Rozmowa
Praca konserwatora jest czasochłonna i wieloetapowa (Archiwum WKiRDS)
Praca konserwatora jest czasochłonna i wieloetapowa (Archiwum WKiRDS)

Na stronie internetowej Albertina Museum w Wiedniu pojawiła się informacje, że "w świetle ostatnich wydarzeń", czyli ataków aktywistów na dzieła sztuki, obowiązuje zakaz wchodzenia w okryciach wierzchnich, z plecakami i wnoszenia jakichkolwiek płynów.

To akurat nic nowego. Zakaz wchodzenia w okryciach wierzchnich, z plecakami i wnoszenia jakichkolwiek płynów obowiązuje w muzeach od kilkudziesięciu lat. Do tego służą szatnie i szafki zamykane na kluczyk.

Ale to prawda, że z muzealnych budżetów więcej pieniędzy trafi teraz na ochronę zamiast na edukację, konserwację, kupno nowych dzieł, organizację wystaw czy promocję. Nie mówiąc już o tym, że prywatni kolekcjonerzy w ogóle nie będą chcieli swoich prac wypożyczać na wystawy czasowe.

Kiedy jestem w muzeum z moją ośmiolatką, panie chodzą za nią krok w krok, sztorcując, że za blisko, że nie dotykamy, że ciszej. Jak w wielkich galeriach dochodzi do ataków na dzieła sztuki?

Mnie też to dziwi. Galeria Uffizi we Florencji, Luwr w Paryżu, National Gallery w Londynie – to jedne z najbardziej strzeżonych muzeów świata. Efekt działań aktywistów wpłynie niestety na brak zaufania do widzów – kontrola zostanie wzmożona, będziemy prześwietlani od góry do dołu.

Prof. Monika Jadzińska podczas wystawy 'Sztuka na zawsze...? 75 lecie Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki' (Archiwum WKiRDS)

Kiedy dowiaduje się pani, że aktywiści oblali zupą, purée ziemniaczanym czy syropem klonowym pracę w muzeum, to co pani czuje?

Mam mocno mieszane uczucia. Zmiany klimatu są dla mnie szalenie ważne, mam pełną świadomość zagrożeń i szkód spowodowanych kryzysem klimatycznym i sprzyjam aktywistom. Mam dwie córki i chcę dla nich bezpiecznej przyszłości. Jako konserwator dzieł sztuki jestem jednak absolutnie przeciwko metodom zwracania uwagi na te fundamentalne kwestie poprzez atakowanie dóbr kultury. Popieram opinię ICOM – International Council of Museums – najważniejszej światowej organizacji muzealnej, która wzywa aktywistów do postrzegania muzeów jako sojuszników, a nie wrogów. 

Naprawdę jesteśmy po tej samej stronie, a okazuje się, że musimy bronić czegoś, co przecież też stanowi niepowtarzalną i nieodnawialną wartość.

Rozumiem, że szokująca forma protestu jest gestem rozpaczy, który ma wywołać odpowiednie reakcje, ale moim zdaniem fatalnie dobrano środki i cel ataków. Takie działania są realnym zagrożeniem. Młodzi aktywiści nie mają zapewne świadomości, jak substancje, które wylewają, czy kleje, którymi przyklejają się do ram, niekorzystnie wpłyną na stan zachowania danego obiektu. 

Aktywiści mówią, że wybierają konkretny obraz, wiedząc, że jest on odpowiednio chroniony.

Nie wszystkie obiekty są w komorze anoksyjnej [hermetyczny system zapewniający dziełu środowisko beztlenowe – przyp. red.] lub gablocie gwarantującej pełną szczelność między szybą, obrazem a obramieniem. Pomimo szyby wylewana substancja może dostać się do obrazu przez mikroszczeliny, co jest dla dzieła bardzo niebezpieczne. A naniesienie kleju, a później odklejenie dłoni od ramy może zniszczyć warstwę złota i barwionych lakierów.

Dzieła są bezbronne?

Owszem. Są wciąż zdecydowanie za mało chronione i zabezpieczane, szczególnie w mniej prestiżowych i skromniej finansowanych muzeach, galeriach czy kościołach.

Dzieła sztuki bardzo łatwo uszkodzić, a część z nich przetrwała przecież wieki, jak stanowiąca obiekt ataków, pochodząca z I wieku p.n.e. marmurowa rzeźba "Grupa Laokoona i jego synów" znajdująca się w Muzeach Watykańskich. To praca wyjątkowa, również z punktu widzenia historii konserwacji. Została odkopana w 1506 roku, a że była uszkodzona, ówcześni i późniejsi konserwatorzy wielokrotnie rekonstruowali utracone fragmenty ramion w różnych formach i z użyciem między innymi ceramiki czy wosku. Nieoczekiwanie w XX wieku odnaleziono brakujące elementy i okazało się, że intuicja konserwatorska zawiodła, bo rekonstrukcje nijak miały się do oryginału. Takie obiekty to nie tylko "najbardziej popularne dzieła sztuki", ale przede wszystkim dzieła kluczowe dla historii kultury i kanoniczne dla konserwacji.

Rozmawiałam z przedstawicielem Strajku Klimatycznego w Polsce, który działania aktywistów usprawiedliwia faktem, że cel – czyli zwrócenie uwagi na katastrofę klimatyczną – usprawiedliwia radykalność. W tym przypadku sztuka jest więc wabikiem medialnym – filmik z oblania zupą „Słoneczników" Van Gogha miał 35 mln wyświetleń. Czy jednak odbiorcy faktycznie zrozumieli przesłanie, podjęli refleksję nad sensem tych poczynań?

Dzieła sztuki wymagają interdyscyplinarnych badań i czasochłonnych prac konserwatorskich. Tu: Natalia Łowczak w trakcie konserwacji obrazu sztalugowego (Archiwum WKiRDS) , Usuwanie zabrudzeń powierzchniowych z obiektu (Archiwum WKiRDS)

Jako odbiorca do warstwy symboliki musiałam się dokopać. Zupa pomidorowa symbolizowała jedzenie, którego przez zmiany klimatyczne zaczyna w niektórych regionach świata brakować.  

To są młodzi ludzie grający na emocjach, chcący szokować na rzecz słusznej sprawy – i mają do tego pełne prawo, ale mam wrażenie, że nie do końca świadomi są konsekwencji swoich czynów. Oprócz wpływu substancji na dzieło sztuki takie zachowanie może zachęcić do działania naśladowców, którzy będą niszczyć zabytki bez idącego za tym przesłania, dla samego poklasku.

Jakie są procedury? Zupa jest na dziele sztuki, aktywiści przyklejeni do ramy. Zakładam, że nie przybiega się ze ścierkami i nie wyciera w popłochu substancji, a aktywistów nie odrywa się siłą.

W każdym muzeum są procedury typowe dla danego miejsca. Zarządza się ewakuację widzów, prawdopodobnie również sprawców wydarzenia, wzywa kuratora oraz konserwatora, bo nie wiadomo, co to za substancja i jaki może mieć wpływ na dzieło. Nad tym głowi się komisja, która obmyśla postępowanie – inne dla zniszczeń ramy czy cokołu rzeźby, inne dla obrazu oblanego zupą pomidorową czy syropem klonowym.

Na potencjalne uszkodzenie dzieła ma wpływ wiele czynników: skład i charakter substancji, którą obraz i rama są oblewane, temperatura wylewanej zupy, ale też sposób mocowania, oprawy, stan zachowania samego obrazu, a nawet warunki klimatyczne panujące w sali.

Co jest sennym koszmarem dla konserwatora? Ogień czy woda?

To trochę, jakby pani pytała, czy lepiej utonąć, czy spłonąć w pożarze. Jedno i drugie jest fatalne w skutkach.

Przed konserwacją specjaliści muszą dokladnie zbadać stan zniszczeń i budowę dzieła (Archiwum WKiRDS)

Szybko rozprzestrzeniający się ogień to straszny żywioł. Ostatnio robiłam ekspertyzę konserwatorską obrazów polskiej malarki Hanny Orzechowskiej, przyjaciółki Strzemińskiego, której obiekty odratowano z płonącej pracowni. To fascynujące, jak różnorodne materiały użyte do tworzenia obiektów typu collage zachowały się wobec ognia – inaczej olejna warstwa malarska, inaczej aplikacje z koronki, fragment pasiaka obozowego, zdjęcia czy wycinki z gazet. Niektóre procesy można zahamować, a ich skutki w pewnym stopniu zniwelować, niektórych nie.

Woda, a nawet sama wilgoć, jest szalenie niebezpieczna dla dzieł sztuki. W przypadku obrazu może spowodować nagły skurcz drewna czy płótna, czyli podłoża, na którym jest on namalowany.

W efekcie warstwa malarska i kolejne warstwy stratygraficzne [nałożone na dzieło chronologicznie warstwy technologiczne – przyp. red.] zaczynają się odspajać, a w następnym etapie odpadać w postaci łusek. W parę minut może dojść do zniszczenia obiektu, który przetrwał wieki. Wiele zależy od tego, jak zbudowane jest dzieło, a przede wszystkim – na jak drastyczne warunki zostało narażone.

Zdarzają się też zupełnie nieprzewidywalne historie. Przekazano nam kiedyś do konserwacji XVIII-wieczny portret pięknej damy z wydatnym dekoltem ozdobionym falbankami. Obraz wymagał przeprowadzenia dublażu, czyli podklejenia drugim płótnem na specjalnym stole konserwatorskim, z wykorzystaniem podciśnienia i podwyższonej temperatury. Obiekt był wcześniej poddany testom sprawdzającym wrażliwość na działanie prognozowanej temperatury i używanych rozpuszczalników.

Początkowo wszystko szło dobrze, obraz poddawał się zabiegom w standardowy sposób. I nagle na naszych oczach na dekolcie damy zaczęły się robić wielkie purchle.

Wyglądało to równie dramatycznie jak „bąblowanie" warstwy malarskiej obrazu "Matka Whistlera" ze sceny filmu z Jasiem Fasolą. Okazało się, że wcześniej – być może wieki temu – ktoś, żeby rozjaśnić i dodać blasku dekoltowi modelki, posmarował ten fragment nieschnącym olejem jadalnym! 

Specjalistyczny sprzęt pomaga w minimalizowniu szkód (Archiwum WKiRDS)

Innym razem znaleźliśmy czekoladowy cukierek schowany za ramą – zgodnie z dawną tradycją chowania ich tam przez panny na wydaniu w intencji szybkiego zamążpójścia. Był sprzed pierwszej wojny światowej. Zalał odwrocie obrazu, sprawiając, że czekolada wniknęła w strukturę płótna. Kiedy indziej trafił się twardy kit okienny naniesiony przez domorosłego konserwatora w miejscach ubytków.

Dawne dzieła to często popis świetnego przygotowania i zabezpieczenia – zgodnie z zasadami klasycznego rzemiosła. Czuję, że współcześni artyści nie ułatwiają pracy konserwatorom.

Sztuka współczesna bardzo często tworzona jest z materiałów "nieartystycznych": tworzyw sztucznych, organicznych, z roślin, substancji efemerycznych: piany, waty cukrowej, bitej śmietany.

Teraz mamy w konserwacji obiekt stworzony w latach 90. XX wieku z użyciem bez cukierniczych. Jego twórcy – duet Kijewski-Kocur – wiedzieli, że los bez jest przesądzony i że konieczna będzie ich wymiana. Niektóre się zachowały, niektóre poprzedni konserwator postanowił zamienić na gipsowe odlewy. Zostawiliśmy kilka, jako świadka historii prac przy obiekcie. Idea artystów była jednak taka, żeby to były bezy cukiernicze, a nie ich trwalsze atrapy, musieliśmy więc zamówić odpowiednie kształtem i kolorem bezy cukiernicze i utrwalić je poprzez nałożenie warstw odpowiednich konsolidantów, czyli materiałów konserwatorskich wnikających w ich strukturę i poprzez to je zabezpieczających.

Praca konserwatora wymaga cierpliwości i pietyzmu (Archiwum WKiRDS) , Przy analizie konserwatorom pomagają zaawansowane technologie i sprzęt (Archiwum WKiRDS)

Miała pani kiedyś do czynienia z dziełem, które zostało z premedytacją zniszczone?

Tak. 22 lata temu tuż przed świętami Bożego Narodzenia zostałam poproszona o ekspertyzę stwierdzającą stan zachowania i zakres zniszczeń "papieża przygniecionego meteorytem", czyli rzeźby "Dziewiąta godzina" Maurizia Cattelana, wystawianej wówczas w Galerii Zachęta. Została ona zniszczona przez polityka o radykalnych poglądach, który oderwał z rzeźby głaz wykonany z tworzyw sztucznych, stanowiący jej integralną część. Uszkodzenia były poważne, a konserwację przeprowadzono za niemałe pieniądze we Francji. 

Tworzywa sztuczne nie są wbrew powszechnemu przekonaniu trwałe. A szczególnie te używane do tworzenia obiektów sztuki.
Zniszona przez posla rzeźba Maurzzio Cattelana (WOJCIECH DUSZENKO / Agencja Wyborcza.pl)

Dlaczego?

Bo artyści zazwyczaj sami wykonują dzieła z ich wykorzystaniem, nie trzymając się zalecanych procedur technologicznych, eksperymentując, dodając inne materiały. Te obiekty są bardzo kruche, delikatne i łatwo je uszkodzić. Jak rzeźby Aliny Szapocznikow wykonane z poliestru czy pianek poliuretanowych. 

Piotr C. Kowalski maluje jagodami i malinami, zatapia obrazy w jeziorze i dopiero po pewnym czasie wyjmuje je z wody, pokazując efekty działania natury. Wiesław Szamborski specjalnie opalał prace nad kuchenką gazową, żeby nadpalenia dawały właściwy efekt artystyczny. Jacek Sempoliński tak długo "wmalowywał" się w powierzchnię obrazu, aż uzyskiwał realną dziurę w płótnie, nadającą dodatkową ekspresję obrazom z cyklu "Czaszki".

Czasami musimy niczym detektywi dochodzić, czy dane zniszczenie było zamierzone, czy artyście zależało na pokazaniu procesu degradacji, jak w przypadku Teresy Murak, która wysiewała noszone przez siebie koszule rzeżuchą i kazała widzom patrzeć na proces ich obumierania.

Musimy wiedzieć, czy mamy dane dzieło ratować i umieszczać w specjalnych warunkach zamrażających dany stan, czy wprost odwrotnie. Co artysta, to pomysł, a dla nas, konserwatorów – wyzwanie.
Prof. Jadzińska w czasie prac konserwatorskich (archiwum WKiRDS)

Coś może je ułatwić?

Wywiady konserwatorskie z artystami. W toku sprofilowanych rozmów możemy ustalić, jak dzieło ma zostać zachowane na przyszłość, co może lub musi być wymienione czy zrekonstruowane. Pomaga to działać zgodnie z intencją twórcy. I nie jest to wcale proste, ponieważ artyści zmieniają zdanie, a czasami wcale nie chcą się dzielić informacjami.

Na pewno ma pani ciekawą historię na ten temat.

Wspólnie z prof. Iwoną Szmelter rozmawiałyśmy z Magdaleną Abakanowicz w jej pracowni. Zadawałyśmy pytania ogólne, ale i bardzo szczegółowe, dotyczące konkretnych zagadnień związanych z jej pracami. Artystka na początku była bardzo zamknięta, jakby obawiając się, że chcemy "wyciągnąć" jej tajemnice warsztatowe. Z każdym pytaniem nabierała jednak do nas zaufania, widząc, że zależy nam na tym samym – zachowaniu jej prac w jak najlepszym stanie.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Magdalena Abakanowicz we Wrocławiu w 2009 roku (Maciej Świerczyński / Agencja Wyborcza.pl) , Wystawa prac Magdaleny Abakanowicz w CSW w Warszawie w 1995 roku (Fot. Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Usłyszałyśmy o sprawach, których nie byłybyśmy w stanie rozpoznać przez badania, a wiązały się z prywatną historią artystki. Jedna z prac tkackich powstawała w małym pokoiku, na jedynej ścianie, na której dało się powiesić duży obiekt z tkaniny. Na tej ścianie był włącznik światła, stąd w tym dziele Abakanowicz jest niewielki kwadratowy otwór – powstały, by ułatwiać zapalanie lampy. 

W ramach tej samej pracy mogą się trafić elementy, które artysta darzy większą lub mniejszą atencją. 

Faktycznie tak jest. Mirosław Bałka przykładowo przywiązuje ogromną wagę do symboliki materiałów, które wykorzystuje. Sól powinna być wymieniana regularnie, ale igliwie sosny już nie, ponieważ to oryginalny materiał, którym w 1935 roku jego dziadek ocieplił sufit domu, a pochodził z drzewa rosnącego na działce, na której ów dom stał.

W pracy Damiana Hirsta "Fizyczna niemożliwość śmierci w umyśle istoty żyjącej", czyli instalacji przedstawiającej rekina umieszczonego w formalinie, "serwisowanie" jest konieczne.

To akurat jest proste i może się ograniczać np. do wymiany formaliny. Hirst, jak Olafur Eliasson i wielu innych, ma ogromną i świetnie działającą firmę artystyczną, doskonale spełniającą potrzeby obiektów, widzów i swoich klientów. Opieka konserwatorska i techniczna nad dziełami należy do ich standardowej działalności. To znacznie ułatwia zachowanie tych dzieł zgodnie z intencją artysty i poszanowaniem ich zasad ochrony i konserwacji.

Czy prywatni kolekcjonerzy korzystają z pomocy konserwatorów?

Duże prywatne kolekcje mają swoich konserwatorów i doradców rynkowych, u nas także, choć na mniejszą skalę. Sama mam pod opieką kilka takich kolekcji, także spoza Polski.

Polscy konserwatorzy cieszą się świetną renomą, a doświadczenia wojenne sprawiły, że miewają do czynienia z bardzo zniszczonymi pracami (Archiwum WKiRDS)

To nie tylko konserwacja aktywna, to też długie rozmowy o profilaktyce i odpowiednim obchodzeniu się z dziełami sztuki. Począwszy od rzeczy najprostszych: gdzie obraz można powiesić, a gdzie nie, dlaczego nie może być przy kaloryferze czy kominku, przy oknie wychodzącym na ulicę czy eksponowany na bezpośrednie światło słoneczne, co powodować może przegrzanie i zmiany kolorystyczne obrazów, obiektów na papierze czy fotografii.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Co może dolegać pracom z kolekcji prywatnych?

Często dostajemy obiekty, które stały w podmokłych piwnicach, na strychach pełnych gołębi, z całymi fragmentami zainfekowanymi grzybem lub pleśnią, zjedzone przez myszy, nadpalone w wyniku pożarów.

Zobacz wideo Tak brzmiał głos Fridy Kahlo. Odkryto radiowe nagranie
W odróżnieniu od konserwatorów zachodnich, którzy konserwują zwykle prace z kolekcji znajdujących się w stabilnych warunkach – w pałacach, willach, kościołach, które nie ucierpiały na skutek wojennych katastrof i świadomego niszczenia – my mamy często do czynienia z dziełami poważnie zniszczonymi.

Na ich widok zagraniczni konserwatorzy czy studenci przyjeżdżający do nas w ramach wymian międzynarodowych robią wielkie oczy. Jesteśmy uznawani za wysokiej klasy specjalistów, bo mamy świetną edukację i doświadczenia z dziełami znajdującymi się niekiedy w bardzo złym stanie. A to wymaga wiedzy, praktyki i kreatywności.

A gdyby ten oblany pomidorową Van Gogh nie miał szyby ochronnej, co by się mogło stać?

Byłoby naprawdę źle. Oczywiście wszystko zależy, jak obraz jest zbudowany i w jakim jest stanie. Jeżeli grunt i warstwa malarska są delikatne i wrażliwe, pokryte siatką spękań, może nawet miejscami istnieją lekko odspajające się łuski – a tak zwykle jest w przypadku dawnych, ale i wielu współczesnych obrazów – każda obca substancja może wpłynąć nań bardzo negatywnie. Wniknie w strukturę obiektu, zmieni jego cechy fizyczne i chemiczne, zaburzy równowagę technologiczną.

'Mona Lisa' ze Stadionu Dziesięciolecia - zdjęcie z 1992 roku'Mona Lisa' ze Stadionu Dziesięciolecia - zdjęcie z 1992 roku Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Jak się pani przyjrzy "Mona Lisie" wiszącej w paryskim Luwrze, to za solidnie wyglądającą szybą widać w dolnej partii kasety warstewkę kurzu – czyli nie jest to gablota całkowicie hermetyczna. A to oznacza, że nawet "Mona Lisa" nie jest w stu procentach zabezpieczona przed potencjalnymi działaniami tego typu.

Sztuka to część światowego dziedzictwa kulturowego. Trzeba ją chronić jako wartość niepowtarzalną, niezbywalną, bo raz zniszczona nigdy nie będzie mogła być przywrócona do stanu oryginalnego. Podobnie jak nasza planeta.

Dr hab. Monika Jadzińska. Prof. ASP, dziekan Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.