ATAL to firma deweloperska, która "buduje powyżej oczekiwań". W Krakowie postawiła już kilka kompleksów wielorodzinnych, w tym apartamentowiec w miejscu dawnej fabryki Vistula, szyjącej garnitury męskie od czasów II wojny światowej. Teraz inwestuje w kolejne miejsce historycznie majętne - Miraculum. Na bunkier, w którym leżakowała Pani Walewska spłynie beton i stalowe zbrojenia z łóżkami, za kilka tysięcy za metr. Jest jeden problem. Zabłocie zasnąć nie chce.
Od czasów, kiedy produkcja kosmetyków wyprowadziła się z krakowskiego Miraculum na dobre, puste lokale po kremach, mleczkach i perfumach trzeba było wynająć. Chętni znaleźli się szybko, bo cena zachęcała. W konfekcji kremów do golenia Wars salę koncertową urządził Jacek Żakowski, magazyny wypchane kiedyś po sufit pudłami z Brutalem nadały się na warsztaty samochodowe. Hale produkcyjne przeszły w ręce designerów. Resztę zajęły małe firmy i biura. Do 2015 r. jest ich tu ponad osiemdziesiąt.
Teraz najemcy siedzą przy stołach i naradzają się. Gdzie się przenieść? Co spakować najpierw? Czy pozwolić się tak wyrzucić i zostawić za sobą wyremontowane przestrzenie? Jedni tylko pomalowali ściany i położyli podłogi, inni na remont wydali kilkaset tysięcy. Rośnie też żal do zarządcy. Wypowiedzeń nie przyniósł osobiście, a obiecywać lata najmu potrafił. O "dziewiątce" (budynek numer 9) mówią, że to część konserwatorska, wpisana do ewidencji zabytków Krakowa. Jej wyburzać nie powinni. Na korytarzu tej samej "dziewiątki" Edward, kiedyś główny automatyk, dzisiaj wytwórca monstrancji i kielichów kościelnych, rozłoży ręce i powie: - Boże, jak tu było czysto. Płyteczki zielone, kitle białe, cycuś glancuś.
Edward
Edward w Miraculum przerobił 24 lata. Pracowałby dłużej, ale nerwy go brały, bo na jego oczach firma upadała. Zwolnił się sam. Do fabryki trafił z kopalni, gdzie źle mu nie było. Smalcu dostawał tak, że sąsiadów mógł obdzielić i wszyscy chcieli być z nim w dobrych stosunkach. Dobrze było mieć Edka sąsiada. Kiedy zaczął pracować w Miraculum, żyć dobrze z nim chciały głównie kobiety. Perfum, kremów i mleczek mógł nabrać do folii albo słoików co niemiara. - Załatw mi tego Depilexa, mówiła do mnie koleżanka Irena. Miała wąsa, ale dobra kobieta była. Umarła na raka wątroby. Głód na te kosmetyki był ogromny - mówi, idąc korytarzami fabryki. Razem z nim idą rury perfumowe podwieszone pod sufitem. Tędy płynął Brutal i Walewska do filtrowni. - Powiem szczerze, że mnie te zapachy nie pasują, nie służą mi za bardzo. Wiem, że dziewuchy z fabryki mają zapasy. Jak przejdzie koło mnie taka i mnie dmuchnie, to nie wiem, gdzie uciekać - wzdryga się. Mimo to na każdym korytarzu głęboko oddycha, jakby czegoś szukał albo chciał się zaciągnąć. Pani Walewskiej ani Brutala już jednak nie czuje.
Bunkier
Właściciel firmy z instalacjami telekomunikacyjnymi: - Nowej siedziby jeszcze nie mam, ciężko o pomieszczenie dobre na magazyn i papierkową robotę. Jak wprowadzaliśmy się tu na pierwsze piętro, to wytrzymać się nie dało. Tak pachniało wszędzie. Gdzieś w piwnicach, tam, gdzie bardziej wilgotno, jeszcze czuć ten perfumowy odór.
Zapachy szły z bunkra, którym chlubiło się Miraculum od lat 50. To tu miały dojrzewać perfumy. W kamiennych kadziach leżakowały wody kwiatowe i czekały na swoją kolej do filtrowni. W żadnym zakładzie kosmetycznym w Polsce miało nie być tak wielkiego bunkra jak ten w Krakowie na Zabłociu. Podziemne zbiorniki z kamienia, tuż przy bramie wjazdowej, przechowywały spirytus z olbrzymich cystern, które opróżniano tuż pod okiem Edwarda. - Kiedy podjeżdżały wozy ze spirytusem, a na złączkach kapało, wiadomo, każdy, kto obrotny, podstawiał butelkę. Tu się alkohol lał hektolitrami - mówi. Podaje przepis na Panią Walewską. - Kiedy spirytus był już w bunkrze, zaczynało się kiszenie. Wlewali olejki, trochę zapachu i garść witamin. Kisiło się i kisiło. Komponenty były z Francji, drogie, sprawdzone. Kiedy wykupiła nas Kolastyna, próbowali kisić na rosyjskich. Nic nie szło, psuło się i śmierdziało.
Walewską zaczęli produkować w 1971 r. Kadzie już na nią czekały. Potem był Brutal. Ona luksusowa, spod lady, on egalitarny, dla prawdziwego mężczyzny. Zanim jednak się pojawią i staną po nie kolejki, Kraków pachnie wodą perfumowaną Bridge, Tango i wodą kolońską Lajkonik. W bunkrze kiszą się także Mira, Habanera i Prastara. Bunkier staje się taką dumą fabryki, że ciężko wyobrazić sobie, jak pracowano bez niego. A jednak. Przed nim to brygady wód kwiatowych własnoręcznie podlewały perfumy i mieszały. Zmęczenie i pot nikogo nie straszyły. W halach na taśmie był przecież płyn przeciw poceniu Dorado. Jeszcze wcześniej Czesław Śmiechowski produkował tu mydła. Wielu chciało u niego pracować, bo zapewniał deputat mydła do pensji. O tych czasach przypomina basen z 1927 r., przy głównym wejściu. Zbudowany, żeby schładzać masę mydlaną, z czasem stał się pracowniczy, później przeciwpożarowy. Dzisiaj zalegają w nim glony.
Neon
Małgorzata i Wiesława, siostry prowadzące sklep spożywczy: - Mamy się wynieść do pierwszego października. Zarządca sam nie przyszedł z wypowiedzeniem. Nie będziemy szukać niczego nowego na przeprowadzkę. Tutaj był wyrobiony klient, gdzie mamy nowego szukać? Pod supermarketem?
Sklep prowadzą od piętnastu lat. Przy wejściu urządziły stanowisko letniskowe. Dwa krzesła, stół, rabaty z kwiatami, zegar na ścianie w stylu brytyjskim. Klienci żałują najbardziej, "bułek z serca". Gdzie teraz takie świeże, domowe kupią? Dostawca napojów, najemcy lokali z całej fabryki, ludzie z zewnątrz. Wszyscy mówią o "bułkach z serca".
Ich lokal jest tuż pod ogromnym napisem na budynku: MIRACULUM. - Kto tu mieszkał, ten wie, jaki neon z niego bił w nocy - mówi Edward, który do sklepu pod neonem też zachodzi. W tej samej części fabryki biura ma firma podłogowa Dzik i Sweet Corner od słodyczy reklamowych. Trzydzieści lat temu była tu księgowość, dział kadr i sekretariat, a obok stołówka pracownicza. W tym czasie Edward miał dobre układy w kadrach i gorące ręce. Słynął wręcz w fabryce z silnych bioprądów. - Na konfekcji szybko plecy cierpły kobitom od zakręcania słoików. Wołały mnie wtedy, żeby je masować. Do sekretariatu też raz mnie wołały do pleców. Mówiły "Chodź Edek, przygrzej je tymi rękami". Latem przez te ręce mnie kobity nie lubiły, za gorący byłem na upały.
Kiedy Edward wychodzi na podwórko, przed oczami ma balety. - Taka atmosfera była. Związki działały, tańce, hulańce, wyjazdy. Do Zakopanego? Żaden problem. Do Nivei do Poznania? Jedziemy. Wszystko kobity załatwiły. Jeden wyjazd, drugi. Potem wracasz do roboty, a ktoś już spaceruje przez podwórko. Dowiadujesz się, że są parą. Tak się małżeństwa tworzyły.
Brutal na pierwszym piętrze
Pracownik Buchwic Concept Jewellery: - U mnie w pracowni widać jeszcze pod zlewem zielone płytki. Nie powiem, szkoda miejsca. I wynajem był tani. Tymi rurami szły perfumy. Kiedyś pachniało, teraz już nie.
W jego pracowni akurat trwa polerowanie pierścionków. Trzydzieści lat temu kontrolowano tu jakość mleczek, a za ścianą dźwig towarowy zwoził kremy do magazynów. Unosił tonę.
Za drewnianymi drzwiami na tym samym piętrze filtrowano wody kwiatowe z bunkra. Edward: - Jak my Brutala robili na drugiej zmianie, a było tego tyle, że nie szło przerobić, kto chciał, mógł do domu dorabiać. Mocne mieliśmy głowy, ale ile razy to się rozlewało z beczek, raz, drugi raz pękło. Pod koniec zmiany ludzie chodzili jak w amoku, od ściany do ściany, zamroczeni tymi oparami. Człowiek wychodził z roboty i pachniał jak pieron.
Brutal na bazie komponentu francuskiego miał być ziołowy i klasyczny. Perfum z tym samym komponentem użyje Roger Moore jako James Bond w "Żyj i pozwól umrzeć". Z czasem Brutal zacznie ludziom śmierdzieć. Odkryją wtedy jego nową zaletę. Odganianie much.
Oddział kremów
Drugie piętro. Ubrane w białe kitle przerobowe siadały na krzesłach przy maszynie. Włosy miały najczęściej w trwałej, a te z dłuższymi wiązały je w ciasne koki. Maszyny wymagały skupienia i ładu. Była to "czysta strefa", tylko do ważenia kremów w dwustulitrowych beczkach. Laboratorium wydawało rozpiskę składników, które przerobowe mają zabrać z magazynów. Wszystko sterylne, pełna dezynfekcja. Najważniejsza woda destylowana. Do niej dodawały olejów wszelakich: słonecznikowych, orzechowych, jakich się zamarzyło (Edward lubi wspominać, jak z oleju z orzeszków ziemnych smażyli sobie frytki). Potem mikser do beczki i czekanie. Konsystencje przerobowe obserwują zza małej szybki. Pytają jedna drugiej: - Już się zabiela na śmietankę czy dalej rosołek? - Ile dziewuchy się umodliły, żeby się zagęściło jak należy. Bo jak potem wyrzucić dwieście litrów kremu? - pyta Edward.
Trzydzieści lat później na oddziale kremów akcesoria do tatuażu sprzedaje Cyber Tattoo, a obrączki na wymiar robi Mariusz Deka. Przy oknach z widokiem na neon i Most Kotlarski - palarnia. Dwa krzesła obrotowe po przejściach i blaszany kosz z popielniczką.
Konfekcja
Bartosz Szejbal, właściciel klubu Fabryka: - Ja nie rozumiem, dlaczego mam się stąd wynosić. Mam umowę do grudnia, kontrakty z agencjami muzycznymi, koncerty tutaj są zaplanowane aż do zimy: Machine Head, Sepultura, Children of Bodom.
Na konfekcji nie ma nakazu chodzenia w kitlu. To już strefa brudna. Taśma i zakręcanie słoiczków. A od dokręcania gule w nadgarstkach wielkości śliwek węgierek. W jednym dziale kremy, w innym mleczka, dalej perfumy i kolorówka. Najpierw dokręcają tu Ultrasol, co "chroni przed słońcem i mrozem", później krem hormonowy. Gdy pracował tu Edward, najwięcej kręcono słoików z Panią Walewską. Kobaltowych, w kształcie kapelusza Napoleona. - To były niesamowite ilości. Jedna przelewała mleczko, druga zakręcała, trzecia kleiła nalepkę. Ciach, ciach, ciach. Chwileś się zagapił, już kupa słoiczków na taśmie - mówi.
Pierwszą taśmę produkcyjną włączają w Miraculum po wojnie. Będzie to maszyna do tubkowania i zacznie z niej wychodzić krem ochronny dla robotników. Trzydzieści lat później te same maszyny, trochę unowocześnione, zaczną wydawać kremy do golenia Wars. Edward: - 7 tubek na sekundę, sześć kobit, ekspresowe działanie. Chwileś się zagapił i kupa tubek przed tobą.
W konfekcji kremów do golenia Wars trzydzieści lat później powstanie klub Fabryka. Założy go Jacek Żakowski, który jest już właścicielem Alchemii na krakowskim Kazimierzu. W 2010 r. za najlepszy klub w Polsce dostanie Nagrodę Nocnych Marków. Potem do konfekcji Warsów wjedzie światowa wystawa ponad dwustu, podobno chińskich, zakonserwowanych ludzkich ciał. Zaraz po niej Żakowski sprzeda klub Bartoszowi Szejbalowi.
Tory
Jacek Żakowski: - Jestem tu od początku, od kiedy Miraculum się wyprowadziło. Klub sprzedałem, teraz odradzamy tu samochody. Są dla nas jak rzeźby, każdy centymetr blachy jest ważny. Dzisiaj robimy Triumpha Spitfire Mk3. Jeden taki zabytek rodzimy 3 miesiące. Do października musimy odejść, każdy się z tym liczył, ale przykre jest, że tu kolejne sypialnie dla samego zysku postawią. Ja się na takie budowanie bez kontekstu nie godzę.
Podwórko, które dzieli biuro i warsztat Żakowskiego, przecinają fragmenty torów. Edward: - Podciągnięto je tu specjalnie dla Walewskiej. Stąd wagonami w tonach lał się szampon jajeczny. Wagony odjeżdżały nawet na Syberię, ale wtedy do szamponu dodawali glikol, żeby nie zamarzał.
Trzydzieści lat później Panią Walewską można znaleźć w drogeriach sieciowych za 29 złotych. Na dwudziestolecie Biedronki wyląduje też w wersji GOLD i CLASSIC na półkach obok klopsów i pulpetów.
Magazyny
Właściciel firmy z melexami: - Mamy tu garaże. Przed pierwszym października po prostu sobie odjedziemy. Gorzej mają sąsiedzi.
Adam Solecki: - Obsługujemy rajdy, naprawiamy jeepy. Zainwestowaliśmy w generalny remont, bo najem miał być na pięć lat. Pierwszy tydzień po wypowiedzeniu był płacz, teraz jakoś się oswajamy. Trzeba zabrać maszyny, a remont zostawić za sobą. Deweloper kupił i koniec. Z nami nikt nie chce rozmawiać. Kontakt tylko przez internet.
Małgorzata, właścicielka Coffee Cargo: - Jesteśmy tu od półtora roku. Palarnia i kawiarnia w jednym miejscu. Schodzą się do nas ludzie z pracowni, kładą 5 zł na ladę i robią sobie kawę. Szukamy teraz nowej lokalizacji. Ciężko znaleźć coś wysokiego na 4 metry, a ja przecież muszę tam maszynę do palenia wprowadzić.
Cargo, Solecki i melexy zajęli powierzchnię dawnych magazynów na wyroby gotowe, skąd pudełka szły na załadunek do całego RWPG. Najwięcej ładowali szamponu jajecznego. Był to drugi płynny szampon w Polsce. Pierwszy, Finezję, Miraculum wprowadziło do sprzedaży w latach 60.
Laboratorium
Anna Piróg-Komorowska, lekarz weterynarii, wprowadziła się do budynku dawnego laboratorium dwa lata temu. Na kawę do Cargo przychodzi regularnie. - Czuję się tutaj młoda. Wchodzę na kawę, a wszyscy do mnie: "Cześć Ania, jaką chcesz kawę?". Jest nam tu dobrze, syn pracuje ze mną, wrócił z zagranicy. Teraz mamy odejść. Nie chcę, żeby znowu wyjeżdżał.
Tylko w Zielonej Lecznicy, jak mówi o swoim gabinecie Anna, zachowały się zielone płytki z Miraculum. W przychodni nocuje teraz Sikor nazywany też Matyldą, znaleziona sikorka, którą karmią twarogiem. Przed Anną i Wojciechem wyrabiano tu skóry na torebki, a jeszcze wcześniej składowano towar i prowadzono dział badawczy. W tym samym budynku na parterze trzydzieści lat później Jacek Żakowski z mechanikami remontuje zabytkowe samochody, a na piętrach pracują artyści i muzycy. Rzeźby z betonu robi tu Damian Rożynek, a w Galerii Kathedra Miesiąc Fotografii organizuje wystawy. Na najwyższym piętrze, w TakTik Studio, kawałki nagrywają raperzy z Nowej Huty.
Dach
Zarządca budynku, Modest Błasiak: - No jaki oni tutaj mają widok, ci, którzy nas otaczają? Z jednej strony lofty, z drugiej Garden Residence. Na co oni patrzą? Wie pani, ile tu ogrzewanie kosztuje? 80 tysięcy miesięcznie. Co by tu innego mogło być, skoro plan zagospodarowania jasno mówi: obiekty usługowo-mieszkalne? Mieli dostać miesiąc wypowiedzenia. Deweloper dał trzy. I tak poszedł im na rękę. W gabinecie zarządcy nagle coś chrupie w ścianie. Zarządca uspokaja: - To solidna konstrukcja, jeszcze się nie zawalamy.
Ale ściany pękają już na zewnątrz i na korytarzach. Niebieskie tynki się kruszą, zielone płytki też, neon nie świeci, a napisy na drzwiach powoli puszczają. Samoprzylepnym wyrazom "same" odpadają litery. Zainwestowali tylko ci, którzy jeszcze wynajmują.
Dawnej czystości żałuje Edward, gdy wchodzi schodami na dach, do maszynowni windy. Stąd widzi całą fabrykę jak dawniej, młyn i halę produkcyjną, którą budują za pieniądze z nadprodukcji. Trzydzieści lat później w miejscu młyna stoi apartamentowiec. Niedokończone hale z nadprodukcji zburzono i postawiono osiedle strzeżone, z trzema punktami kontroli.
Z dachu widać kursujące samochody do przeprowadzek. Przy załadunku komentują: "Jadą na nas buldożery".
Magdalena Dudka . Reporterka. Kiedy nałogowo nie czyta reportaży i książek Małgorzaty Musierowicz, pisze i przegląda magazyny. Publikowała m.in w "Dzienniku Polskim".
Piotr Idem . Fotograf. Z aparatem nie rozstaje się nigdy. Zdobywca Grand Prix PUOT Expo 2013. Dotąd publikował zdjęcia i teksty w "Gazecie Wyborczej", "Dużym Formacie", "Tygodniku Powszechnym", "Newsweeku", "Wprost" i "Doc! Photo Magazine". Od siedmiu lat można śledzić jego prace na blogu piotridem.blogspot.com .