Reno zjeżdżały więc panie domu i gwiazdy srebrnego ekranu, by po sześciotygodniowym pobycie wrócić do siebie jako wolne osoby. W tym samym czasie w pozostałych stanach rozwód zajmował około roku.
W okienku urzędniczka prosi nas o paszporty i opłatę w wysokości sześćdziesięciu dolarów [teraz wynosi ona 77 dolarów - przyp. aut.] za wydanie licencji ślubnej. Dzięki temu dokumentowi ceremonia będzie ważna w Stanach oraz uznawana i w Polsce, i w Meksyku. Po powrocie do domu muszę tylko zamówić przez Internet akt ślubny, wysłać go do urzędu w Nevadzie, prosząc o apostille , przetłumaczyć dokumenty u tłumacza przysięgłego i zarejestrować ślub w polskim lub meksykańskim urzędzie.
***
Zjeżdżamy do recepcji, gdzie czekają na nas świadkowie. Mam na sobie kremową, koronkową sukienkę do kolan, którą kupiłam tuż przed wyjazdem. Ruben zamówił frak dzisiaj rano w recepcji i krawiec z miejscowej wypożyczalni dostarczył mu go przed godziną. Limuzyna ma nas zabrać do kaplicy dopiero późnym popołudniem, więc mamy trochę wolnego czasu, żeby pójść na drinka do jednego z hotelowych barów.
Mijamy restauracje oraz salę bankietową, z której właśnie wychodzi młoda para w białych koszulkach z czarnym napisem "Game Over". Przechodzimy obok kolorowych i głośnych automatów do gry. Przy stole do blackjacka krupier tłumaczy graczom zasady jednej z najpopularniejszych gier karcianych.
W barze Minus Five jest minusowa temperatura i wszystkie meble są z lodu. Hostessa przed wejściem do środka podaje nam kurtki puchowe, a mi wyjątkowo białe futro, za które nie zapłaciłam. Dziwię się. - To prezent od baru dla panny młodej - tłumaczy. Siadamy przy stoliku z lodu, a barman w czapce z nausznikami i rękawiczkach podaje nam wódkę z sokiem w szklankach z lodu. Eduardo, nasz świadek, mieszka na północy Meksyku, gdzie temperatury w lecie sięgają pięćdziesięciu stopni. Nigdy nie widział śniegu. - Wcale nie jest tak zimno - twierdzi, przeskakując z nogi na nogę.
Do środka wchodzą dwie pary w średnim wieku. Jedna z kobiet pociera ramiona i śmieje się, że zamarzają jej palce. Podchodzą do nas, żeby się przedstawić. Mówią, że są nauczycielami z Michigan i na kilka dni przyjechali do Vegas na wakacje. - Jesteśmy z mężem razem już razem 20 lat - rzuca w pewnym momencie Anne, tleniona blondynka z włosami do ramion. - My poznaliśmy się 25 lat temu - dodaje Tom.
Trochę zastanawia mnie, dlaczego stwierdza to z taką dumą. Moi rodzice są ze sobą sporo dłużej i nie traktują tego jako życiowego sukcesu. Raczej jest to dla nich normalne. - Połowa zaprzyjaźnionych z nami par jest po rozwodzie, więc mamy być z czego zadowoleni - mówi mężczyzna z siwym zarostem. Po czym opowiada, że jego dwukrotnie rozwiedziony kuzyn z trójką synów wdał się w romans z mężatką z czworgiem dzieci. Teraz mieszkają wszyscy razem i czekają na narodziny wspólnego malucha. Dzieci z poprzednich związków są o siebie zazdrosne i na wiadomość o przyrodnim rodzeństwie dwoje z nich uciekło z domu. To nie przeszkadza kuzynowi i jego żonie we wrzucaniu na Facebooka zdjęć uśmiechniętej patchworkowej rodziny. - W ogóle tego nie rozumiem - rozkłada ręce.
- Teraz młodzi czekają na księcia i księżniczkę z bajki - twierdzi Anne. - Wychodzą za mąż, ledwo się znając, ale za to z miłości. Pojawia się dziecko i zaraz decydują się na rozwód, bo coś im w drugiej osobie nie odpowiada. Zamiast pracować nad swoimi związkami, wolą dalej szukać ideału. - Jaki jest sekret waszego małżeństwa? - pytam. - Tego samego chcemy od życia, umiemy iść na kompromis i mamy wspólne zainteresowania - odpowiada Tom. - Poza tym mój mąż jest moim przyjacielem - dodaje jego żona. - Trzeba się lubić, żeby umieć ze sobą rozmawiać, kiedy dzieci wyjdą z domu.
***
Aktor w przebraniu Elvisa prosi, żebym wzięła go pod rękę. Stajemy przy drzwiach do kaplicy, kamerzysta w tym czasie tłumaczy Rubenowi, gdzie ma się ustawić.
Obejrzałam parę filmików na YouTube przed przyjazdem, więc wiem, czego się spodziewać. Nasza ceremonia jest jak hamburger z McDonalda. Taka sama kanapka, z tymi samymi dodatkami, przygotowana w ten sam sposób i szybko podana. Jednak jest dokładnie tym, czego oczekuję od ślubu w Vegas. Przez pięć minut mogę też poczuć się jak Rachel z "Przyjaciół", która w trakcie imprezy poślubia Rossa. Z tą różnicą, że ona w serialu zaraz z nim się rozwiodła, w moim wypadku wszystko jest zaplanowane.
Na znak kamerzysty w kaplicy rozbrzmiewa muzyka. "Elvis" podnosi mikrofon na wysokość twarzy i zaczyna śpiewać jedną z ballad Presleya. Rytmicznym krokiem prowadzi mnie do ołtarza. Następnie staje na mównicy, żeby nas powitać. - Czas na pierwszy taniec - mówi, kończąc przemówienie i śpiewa kolejną piosenkę. W pewnym momencie staje za naszymi plecami. Prosi, żeby powtórzyć za nim słowa przysięgi małżeńskiej, po czym ogłasza nas mężem i żoną. Mówi, że możemy się pocałować. A potem tańczymy z nim w rytm "Viva Las Vegas".
Kamerzysta daje nam znak, że skończył filmować. Jeszcze tylko kilka wspólnych fotografii i przedstawienie skończone. Wychodzimy rozbawieni, mijając w recepcji kaplicy następną młodą parę, która czeka na swoje widowisko.
Czas zacząć imprezę weselną. Limuzyna wiezie nas na lotnisko, gdzie za niecałe sto dolarów wykupiliśmy lot helikopterem nad miastem. Powoli ściemnia się. W samochodzie palą się światełka na niebiesko i różowo, szofer włączył muzykę. Na jednym ze skrzyżowań grupa dziewczyn wychyla się przez otwarty dach samochodu podobnego do naszego. Piszczą i tańczą, trzymając kieliszki szampana w ręku. Znowu czuję się jak na planie amerykańskiego filmu. Ze mną w roli głównej.
Honorata Zapaśnik. Dziennikarka, jej teksty ukazywały się m.in. w "Dużym Formacie", "Zwierciadle", "Więzi", "Dzienniku Polskim" w Londynie. Jest współautorką książki reporterskiej "Każdy zrobił, co trzeba". Pasjonuje ją Meksyk, który stał się jej drugim domem.