Zakład karny San Quentin nieopodal San Francisco. Niewiele jest takich miejsc w Stanach. Więzienie o maksymalnym rygorze, ale stare i przeludnione.
Nocami po korytarzach biegają szczury i karaluchy, a w celach farba odłazi ze ścian. Było budowane dla trzech tysięcy osadzonych, ale mieści prawie połowę więcej. W jednym ze skrzydeł jest cela śmierci. Na zastrzyk czeka tam siedmiuset skazanych.
Gdy zatrzaskują się za tobą kraty San Quentin, kończy się świat, jaki znałeś. Nawet morderca pierwszego dnia jest tu sam przeciwko całej reszcie. Na zewnątrz pan i władca, tu raczej bezbronna ofiara. Role się odwracają. W środku czeka na ciebie inna rzeczywistość, której musisz się uczyć od nowa. "Jeśli nie wiesz, która godzina, szybko kup zegarek" - mówią. Można sobie tylko wyobrazić, co się dzieje z tymi bez zegarka, gdy nocą gasną światła.
Pod budynek po drugiej stronie wewnętrznego ogrodzenia podjeżdża srebrny autobus. Świeżyzna. Nowi więźniowie wychodzą niemrawo z autobusu pod okiem strażników ze strzelbami w rękach. Ubrani są w niebieskie uniformy z papieru. Na wypadek, gdyby podczas transferu udało im się uciec albo ktoś ich odbił. Bez ubrań daleko nie zajdą.
Mężczyźni idą powoli, nogi krępują im kajdanki na kostkach połączone łańcuchem z drugą parą wokół nadgarstków. Ustawiają się w kolejce do rejestracji, potem wejdą do budynku, gdzie przejdą kontrolę osobistą. Stoją w ciszy, nie rozglądają się, nie rozmawiają.
Za siatką od strony spacerniaka przygląda się im kilkunastu więźniów. Nikt nie szarpie ogrodzenia, nie krzyczy do nich, nie szczerzy krzywych zębów w perwersyjnym uśmiechu. Po co, to nie film. Stąd nie ma wyjścia, przecież dopadną ich i tak. Obie strony siatki zdają sobie z tego sprawę.
Najważniejsza spośród zasad rządzących w kalifornijskich więzieniach: nie jesteś numerem, jesteś kolorem skóry.
W San Quentin nie rządzą strażnicy czy naczelnik, tylko wewnętrzny kodeks, którego złamanie oznacza śmierć. To jest brutalny świat, niepozostawiający nikomu wyboru. Jesteś z nami lub przeciw nam. Więźniowie uczą się tych zasad od dziecka na ulicy i w innych zakładach, do San Quentin trafiają już dobrze zorientowani.
W San Quentin masz do wyboru być rasistą lub być sam. Dać się wykorzystywać swoim albo wszystkim. Samotnik nie ma tu szans, zjedzą go żywcem, powiesi się w celi lub zwariuje ze strachu. Musisz należeć do którejś grupy. Z innymi nie utrzymujesz kontaktu, nie handlujesz, nie wymieniasz przysług. Nie siadasz z nimi przy jednym stole, nie rozmawiasz ani nie dzielisz się jedzeniem. Jak ci każą, bijesz; jeśli poproszą, dźgasz. Nie zadajesz pytań. Jeśli dostaniesz rozkaz i go nie wykonasz, tobie zrobią to, co miałeś zrobić tamtemu. Prosta zależność. Do gangu należeć musisz.
W kalifornijskich więzieniach jest raptem sześć gangów, które dzielą więźniów według rasy. Największe to La Eme, Meksykańska Mafia oraz latynoska Nuestra Familia. Są też czarna Black Guerilla Family, białe Bractwo Aryjskie i Nazi Lowriders. I jeszcze azjatycki gang Asian Boyz, w skrócie AZN.
Blood in, blood out. Gang przyjmuje nowych przez daninę krwi, a wyjście jest tylko jedno - przez kostnicę. Gdy wstąpisz raz, zostajesz do końca życia. Gang cię ochroni, ale nie za darmo, trzeba na to nieustannie pracować. Musisz stale udowadniać swoją lojalność. Może dostaniesz za to pół roku w karcerze, a może dziesięć lat do wyroku.
Na grypsy mówią tu "latawce". Znajdziesz na pryczy zwiniętą kartkę, nawet nie będziesz wiedział od kogo. Na niej rozkaz. W trakcie widzenia dadzą ci żyletki, przeszmugluj do bloku C. Odbierz kilka gramów mety, przynieś temu i temu. Zrób z czegoś shank , odpowiednik noża, przekaż "Pająkowi". Podczas spaceru zaatakuj "Azjatę". Strażnik się stawiał za mocno, daj mu nauczkę. Nowy odmówił wykonania polecenia. Miał dźgnąć czarnego. Dźgnij go na stołówce.
Inicjacja do większości gangów wygląda tak samo. Ktoś nowemu wyłoży podstawowe zasady, nowy zrobi trochę pompek, dostanie proste zadanie lub dwa. A potem, gdy będzie już gotowy, jego własny gang pobije go do nieprzytomności. Żeby wiedział, że to nie żarty. Chrzest przez krew. Blood in, blood out.
Dlatego gdy pół roku później dostaniesz latawiec z poleceniem wbicia ostrego szpikulca zupełnie obcemu człowiekowi, zrobisz to, mimo że nigdy nawet nie widziałeś dowódcy, który ten rozkaz wydał.
Blok RC, Reception Center. Izba przyjęć. Pierwszy adres każdego nowo zameldowanego skazańca. Olbrzymi, wysoki na trzy piętra hangar. Na całej powierzchni setki piętrowych prycz ustawionych co pół metra. Jak w obozie dla uchodźców. Mieszka tu tysiąc osób.
W nocy osadzony ma przynajmniej trzech innych na wyciągnięcie ręki. Dwóch po obu stronach i jednego nad głową. Stan Kalifornia oficjalnie nie może sankcjonować podziałów rasowych. Prycze są więc przydzielane losowo, możesz spać obok dwóch Latynosów i czarnego gangstera. W nocy strażnicy mogą mieć tylko nadzieję, że nic się nie wydarzy. Utrzymanie kontroli jest w tych warunkach niemożliwe.
Nowi noszą pomarańczowe drelichy dla odróżnienia od tych, którzy skończyli już "kwarantannę". W RC każdy nowy przez trzy pierwsze miesiące odsiadki podlega obserwacji. Trafiają tu z różnych powodów i z różnym nastawieniem. Jeden chce odsiedzieć swoje i wrócić do domu, inny od pierwszego dnia garnie się do gangu.
Tego pierwszego przeniosą potem do lżejszego skrzydła, drugi trafi do zamkniętej celi, pod ścisły nadzór. Przez trzy miesiące żyją jednak obok siebie, śpią na sąsiednich łóżkach, na wyciągnięcie ręki. Mordercy, gwałciciele i sprzedawcy narkotyków obok tych, którzy przez lata tłukli do nieprzytomności żonę, albo takich, za których najgorszą decyzję w ich życiu podjęły wściekłość i alkohol.
W San Quentin bunty i zamieszki wybuchają regularnie. Ostatnio trzy lata temu. Po wszystkim ponad czterdziestu wywieźli do szpitala, niektórych rozpłatanych nożami na pół. Od tamtej pory na dźwięk alarmu więźniowie mają obowiązek natychmiast położyć się na ziemi z rękami za głową. Jeśli któryś tego nie zrobi, snajperzy będą strzelać bez ostrzeżenia.
Strażnicy w San Quentin nie noszą broni. Próbują być przede wszystkim pomocni. Rozmawiają z osadzonymi, słuchają o ich problemach. Pomagają, jeśli mogą, czasem nawet nagną zasady. Rok nie wyrok. Tutaj takich nie ma, wszyscy są skazani na swoje towarzystwo na długo. Muszą jakoś razem żyć, rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę, broń stwarzałaby więc tylko niepotrzebne ryzyko.
Strażnicy nie noszą broni, ale wśród więźniów wszyscy ją mają. W cenie są noże i wszystko, czym da się ciąć, dźgać. Robią je z plastikowych butelek, szczoteczek do zębów, okularów, rantów muszli sedesowej, z wieszaka, zszywaczy, nogi od krzesła, mydła i maszynki do golenia. Ich pomysłowość nie zna granic.
Niewielu natomiast nosi broń przy sobie. Każdy ją raczej sprytnie ukrywa na terenie więzienia: w najmniejszych szparach, szczelinach muru, zakopują na spacerniaku, przyklejają do pryczy niczego nieświadomych sąsiadów. Wyjmują tylko wtedy, gdy ma się naprawdę przydać albo gdy ktoś im każe.
Oficjalnie nikt się nie przyzna, że należy do gangu, wszyscy boją się SHU. Secure Housing Unit, skrzydło pod ścisłym nadzorem. Karcer. Jednoosobowe cele trzy na trzy metry, bez okien, tylko prycza i latryna, nic poza tym. Jedzenie podaje anonimowy strażnik przez dziurę w drzwiach.
Osadzonym w SHU należy się godzina spaceru na dobę w betonowej studni bez dachu, dwa metry na sześć. Pozostały czas spędzają w zamknięciu, bez kontaktu ze światem. Z karceru zabierają ich czasem na obowiązkowe zajęcia resocjalizacji. Siedzą wtedy jak zwierzęta w ustawionych w półkolu stalowych klatkach metr na metr i słuchają wykładu. SHU to najgorsza kara, jaka może spotkać więźnia San Quentin. Niektórzy spędzają tu prawie cały wyrok.
Taka sytuacja, rozmowa czarnego i białego więźnia, może się odbyć wyłącznie za zgodą liderów gangów. To nie pogaduszki, tylko interesy.
Więzienny kodeks nie powstał, żeby organizować życie w środku, on jest tego życia pochodną. Nożami, żyletkami i szpikulcami ze szczoteczki do zębów, podczas dwóch gigantycznych buntów oraz niemierzalnej liczby małych scysji liderzy gangów doszli do porozumienia. Wyznaczyli zasady współżycia. Biali mają ławki na spacerniaku, czarni boisko do koszykówki. W stołówce Azjaci siadają przy stołach w rogu, Latynosi pod ścianą. Każda grupa ma swój teren, na który pozostałym wstęp wzbroniony. Jeśli na terenie gangu pojawi się obcy, od razu do niego skoczą, pobiją go, może dźgną. Nikt więcej nie spróbuje.
Więzienny kodeks ma więc na dobrą sprawę służyć dobru samych osadzonych. Jeśli wszyscy znają zasady, unika się niepotrzebnej walki. A to nie będzie przecież walka jeden na jednego. Gdy biały wejdzie na latynoski teren i go potną, pozostali będą musieli jakoś zareagować, są w końcu odpowiedzialni za swoich ludzi. Krótka droga do szeregu ciał w plastikowych workach ułożonych na ziemi.
Przed niewielkim betonowym budynkiem stoi kolejka skazanych, bacznie obserwowana przez trzech strażników. Wchodzą po kolei do środka na rewizję. Każdy musi się rozebrać do naga, pochylić, rozchylić pośladki, kaszlnąć. Strażnicy chcą mieć pewność, że po widzeniach na blok nie trafią niebezpieczne przedmioty. Wielu ukrywa je w zagłębieniach ciała. Potrafią przenieść żyletki pod językiem, we włosach prowizoryczny nóż, a ostry szpikulec w odbycie. Takie upokarzające rewizje wszyscy przechodzą niemal codziennie.
Na papierze w San Quentin wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane. Założenie jest właściwe: jeśli ktoś trafił do San Quentin, to znaczy, że złamał konkretne prawo. Powinien więc mieć możliwość pracy nad tą sferą swojego życia lub osobowości, która popchnęła go w niewłaściwą stronę. W San Quentin jest poradnia małżeńska i zajęcia z odpowiedzialnego rodzicielstwa, kontroli agresji. Można się nauczyć stolarki i odnawiania mebli, zdobyć kwalifikacje do pracy. Funkcjonuje Patton College, dający możliwość skończenia szkoły średniej, napisania matury. Łącznie oferowane są tu trzydzieści trzy programy resocjalizacyjne. Z których korzysta niecałe pięć procent więźniów.
To, czego nie ma w statystykach, to przeludnienie, szczury, karaluchy. Więzienny kodeks, który nie pozwala siedzieć ramię w ramię z kapitanem innego gangu i słuchać pani psycholog ani jeść w stolarni z tych samych naczyń co inni. W San Quentin nie da się po prostu odsiedzieć wyroku, wyjść i wrócić do życia, spłaciwszy społeczeństwu dług. To jest maszynka do mielenia ludzi. Gdy wchodzisz, raczej zostaniesz na dłużej, niż planowałeś.
Książka Tomka Michniewicza "Świat równoległy" to zbiór ośmiu reportaży o zjawiskach i miejscach, które wydaje nam się, że znamy. Pokazuje fundamentalizm muzułmański z perspektywy zwykłych Pakistańczyków, operatorów polskich sił specjalnych na misjach, ale też ich życie po służbie, elitę światowych sportowców ekstremalnych, turystyczne raje Tajlandii i Malediwów od kuchni czy źródła przestępczości w Johannesburgu dwadzieścia lat po upadku apartheidu. Po pokonaniu dziesiątek tysięcy kilometrów i poznaniu setek osób powstała książka zmuszająca do refleksji nad tym, jak złudna potrafi być nasza wiedza o świecie.
Tomek Michniewicz . Dziennikarz, reportażysta, fotograf, organizator wypraw i ekspedycji, aktywista. Autor trzech bestsellerowych, nagradzanych reportaży książkowych: "Samsara", "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" i "Swoją drogą". Autor programu "Inny świat" w telewizji TTV, audycji "Trójka Przekracza Granice" w Trójce i "Reszta świata" w Jedynce, redaktor naczelny serwisu podróżniczego KoniecŚwiata.net . Laureat czterech statuetek na festiwalu cywilizacji i sztuki mediów, odkrywców i podróżników Mediatravel, nominowany do Kolosów i nagrody National Geographic "Traveler".