Reportaż

Był 11 września 2001 roku. Francisco drzemał na zapleczu knajpy (zawsze za dnia śpię, a nocą pracuję ). Duże łóżko, biurko, umywalka wciśnięta w kąt, sterta książek i połamane kije bilardowe. Przez dobry kwadrans ignorował dudnienie w bramę baru. Było blisko południa, a Francisco zwykle otwiera o szóstej wieczorem.

- Pamiętam ten dzień jak dziś. Dla mnie jest środek nocy, a ktoś na siłę próbuje dostać się do knajpy. Wstałem poirytowany; znajomy, jeden ze stałych klientów, walił w drzwi jak oszalały. Nie wiedziałem, co się dzieje, więc otworzyłem zaspany - wspomina z uśmiechem Francisco.

Klient wpadł za bar, wziął ręcznik, kazał Franciscowi owinąć nim głowę. Zaprowadził go do lustra.

- Wiedziałem, jesteś nim! Masz twarz Osamy - wykrzykiwał.

- Stary, ale kim jest Osama? - zapytał barman.

- To terrorysta, który wysadził w powietrze World Trade Center! Włącz telewizję!

W małym telewizorze nad barem Francisco w milczeniu oglądał doniesienia z Nowego Jorku i pierwszy raz usłyszał o liderze Al-Kaidy.

- Oczom nie wierzyłem. Wieże runęły jak domki z kart, wszędzie ogień i płacz, ogromna tragedia, a wszystko przez kolesia, który - tu spojrzałem po raz kolejny w lustro - wygląda zupełnie jak ja z ręcznikiem na głowie.

Kilka tygodni później Francisco zgolił brodę, którą pielęgnował przez 14 lat.

Terror uśmiechem

Ogromne Sao Paulo nie ma wiele wspólnego z niespieszną Brazylią. Finansowa stolica kraju nigdy się nie zatrzymuje. Na stacjach metra wciąż przelewa się kolorowa rzeka: biali finansiści pędzą do zamkniętych osiedli, skośnoocy do japońskiej dzielnicy Liberdade, czarnoskórzy do okolicznych faweli. Fan punkowej muzyki stoi w kolejce obok chasyda. Dwadzieścia milionów mieszkańców największej aglomeracji Ameryki Południowej ciągle gdzieś pędzi.

Tymczasem 55-letni Francisco Helder Braga Fernandes, ubrany w kurtkę moro, szarobure wojskowe spodnie, z turbanem na głowie, powoli przemierza Aleję 9 Lipca w centrum miasta. Pozdrawia znajomego taksówkarza, kłania się fryzjerce, a jego wygląd nikogo nie dziwi.

Może poza nami, dlatego ruszamy jego tropem i tak trafiamy do małej speluny. Dwa ciemne pomieszczenia, trzy stoły z plastikowymi krzesłami. Bar wyłożony kafelkami. Kilka butelek. Kega z piwem serwowanym w jednorazowych kubkach.

Bin Laden za barem serwuje piwo (fot. Mario Tama / Getty Images)

- Osama - przedstawia się barman.

Spoglądamy po sobie pytająco.

- Nie martwcie się. Nic mnie nie łączy z bin Ladenem poza wyglądem. Jego bronią był karabin, ja terroryzuję ludzi uśmiechem. Mam taką zasadę. Możesz wyglądać jak Osama, ale ludzie nie będą cię oceniać, dopóki jesteś dla nich miły .

- Wszyscy?

- No może poza strażnikami na lotniskach. Każda moja wyprawa zaczyna się trzy godziny przed wylotem, bo kilka sesji przeszukań mam gwarantowanych. Spławiam ich dobrym humorem.

Francisco urodził się w stanie Ceará, na północnym wschodzie Brazylii. Tam, gdzie świeci słońce, turyści wygrzewają się na plażach, a samba rozbrzmiewa w barach. W latach 60. i 70. tanie czartery z Niemiec i Wielkiej Brytanii nie docierały jeszcze w okolice Fortalezy, więc ludzie musieli pracować na roli.

- Wychowałem się w rodzinie farmerów. Rodzice mieli nas dziewiątkę, więc od najmłodszych lat pomagałem w polu. Zasada była prosta: urobisz się po pachy, to dostaniesz jeść - wspomina.

W 1978 roku ruszył za starszym bratem do Sao Paulo. Zaczął pracę na zmywaku w jednej z knajp. Potem imał się różnych zajęć, ale już wiedział, że założy bar. Planów nie pokrzyżował mu nawet wypadek samochodowy, po którym na kilka tygodni zapadł w śpiączkę.

Francisco Helder Braga Fernandes po prostu wiedział, że założy bar (fot. intoamericas.com)

Marzenie zrealizował pod koniec lat 90. Bar nazwał "Broda". To tam próbował dostać się zdesperowany stały klient, gdy rankiem 11 września 2001 roku usłyszał o zamachu na World Trade Center.

"Wujek bin"

- Długo broniłem się przed Osamą - rzuca Francisco zza baru. - Wychodziły z tego same tragedie: raz jeden kierowca rozbił samochód, gdy się na mnie zapatrzył. Pewna pani weszła z mojego powodu w słup. A często słyszałem, że jestem pier... islamistą, żebym spadał, gdzie pieprz rośnie.

Kilka lat po zamachu na World Trade Center broda Francisca zdążyła odrosnąć, a media wciąż informowały o poszukiwaniach lidera Al-Kaidy gdzieś na granicy Afganistanu i Pakistanu. Wtedy jeden z klientów "Brody" wezwał policję.

- Zadzwonił i mówi: "Bin Laden ukrywa się w Sao Paulo. Ile płacicie znaleźnego"? - opowiada Francisco. - Przyjechał patrol, policjanci mnie wylegitymowali i niemal posikali się ze śmiechu. Chyba nawet zrobiliśmy sobie zdjęcie razem, choć to było jeszcze przed erą selfie.

- Co się takiego zmieniło, że zostałeś Osamą?

- Życie. Jedna kobieta przyszła do baru i mówi: "Jesteś ojcem mojego syna". Nigdy dzieciaka nie widziałem, ale zaczęła mnie nachodzić. Zapłaciłem dla świętego spokoju z oszczędności na emeryturę. W barze słabo mi szło, ludzie mieli dość brazylijskiej muzyki i tych samych drinków.

- I?

- Raz przychodzi jakiś koleś i mówi: "Wyglądasz jak Osama. Możesz robić na tym pieniądze".

Od tego czasu Francisco przedstawia się jako bin Laden. Do pracy za barem wkłada strój moro i turban. A "Broda" została przemianowana na "Bar bin Ladena". W środku na ścianach znajdują się przylepione niedbale zdjęcia z fanami (często przebranymi za inne znane postaci, takie jak Batman czy Marylin Monroe). Przy barze wystawiono oprawione w ramki wydruki artykułów z zagranicznych mediów. Te z lokalnych gazet wiszą w koszulkach na sznurkach przyczepione spinaczami do prania.

Ściany "Baru bin Ladena" zdobią zdjęcia z fanami (fot. intoamericas.com)

Jest jeszcze jedna zmiana. Odmieniony Francisco puszcza w knajpie wyłącznie rock i metal.

Muzyka jego ulubionych zespołów, Led Zepellin i Black Sabbath, rozbrzmiewa z głośników ustawionych wokół stołu bilardowego. Bar w nowej odsłonie przyciągnął fanów ostrzejszych brzmień, stał się wręcz kultowym miejscem. W weekendy młodzież w glanach i w ciuchach z ćwiekami kłębi się w środku lub dopija drinki na zewnątrz.

- Mają mnie za wariata z dystansem do siebie - rzuca Francisco. - Wielu z nich nazywa mnie po prostu "wujkiem bin". Nowi klienci zawsze pytają o brodę. Zapuszczałem ją trzy lata, a nikt mi nie wierzy, że pięć lat temu przestała rosnąć.

Głosuj na Jezusa

Francisco znalazł swoich naśladowców: w Niterói, 25 km od Rio de Janeiro, można napić się caipirinhy w "Jaskini bin Ladena", w Juiz de Fora w stanie Minas Gerais znajduje się kolejny bar z nazwiskiem terrorysty w nazwie.

W Sao Paulo popularność zdobywa MC bin Laden, muzyk funkowy, który z brodatym terrorystą nie ma nic wspólnego. Łysy chłopak z faweli, w ciemnych okularach, z aparatem na zębach, ma już 700 tys. fanów na Facebooku. Lokalne media donoszą, że za koncert życzy sobie 12 tys. reali (ok. 12,5 tys. zł).

Ale jeszcze ciekawiej jest w polityce. W Brazylii prawo gwarantuje kandydatom do parlamentu oraz stanowych gubernatorstw możliwość startu pod przybranym imieniem i nazwiskiem. W ubiegłorocznych wyborach nie mogło zabraknąć bin Ladenów. Wystartowało aż trzech w różnych stanach państwa.

To dużo mówi o mentalności mieszkańców Ameryki Łacińskiej, a zwłaszcza Brazylii. Wielu widzi politykę jako teatr, w którym główni bohaterowie jawią się jako postaci ze świata popkultury.

Najbardziej znany z bin Ladenów, 49-letni Irma Manoel dos Santos Silva, próbował zdobyć głosy z ramienia Narodowej Partii Ekologicznej pod przydomkiem byłego lidera Al-Kaidy, choć walczył o wartości katolickie. Nie przeszkadzało mu to występować na plakatach z długą brodą, w więziennym stroju z flagą Brazylii.

- Z Osamą łączy mnie tylko broda. Jestem zdeklarowanym katolikiem, chcę chronić wartości rodzinne i motocyklistów - deklarował w wywiadzie dla gazety "Folha". - Nie mam żadnego wzorca politycznego. Najchętniej bym ich wszystkich powybijał.

Bin Laden nie dostał się do parlamentu, ale zdobył 2195 głosów. W innych okręgach startowali Jezus Chrystus (wieczny student, niespełniony aktor, zwolennik taniego transportu publicznego), Jaś Fasola (nazwę wybrał z powodu podobieństwa do Rowana Atkinsona i braku środków na reklamę) oraz Pan THC (zwolennik legalizacji marihuany). Do tego pięciu Baracków Obama, Profesor Mojżesz i Spiderman.

W wyborach w Brazylii startował m.in. Jezus... (fot. materiały wyborcze kandydata)
...i Barack Obama (fot. materiały wyborcze kandydata)

Pięć lat temu, w wyborach do parlamentu, Brazylijczycy najchętniej głosowali na klowna zwanego Titiraca. - Jestem analfabetą. Idę do kongresu, by zrozumieć politykę. Jak zrozumiem, to wam powiem, o co w niej chodzi - mówił wyborcom. Przed rokiem znów został parlamentarzystą. W takich sytuacjach dziennikarze przypominają sytuację z 1959 roku z wyborów do rady miejskiej Sao Paulo. Jedno z miejsc dostał nosorożec Cacareco z lokalnego zoo. Kogo więc może dziwić barman Osama?

Obama nie pije

- Nawet tak trudne sprawy jak polityka pokazują, że w żyłach Brazylijczyków płynie dobry humor - uśmiecha się Francisco. - Co prawda nie poznałem bin Ladenów, którzy startowali w wyborach, ale za to odwiedził mnie Obama.

- Jak to?

- Zaraz po zabójstwie terrorysty, telewizja wysłała do mnie sobowtóra prezydenta USA. Wiecie, Osama i Obama, zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową - ciągnie barman. - Ale Barack nie chciał pić.

W szafie Francisca wisi kilka mundurów. Dziś jest w moro, w którym pracuje na co dzień. Czasem zakłada wersję pustynną. Dziennikarze Al-Dżaziry wręczyli mu kremową tunikę i turban. W szafie trzyma też buty, z którymi pozował, gdy jedna z gazet zrobiła akcję rzucania obuwiem (wzorem dziennikarza z Iraku) do podobizny George'a W. Busha, byłego prezydenta USA.

- Kiedy Bush odwiedził Sao Paulo, chciałem go odwiedzić, ale pierwszy lepszy ochroniarz mnie zatrzymał. Nie wiecie, dlaczego? - chichocze brazylijski Osama.

Skoro w wyborach startuje nawet nosorożec, to kogo może jeszcze dziwić barman Osama? (fot. intoamericas.com)

Po zabiciu prawdziwego bin Ladena przez żołnierzy Navy SEAL's w maju 2011 roku, brazylijskie media na dobre rozkręciły karuzelę z udziałem Francisca. Jeden z producentów już następnego dnia wynajął barmana, kazał mu się owinąć białym prześcieradłem i położyć na jednym z wiaduktów w centrum Sao Paulo. Innym razem brazylijski bin Laden spacerował w telewizyjnym show z atrapą ładunku wybuchowego.

- Nie uważasz, że jest gdzieś granica dobrego smaku? - pytamy.

- Nie mnie to oceniać.

- Nigdy nikogo nie uraziłeś?

- Raz, ktoś przyczepił się, że w moim barze wisi obraz z Jezusem, a ja promuję moim wizerunkiem islam.

- I co?

- Nalałem mu drinka. Śmieję się, że za barem pracuję ja, Bóg i Allah. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chciałbym, by klienci zapominali o sprawach religii, polityki i terroryzmu. Nawet jeśli polewa im koleś z długą brodą i ręcznikiem na głowie.

Maria Hawranek (ur. 1987). Wciąż gada i czyta, dlatego została reporterką. Publikuje m.in. w Dużym Formacie i Wysokich Obcasach, miłośniczka Ameryki Południowej i współautorka bloga Intoamericas.com .

Szymon Opryszek (ur. 1987). Kiedyś napisał artykuł z wioski, w której mieszka babcia Baracka Obamy i postanowił zostać reporterem. Mimo miłości do Wschodniej Afryki i Kaukazu od dwóch lat rozwija reporterski projekt IntoAmericas.

Właśnie ukazała się reporterska książka Marii Hawranek i Szymona Opryszka pt. "Tańczymy już tylko w Zaduszki" . To mozaikowy portret innej, mniej znanej Ameryki Łacińskiej, którą tworzą małe społeczności egzystujące na peryferiach świata i czasu. Autorzy szukali pracy w nielegalnych kopalniach złota w Peru, mieszkali z boliwijskim menonitami, a w Paragwaju odwiedzili aryjską wioskę założoną przez siostrę Fredricha Nietzschego.