Rozmowa
Na przełomie XIX i XX wieku małżeństwo nadal było umową między rodzinami (shutterstock.com)
Na przełomie XIX i XX wieku małżeństwo nadal było umową między rodzinami (shutterstock.com)

Piszesz, że "opowieść o małżeństwie w XIX wieku jest tak naprawdę narracją o pieniądzach". A kiedykolwiek było inaczej?

Okres, o którym piszę, czyli przełom XIX i XX wieku, jest o tyle wyjątkowy, że owszem, pieniądze mają takie znaczenie jak kiedyś, ale zaczynają się pojawiać inne czynniki. Małżeństwo, jak pamięcią sięgnąć, było zawsze jakąś formą kontraktu regulującego przekazanie majątku, pozycji społecznej, nazwiska, tytułu czy władzy. W XIX wieku dotychczasowa sytuacja zaczyna się zmieniać ze względu zarówno na emancypację kobiet, jak i industrializację oraz związane z nią zjawiska. 

To jest także czas, o czym często zapominamy, postępującej sekularyzacji w Europie. Instytucja małżeństwa ewoluuje, oprócz bycia transakcją, staje się czymś więcej, bo zaczynają się pojawiać również takie koncepcje, jak samospełnienie, samorozwój czy indywidualnie rozumiane szczęście.

Służące na spacerze z dziećmi swoich chlebodawców. Ponad 90 proc. z nich było pannami, bo mieszkały ze swoimi pracodawcami (NAC)

Kobiety zaczynają wówczas zdobywać prawo do wyższego wykształcenia czy pracy zawodowej, a jeszcze później do głosowania, więc stają się coraz aktywniejszymi uczestniczkami życia publicznego, co powoduje, że wyjście za mąż nie jest ich jedynym celem życiowym, jak im to przez wieki wmawiano. Widać to najlepiej w klasie robotniczej, gdzie większość kobiet po prostu przestała wychodzić za mąż, co można interpretować na kilka sposobów. Bardzo nas oczywiście pociąga taka interpretacja, że kobiety zaczęły pracować, zarabiać własne pieniądze, stały się niezależne i małżeństwa nie były im już potrzebne. I takie podejście z pewnością też było. Przedstawicielki klasy robotniczej – praczki i szwaczki, które pracowały w domach klasy wyższej – widziały, jak bardzo kobiety są tam uzależnione od mężów. Jedna ze służących zanotowała w swoim pamiętniku, że gdy jej się nie podoba w jakimś domu, może po prostu rzucić pracę i wyjść, a taka pani, jak jej się nie podoba z mężem, to niewiele może zrobić.

Ale ta pani będzie zabezpieczona na starość, a niezamężna służąca najpewniej wyląduje w przytułku.

I w tym sensie ten jej wolny wybór jest oczywiście złudny, to prawda. To jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że kobiety z klasy robotniczej nieczęsto mogły wyjść za mąż, nawet kiedy chciały.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Bo nie miały posagu?           

Również, choć nie tylko. Ponad 90 proc. służących, bez względu na wiek, było pannami, bo mieszkały ze swoimi pracodawcami, co było normą jeszcze nawet po I wojnie światowej. Mieszkanie z państwem automatycznie wykluczało małżeństwo, bo w tym modelu nie ma miejsca na męża – gdzie on miałby mieszkać? Służąca decydująca się na zamążpójście musiała odejść z pracy, więc na taki wariant decydowała się mniejszość.

A robotnice pracujące w fabrykach?

One również w większości pozostawały pannami, tylko jakieś 25 proc. z nich wychodziło za mąż. Znów – dlaczego tak mało? Bo zmiana w fabryce trwała 12 godzin z półgodzinną przerwą na obiad. Jeśli robotnica wychodziła za mąż i zachodziła w ciążę, pracowała do porodu, a potem odchodziła, bo nie miał kto się zająć dzieckiem. Najczęściej kobiety przechodziły wówczas na pracę chałupniczą – pracując i zajmując się dziećmi, a kiedy te podrosły, były również zatrudniane do pomocy, więc dom zamieniał się w małą fabrykę.

Życie ludzi stanu wolnego (drzeworyt/NAC)

A coś dobrego z tego małżeństwa było?

Na pewno społeczna nobilitacja, bo to nie jest tak, że w robotniczym środowisku małżeństwo stało się czymś niepożądanym. Zawarcie go było w tej klasie po prostu trudniejsze. I – podobnie jak w klasie wyższej – wiązało się z szeregiem poważnych decyzji organizacyjnych, choć innego rodzaju.

Muszę przyznać, że zaskoczył mnie stopień zależności prawno-ekonomicznej kobiet w XIX wieku, bo to, że on był, wiadomo, ale aż taki?

Przyznaję, że mnie to też zaskoczyło. To silne uzależnienie trwało właściwie do międzywojnia, kiedy dokonano pierwszych poważniejszych zmian w kodeksie cywilnym. Do tego czasu na ziemiach polskich obowiązywał de facto kodeks Napoleona, według którego kobieta była "wieczyście małoletnia", nie mogła więc – poza nielicznymi wyjątkami – podejmować żadnych decyzji prawnych ani finansowych. Kobieta nie mogła niczego sprzedać, kupić, zawrzeć umowy. Wszystkie dochody wypracowane przez kobietę w trakcie małżeństwa należały do męża. Kiedy kobieta wnosiła do małżeństwa posag, on również przechodził na jej męża – jeśli nie zabezpieczono tego specjalną umową, mąż mógł posag dowolnie wydać, spłacić na przykład długi. W przypadku rozwodu, czy też raczej separacji, dzieci oczywiście zostawały przy mężu, a do kobiety należały tylko przybory osobiste, jak szczotka do włosów czy kosmetyki.

Intercyzy nie było można podpisać?

Można było, ale to praktykowały tylko bogate rodziny i intercyzę negocjowała nie wychodząca za mąż kobieta, tylko jej ojciec z przyszłym zięciem. To były umowy między rodzinami. W praktyce, choć oczywiście to jej podpis widniał na dokumentach, kobieta nie miała tu wiele do powiedzenia.

Znamy to z literatury.

Oczywiście, choćby z "Ziemi obiecanej" Reymonta. Karol Borowiecki nie doszedłby do żadnych wielkich pieniędzy, gdyby nie posag żony. Karol Scheibler, skoro już jesteśmy w Łodzi, ożenił się z Anną Werner, do której dołączony był ogromny posag – za niego Scheibler zbudował swoje imperium. Podobnie było ze ślubem córki Izraela Poznańskiego – ona wniosła do małżeństwa wielki posag, a zięć otrzymał od teścia jego koncesję na handel bawełną na terenie Królestwa Polskiego. Idealny biznes. Karol Wedel założył swoje czekoladowe imperium dzięki posagowi, jaki miała jego żona Karolina Wisnowska, córka fabrykanta sukna. Takich przypadków było o wiele więcej.

Wynalazkiem końca XIX wieku są ogłoszenia matrymonialne. Uderza w nich to, że mężczyźni piszą, czego oczekują, a kobiety – co mają do zaoferowania.

Ogłoszenia matrymonialne pojawiały się początkowo gdzieś między ogłoszeniami drobnymi. Dopiero z czasem zaczęto wydawać gazety poświęcone wyłącznie takim anonsom. Było ich naprawdę sporo: "Szczęście Zapewnione", "Flirt Salonowy", "Tygodnik Małżeński", "Pewna Przyszłość" czy "Fortuna Varsal" – tytuł docierający nawet do Ameryki. Znalazłam w nim ogłoszenie pana, który pracował chyba w kościele i szukał żony umiejącej grać na organach, wymagania były więc bardzo konkretne.

Autorami przytłaczającej większości anonsów byli mężczyźni, którzy szukali żon. Najbardziej upragniony typ to młoda, ładna i z posagiem – kwota była określona. Jednych interesowały posagi od kilku tysięcy rubli w górę, innych od kilkudziesięciu, co znaczyło zwykle, że mężczyzna jest bardzo zadłużony.

Panny na wydaniu (Wikimedia Commons/domena publiczna)

Te anonsy pisali głównie desperaci i łowcy posagów?

Myślę, że taka generalizacja to przesada, choć z pewnością łowców nie brakowało. Zwróć uwagę, że te wszystkie gazety znacząco poszerzały pole wyboru, na przykład dla osób w małych miejscowościach. Można powiedzieć, że taki "Flirt Salonowy" to był ówczesny Tinder, bo pozwalał na poznanie kogoś poza kontrolą lokalnej społeczności i sztywnych zasad, więc konserwatyści i Kościół katolicki określali te gazety mianem niemoralnych, wręcz stręczycielskich.

Co ciekawe, nawet w tych nowych okolicznościach kobiety w anonsach pisały głównie, co mają do zaoferowania – jaki mają posag lub ile zarabiają. Oznacza to, że małżeństwo jako transakcja wykraczająca poza sferę uczuć było bardzo społecznie zakorzenione.

Wbrew pozorom ten korzeń do dzisiaj nie został wyrwany. Swatanie i aranżowanie małżeństw jest popularne w wielu społecznościach: od ortodoksyjnych Żydów do Indusów. Na Netfliksie można obejrzeć kolejny sezon programu "Indian Matchmaking", gdzie swatka Sima Taparia kojarzy pary. I nie jest to żaden ciemnogród, jak myśli wielu, bo swatane osoby to młodzi, wykształceni, zamożni Indusi.

W Polsce swatka jako zawód już w międzywojniu stała się passé. Przestała pasować do czasów, w których ludzie mają się już dobierać sami. Ale tak, masz rację, w wielu miejscach świata aranżowane małżeństwa mają się bardzo dobrze, bo nadal uważa się tam, że małżeństwo to jest coś znacznie więcej niż związek dwóch zakochanych w sobie osób, że miłość jest ważna, ale niewystarczająca, by związać się kimś do końca życia i założyć rodzinę. Zresztą u nas też wiele osób, będąc w związku, zadaje sobie pytania: za co z potencjalnym mężem czy żoną będziemy żyć, gdzie, na jakim poziomie, ile chcemy mieć dzieci, jak je utrzymamy, kto się nimi zajmie, kto będzie pracował. Wszystko to jest przecież jakąś formą kontraktu, a sama miłość to za mało.

Okładka czasopisma 'Kolec' (NAC)

Te pytania, mam wrażenie, częściej zadają dzisiaj kobiety, które są coraz lepiej wykształcone – stanowią większość studentek, coraz lepiej zarabiają – choć ciągle mniej od mężczyzn na tych samych stanowiskach, i są niezależne. To kobiety mogłyby dzisiaj pytać facetów o posag, co zdaje się, bardzo ich frustruje i zostają incelami.

XIX-wieczny system małżeński był wobec mężczyzn bez wątpienia łaskawszy. Dawał im znacznie więcej niż kobietom, które w małżeństwie miały zaspokajać męża seksualnie i zajmować się domem. Wydawać by się więc mogło, że każdy heteroseksualny mężczyzna powinien chcieć się ożenić. Tymczasem nie każdy chciał i mężczyźni też narzekali na ten system, bo wymagał od nich na przykład, by utrzymywali całą rodzinę, co w czasach powszechnej wielodzietności było ekonomicznym wyzwaniem. Co ciekawe, mężczyźni skarżyli się wówczas w prasie językiem współczesnych inceli. Pisali, że kobiety są fałszywe i nieuczciwe, że interesują je głównie pieniądze, że wolą nieodpowiedzialnych bawidamków zamiast miłych kawalerów i że generalnie są rozczarowujące.

Jednak różnica między "starymi pannami" i "starymi kawalerami", że posłużę się tą XIX-wieczną terminologią, jest taka, że "stara panna" jest sama sobie winna, zbędna społecznie, z pewnością brzydka i zasłużyła na swój los. Tymczasem "stary kawaler" jest singlem, bo to jego wolny wybór, bo nie chciał tej fałszywej, szpetnej baby, a poza tym może się realizować jako fajny wujek albo filantrop.

Tak, to, że kobieta nie wyszła za mąż, było winą kobiety. I to, że mężczyzna się nie ożenił, też było winą kobiety. Tak to widziano. Kobiety więc nie tylko same sobie niszczyły życie, ale przy okazji niszczyły je mężczyznom, choć co to za niszczenie, kiedy mężczyzna żyje sobie, jak chce, i pracuje, gdzie chce. To kobiety były przywiązane ekonomicznie do rodziny i kiedy nie zakładały własnej, znajdowały się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. "Pierz, czesz, strzeż, a potem zapłać komu, ażeby to wziął do domu" – tak mówiło się o dziewczynkach w mieszczańskim domu Zofii Kozłowskiej-Budkowej, jednej z kilku kobiet, które w międzywojniu uzyskały stopień doktora habilitowanego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Myślę, że to najlepiej oddaje ówczesną sytuację kobiet.

Które bez rodziny lądowały w przytułku?

To dotyczyło najczęściej kobiet z klasy robotniczej, bo choć były kasy oszczędnościowe i można sobie było odkładać pieniądze na emeryturę, to robotnice zwykle nie miały z czego odkładać. Istniały też stowarzyszenia dobroczynne, które pomagały ludziom pracującym w danych zawodach. Służące kończące po wielu latach pracę u państwa mogły, ale nie musiały, dostawać od nich pieniędzy. Część kobiet zamieszkiwała razem, wynajmując coś wspólnie i w ten sposób ograniczając koszty, a część wracała do rodzin na wsi, licząc na łaskę. Eliza Orzeszkowa słusznie pisała, że jest to jedna z najgorszych sytuacji, bo jest się zwykle niechcianym ciężarem dla rodziny, która niejednokrotnie sama ledwo wiąże koniec z końcem.

Zdjęcia ślubne z przełomu wieków (NAC)

Doszliśmy do jesieni życia, a ja jeszcze chciałem zapytać o wiosnę, bo nie powiedzieliśmy o tym, że oczekiwania wobec przyszłej żony były ogromne, a przygotowanie mizerne, bo kobiety często nie miały absolutnie żadnego pojęcia ani o seksualności i fizjologii, ani o sprawach ekonomicznych, tak potrzebnych przy prowadzeniu domu.

Mam wrażenie, że to gdzieś funkcjonuje do dzisiaj, przekonanie, że prowadzenie domu, rozumiane jako sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi i sprawy finansowo-logistyczne, to wiedza, z którą kobiety się rodzą. Tymczasem – tu mogę zaskoczyć wiele osób – tak nie jest i nie było. Kobiety z klas wyższych uczono pewnego zestawu umiejętności, które pomagały w zdobyciu męża, ale tego, co potem, już nie uczono. I nie pomagało nawet to, że kobiety spoza klasy ludowej mogły zatrudnić służącą, praczkę czy kucharkę, bo trzeba jeszcze wiedzieć, na jakich zasadach je zatrudnić, ile im płacić i jak rozliczać zakupy. Tymczasem wiele kobiet nie miało o tym pojęcia, bo ich tego nie uczono.

I jak to się ma do tego, że mężczyzna to ponoć głowa, a kobieta to szyja?

Nijak. To jest coś, co wmawiano pozbawionym sprawczości prawno-finansowej kobietom. Nie była to zresztą jedyna rzecz, jaką im wmawiano. Społeczeństwo, choćby za pomocą licznych poradników i przy ogromnym wsparciu Kościoła katolickiego, wmawiało kobietom, jak bardzo są wartościowe, bo kierują się tym, co najważniejsze – domem i rodziną. Wmawiano kobietom, że to jest ich życiowa misja, istota ich człowieczeństwa i droga do zbawienia. Tymczasem domem w znaczeniu decydowania o najważniejszych sprawach i finansach kierowali zawsze mężczyźni.

Alicja Urbanik-Kopeć (archiwum prywatne)

Morał tej historii wydaje się taki, że kobiety w XIX wieku dostawały z dwóch stron – patriarchatu i kapitalizmu.

Dokładnie. XIX wiek do rządzących od wieków kobietami konserwatywnych reguł patriarchalnych dołożył jeszcze nowoczesny turbokapitalizm, w którym znaczysz coś tylko wtedy, kiedy masz pieniądze. To one, szczególnie posag, określają wartość młodej kobiety i jej pozycję. Wyzwolenie się z tego było niezwykle trudne, co nie znaczy, że kobiety nie próbowały, bo były takie, które mimo tych strasznie trudnych warunków miały subiektywne poczucie sukcesu, że udało im się osiągnąć sprawczość, samodzielność i niezależność.

Alicja Urbanik-Kopeć. Kulturoznawczyni, anglistka, adiunktka w Instytucie Historii Nauki Polskiej Akademii Nauk. Zajmuje się historią kultury XIX wieku. W przeszłości szuka źródeł współczesnych wzorów kulturowych. Pisze o pracy seksualnej, wynalazkach, emancypacji i klasie robotniczej. Autorka książek "Anioł w domu, mrówka w fabryce" (o robotnicach fabrycznych), "Instrukcja nadużycia" (o służących domowych), "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu" (o pracownicach seksualnych). Jest laureatką Nagrody Klio za wybitny wkład w badania historyczne i finalistką Nagrody Historycznej "Polityki". Wykładowczyni gender studies. Jej najnowszą książkę "Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym" w wersji elektronicznej można kupić w Publio.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji "Vogue’a", gdzie prowadzi także swój queerowy podcast "Open Mike", oraz felietonistą poznańskiej "Gazety Wyborczej". Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do "Wysokich Obcasów", "Przekroju", "Exklusiva", "Notatnika Teatralnego", "Beethoven Magazine" czy portalu e-teatr.pl.