Rozmowa
Most Południowy im. Anny Jagiellonki nad Wisłą w Warszawie (fot. Shutterstock)
Most Południowy im. Anny Jagiellonki nad Wisłą w Warszawie (fot. Shutterstock)

Droga wodna E40 została uznana za jeden z najważniejszych problemów związanych z ochroną przyrody na świecie. Jej budowa złamie zapisy unijnej strategii na rzecz bioróżnorodności, jest sprzeczna z trzema konwencjami i negatywnie wpłynie na prawie 200 obszarów chronionych prawem międzynarodowym. Dzisiaj został opublikowany raport koalicji organizacji z Polski, Niemiec, Białorusi i Ukrainy "Ratujmy Polesie" o katastrofalnym wpływie tej inwestycji na przyrodę. Jakim cudem jest w ogóle rozważana? Jakie argumenty przemawiają za jej powstaniem? 

Od lat zadajemy sobie to pytanie. Łącznie z tym, czy to w ogóle jest możliwe do zrealizowania! Ale niestety, wbrew logice ta droga dalej jest promowana jako świetna rządowa inwestycja.  

Jest przede wszystkim uzasadniana jako ważny element sieci transportowej uzupełniającej drogi i koleje. Trudno jednak ten argument uznać, gdy w dzisiejszych czasach liczy się transport tani, szybki, pewny oraz "od drzwi do drzwi", a transport wodny taki na pewno nie jest.  

Pokutuje też fałszywa opinia, że transport wodny jest ekologiczny. Barki nie płyną sobie same z nurtem rzeki, lecz są zasilane silnikami spalinowymi, z których emisje zanieczyszczeń są ogromne. Najnowsze dane Europejskiej Agencji Środowiska wskazują, że sama kolej emituje o 38% mniej CO2 niż żegluga.

Słyszy się także od rządzących, że budowa drogi wodnej E40 to zobowiązanie Polski po podpisaniu konwencji AGN. To też jest naciąganie rzeczywistości, bo raz, że konwencję tę można wypowiedzieć, a dwa, że to nie zobowiązanie, lecz wyraz pewnej woli politycznej bez żadnych konsekwencji w przypadku braku jej realizacji. 

Po stronie polskiej droga wodna E40 jest wpisywana w różne dokumenty strategiczne i programy, na przykład właśnie opracowywany Krajowy Program Żeglugowy. Inwestycją sztandarową tego projektu ma być stopień wodny w Siarzewie, czyli analogiczna tama do tej we Włocławku. Po niej mają powstać jeszcze cztery stopnie z kilkunastu docelowo planowanych na Wiśle: Chełmno, Gniew, Grudziądz i Solec Kujawski. Nie są to informacje niejawne oczywiście, tylko pochodzące z rządowych dokumentów, na przykład z "Programu przeciwdziałania niedoborowi wody na lata 2022–2027 z perspektywą do roku 2030". O planach co do E40 można się także dowiedzieć z rządowych konsultacji społecznych. 

Rządowych konsultacji społecznych, czyli kto z kim i co konsultuje? 

Konsultacje społeczne to proces, podczas którego przygotowywane są projekty dokumentów strategicznych i na 21 dni udostępnia się je publicznie każdej osobie zainteresowanej, która może złożyć swoje uwagi do takiego dokumentu.  

Przykładem może być tutaj Krajowy Program Żeglugowy, który jest opracowywany dla Polski i projekt tego programu wraz z prognozą oddziaływania na środowisko był poddany takim konsultacjom społecznym. W tym roku konsultowaliśmy już pięć innych projektów dotyczących gospodarowania wodami w Polsce, na przykład "Program przeciwdziałania skutkom suszy", program "Gospodarowanie zasobami wodnymi w Polsce" czy "Plan zarządzania ryzykiem powodziowym dla obszaru dorzecza Wisły". 

Droga wodna E40 - zagrożenie dla bioróżnorodności i kluczowych obszarów chronionychDroga wodna E40 - zagrożenie dla bioróżnorodności i kluczowych obszarów chronionych fot. Ratujmy Polesie, Frankfurt Zoological Society

Czy dotychczasowe konsultacje odniosły pożądany efekt?  

Powiem tak: w przypadku projektów, które mają bardzo silne wsparcie polityczne, krytyczne uwagi z konsultacji społecznych są odrzucane. Ale mimo to uważam, że jest to bardzo ważne, by decydenci mieli sygnał od społeczeństwa, co ludzie sądzą na temat planowanych w naszym kraju działań. Po głosie sprzeciwu i merytorycznych argumentach pozostaje wtedy ślad. Nawet jeśli obecna władza się tym nie przejmie, to może zwróci na to uwagę opozycja albo przyszła władza, albo Komisja Europejska. I nikt nam nie zarzuci, że nie sygnalizowaliśmy, że dany projekt jest szkodliwy społecznie czy środowiskowo, niezgodny z prawem, nieetyczny czy po prostu szalony, gdyż nie spełni zakładanych celów. Droga wodna E40 to potężna inwestycja, która nie tylko będzie kosztować miliardy, ale także będzie mieć katastrofalny wpływ na środowisko. I stoi w jasnej sprzeczności z prawem krajowym i międzynarodowym w zakresie ochrony obszarów cennych przyrodniczo.  

Mówi pani o silnym wsparciu politycznym niektórych projektów. Jakie wsparcie ma według pani droga wodna E40? 

Jest to aktualnie największy projekt hydrotechniczny w Polsce, jeżeli nie w Europie.  

Inwestycja pokroju Centralnego Portu Komunikacyjnego? 

Znacznie większa. To jest droga wodna o długości dwóch tysięcy kilometrów przez trzy kraje, w samej Polsce około 550 km Wisły, od Bałtyku aż do Dęblina z kilkunastoma stopniami wodnymi. A od Dęblina do Terespola ma być wykopany sztuczny kanał żeglugowy o długości około 160 km z szeregiem śluz.  

Tutaj ponownie przychodzi mi do głowy pytanie, jakim cudem E40 jest rozważana podczas trwającej wojny w Ukrainie i przy problemach politycznych z Białorusią? 

To jest znakomite pytanie, którego nie można nie zadać przy tym projekcie. Poza oczywistymi problemami, jak toczące się walki na wielu ukraińskich terenach, po rozpoczęciu wojny Ukraina oficjalnie wypowiedziała Białorusi współpracę międzynarodową w zakresie żeglugi śródlądowej. Czyli ze strony ukraińskiej powstanie drogi wodnej E40 na ten moment nie jest możliwe.  

To dla kampanii "Stop drodze wodnej E40" wspaniała wiadomość. 

Mimo to do tej pory polski rząd nie wycofał się w żaden sposób z projektu budowy tej drogi wodnej w naszym kraju. Co więcej, elementy składowe drogi wodnej cały czas są wpisywane do krajowych dokumentów strategicznych, o których wspominałam wcześniej. Choć wciąż nie została opublikowana rządowa, oficjalna, całościowa koncepcja budowy drogi wodnej E40.  

Przekazując dziś nasz raport rządowi w Polsce, zadajemy sobie pytanie, jak to możliwe, że przy braku współpracy między Ukrainą a Białorusią, i do tego przy drastycznej redukcji wsparcia Unii Europejskiej dla rozwoju połączeń z Białorusią i Rosją w świetle wojny na rzecz bezpośrednich połączeń z Polski do Ukrainy, E40 jest dalej rozważana jako projekt do zrealizowania w Polsce. Oczywiście apelujemy o wycofanie się raz na zawsze z tego nieracjonalnego – jako całość i jako jego pojedyncze elementy – pomysłu. 

Droga wodna E40 - zagrożenie dla bioróżnorodności i kluczowych obszarów chronionychDroga wodna E40 - zagrożenie dla bioróżnorodności i kluczowych obszarów chronionych fot. Ratujmy Polesie, Frankfurt Zoological Society

E40 przecina środek "Amazonii Europy", czyli Polesia, największego i najdzikszego na kontynencie obszaru podmokłego. Mówimy o 153 obszarach objętych różnymi formami ochrony. Ile zwierząt może zginąć podczas budowy tej drogi?  

Zacznijmy od tego, że gołym okiem widać, że brakuje nam wody. Mimo to osoby odpowiedzialne za gospodarkę wodną i żeglugę zdają się zaklinać rzeczywistość, udając, że jakoś to się uda. Ale skądś wodę trzeba wziąć, chociażby do wypełnienia sztucznego kanału między Dęblinem a Brześciem. E40 zniszczy rzeki na Lubelszczyźnie, w tym wspaniały Wieprz, ale wody z takich źródeł będzie za mało. Z ekspertyzy "Analiza wybranych możliwych oddziaływań potencjalnego rozwoju Międzynarodowej Drogi Wodnej E40 na warunki hydrologiczne i środowiskowe sąsiadujących rzek i mokradeł – odcinek między granicą polsko-białoruską a Wisłą" wynika, że na kilku odcinkach ten kanał "zassie" wodę z okolicznych terenów, głównie rolniczych. Zadziała jak rynna drenażowa, nasilając tam skutki suszy. Są też plany tłoczenia wody z innych rzek, jak Wisła czy Bug, na potrzeby funkcjonowania kanału, ale nie chcę nawet zaczynać mówić o tym, jak potwornie karkołomne jest to wyzwanie.  

Przechodząc do zwierząt, obszary na trasie planowanej drogi wodnej E40 to w większości obszary cenne przyrodniczo, chronione. Dla ochrony samych tylko ptaków utworzono tu cztery obszary specjalnej ochrony ptaków Natura 2000 oraz ostoję ptaków Dolina Dolnego Wieprza PL144, która też jest planowana do włączenia do sieci Natura 2000.  

Według danych Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków w granicach tych obszarów, zlokalizowanych na planowanej trasie E40, gniazduje nawet połowa krajowej populacji aż 4 gatunków ptaków, a kolejne 3 gatunki stanowią ponad 20 proc. polskiej populacji. Na tak wysokie wartości mają wpływ przede wszystkim populacje tych gatunków gniazdujących w Dolinie Środkowej Wisły. Tam większość gatunków związanych z rzeką nieodwracalnie straci możliwość rozrodu. Świadczy to o kluczowej roli doliny Wisły w ochronie ptaków gniazdujących na piaszczystych wyspach i ławicach w korycie rzek.

Mówimy o ptakach, które zginą podczas budowy E40, a ile nie poradzi sobie w środowisku po jej powstaniu? 

Jak droga zostanie zbudowana, siedliska ptaków będą zniszczone i nie będzie miał kto już sobie radzić. Wtedy będzie można przejść do rozmowy o tragedii ryb, które też nie przeżyją, gdy rzeka zostanie zamieniona w szereg zbiorników zaporowych poprzegradzanych tamami. 

Zacznijmy od tego, że inne gatunki ryb zamieszkują zbiorniki retencyjne – czyli coś bliższego jezioru niż rzece, jak zbiornik we Włocławku – a inne występują w płynących wodach rzecznych.  

Jeśli na Wiśle stworzymy takie zbiorniki, jakie są w planach E40, to ryby żyjące w rzece nie będą w stanie ani w nich żyć, ani ich pokonać. To będzie dla nich zupełnie inne środowisko, inny ekosystem, gdzie woda płynie bardzo powoli, jest cieplejsza, mniej natleniona. 

Kolejna sprawa to stopnie wodne na Wiśle. Większość ryb nie jest w stanie takiej zapory pokonać, nawet jeśli jest zbudowana przepławka, czyli taki kanał obejścia, którym bardzo mały odsetek ryb może ominąć zaporę. Są wyliczenia mówiące o tym, że jeśli powstanie drugi stopień wodny w Siarzewie, to odetnie to, razem z tamą we Włocławku, ponad 60 tys. km Wisły i jej dopływów dla ryb migrujących. To jest naprawdę bardzo potężne oddziaływanie. Dodajmy, że za granicą odchodzi się już od budowy tam, wręcz się je rozbiera, rozumiejąc, jak wiele negatywnych konsekwencji jest z nimi związanych, ale też jakie korzyści niesie swobodnie płynąca, naturalna rzeka. 

Tama we Włocławku (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)

W państwa raporcie zostało także wyróżnione, że 43 obszary chronione mają zostać poddane "szczególnie silnemu oddziaływaniu". Mówimy tutaj o 17 tys. km. Co to dokładnie oznacza? 

Duża część obszarów ujętych w raporcie obejmuje różne formy ochrony rzeki i jej doliny. Przykładowo w przypadku Wisły mamy obszary Natura 2000, które powstały w celu ochrony gatunków i siedlisk związanych z Wisłą. Jeśli samo koryto rzeki i dolina zostaną przekształcone w kanał żeglugowy, to stracimy cały cenny przyrodniczo ekosystem Wisły. To jest "szczególnie silne oddziaływanie". Rząd nie może powiedzieć, że tylko trochę tam pozmieniają. To jest radykalne zniszczenie rzeki i jej doliny.  

Z kolei oddziaływania pośrednie to takie, gdzie będzie zaburzona gospodarka wodna wskutek tego, że nieopodal powstanie kanał żeglugowy, który będzie działał odwadniająco na tereny przyległe lub woda będzie z nich pobierana do jego wypełnienia.  

A czy jakaś część drogi E40 jest już gotowa, gdzieś nie trzeba będzie ingerować w ogóle?  

Bardzo niewielka. To zaledwie 11,5 km Martwej Wisły i 55 km Zbiornika Włocławskiego, które spełniają parametry klas międzynarodowych, czyli IV i V, które pozwalają na eksploatację statków o tonażu powyżej tysiąca ton. 

Czy mamy jakieś porównanie tego, co może wydarzyć się na Wiśle, z tym, co stało się z Odrą? 

Możemy się spodziewać powtórki odrzańskiej katastrofy na Wiśle. W przypadku Odry nie ma wątpliwości, naukowcy to potwierdzają, że głównym powodem zatrucia rzeki były zrzuty wód zasolonych, czy to przemysłowych, czy kopalnianych. Złotowiciowce, odpowiadające za śmierć wielu ryb, w wodach słodkich nie występują masowo, więc ta sól była tutaj niezwykle istotna. Natomiast do Wisły zrzutów wody słonej jest jeszcze więcej niż do Odry. Ale dzięki temu, że między innymi dzisiaj Wisła jest dużo mniej przekształconą rzeką niż Odra, ma dużo większe zdolności rozcieńczania i regeneracji. Jeśli Wisłę uregulujemy, niszcząc naturalny ekosystem i zbliżając ją do kanału, znacznie zwiększamy prawdopodobieństwo powtórki tego, co wydarzyło się w Odrze.  

Dużo osób zadaje sobie pytanie, co dalej z zatrutą Odrą – i środowisko naukowe jasno twierdzi, że trzeba powstrzymać wszelkie pracy hydrotechniczne i regulacyjne na Odrze, by ten ekosystem mógł się odtworzyć. I jest to ewidentny sygnał, że sztuczne zmienianie rzek sprzyja takim tragediom jak ta z lata tego roku. 

Raport na temat budowy drogi E40 donosi, że część rzek będzie wymagała "pogłębiania, przetamowywania, prostowania". Chciałabym na chwilę zatrzymać się nad każdym z tych słów i wyjaśnić jego znaczenie i konsekwencje, zaczynając od pogłębiania. 

Już w ostatnie lato widzieliśmy, jak bardzo odsłania się piaszczyste dno w Wiśle; można tam nawet pokusić się o próbę przejścia piechotą przez rzekę. A zgodnie z planem budowy E40 w tych miejscach mają pływać statki czy barki o zanurzeniu do 2,8 m. Trzeba więc wykopać głęboką i szeroką na co najmniej 40 m rynnę. Trochę jak ten słynny przekop przez Mierzeję Wiślaną, gdzie Zalew Wiślany jest za płytki i też trzeba będzie go pogłębiać i poszerzać, by kanał żeglowny mógł funkcjonować. Proszę mnie nie pytać, skąd weźmiemy wodę, żeby ten kanał wypełnić, bo ja naprawdę nie wiem.  

Przekop przez Mierzeję Wiślaną (Fot. Michał Ryniak / Agencja Wyborcza.pl)

To przechodząc do przetamowywania – jaki jest sens budowania kolejnych stopni wodnych? 

To zależy, kogo pani zapyta. Ja odpowiem, że chodzi o to, by w bezsensowny sposób wydać publiczne pieniądze na inwestycje, która niczemu i nikomu nie służy. Oficjalne powody są dwa: pierwszym z nich jest stworzenie w Siarzewie elektrowni wodnej. Z tym że nie tylko podobną ilość energii możemy uzyskać za pomocą niewielkiej farmy wiatrowej, ale także koszty środowiskowe takiej elektrowni wodnej są bardzo duże. Dużo kosztów, w tym ogromne środowiskowe, a zysk bardzo niewielki. 

Drugim powodem jest to, że ma to służyć stworzeniu zbiornika zaporowego, który ma podpiętrzyć wodę poniżej Włocławka. Co to oznacza? 50 lat temu, kiedy oddano do użytku tamę we Włocławku, nie był on planowany jako pojedyncza inwestycja, tylko jako część tzw. kaskady dolnej Wisły. W momencie, gdy stoi sam, poniżej niego następuje erozja denna Wisły, czyli pogłębienie koryta rzeki, i straszy się katastrofą budowlaną, zawaleniem się tamy we Włocławku i postaniem fali powodziowej, która zaleje obszary poniżej Włocławka wzdłuż Wisły. 

Natomiast zamiast pakować pieniądze w kolejne tamy, które tak jak Włocławek będą wymagały obsługi, regularnych inspekcji i kolejnych inwestycji, zdecydowanie lepiej jest rozebrać tamę we Włocławku. Chciałabym to bardzo podkreślić: przemyślane rozebranie tamy i uwolnienie Wisły jest możliwe. To najlepiej zapobiegnie wszystkim możliwym katastrofom budowlanym w tym miejscu, erozji dennej i kolejnym problemom. Oczywiście z zachowaniem przeprawy mostowej, czyli połączenia pomiędzy obu brzegami Wisły. Ale nie ma żadnego powodu, by sama tama tam dalej stała, przegradzając Wisłę, piętrząc wodę i problemy. Wszyscy byśmy z tego skorzystali i nie mam tutaj na myśli tylko środowiska przyrodniczego, ale też ludzi, w tym osoby korzystające z Wisły rekreacyjnie.  

Zostało nam jeszcze prostowanie rzek.  

Droga wodna jest jak autostrada. Nie może mieć zbyt wielu ostrych zakrętów. A jeśli takie są, trzeba je ściąć i wyprostować rzekę. Promień łuku osi szlaku żeglownego klasy IV musi mieć minimum 650 m, by mogły przepłynąć statek czy barka o długości minimum 80 m. W efekcie tworzy nam się rynna, po której woda zdecydowanie szybciej spływa.  

Tama we Włocławku (Fot. Wojciech Kardas / Agencja Wyborcza.pl)

A gdy jest jej za dużo, bo na przykład spadło na raz bardzo dużo deszczu? 

To kumuluje się w takiej rynnie, potem się rozlewa, i to zdecydowanie mocniej i szybciej, bo nie ma już zakrętów, które złagodzą tempo wody, i naturalnych terenów zalewowych, które ją wchłoną.  

Sama mieszkam niedaleko Biebrzy, która nie jest sztucznie uregulowana, jej woda ma się gdzie rozlewać, a torfowiska wchłaniają jej nadmiar. Nikt u nas nie używa słowa "powódź". To słowo tu nie funkcjonuje. Na wiosnę i jesień mówi się, że są rozlewiska, ale nikt z ich powodu nie cierpi, bo nikt nie buduje domów na terenach zalewowych. A potem nasączone jak gąbki wodą torfowiska powoli oddają tę wodę, łagodząc skutki suszy. System idealny.  

Szacowany koszt E40 tylko w Polsce to 60 mld złotych. Na co by pani wydała te pieniądze w zakresie gospodarowania wodą w kraju? 

To jest kolosalna ilość pieniędzy, które można wykorzystać na tzw. nietechniczną ochronę powodziową. Czyli odtwarzanie terenów zalewowych, mokradeł, renaturalizację ekosystemów rzecznych, czego bardzo teraz potrzebuje Odra, na tworzenie obszarów chronionych obejmujących mokradła i rzeki. Musimy chronić wodę tam, gdzie ona występuje w sposób naturalny, a nie w sztucznych zbiornikach retencyjnych. Takich potrzeb jest bardzo dużo. 

Został dla Polski opracowany "Krajowy program renaturalizacji wód powierzchniowych"5, ale jest niestety tylko papierem w jakiejś szufladzie.  

Przez kogo i dla kogo został opracowany?  

Przez Wody Polskie, bo był to wymóg wynikający z Ramowej Dyrektywy Wodnej, gdy były opracowywane aktualizacje planów zarządzania wodami w dorzeczach. Ale ponieważ nie ma on poparcia politycznego, to wylądował u kogoś na biurku i tam skończył. Zupełnie nie jest realizowany. I to wymaga zmiany. 

A kto mógłby go zrealizować? 

Tylko Wody Polskie, bo są odpowiedzialne za gospodarkę wodną w Polsce. Trochę mnie to nawet nie dziwi, że nie patrzą przychylnie na program renaturalizacji mokradeł i rzek, bo podlegają pod Ministerstwo Infrastruktury, które z racji swojego celu jest zainteresowane głównie inwestycjami, przekształceniami i wykorzystaniem zasobów wodnych zamiast ich ochroną. Jedną z kluczowych i pilnych zmian w gospodarce wodnej w naszym kraju powinno być zwrócenie zarządzania wodami do ministerstwa ds. środowiska. 

Być może kiedyś E40 i Krajowy Plan Renaturalizacji zamienią się miejscami.  

Nawet dla tych, którzy nie są tak wrażliwi na niszczenie przyrody czy krzywdę zwierząt, ta droga wodna jest inwestycją katastrofalną dla ludzi. Ilość pieniędzy z publicznego budżetu, która ma zostać wyrzucona dosłownie w muł, może zostać naprawdę lepiej zagospodarowana. Ta inwestycja zniszczy rzeki, z których korzystają zwykli ludzie – mam tutaj na myśli turystykę, rekreację, wędkarstwo, naturalną ochronę przeciwpowodziową. To nie-do-rzeczne! 

Raport do przeczytania TUTAJ >>>

Małgorzata Górska. Zajmuje się zawodowo ochroną przyrody, od ponad 20 lat współpracując z pozarządowymi organizacjami ekologicznymi. Pełniła funkcję wicedyrektorki Biebrzańskiego Parku Narodowego. Obecnie koordynuje kampanie przyrodnicze w Ogólnopolskim Towarzystwie Ochrony Ptaków (BirdLife Poland), członku Koalicji Ratujmy Rzeki i Ratujmy Polesie. Jest współzałożycielką Fundacji Greenmind i Fundacji dla Biebrzy. Jest europejską laureatką Nagrody Goldmanów (2010), zwanej "ekologicznym Noblem", za działania na rzecz obrony doliny Rospudy i zmiany przebiegu drogi Via Baltica. Zajmuje się głównie ochroną siedlisk mokradłowych, głównie tych o znaczeniu międzynarodowym. 

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Prowadzi podcast Zetka z Zetką.