Rozmowa
- Funkcja pogrzebu, a potem stypy, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, jest ważna. To jest 'odprowadzanie' - mówi Bogdan de Barbaro (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)
- Funkcja pogrzebu, a potem stypy, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, jest ważna. To jest 'odprowadzanie' - mówi Bogdan de Barbaro (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli wracając do początku – właściwie nie wiemy, czym jest depresja, to jest pojęcie umowne?*

Umowne – nie znaczy pozorne i nie znaczy, że niepotrzebne. Analizując, czym jest depresja, warto zwrócić uwagę na dwa wymiary, dwie perspektywy. Z jednej strony jest to zjawisko biochemiczne.

Coś się dzieje w centralnym systemie nerwowym, jakieś nieprawidłowości mają miejsce na poziomie neuronów i w szczelinie synaptycznej. I wprawdzie dzisiaj chwieje się koncepcja, zgodnie z którą powodem depresji jest niedobór serotoniny na synapsie, to przecież trudno byłoby zakwestionować, że istnieje biochemiczna – nazwijmy to bezpiecznie – okoliczność depresji. Ale depresja to zarazem – a dla osoby cierpiącej przede wszystkim – stan subiektywny, stan, który jest przeżyciem, stan umysłu. I patrząc z tej perspektywy, znaczenie ma sytuacja osobista, życiowa, społeczna, psychologiczna, historyczna i polityczna wokół danej osoby. A to, co się dzieje między mózgiem a umysłem, jest arcyciekawym zagadnieniem, wręcz metafizyczną zagadką.

A jak rozumiesz to, że dziś coraz więcej osób wypowiada to zdanie: "Mam depresję"?

Rozumiem to na kilka sposobów. Raz, że dziś jest mniejszy wstyd mieć depresję niż kiedyś. Można o tym powiedzieć i nie czuć się tym życiowo czy społecznie skompromitowanym. A wiesz, kto decyduje o tym, że to jest mniej wstydliwe? Okazuje się, że mnóstwo zależy od tego, co ujawniają o sobie celebryci. To celebryci, a zwłaszcza – jak wynika z badań – celebrytki w zasadniczym stopniu wpływają na to, co jest kulturowo dopuszczalne. Taką trendsetterką okazała się dawno temu naczelna redaktorka miesięcznika "Vanity Fair", która zwierzyła się na łamach swego czasopisma, że cierpi na depresję. To u wielu innych osób uwolniło gotowość do mówienia o tym publicznie.

'Z jednej strony dziś jest mniejszym wstydem uznać, że się cierpi na depresję, i zwrócić się o pomoc do psychiatry. Ale także jest więcej powodów do głębokiego smutku' (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl)

Myślę, że zdejmowanie wstydu i osłabienie stygmatyzacji wobec osób leczących się psychiatrycznie jest jedną z cennych zmian naszych czasów. Drugi ważny powód to fakt, że większość stanów depresyjnych dziś można skutecznie leczyć za pomocą leków przeciwdepresyjnych. To też sprawia, że to piętno jest słabsze. Popatrz, ile się dzieje złego, ale też: ile się dzieje dobrego…

Mamy nowe leki.

Tu jest ogromny postęp. W połowie lat 80. w Europie pojawiła się fluoksetyna pod postacią prozacu i chociaż dziś mamy do czynienia z wieloma nowymi farmaceutykami, ów prozac pozostaje symbolem leku, który nie tylko może zwalczać depresję, ale też bywa traktowany jako "pigułka szczęścia". Wcześniej, pod koniec lat 50., pojawiły się leki przeciwdepresyjne, ale miały wiele zniechęcających objawów ubocznych i były podawane pacjentom chorującym na głęboką depresję, wtedy nazywaną endogenną. Obecnie stosowane leki są bardziej efektywne, mają mniej objawów ubocznych.

I tu powinniśmy wrócić do pytania, kiedy stosowanie leku przeciwdepresyjnego ma sens, bo leczy depresję, a kiedy postępowaniem z wyboru powinna być psychoterapia. Bliskie mi jest stanowisko antyskrajne – nie powinno się unikać farmakoterapii, kiedy objawy zaburzeń depresyjnych stanowią poważne cierpienie, pacjent ma myśli samobójcze, z powodu stanu psychicznego jest bezradny wobec spraw codziennych, natomiast łykanie tabletki po to, żeby było przyjemniej, wydaje mi się ślepą uliczką.

Do tematu leków wrócimy w osobnym rozdziale. Czy dobrze rozumiem, że dziś nie jest tak, że więcej ludzi choruje, tylko po prostu chętniej się zgłaszają, bo wierzą, że dostaną pomoc?

Sądzę, że na sytuację składają się oba czynniki: łatwiej o depresję i łatwiej o leki przeciwdepresyjne. Z jednej strony dziś jest mniejszym wstydem uznać, że się cierpi na depresję, i zwrócić się o pomoc do psychiatry. Ale także jest więcej powodów do głębokiego smutku.

Przecież trudno nie zauważać, że żyjemy w świecie pełnym wojen, wrogości międzyludzkiej i globalnych zagrożeń. W Polsce polaryzacja społeczna wywołuje konflikty i napięcia nie tylko poprzez internetowe hejty, ale wkracza również w bezpośrednie relacje międzyludzkie. Od trwogi i lęku niedaleko do depresji. A o sam lęk też nietrudno, jeśli ktoś boi się, że straci pracę, albo cierpi na samotność, do której nie wypada się przyznać. Czasem jest to lęk sprzężony ze smutkiem, na przykład o to, że stracimy to, co mamy. I można by to streścić w banalnym stwierdzeniu, że przyszły ciężkie czasy, gdyby nie to, że czytając książki historyczne, łatwo się zorientować, że niegdyś też nie było łatwo. Tyle że przed laty cierpienie i ludzka bezradność przyjmowały inną postać.

To wróćmy teraz do początku i do tematu straty, dobrze? Co to znaczy właściwie "przeżyć żałobę"?

To znaczy, że do mojego umysłu i do mojego przeżywania dociera fakt, że to coś lub ten ktoś już zawsze będą nieobecne. I powoli następuje we mnie emocjonalna zgoda na to, że tak jest. To nie ma oznaczać zaprzeczania cierpieniu, bo jeśli ktoś stracił osobę bliską, którą kochał, to przecież nie może udawać, że tego bólu nie ma, czy odwracać oczu. Ale wysiłek psychiczny polegałby tu na emocjonalnym przyjęciu do wiadomości faktu utraty. Dla chrześcijanina jest to sytuacja, którą odzwierciedla fragment Pater noster i fraza "bądź wola Twoja".

Ale dojść tam można tylko przez rozpacz, prawda? Nie da się tego suchą nogą przejść?

Wiele będzie zależało od tego, jak ważny jest ten ktoś albo to coś. Bo czym innym jest dla mnie śmierć matki, a czymś innym, że Cracovia tylko zremisowała, a nie wygrała.

Naprawdę przeżywasz żałobę po przegranej Cracovii?

No, bez przesady. Nie jestem kibicem fanatycznym, a w dodatku z wiekiem nabieram dystansu do sportowych pojedynków. Chciałem tylko uwyraźnić, jak szerokie jest to spektrum żałoby. I wiem, że żałoba z powodu tego, że Cracovia zremisowała, a nie wygrała, może brzmieć absurdalnie. Ale dla żarliwego kibica utrata dwóch punktów może mieć posmak dramatu. Nie chcę cię wtajemniczać w te niuanse, ale te dwa punkty mogą oznaczać wiele…

Rozumiem.

Nie kibicujesz Cracovii, więc prawie rozumiesz.

W przeżyciu żałoby nie chodzi o to, żeby zapomnieć o tym, kto umarł, ale żeby dać sobie prawo do własnego życia, którego osią nie będzie już ten, który odszedł (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl)

Prawie rozumiem. To pobądźmy chwilę przy tych żałobach poważniejszych, bo to z nimi przychodzą do nas pacjenci i pacjentki. Czasem mówimy: ta żałoba jest nieprzeżyta do końca, coś się nie wypełniło. Kiedy możemy powiedzieć, że właśnie się wypełniło? Po czym możemy poznać, że przeżyliśmy żałobę po matce, po ojcu, żeśmy się pożegnali? Że to doświadczenie jest domknięte?

Bałbym się tu szybkich, jednoznacznych odpowiedzi. Moje doświadczenie jest takie, że przebieg procesu żałoby zależy od wielu czynników. I warto podkreślić, że nie chodzi o to, żeby zapomnieć o tym, kto umarł. I nie o takie dokończenie żałoby, że w naszej pamięci osobę zmarłą zarchiwizujemy, a ona stanie się nieważna. To w ogóle nie o taki rodzaj operacji chodzi, tylko o to, żeby dać sobie prawo do własnego życia, którego osią nie będzie już ten, który odszedł.

Ładnie to nazwałeś. Moja definicja jest taka, że żałoba domyka się wtedy, gdy tę osobę czujemy w naszym wnętrzu, a nie szukamy jej w drugim pokoju. Ty z kolei mówisz, że wolno nam wyrzec się jakiejś części lojalności.

Można to nazwać lojalnością, można też wiernością. Rozmawiałem kiedyś z mężczyzną w średnim wieku, który stracił syna i długo pozostawał w żałobie. Pytałem go: "Czy pan domyśla się, że pana syn chciałby, żeby pan tak dalej cierpiał, nie opuszczał go i nie godził się na to, co się wydarzyło?". A on na to: "On by tego nie chciał, bo mnie kochał, ale ja tego potrzebuję". To jest rodzaj takiej miłosnej wierności. I rodzi się pytanie, do jakiego stopnia śmierć osoby bliskiej zasłania dzień codzienny i zasłania innych bliskich. Czy mamy prawo do bieżącej radości, czy jesteśmy zanurzeni w bolesnej tęsknocie.

Bo na nic innego wtedy nie ma już miejsca, prawda? Żałoba wszystko wypełnia.

Nie ma miejsca. Wnętrze wypełniają wspomnienia i tęsknota. Ten ojciec z synem razem jeździli na narty. Ile razy teraz on wyjeżdża na narty, to wie, że jedzie inaczej, bo sam. Żałoba dotyczy tych, którzy pozostali – to nam jest smutno, to jest nasza strata. Bo ten, kto nie żyje, nie ponosi już żadnej straty. Jego już nic nie boli. Więc płacząc na pogrzebie…

…nad sobą płaczemy.

Tak. Płaczemy, rozpaczamy tym bardziej, im bardziej osoba zmarła cierpiała przed śmiercią. Czy to nie paradoks, że my płaczemy nad tym, że on już przestał cierpieć?

Prof. Bogdan de Barbaro podczas konferencji Impact 24, maj 2024 r. (Fot. Piotr Skornicki / Agencja Wyborcza.pl)

Myślę, że tym bardziej płaczemy, im trudniejsza była relacja, opłakujemy fakt, że nie da się już nic naprawić… Albo gdy żegnamy dziecko, czyli gdy odwraca się porządek świata… Ty coś wiesz o takiej żałobie, prawda?

Tak. Już ci kiedyś mówiłem o sytuacji, której nie przeżyłem świadomie, ale o której wiem i która jest poniekąd taką symboliczną sceną. Miałem trzy lata, gdy zmarła na białaczkę moja pięcioletnia siostra. Mama, żeby uniknąć obowiązkowej sekcji zwłok, wykradła we współpracy z pielęgniarką ciało swojej córki ze szpitala. Wzięła to dziecko, otuliła i tak z nim szła przez miasto, kilka kilometrów, żeby ją właściwie pożegnać w domu.

Byłem wtedy oczywiście za mały, żeby to pamiętać, a może nawet, żeby o tym wiedzieć, ale później, gdy mama mi o tym powiedziała już w dorosłym życiu, byłem tym głęboko poruszony. Droga mamy ze szpitala do domu ze zwłokami swojej pięcioletniej córki w ramionach to była droga jej miłości pogrążonej w bólu.

W tym była jakaś wielka mądrość, prawda? Wiemy dobrze, że czuwanie przy zwłokach to prolog do żałoby. Ważne, żeby móc doświadczyć również zmysłowo tego, że ta osoba odeszła – popatrzeć, dotknąć, umyć, ubrać… Posiedzieć. To ma ogromne znaczenie, bo oswaja nas z realnością tej straty.

Pamiętam rozmowę z jedną z pacjentek niedługo po śmierci jej męża. Wtedy byłem tuż po śmierci mojej matki. Siedziałem, słuchałem uważnie. Skończyło się spotkanie i ona na koniec mówi: "Chciałam panu bardzo podziękować, że pan nie powiedział tej frazy, którą ciągle słyszę: »rozumiem panią«. Mnie nikt nie może zrozumieć". Zgadzam się z nią – cierpienie jest nieprzekazywalne, jest czymś aroganckim powiedzieć: wiem, co czujesz… Ta arogancja bierze się z dobrej woli, z jakiegoś empatycznego odruchu. Ale tu trzeba bardzo uważać. Jeśli sytuacja ku temu jest sprzyjająca, można zapytać: "W jaki sposób ta osoba, która zmarła, istnieje w panu?/pani?".

A wracając jeszcze do rytuału. Wiesz, że do dziś pamiętam, kto był na pogrzebie mojej matki? Na przykład był tam mój niegdysiejszy przyjaciel, z którym drogi dawno nam się rozeszły. Ale dzięki temu, że przyszedł, przywrócił się mojemu sercu. Przyszła też pani fizjoterapeutka z oddziału, na którym mama umierała. Polubiły się. Funkcja pogrzebu, a potem stypy, chociaż bardzo nie lubię tego słowa, jest ważna. To jest "odprowadzanie".

*Publikujemy fragment rozmowy rzeki z Bogdanem de Barbaro, którą przeprowadziła Justyna Dąbrowska. Ich książka "Swoją drogą..." ukazała się 13 listopada 2024 roku nakładem Wydawnictwa Agora.