Naif wiózł mamie torebkę z Chrzanowa: brązową, ze złotym zamkiem. Nie była skórzana, ale wyglądała na drogą. Wybierać pomagała Milena.
Nie ukrywał jej specjalnie, wrzucił razem z ciuchami do walizki. Tylko dolary schował w bieliźnie. Podróż samolotem przebiegła spokojnie. Problemy zaczęły się od granicy. Autobusy od dawna nie kursowały. Wyciągnął z kieszonki w bokserkach 200 dolarów i dał taksówkarzowi.
To tylko 50 kilometrów, a jechali pięć godzin. Musieli zatrzymać się w pięciu punktach kontrolnych. Żołnierze sprawdzali wszystko. Nawet tapicerkę w drzwiach rozkręcali śrubokrętem. Jeden z nich przyczepił się do tej torebki. - Na pewno jej potrzebujesz? Na pewno? - dopytywał. Torebki nie wzięli, a ich puścili, bo papiery też były w porządku - we wrześniu 2014 roku Naif był jeszcze studentem. Z legitymacją studencką nie musiał zaciągać się do wojska ani walczyć za Asada.
Kościół
Syryjczyk na Erasmusie? - dziwili się wykładowcy w Warszawie. Tłumaczył, że wysłała go turecka uczelnia. Przed wojną studiował w Damaszku technikę dentystyczną. Gdy się zaczęło, złożył papiery na uniwersytet w Kayseri na inżynierię biomedyczną. Dostał się. Otrzymał też stypendium od rządu w Ankarze. Na początku było ciężko: musiał się przestawić z arabskiego na turecki, wyuczyć programowania w C++, AutoCad-a, anatomii. Na trzecim roku, czyli dwa lata temu, zdecydował się wyjechać na Politechnikę Warszawską.
Musiał się przyzwyczaić do wielu rzeczy. Do tego, że w akademiku pije się w każdy piątek; do tego, że kluby i bary otwarte są całą noc; do tego, że ludzie chodzą uśmiechnięci i wyluzowani. Po każdej imprezie i wyjściu do kina wracał do pokoju i sprawdzał, czy w domu w Dżaramanie mają prąd. Jak był sygnał, znaczy, że włączyli. Czasem na ten sygnał czekał dwa dni. Tato mówił mu przez telefon: - Uśmiechaj się do ludzi. To jest twój czas. Nami się nie martw.
Na pierwszą randkę Milena zabrała Naifa do kościoła (jest bardzo wierząca). Z premedytacją usiadła w pierwszej ławce, pod samym ołtarzem. Taki test. Naif nie miał z tym problemu.
Asad
W Dżaramanie, skąd Naif pochodzi, 80 proc. to druzowie. Są tolerancyjni. Najbliżej im do deizmu. Są pacyfistami, odrzucają ekstremizm i system religijny. Nie mają kapłanów ani świątyń. Modlą się po cichu, własnymi słowami, bo modlitewnych formułek też nie mają. Słuchają starszych. Nazywają siebie "grupą ludzi".
W tej wojnie nie kibicują nikomu. Naif mówi, że z wszystkich grup wyznaniowych w Syrii (72 proc. sunnitów, 12,5 proc. alawitów, 10 proc. chrześcijan, 3 proc. jazydów, 2,5 proc. druzów) tak zwane Państwo Islamskie najbardziej nienawidzi właśnie ich. Bo są antysystemowi. Jeśli więc Naif miałby wybierać między Państwem Islamskim a powrotem do autorytarnych rządów Asada, wybrałby to drugie.
Za jego rządów nie bali się mówić o swoim wyznaniu. Bo alawici też nie są ekstremistami. I alawita Baszar al-Asad dał druzom trochę wolności. Mama Naifa, kiedy chodziła jeszcze na studia na uniwersytecie w Damaszku, musiała nosić hidżab. Dopiero za Asada mogła go zdjąć. Nie mogła się za to wzbogacić. Żeby założyć własną firmę, trzeba było mieć wtyki - najlepiej znajomego w rządzie. O polityce nie mówił nikt. A gdy już mówił w towarzystwie, to był to wyraz najwyższego zaufania dla słuchaczy. Sąsiedzi mogli zaraportować ich na policję. Naif o polityce rozmawiał z ojcem i trzema najlepszymi przyjaciółmi. Potem nauczyli się o tym nie myśleć.
Zaczęli mówić dopiero w 2011 roku. Po tym, jak 6 marca ktoś się odważył i na ścianie liceum w Darze napisał sprayem: "As-Shaab yoreed eskaat el nizam!", czyli "Ludzie chcą obalić reżim!". Policja aresztowała 15 uczniów w wieku od 10 do 15 lat. Chłopcy zniknęli na dwa tygodnie. Trafili na przesłuchania, którymi kierował generał Atef Najeeb - kuzyn Baszara al-Asada.
Ich rodziny maszerowały pod budynkiem gubernatora, domagały się uwolnienia dzieci. Policja otworzyła do nich ogień. Protesty urosły w siłę. Chłopców wypuszczono. Byli okaleczeni. Bito ich, przypalano, wyłamywano palce. Do protestów przyłączyły się kolejne miasta. Naif sądził, że wszystko potrwa góra tydzień. Ale to nie mogło się skończyć szybko: po pierwszym tygodniu policja zabiła co najmniej 55 osób.
Na komendzie
Naif ma łagodne rysy, czarne włosy, ciemną karnację. W warszawskich klubach nikt go nie pobił. Tylko szturchali i deptali po nogach. Albo patrzyli tak, żeby poczuł, że patrzą. On uciekał wzrokiem, nie szukał zaczepki. Gdy szli z Mileną razem do znajomych, mówił, że studiował w Turcji, że latem był w Syrii. Nie przyznawał się, skąd pochodzi.
Gdy jechał autobusem do Warszawy, na dworzec zajechał radiowóz. Trzech funkcjonariuszy sprawdzało jego paszport. Wyginali, patrzyli pod światło. Pytali dlaczego przyjechał do Polski. W końcu puścili.
Na wiosnę zadzwonił do niego śledczy ze stołecznej policji. Wyrecytował mu jego dane osobowe i zaprosił na rozmowę. - Możemy spotkać się w kawiarni albo na komendzie. Jak pan woli - mówił. Naif, zanim się zdecydował, zadzwonił do Mileny. Powiedziała: - Idź na komendę. Niech sytuacja będzie czysta. Przecież nic nie zrobiłeś.
Siedli w pokoju przesłuchań. W środku dwa krzesła i stolik. Policjant pytał go przez godzinę: "Dlaczego przyjechałeś do Polski?", "Kim jest Milena?", "Kiedy byłeś w domu ostatni raz?", "Jaki masz stosunek do Asada?". Był bardzo miły. Na koniec ostrzegł go, żeby na majówkę nie wychodził i unikał kiboli w dresach - wtedy nastawieni są szczególnie patriotycznie, a policja nie ma na nich wpływu.
Pasożyt
W czerwcu 2014 roku Erasmus Naifa dobiegał końca, a Milena miała obronę. Przyjechali goście. Naif wybrał najlepszy bukiet kwiatów i nauczył się wyraźnie mówić "Dzień dobry, mamo". Potem wszyscy razem pojechali do Chrzanowa na wakacje.
Po trzech dniach od obrony Milenę zatrudniła międzynarodowa korporacja. Codziennie dojeżdżała do Katowic. Mama Mileny też pracowała. Naif zostawał sam w domu. Sprzątał i gotował. Zrobił na nich wrażenie pieczonym kurczakiem nadziewanym warzywami.
Nie wychodzili często. Na ulicach Chrzanowa Naif odróżniał się. Przyciągał wzrok. Raz ktoś go szturchnął, ale Naif twierdzi, że otwartej agresji nie było. Milena z kolei mówi, że dyskryminowali go na każdym kroku. Obserwowali, gapili się, docinali. Nawet w tej jej światowej korporacji wciąż przy kawie słyszała o najeździe pasożytów z Syrii. Odbierała to bardzo personalnie.
Po wakacjach Naif musiał wracać do Turcji. Miał do zaliczenia ostatni rok na studiach. Jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, we wrześniu, chciał pojechać na 15 dni do domu. Jego brat się żenił. Naif kupił bilety lotnicze: najbliższe połączenie do Libanu. Stamtąd trzeba wziąć taksówkę.
Przedpokój
Po ponad pięciu godzinach jazdy zatrzymali się na przedmieściach Damaszku. Naif wysiadł i poczuł chlor, krew i proch. Piekarnia obok ich domu zrujnowana. Kilka miesięcy temu na Dżaramanę spadły 62 rakiety.
Ojciec czekał w progu. Naif prawie go nie poznał: kompletnie siwy, z brodą. W domu czekały mama i siostra. One też się zmieniły. Twarz mamy cała w zmarszczkach. Oczy siostry zmęczone i smutne. Zaczął płakać. Tuliły go i uspokajały: - Nie martw się, u nas jest OK. Żyjemy.
Śpią i jedzą w przedpokoju. Przenieśli tu kanapę i biurko po tym, jak w czerwcu 2013 roku dwa pociski przebiły szybę w pokoju siostry, świsnęły jej nad głową i wbiły się w ścianę nad drzwiami. Cztery razy zmieniali okna. Szyby szły przez eksplozje - rakiety trafiały w sąsiednie domy.
Ostatnio jedna wpadła do mieszkania sąsiadów. W środku był dwudziestoletni chłopak. Na jego cześć przystroili budynek białymi weselnymi wstążkami. Jego matka stwierdziła, że był zbyt młody na pogrzeb.
Pierścionek
Naif do Mileny dzwonił na Skypie, gdy tylko włączali prąd (włączali na 2-3 godziny). Ona płakała, mówiła, żeby nie wychodził z domu. On przekonywał, że życie w Dżaramanie płynie normalnie: ludzie pracują, uczą się, chodzą na zakupy. Naif poprosił mamę, żeby poszła z nim wybrać pierścionek. Pytała, czy to nie za szybko, czy jest pewien. Naif był pewien. W środku małego sklepu ze złotem zastali tylko właściciela i ochroniarza z kałasznikowem. Wybrali złotą obrączkę i duży brylant.
Wyszli ze sklepu. Ktoś krzyknął: - Państwo Islamskie! Zaczęli biec tak szybko, jak umieli. Okazało się, że to fałszywy alarm. Ktoś widział bojowników 3 kilometry stąd, w mieście Al-Mleha. Dotarli do domu. Na dachu stał sąsiad z kałasznikowem. - To ty masz broń? - krzyknął Naif. - A kto obroni nasze kobiety przed Państwem Islamskim? Przecież one nie noszą hidżabów - odpowiedział sąsiad. Tego wieczoru Naif długo prosił ojca, by pozwolił mu kupić broń. Nie zgodził się. - Przyjdą nie tylko po nas. Zapukają do każdych drzwi, nie każdy się obroni. Mamy być lepsi niż inni? - pytał ojciec.
Brat wyprawił skromne wesele. Trwało dwa dni, a nie pięć, jak zwykle. Pierwszego dnia przyjęcie w piwnicy dla kobiet z obu rodzin, drugiego dla mężczyzn, a potem przyjęcie dla wszystkich. O 23 było już po wszystkim. Naif szykował się do powrotu do Turcji. Pierścionek razem z dolarami włożył do kieszonki w bokserkach.
Zaręczyny
Pół roku czekał na zaproszenie do Polski. Milena musiała wykazać, że ma warunki, żeby go przyjąć: przynajmniej 3 tysiące złotych na koncie, odpowiedni metraż. Potem Naif mógł się starać o wizę. W lutym przyjechał do Chrzanowa.
Kupił kwiaty, świece, balony i czekał, aż Milena wróci z pracy. On uklęknął, ona się zgodziła. Była w szoku, nie spodziewała się. Potem trochę się złościła, że taką decyzję podjął sam.
Mama wzięła ich na rozmowę do kuchni i powiedziała: - Wszyscy będą przeciwko wam. Będzie wam ciężko, ale wiedzcie, że jestem z wami . Milenie ulżyło. Pierścionek zmniejszała trzy razy. Teraz pasuje idealnie.
80 dolarów
Zaczęli mówić o przyszłości. Milena od razu zastrzegła, że do Turcji nigdy nie pojedzie. Nie mogłaby żyć w muzułmańskim kraju. On zgodził się, jemu też byłoby tam ciężko.
Nieraz udawał przed bardziej religijnymi kolegami, że jest muzułmaninem, żeby się odczepili i nie próbowali zaciągnąć go do meczetu. Ale nie mówił o tym Milenie.
Nie powiedział też, że w Turcji bywa niebezpiecznie. Raz poszedł do kolegi na kolację. Przy stole było dużo osób. W rozmowie wyszło, że Naif jest druzem. Jeden z gości zaczął go wyzywać od zdrajców i słabeuszy. Gdy usłyszał o Milenie, rzucił, że takie dziewczyny jak ona idą na handel, ale jeśli już skończyła 20 lat, to dadzą za nią nie więcej niż 80 dolarów.
Wzięli się za łby. Gdy wyrzucili gościa z domu, tamten krzyknął jeszcze, że zna nazwisko Naifa i znajdzie jego rodzinę. Naif nie był tym zdziwiony, nieraz słyszał o tym, że bojownicy Państwa Islamskiego przyjeżdżają do Turcji na wypoczynek. A potem wracają do Syrii walczyć dalej.
Żołnierz
W czerwcu 2015 roku Naif się obronił. Od tamtej pory nie może wrócić do kraju. Gdyby się odważył,
musiałby sięgnąć po broń i wstąpić do armii rządowej. Tak jak jego przyjaciel. Walczył między Aleppo a Idlib razem z setką innych żołnierzy. Wolna Armia Syrii otoczyła ich i rozstrzelała. Ocalało pięciu: czterech sunnitów i jeden druz - przyjaciel Naifa. Tylko jego zostawili i wzięli do niewoli. Matka zdążyła mu już pogrzeb wyprawić, bo przecież niemożliwe, żeby jeden przeżył. Po tygodniu dostaje telefon: 18 tys. dolarów za syna. Utargowała do 5 tys. Uzbierała, on wrócił. Tego samego dnia aresztowała go policja. Przesłuchiwali go tydzień: co im zdradził, kogo sypnął?
Na koniec dali mu kałasznikowa i znowu wysłali na front.
Uchodźca
Po obronie Naif czekał w Turcji na zaproszenie i wizę. Udało się. Przyjechał do Chrzanowa z gotowym CV. Wysyłał je do firm w całej Polsce. Myślał, że z jego wykształceniem zaraz coś znajdzie. Na maile nikt nie odpowiadał. Po trzech miesiącach zaczął dzwonić. Odkładali słuchawkę.
Cudzoziemcowi spoza Unii Europejskiej pracodawca musi załatwić pozwolenie na pracę. A to dodatkowe formalności. Naif zdecydował się sam to załatwić. Ma duże szanse: na 794 Syryjczyków przebywających w Polsce 211 otrzymało status uchodźcy. Dzięki temu mają i pozwolenie na pracę, i paszport genewski. Ten paszport pozwoli mu na normalne życie tutaj. Tam nie ma już powrotu. Jeśli wróci, będzie musiał walczyć za Asada albo zginie.
Naif pojechał z papierami do Warszawy. Wysłali go do Dębaka,
do tymczasowego ośrodka dla cudzoziemców. Spędził tam noc, bo biuro już było nieczynne, a nie miał u kogo się zatrzymać. W swojej sali spotkał dwunastu takich, którzy na decyzję czekają miesiącami, bo też nie mają u kogo się zatrzymać. A tu dostają jedzenie, miejsce do spania, kieszonkowe.
Następnego dnia dali Naifowi dokument tymczasowy, przyznali 700 zł zasiłku i powiedzieli, że może wracać do Chrzanowa. Na decyzję jeszcze czeka. Zapytał, czy może sprowadzić tu rodziców i siostrę. Odpowiedzieli, że nie, bo ma już skończone 18 lat i nie potrzebuje opiekunów.
Wcześniej też chciał ich ściągnąć, do Turcji. Już prawie dwa miliony syryjskich uchodźców znalazło tam schronienie. Mogło się udać również rodzinie Naifa. Ale ze stypendium nie utrzymałby siostry, matki i ojca.
Ojciec zresztą nie chce. Wszystkiego dorobił się sam: wyuczył się na księgowego, uzbierali z mamą na mieszkanie. Gdyby uciekł, znów zaczynałby od zera. Naif nie chce naciskać. - Kim ja jestem, żeby wydawać mu polecenia? Jeśli legalnie się nie da, to nielegalnie mają 50 procent szans na przeżycie. Mogą zginąć na morzu, albo zgnić w jakimś ośrodku dla uchodźców - mówi.
Zdjęcia
W Chrzanowie żyje się im dobrze. Tylko babcia Mileny mówi, że ten zasiłek państwo przyznało Naifowi niesłusznie. Ona na swoją emeryturę pracowała całe życie, a dostaje niewiele więcej. Oni nic na to nie odpowiadają i czekają na decyzję. - Najważniejsze, żeby Naif znalazł pracę i jakoś to będzie - mówi Milena.
Najbardziej chciałaby wziąć ślub kościelny, na którym będzie rodzina z Syrii. Ale żeby ją zaprosić, muszą dużo oszczędzić i przedstawić kwity z banku: na każdego gościa po 3 tysiące złotych. Czekają więc i odkładają pieniądze.
Czasem ktoś się zapyta, dlaczego nie wezmą na szybko ślubu cywilnego. To rozwiązałoby formalne problemy. Milena odpowiada, że nie chce, żeby ludzie myśleli, że jest dla Naifa tylko przepustką do Unii Europejskiej.
Ostatnio powiesili na ścianie zdjęcia: ze ślubu brata Naifa, z wypadu w Tatry i rodziców. Milena mówi, że w końcu zrobiło się przytulnie. Ale Naif namawia ją, żeby zdjęcia ściągnęła, bo za bardzo przypominają mu o tym, co się dzieje w jego rodzinnym domu.
*Niektóre nazwy, miejsca i imiona zostały zmienione
Karolina Słowik . Dziennikarka, publikowała m.in. w "Dużym Formacie", "Nowej Europie Wschodniej", "Tygodniku Powszechnym". Wcześniej redagowała wiadomości na portalu Gazeta.pl.