Rozmowa
Marek Krukowski (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)
Marek Krukowski (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

To nie będzie przesada, jeśli nazwę pana królem teleturniejów.

Wygrałem między innymi 15 "Wielkich gier", dwa pełne cykle "Miliarda w rozumie", 15 "Va banque’ów" i pięć razy "Jednego z dziesięciu". W sumie prawie 60 razy. Ale i przegrywałem. W samych "Wielkich grach" z 10 razy. Za to w którymś "Miliardzie w rozumie", choć przegrałem, zgarnąłem więcej premii kumulacyjnej niż zwycięzca. Producenci wtedy zesztywnieli z przerażenia.

Dlaczego?

Bo nie dość, że znowu zagrałem, to jeszcze sporo zarobiłem, choć nie okazałem się najlepszy. Co jakiś czas do producentów teleturniejów przychodziły anonimy z pretensjami.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

O to, że znów gra ten Krukowski?

Że to wszystko ustawione i że mnie bez przerwy promują. Dopóki wygrywałem, no to po prostu wygrywałem, a tu nagle zgarnąłem sporo pieniędzy przypadkiem, jak w losowaniu. Organizatorzy teleturniejów nie lubili takich podejrzeń. Wykorzystywali więc zapisy regulaminowe, które pozwalały im na wybór uczestników niezależnie od dokładnych wyników eliminacji. W "Wielkiej grze" przy równej liczbie punktów w eliminacjach u kilku zawodników prowadząca zawsze wybierała debiutanta. Niektóre teleturnieje z czasem wprowadziły nawet zasadę: jeśli ktoś już brał udział w innym programie, u nas nie może wystąpić.

Zresztą i charakter teleturniejów zaczął się zmieniać. Stały się bardziej widowiskami z masą świateł i uderzająco sympatycznymi uczestnikami. I wtedy sam przestałem się zgłaszać. Do początku XXI wieku jednak grałem systematycznie.

W pewnym sensie się pan od teleturniejów uzależnił?

Trochę tak. W tamtym czasie nie było nic bardziej opłacalnego, co mógłbym robić. Ja też wtedy niespecjalnie się garnąłem do stałego zajęcia, bo przerażała mnie myśl, że musiałbym codziennie zdążyć do pracy na tę samą godzinę. A ja bardzo nie lubię się starać, żeby zdążyć na czas. Owszem, w teleturniejach też musiałem, ale tylko kilka razy w roku. 

Marek Krukowski w 1996 roku (Wojciech Druszcz / Agencja Wyborcza.pl)

Zwłaszcza że chyba zarabiał pan w teleturniejach całkiem niezłe pieniądze?

Bywało, że w "Wielkiej grze" wygrywałem przeciętną roczną pensję. W dobrym roku zarobiłem więcej niż premier. Ale w innym – ani grosza.

Jeśli wygrana przekraczała 1000 złotych, podatek od niej wynosił 10 proc. Potrącano go jeszcze przed wypłaceniem nagrody. Zysku nie wpisywało się w PIT.

Po wygranej najpierw objeżdżałem najbliższych przyjaciół i oddawałem im pieniądze, które mi pożyczyli, jeśli przez dłuższy czas nic nie wygrałem. Potem obchodziłem księgarnie i kupowałem wszystko, co wydawało mi się niezbędne. Resztę przeznaczałem na życie i czekałem na kolejny występ.

Pana syn w dokumencie o panu pt. "Zawodowiec" mówił tak: "Tata musi wygrywać". Było w panu więcej determinacji niż gry dla przyjemności?

Z filmem "Zawodowiec" mam taki problem, że nie potrafię uważać go za dokument. Wydaje mi się, że te słowa syna też były zasugerowane przez reżysera. Ale tak czy inaczej, one tam padły w takim kontekście, że jak nie wygram, to nie będziemy mieli pieniędzy. Grałem zawsze głównie dla nich. Do emocji nie przywiązywałem wagi, choć na ogół były przyjemne. Pominąwszy te momenty przed moimi ostatnimi "Wielkimi grami", kiedy wpadałem w histerię. Czułem, że to, co robię, jest bezsensowne, niewykonalne, bo skoro nie jestem pewien, czy wiem wszystko, to na pewno coś mnie zaskoczy. Ale te nerwy znikały bez śladu, gdy tylko zasiadałem w fotelu gracza.

Pamięta pan swój pierwszy teleturniej? To była właśnie "Wielka gra"?

Kiedyś innego liczącego się teleturnieju nie było.

Do udziału namówił mnie ojciec. Pracował jako polonista w moim liceum, choć nie uczył w klasie, do której chodziłem. Był rok 1978, miałem 14 lat, ale uczęszczałem już do liceum, bo w podstawówce z drugiej klasy przeskoczyłem do trzeciej. Wziąłem udział w wojewódzkim konkursie polonistycznym dla klas pierwszych, zająłem miejsce w pierwszej dziesiątce. Na szkolnych eliminacjach na pytanie o świecką literaturę średniowiecza, zamiast mówić o wierszu "O zachowaniu się przy stole", rozgadałem się o europejskich eposach rycerskich –  niedawno je czytałem. Kilka miesięcy później tata usłyszał w telewizji o eliminacjach do "Wielkiej gry" z tematu "Europa w dobie wielkiego eposu rycerskiego XI–XII wieku". Pojechałem więc spróbować sił. Okazało się, że temat nie był specjalnie związany z eposami, pytania były wyłącznie z historii. Mimo to uzyskałem minimum pozwalające się zakwalifikować do gry, tyle że nie wystartowałem, bo byłem za młody. Uczestnicy musieli być pełnoletni.

Janusz Weiss (Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl)

Co za pech!

Zapomniałem o teleturniejach aż do 1988 roku. Przypadkowo złapałem w radiu telewizyjny sygnał dźwiękowy i akurat mówiono o eliminacjach do "Wielkiej gry" z tematu "Felix Mendelssohn-Bartholdy, jego życie i twórczość". Interesowałem się bardzo muzyką poważną, więc postanowiłem wystartować, choć nie był to jeden z dobrze mi znanych kompozytorów. Łatwo przeszedłem eliminacje, a potem z pewnymi problemami, ale jednak wygrałem.

Ale – jak sam pan przyznał – nie zawsze pan wygrywał. Które pytanie wspomina pan jako jedno z najgorszych?

Pytanie w "Wielkiej grze" o dwóch z czterech ulubionych pisarzy amerykańskiego pisarza i publicysty Erskine’a Caldwella. Moja odpowiedź nie została uznana, choć wymieniłem twórców, o których Caldwell mówił z najwyższym uznaniem. Wedle pani ekspert miał on permanentnie wypowiadać się, wymieniając te same cztery nazwiska. Informacje o tym można było podobno znaleźć w Bibliotece Narodowej, w teczce wycinków prasowych dotyczących Caldwella. Gdy później przejrzałem te wycinki, okazało się, że wszystkie cztery wzmianki z tymi czterema nazwiskami pochodziły z relacji z jednej i tej samej konferencji prasowej Caldwella w Polsce. Odkrycie, że osoba z tytułem profesorskim może mieć tak elementarne braki w umiejętności krytyki źródeł, było dla mnie jednym z najbardziej wstrząsających przeżyć.

Zdradzi mi pan, co się działo za kulisami teleturniejów?

W "Wielkiej grze" wszystko zawsze działało jak w maszynie. Na rywalizację oczekiwaliśmy w spokoju, przepytując się nawzajem. W "Miliardzie w rozumie" organizatorzy byli jak jedna zgrana ekipa, ale czasem pozwalali nam się poczuć jej częścią. Z kolei przy pierwszych nagraniach "Va banque" było tyle problemów technicznych ze zgraniem kilkudziesięciu monitorów, że nie udało się zacząć i nagrania przeniesiono na następny dzień.

A jurorzy?

Nie miałem z nimi większego kontaktu. Choć raz jeden z ekspertów od muzyki poważnej w "Wielkiej grze" przeprosił, że ułożył zbyt łatwe pytanie, nie wiedząc, że to ja będę na nie odpowiadał. Szerszą popularność zdobyłem chyba w 1992 roku, w którym wygrałem cztery "Wielkie gry".

Jak się do pana odnosili prowadzący?

Najmilej wspominam rozmowy z prowadzącym "Miliard w rozumie" Januszem Weissem. W ciągu dnia nagrywaliśmy nawet kilka odcinków, więc była okazja, żeby pogadać na tematy związane z pytaniami, które padły. Bardzo miło wspominam też kontakty z panią Stanisławą Ryster. W "Wielkiej grze" była nie tylko prowadzącą, ale także zajmowała się całą organizacją. Poza układaniem pytań, więc były różne powody, by coś z nią wyjaśnić i ustalić.

Hubert Urbański (Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)

Grając, miał pan przy sobie amulety, które przynosiły panu szczęście? Albo miał pan jakieś rytuały?

Wypracowałem sobie kilka zwyczajów. Pierwszy to wręcz przesąd – dotyczył koszul. Otóż żeby wygrać cykl "Miliard w rozumie", trzeba było wygrać cztery programy. Realizowano je w jednej sesji nagraniowej, ale emitowano potem w różnych terminach. Organizatorzy prosili więc o różne stroje na kolejne odcinki. Przyjechałem z czterema koszulami, ale okazało się, że wystarczyłaby jedna, bo odpadłem od razu po pierwszej grze. Wtedy postanowiłem, że nigdy nie będę zakładał, że uda mi się awansować, i przez długie lata przyjeżdżałem na sesje bez zapasowych koszul.

Inny mój zwyczaj dotyczy przygotowań do teleturniejów z wiedzy ogólnej. Przed tym pierwszym "Miliardem…" powtórzyłem wszystko, co się dało, i przegrałem. A tymczasem przeciwnik, którego uznałem za najsilniejszego, powiedział mi, że on nie przygotowywał się wcale, bazował na tym, co już wie. Okazało się, że wygrał nie tylko tamtą sesję, ale i tytułową nagrodę. Dlatego w następnym roku przyjechałem nie tylko z jedną koszulą, ale i bez żadnych przygotowań. Podziałało, wygrałem. Pamiętam, że czułem się mocno zmęczony, bo wylosowałem start w jednej z ostatnich grup zawodników. Poratowałem się, wypijając napój energetyczny. Odtąd pijałem ten napój przed każdą grą, nawet jeśli byłem całkowicie wypoczęty.

W Krakowie przed startami odwiedzałem kilka najpiękniejszych kościołów. Jestem jak najdalszy od jakiejkolwiek religijności, ale uwielbiam sztukę i zetknięcie z nią wprawiało mnie w dobry nastrój.

Marek Krukowski obecnie pracuje w bibliotece (Piotr Ciecierski)

Dlaczego w pewnym momencie zrezygnował pan z grania?

Przełomem było chyba pojawienie się "Milionerów". Wejście telewizji komercyjnych na rynek teleturniejów sprawiło, że zmieniło się podejście twórców tego typu programów. Przede wszystkim poważne i konkretne eliminacje zostały zastąpione przez castingi. TVP starała się wtedy jak najbardziej upodobnić do nadawców prywatnych i w efekcie ambitniejsze programy, te, w których startowałem regularnie, zaczęły znikać, na przykład "Wielka gra", "Miliard w rozumie" czy "Va banque" – ten ostatni na szczęście wrócił. Został tylko jeden poważny program tego typu, "Jeden  z dziesięciu", ale w nim można grać co kilka lat.

Na czym właściwie polegała tajemnica pańskich sukcesów? Jest pan molem książkowym czy raczej szczęściarzem?

Czy jestem molem książkowym? Chyba nie. Książki odgrywają w moim życiu bardzo ważną rolę, ale zdarzały się długie okresy, w których prawie w ogóle nie czytałem, bo na przykład na okrągło słuchałem muzyki, zgłębiając dokładnie, utwór po utworze, twórczość jakiegoś kompozytora. O sukcesach w teleturniejach z wiedzy ogólnej zadecydowało raczej to, że już w szkole podstawowej interesowałem się po kolei wszystkim: archeologią, oceanografią, paleontologią, historią, geografią, fizyką i chemią.

Marek Krukowski od dziecka lubi czytać (Bartosz Bobkowski / Agencja Wyborcza.pl)

W latach 70. świat nie był tak rozpraszający jak dziś. Codziennie chodziłem do biblioteki i przeglądałem książki popularnonaukowe. Kolejne elementy zdobywanej wiedzy dopasowywały się w mojej głowie jak puzzle.  

Moim zdaniem pana atuty to analityczny umysł i ogromna ciekawość świata. Był pan genialnym dzieckiem?

Nauczyłem się czytać w wieku około trzech lat. Podobno kartkowałem elementarz po starszym koledze z kamienicy i dopytywałem o poszczególne litery. Elementarz pamiętam, procesu nauki nie. W przedszkolu czytałem już na tyle sprawnie, że panie prosiły, abym czytał bajki innym przedszkolakom.

Kiedyś na lekcji śpiewu w drugiej klasie nauczycielka złapała mnie na czytaniu "500 zagadek geograficznych". Tak się złożyło, że pani w starszych klasach uczyła akurat geografii, więc przepytała mnie z tej książki. Okazało się, że nie tylko rozumiem, co czytam, ale także potrafię odpowiedzieć na wiele pytań. Tydzień później byłem już w klasie trzeciej. I mówili na mnie w szkole "chodząca encyklopedia".

Dziś ludzie jeszcze rozpoznają pana na ulicy?

Teraz już raczej sporadycznie. Ale gdy grywałem naprawdę dużo, zdarzało się to dość często, raz nawet w Wenecji. A ktoś kiedyś powiedział, że co prawda nie ogląda telewizji, ale dobrze mnie kojarzy z prasy, którą przegląda w celach zawodowych. Rzeczywiście w różnych periodykach, niekoniecznie tych najambitniejszych, pojawiały się wzmianki o mnie. Jedna z nich została zacytowana w powieści Edwarda Redlińskiego "Telefrenia", której bohater obsesyjnie takie wzmianki rejestruje.

Zobacz wideo Marcin z Kętrzyna - współczesny mistrz świata rycerzy

Pod wideo z fragmentem jednego z talk-show, w których miałem okazję brać udział, wyczytałem ciekawy komentarz – ktoś stwierdził, że w szkole podstawowej opowiadał o mnie pan od historii. Powoływał się na ten właśnie program. A ta komentująca osoba myślała, że to ściema, i dopiero dzięki filmikowi przekonała się, że to prawda.

Zatem trafiłem nie tylko do mediów, ale i do literatury, i na lekcje historii.

Tadeusz Sznuk w 'Jeden z dziesięciu' (Iwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl)

A ostatecznie do biblioteki, w której w 2013 roku podjął pan pracę na etacie.

Jestem bibliotekarzem w Bibliotece Miejsko-Powiatowej w Kwidzynie, gdzie prowadzę Mouseion – Klub Starej Książki i Płyty. Jest on oparty w znacznej mierze na przekazanych przeze mnie zbiorach – ponad 6 tys. książek, ponad 4 tys. płyt winylowych i prawie tysiąc kaset magnetofonowych.

Imponująca kolekcja!

To był świadomie budowany zbiór, ale czekały mnie przeprowadzki i nie byłem gotów, by te wszystkie książki składać do pudeł i rozkładać nie wiadomo ile razy. Miasto zgodziło się je przejąć i udostępnić według mojego układu chronologicznego. Okazało się też, że przydam się przy opracowaniu kolekcji.

Otwarcie Mouseionu nastąpiło niemalże jednocześnie z wybuchem pandemii i nie udało się nam przeprowadzić akcji promocyjnej. Dwa następne lata też nie sprzyjały temu, by w piwnicy, w której mieści się siedziba działu, organizować imprezy kulturalne. Myślę jednak, że niedługo wrócą spotkania poświęcone analizie różnych dzieł muzycznych, których – nim jeszcze Mouseion ruszył – odbyło się w bibliotece ponad 50 przez kilka lat.

Mam to szczęście, że pracuję w jednym z najfajniejszych miejsc, jakie mogę sobie wyobrazić. Zdarza się, że obudzę się za wcześnie i żałuję, że nie mogę jeszcze pójść do pracy. Albo w niedzielę nie mogę się doczekać poniedziałku.

Od kilku lat nabrałem też zwyczaju, by w wakacje uciekać na południe Europy, na Bałkany lub do Włoch, na intensywne zwiedzanie w wymarzonych 35°C przerywane popijaniem niezliczonych filiżanek espresso. Stało się to dla mnie punktem kulminacyjnym roku i nagrodą za przetrwanie kolejnych jesiennych miesięcy.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Chyba niedawno zabrakło panu telewizyjnej adrenaliny. W kwietniu 2020 roku próbował pan sił w "Milionerach".

Tak, ale z marnym skutkiem. W eliminacjach byłem najszybszy i początkowo gra szła mi całkiem nieźle, jednak poległem na pytaniu za 20 tys. o to, jaką torebkę ma kukułka plamista. Sensowne odpowiedzi były tylko dwie, więc koło ratunkowe pół na pół niewiele by mi pomogło, bo odrzuciłoby raczej te bezsensowne. Nie zdecydowałem się też na telefon do przyjaciela, ponieważ czułem, że nie jest to jego dziedzina. Analiza językowa sugerowała, że po odrzuceniu dwu odpowiedzi jawnie bezsensownych jedyną możliwą jest "a w niej moc drobnych nasion". I już miałem to powiedzieć, ale ostatecznie wybrałem odpowiedź "stawową prawą i lewą" i przegrałem.

Marek Krukowski i jego zbiory (Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl)

W 2022 roku wystartowałem ponownie w "Va banque". W latach 90. bardzo dobrze mi szło w tym programie, ani razu nie przegrałem. Próbowałem wrócić do gry w nim już w 2020 roku, ale wtedy wygrałem tylko jeden odcinek, a w drugim musiałem uznać wyższość przeciwnika. Tym razem jednak wszystko poszło dobrze, zwyciężyłem w pięciu grach i zakwalifikowałem się do "Turnieju mistrzów". Mam nadzieję, że odbędzie się on w przyszłym roku.

Marek Krukowski. Król teleturniejów. Studiował przez 11 lat polonistykę i filozofię. Mieszka w Kwidzynie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.