Są ludzie, którym trudno pomieścić w sobie i osobiste prawo do szczęścia, i świadomość tego, że w tym samym czasie gdzieś na świecie toczy się wojna, ktoś jest głodny. Czy można czuć się szczęśliwym, gdy wokół jest tyle cierpienia?*
Właśnie dlatego, że to cierpienie jest, warto się uczyć bycia szczęśliwym. Gdyby go nie było, nie byłoby potrzeby się tego uczyć – każdy byłby szczęśliwy i już. Tymczasem nie wystarczy urodzić się i żyć, żeby doświadczać tego uczucia. Zobacz, że nieszczęścia uczyć się nie trzeba, to właściwie każdy ma zagwarantowane. Każdemu kiedyś umrze ktoś bliski, każdy doświadczy jakiejś straty, choroby, niesprawności, a wszystko to może stać się powodem do zwątpienia w szczęście.
Od czego zacząć tę naukę?
Od tego, co dla każdego jest dostępne – od zapanowania nad swoimi myślami. Nie da się zapanować nad tym, co się dzieje na świecie, bo od przeciętnego człowieka w tej kwestii bardzo niewiele zależy. Nawet nad uczuciami, które się w związku z jakąś tragedią, złem i cierpieniem pojawiają, nie można mieć pełnej kontroli. Swojej wrażliwości nie da się zmienić. Natomiast zawsze można mieć kontrolę, i to nie chwilową, ale żelazną, nad tym, jakim myślom poświęca się swoją uwagę. To się nazywa koncentracja.
Można koncentrować się na wojnie i na nieszczęściu, otworzyć w swoim umyśle furtkę i wpuszczać przez nią wyłącznie zagrożenia. Jest to nawet zrozumiałe z punktu widzenia neurofizjologii. Jakieś 350 tys. lat temu człowiek musiał funkcjonować w ten sposób, bo z każdej strony mógł wyskoczyć drapieżca i co krok czyhało jakieś zagrożenie. Wówczas zwracanie uwagi na to, co niebezpieczne, było istotne, bo warunkowało przetrwanie. Dzisiaj życie ludzkie wprawdzie nadal bywa zagrożone, ale w mniejszym stopniu. Można więc podjąć decyzję, by przez tę furtkę w umyśle wpuszczać mniej katastroficzne treści. To jest wybór.
Informacje o zagrożeniach płyną do nas strumieniami. Chyba coraz trudniej nam zamknąć tę furtkę i nie dopuszczać ich do siebie.
Dziś możemy śledzić to, co się dzieje nawet na drugim końcu świata, niemal na bieżąco. Wiele zagrożeń obserwujemy z daleka, czytamy o nich, oglądamy je w telewizji, ktoś nam o nich opowiada. Docierają do nas doniesienia na ten temat za pośrednictwem mediów w czasie rzeczywistym, kiedyś nie wiedzielibyśmy aż tyle. Wyobraźnia pobiera informacje o niebezpieczeństwie i zaczyna działać nawet wtedy, gdy realne zagrożenie dotyczy nas tylko w małym procencie. Doniesienia dotyczące wojen czy katastrof są dla większości myślących ludzi przerażające i można je głęboko przeżywać. W tym momencie warto jednak postawić sobie pytanie z nieco wyższego poziomu: czy coś, co można przeżywać, trzeba przeżywać? Uważam, że przeżywać warto tylko to, co dzięki swojemu przeżywaniu można albo zminimalizować, jeśli jest złe, albo zmaksymalizować, jeśli jest piękne.
W życiu chodzi o to, by być skutecznym. A ta skuteczność nie polega tylko na tym, by np. umieć ugotować sobie jajko czy zapewnić dach nad głową. To także umiejętność zareagowania choćby na informacje dotyczące wojny czy innych dramatów tak, by się nie osłabiać. Czy unikniesz wojny albo ona szybciej się skończy, gdy będziesz rozmyślać o tym, jaka jest straszna, i przez to nie spać nocami? Czy to myślenie komukolwiek w czymkolwiek pomoże? Czy ty będziesz miała z tego jakąś korzyść? Raczej przeciwnie – będziesz się czuła słabsza, rozbita, płaczliwa, a to wpłynie negatywnie na jakość twojego życia.
Poza tym, to, czym się zamartwiasz, ma wpływ na ciebie i twoich bliskich, dzieci, osoby, z którymi pracujesz, rozmawiasz. Swoje poczucie strachu i nieszczęścia możesz przekazać im, a nie sprawcom tego zła, które tak zajęło ci głowę. Dążenie do szczęścia to nie jest oczekiwanie, że świat będzie usłany płatkami róż, że nikomu nie będzie działa się krzywda, a raczej umiejętność zajęcia się tym, co jest dla ciebie dobre, co możesz dobrego zrobić. Trzeba nauczyć się szukać takich rzeczy, które dają nadzieję, radość, ulgę. Wychwytywać te informacje, które ci służą, a nie skupiać się na tych, które cię ciągną w dół.
To może być trudne – przestać o czymś myśleć, bo te myśli pojawiają się same. Da się nad tym zapanować?
O ile nad uczuciami zapanować się nie da, jeśli nie jest się fakirem, o tyle nad myślami już tak. Wielu ludzi skarży się, że nie może przestać o czymś myśleć. I ja czasem proponuję im, by ilekroć pojawia się jakaś natrętna myśl, brali do ręki "Pana Tadeusza" i uczyli się go na pamięć – wers po wersie – aż się nauczą wszystkich dwunastu ksiąg. I wcale nie żartuję! Bo gdy do umysłu trafia nowa treść, to ona zajmuje miejsce tej, którą chcemy z umysłu wyrzucić. Decyzję, jaką treścią zapełnić swój umysł, każdy może podjąć sam. Warto wyrobić w sobie taki nawyk. Chodzi o to, by być ze sobą w ciągłym dialogu i pytać siebie: czy to, o czym myślę, mi służy? Nawet jeśli ktoś z rozmaitych powodów już w dzieciństwie nauczył się dostrzegać same zagrożenia i na błękitnym niebie widzi tę jedyną chmurę, z której może spaść deszcz, może dziś podjąć decyzję, że chce to zmienić. Tu nie potrzeba żadnych działań z zewnątrz. Każdy nosi w sobie taką możliwość, aby siebie przekonać, że zamartwianie się nie sprawi, że to, co jest przedmiotem troski, minie szybciej.
Większość z nas czymś się jednak zamartwia.
Martwienie się jest najgorszą strategią! Warto raczej poszukać w swoim życiu czegoś, co może uspokoić, ostudzić emocje i czym można się pocieszyć. Z pozytywnym nastawieniem łatwiej rozwiązywać problemy. W trudnych chwilach warto sobie pomyśleć: "jakie to szczęście, że mam dwoje zdrowych dzieci. Dzięki mnie na świecie są te istoty, pogodne, wesołe, przecież wielu ludzi nie może się tym cieszyć" albo "moja mama zmarła, ale już nie cierpi". Chodzi o to, by nauczyć się myślenia: "tak, świat jest trudny, dzieją się na nim złe rzeczy, na które nie mam wpływu, ale ja wciąż mam się z czego cieszyć". W naszej kulturze to może wydawać się trudne. Powszechne wydaje się nastawienie negatywne, szukanie wokół tego, co złe, opowiadanie o przykrych rzeczach, wspominanie głównie tego, co niedobre. Zachęt z zewnątrz do rozmów o trudach, smutkach, niewygodach i powodach do narzekania zawsze będzie mnóstwo. Można temu ulec, ale można też mieć odwagę wybrać inny sposób myślenia i odczuwania. Ta odwaga może polegać na tym, że ktoś weźmie do ręki ciekawą książkę, przeczyta fragment, zajmie nim myśli i w ten sposób odnajdzie swoją własną furtkę do pięknego ogrodu. Tylko że to się nie wydarzy samo – to trzeba zrobić.
Każdy powinien się nauczyć takiego skanowania rzeczywistości w poszukiwaniu tego, co mu służy?
Nawet nie powinien, a musi. Trzeba nauczyć się wybierać elementy, z których chce się budować swoje życie. Może to robić już małe dziecko, oczywiście jeśli dostanie taką szansę. Wyobraźmy sobie dwulatka, który próbuje sam włożyć buty. Wydają się takie same, więc pewnie przy pierwszym podejściu lewy wyląduje na prawej nodze, a prawy na lewej. Mama czy tata mogą wtedy zareagować tak: "daj, ja ci szybko poprawię, bo jest źle". Wtedy dziecko, owszem, dowie się, że coś zrobiło nie tak, i to jest ważna informacja, ale nadal nie będzie umiało samo tych bucików dobrze włożyć.
Idealnie byłoby, gdyby dorosły, który jest obok, w takiej sytuacji był chętny do pomocy, do udzielenia wskazówek, ale pozwolił dziecku samemu sprawdzić, który wybór jest dobry. Może powiedzieć: "mogę ci, synku, pokazać, po czym poznasz, który but jest na którą nóżkę – po klamerce z boku. Spróbuj założyć odwrotnie i zrób parę kroków – sprawdź, czy ci wygodnie".
Ten mały chłopiec ma szansę się wtedy nauczyć myśleć o tym, co robi, dowiedzieć się, że od jego wyboru zależy, czy mu będzie wygodnie czy nie, ale też co zrobić, gdy jest niewygodnie – spróbować inaczej. I to jest bardzo ważny moment! Potem, jako dorosły, też będzie dokonywał wyborów – ale już będzie wiedział, że warto podejmować decyzje, które są dla niego dobre, służą realizacji jego celów. Gdy będzie chciał kupić mieszkanie, rozważy różne propozycje i wybierze tę, która jest dla niego najlepsza. Nie podda się urokowi mieszkania na poddaszu, bez windy, skoro ma małe dziecko. Co więcej, poczuje, że własne wybory dają przyjemność, satysfakcję, zadowolenie. Każdy, komu uda się zrobić coś dobrze, dobrze wybrać, ma nawet nie prawo, a obowiązek czuć dumę z siebie.
Zdarza się, że ktoś ma wyjątkowo trudny czas w życiu. Mówimy czasem, że "nieszczęścia chodzą parami". Jeśli komuś wszystko naraz się sypie – małżeństwo kończy się rozwodem, traci pracę i jeszcze umiera mu ukochany pies – wtedy bardzo trudno utrzymać się w pionie i nie paść na deski pod naporem tych ciosów. Można sobie jakoś pomóc?
Znam taki sposób, który sprawdziłam na sobie i często polecam go osobom w takich trudnych sytuacjach, bo uważam, że działa skutecznie. Jest prosty: znajdź swoje zdjęcie z czasów dzieciństwa, gdy miałaś 5, 6, 10 lat – takie, na którym najbardziej się sobie podobasz. Postaw je na szafce nocnej albo zapisz w telefonie. Za każdym razem, gdy mierzysz się z czymś, co wydaje się przytłaczającym wyzwaniem, powiedz do tej małej siebie: "widzę, że masz wielki problem, ale ja ci pomogę, zobaczysz, że razem sobie z tym poradzimy". To działa dlatego, że w tych trudnych sytuacjach boi się i jest przytłoczona ta mała dziewczynka w tobie. Ale ty jesteś już dorosła, dojrzałaś, znasz życie, wiesz o wiele więcej niż ona, wiesz, co zrobić, i możesz jej pomóc się z tym uporać. A jeśli nie wiesz? To potrafisz się dowiedzieć, sprawdzić różne strategie, przekonać się, która jest skuteczna w danym przypadku i później, w przyszłości, również wykorzystywać to doświadczenie.
Mnie pomaga, gdy w trudnych chwilach cofam się pamięcią do przykrych momentów z przeszłości i uświadamiam sobie, że przecież je przetrwałam, choć wtedy wydawały się przytłaczające.
Uświadomienie sobie, że nawet najciemniejsza noc nie będzie trwała wiecznie, przynosi ogromną ulgę. Wisława Szymborska w wierszu "Nic dwa razy" napisała takie wspaniałe słowa, które w tym miejscu warto sobie przypomnieć: "Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś – a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne". To jest obietnica, że wszystko minie. Wystarczy chwilę poczekać, nie wpadając w panikę, pozwolić, by czas upłynął. Jest tylko jedna bardzo ważna uwaga: samo przetrwanie czegoś nie jest jakimś szczególnym osiągnięciem. Nic nie robiąc, też przetrwasz – zawsze i wszystko, bo to po prostu minie. Możesz w kółko upadać i się podnosić, robić takie jałowe przebiegi, tylko z tego niewiele wynika. Więc ja do tej twojej metody dodałabym jedno ważne pytanie: co konkretnie zrobiłaś, że stanęłaś na nogi po tych trudnych wydarzeniach? Jakie wykorzystałaś narzędzia, jak sobie pomogłaś? To jest pytanie o sprawczość. Chodzi o to, by z tych sytuacji czegoś się uczyć, dowiedzieć, co działa, i wyciągać wnioski na przyszłość.
Być może kiedyś wyjście z potrzasku zajęło ci dwa lata. Tyle czasu potrzebowałaś, by dowidzieć się, że pomaga ci np. długa rozmowa z kimś życzliwym, przemeblowanie mieszkania, krótki wyjazd do spa, napisanie długiego listu, by wszystko z siebie wyrzucić, wzięcie adwokata czy cokolwiek innego. Dziś z podobną sytuacją poradzisz sobie szybciej. Wykorzystasz to, do czego wcześniej doszłaś.
A szukanie plusów w tym, co wydaje się negatywne, może pomóc?
Niektórym pomaga racjonalizowanie przykrych zdarzeń. Można sobie pomyśleć: "Ta praca chyba wcale nie była taka wspaniała, a skoro mnie z niej wyrzucili, to najwyraźniej się na mnie nie poznali", "tyle razy byłam nieszczęśliwa w tym małżeństwie, nie mogłam już wytrzymać tych ciągłych kłótni", "gdyby ten mój ukochany pies żył dłużej, musiałby mieć wiele operacji, bo był bardzo chory. To dobrze, że ominęło go takie cierpienie". Racjonalizacja bywa pomocna, bo pozwala dostrzec plusy tam, gdzie na pierwszy rzut oka przysłaniają je minusy. Gdy wyprowadza się dorosłe dziecko, można czuć smutek i lęk przed samotnością, ale można na tę sytuację popatrzeć w inny sposób – to przecież dowód na to, że jest samodzielne! Z kolei dla rodziców to doskonała okazja, by mieć więcej czasu na swoje pasje. Szukanie szczęścia w nieszczęściu jest trochę jak zmienianie kwalifikacji czynu. Te przykre sytuacje już się zdarzyły, są faktami. Chodzi teraz o to, by popatrzeć na nie inaczej, zmienić perspektywę.
A jeśli w jakiejś sytuacji, pomimo starań, nie uda się zna - leźć niczego dobrego, nawet maleńkiego plusa?
Jest takie magiczne słowo – akceptacja. Uznanie, że to, co się stało, po prostu jest... Chyba najgorsze, co można zrobić, to drobiazgowo analizować takie zdarzenia, rozkładać je na czynniki pierwsze, oglądać z każdej strony, pytać: "dlaczego mnie to spotkało?" albo, co gorsza, zawsze doszukiwać się w nich swojej winy. W ten sposób można się tylko pogrążyć. Nie zawsze, moim zdaniem, ma też sens pocieszanie się powiedzeniem "wszystko jest po coś". Bo po co ktoś traci nogę w wypadku? Po co wydarzają się tragiczne trzęsienia ziemi? Akceptacja to także świadomość, że na świecie istnieje ewidentne zło, są źli ludzie, złe zdarzenia, w których nie ma nic dobrego. Niektórzy wierzą, że cierpienie uszlachetnia. Ja w to nie wierzę, bo jestem przekonana, że zło czynią najczęściej ludzie, którzy właśnie z jakiegoś powodu cierpią, którymi targają trudne emocje. Owszem, można szukać w wielu sytuacjach plusów, ale czasem nie ma innego wyjścia niż uznać, że ich tam po prostu nie ma, przyjąć to.
W życiu zdarzają się i takie sytuacje, które inaczej oceniamy z perspektywy czasu. Coś, co wydawało się porażką, po jakimś czasie wychodzi nam na dobre, a przynajmniej tak to oceniamy. Nie znam chyba ani jednej osoby, która byłaby zadowolona i radosna podczas rozwodu, ale już całkiem sporo takich, które twierdzą po pewnym czasie, że było to potrzebne, bo albo są teraz w dużo lepszym związku, albo przynajmniej nie przeżywają podobnych przykrości co kiedyś.
To trochę profetyczne czy też fatalistyczne spojrzenie na rzeczywistość, w którym coś się obraca na korzyść trochę niezależnie od własnego udziału. Jest to forma sumarycznej oceny jakiejś sekwencji życia. Można patrzeć w ten sposób, ale to wcale nie jest konieczne. Niektórzy wyobrażają sobie, że jest jakiś planista czy los, który zarządza każdym życiem, daje ludziom jakieś trudne doświadczenia po to, żeby kiedyś wyniknęło z nich coś dobrego. Ale można też po prostu budować swoje życie ze świadomością, że jedno ci się uda lepiej, drugie gorzej. Przy czym jedno wcale nie musi wynikać z drugiego, tak jak w twoim przykładzie: jeden partner odszedł, ale właśnie dzięki temu teraz jest szansa na lepszy związek z kimś innym.
Amerykanie mają takie powiedzenie: "każdy następny związek jest lepszy od poprzedniego". Myślę, że to banalna oczywistość, bo przecież każdy się zmienia pod wpływem doświadczeń. Kobieta, która się rozwiodła i wchodzi w kolejny związek, jest bogatsza o tamte doświadczenia. Może ma inne potrzeby niż kiedyś? Może jest ostrożniejsza w budowaniu relacji? Może stała się bardziej wymagająca albo przeciwnie: mniej? A może kiedyś zwracała uwagę na takie atrybuty męskości, które dziś już niewiele dla niej znaczą, bo ceni coś innego – inaczej wybiera. Chodzi o to, by uznać swoją rolę w budowaniu własnego życia, a nie zakładać, że coś "się zdarza", "dzieje się". Kto myśli w ten sposób, sam sobie odbiera prawo do tego, by ze swojego życia zrobić źródło radości, satysfakcji, szczęścia. Zdaje się na wyroki losu. A można przecież pomyśleć tak: "to, że teraz jest mi w życiu lepiej niż kiedyś, zawdzięczam sobie, temu, że nauczyłam się wybierać korzystniej i mądrzej". Łatwiej wtedy poczuć własną sprawczość i głębszą wiarę w siebie.
Można czuć się szczęśliwą osobą pomimo jakiegoś braku?
Bardzo ważne jest, by skupiać się nie na tym, czego się nie ma, lecz na tym, co się ma. Tego trzeba się nauczyć. Znam niewidomą psycholożkę. Gdy przychodzą do niej ludzie, by opowiedzieć o swoich problemach, ona często używa takiego zwrotu: "Widzę, że jest ci trudno". Tak samo zresztą rozmawia ze wszystkimi, mówi: "spróbuj to zrobić, a zobaczysz, jak się poczujesz" – w znaczeniu "przekonasz się". Posługuje się celowo łącznikami konwersacyjnymi, które są zaprzeczeniem jej deficytu. Nie przykleja sobie etykietki osoby niewidomej, nie pozwala, by to ją ograniczało. Nie wykorzystuje swoich ograniczeń do obniżenia swoich życiowych możliwości, choć przecież te ograniczenia komuś, kto ma sprawny wzrok, trudno sobie nawet wyobrazić. Przywołuję tę historię po to, by pokazać, że nie ma wyjątków, jeżeli chodzi o prawo do szczęścia. Nie ma takiego ograniczenia, które odbierałoby człowiekowi szansę na to, by nauczył się cieszyć tym, co ma. Sam fakt życia, bycia na świecie, każdemu daje prawo do czerpania z niego radości. Trzeba tylko umieć je wykorzysta
*Publikujemy fragment rozmowy Agnieszki Radomskiej z Ewą Woydyłło. Ich książka "Szczęścia można się nauczyć" ukazała się 23 kwietnia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.