Rozmowa
Anna Dymna (Adam Golec / Agencja Wyborcza.pl)
Anna Dymna (Adam Golec / Agencja Wyborcza.pl)

"Johnny", film inspirowany życiem księdza Jana Kaczkowskiego, 23 września wchodzi do kin. Pani gra mamę głównego bohatera, w którego znakomicie wcielił się Dawid Ogrodnik.

Ksiądz Jan był skarbem. Niestety, tylko raz rozmawiałam z nim krótko przez telefon. Zadzwoniłam do niego, ponieważ od 20 lat prowadzę program, w którym rozmawiam z ciężko chorymi ludźmi. Chciałam go zaprosić. Od cierpiących ludzi, walczących o życie, po wypadkach, z niepełnosprawnościami uczę się rozmawiać o cierpieniu, tragediach, śmierci, ale przede wszystkim o miłości, przyjaźni, samotności i o tym, jak bardzo człowiek jest potrzebny człowiekowi.

Jan Kaczkowski w 2016 roku zmarł na glejaka, mając zaledwie 39 lat. Ale zdążył zrobić wiele dobrego. Był kapelanem i współzałożycielem Puckiego Hospicjum Domowego. Trafiłam na nagranie z księdzem Janem, w którym mówi: "Jestem Anną Dymną północy".

Naprawdę tak powiedział? Byliśmy może podobnie wychowywani, mieliśmy chyba taki sam stosunek do życia i identyczne wartości. Nie wiem, jak to nazwać. Chodzi o prosty stosunek do najważniejszych problemów. Ksiądz Jan wiedział, że gdy ktoś cierpi i umiera, to trzeba po prostu być przy nim. Trzymać go za rękę. Spokojnie słuchać, co mówi. Nie rozpaczać, nie płakać, nie straszyć. Wiem, że to trudne, ale tak powinno być.

Kadr z filmu 'Johnny' (mat. prasowe)

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

A my zwykle nie wiemy, jak się zachować.

To zrozumiałe. Boimy się. Przecież nie wiemy, co nas czeka. Śmierć w naszej kulturze otoczona jest przerażeniem, bólem, rozpaczą. Odwracamy się więc od niej. Nie chcemy, nie umiemy rozmawiać z umierającymi ludźmi.

A przecież w tę tajemniczą podróż w nieznany świat i tak każdy z nas będzie musiał kiedyś podążyć. Sam. Jednak ważne, by przed tą wyprawą nie być samemu, by ktoś uśmiechem i dobrym słowem wprowadził nas w tę tajemnicę. Łatwiej, gdy się wierzy, że życie na ziemi to tylko etap podróży i że śmierć jest początkiem czegoś nowego. Ja na szczęście nie umiem sobie nicości żadnej wyobrazić. W związku z tym wierzę, że warto uczciwie żyć. Bo kto wie? Może mnie potem czeka jakieś następne niezwykłe wyzwanie?

Niewykluczone.

Ksiądz Jan wiedział też, że każda chwila życia jest skarbem, szansą i trzeba ją wykorzystywać do końca, że człowiek zawsze jest komuś potrzebny. Nie musiał o tym nawet mówić. Po prostu tak żył. Jest dla mnie i wielu ludzi wzorem, mistrzem życia i dowodem na to, że człowiek naprawdę jest wspaniałą istotą. Często słyszę od moich rozmówców w programie "Spotkajmy się": "Ania, przecież cierpienie, śmierć to bardzo ważna część życia". I uśmiechają się, mówiąc to. Oni dają mi najwięcej siły i uczą cieszyć się każdą chwilą.

Anna Dymna, 2015 rok (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Zdumiewające, że film "Johnny" zrobił młody człowiek. Daniel Jaroszek dotyka w nim wielu najtrudniejszych spraw. Jedna z nich to śmierć i jej oswajanie. Drugi to cierpienie i jego sens.

Często słyszymy, że cierpienie uszlachetnia.

Tak. Może to i w pewnym sensie prawda. Ale znam ludzi, którzy tak okrutnie cierpią, że gdy na to patrzę, myślę: "Jezus Maria, nie chcę, żeby świat był w ten sposób uszlachetniany". Ale widzę też, jak ludzie to cierpienie przepracowują. Jak odnajdują w nim sens. Nawet kilka razy usłyszałam: "Wiesz, ja jestem po prostu wybrany… do bardzo ważnego zadania. A może tak cierpię i jestem po to, żebyś ty zdała sobie sprawę, jaka jesteś szczęśliwa".

Samotność najbardziej potęguje cierpienie. Miłość i obecność drugiego człowieka jest najlepszym lekiem przeciwbólowym. Znam ludzi bardzo cierpiących, którzy są kochani i kochający. Mimo kalectwa, chorób, bólu mają marzenia, pasje, zakładają rodziny, pracują. Zawsze im zadaję pytanie: "Powiedz mi, ty jesteś szczęśliwy?". A oni śmieją się z mojej poważnej miny i odpowiadają: "No pewnie!".

Mimo wszystko dostrzegają sens.

Chcę wierzyć, że to wszystko ma jakiś sens. Moja mama umierała przez pół roku, całkowicie sparaliżowana. Porozumiewałyśmy się tylko mrugnięciami i w ten sposób często "dyskutowałyśmy", również o sensie cierpienia. Mama od dziecka mi tłumaczyła, że wszystko "jest po coś", i gdy umierała, potwierdzała, że skoro ból jest od zawsze i jest tak dotkliwy, to musi być ważny, potrzebny i mieć jakiś ogromny sens. Nasz papież powiedział kiedyś, że cierpienie jest jak ogień, który oczyszcza pole dla miłości. Może tak jest.

Kadr z filmu 'Johnny' (Hubert Komerski)

Film "Johnny" pokazuje nam też, jak bardzo potrzebujemy zaufania i życzliwości drugiego człowieka. Moja mama zawsze mi mówiła: "Każdy człowiek jest dobry. Czasem tylko o tym nie wie, wstydzi się, nie ma wzorców. Po prostu jest jakby chory i nieszczęśliwy". Sprawdzam to całe życie. Mam coraz więcej dowodów na to, że mama miała rację. Ksiądz Jan potrafił w ludziach dostrzegać i uruchamiać dobro, zmieniać ich.

Dla mnie ten film, mimo że smutny, ostatecznie jest pozytywny. Mówi o tym, że warto zmienić życie chociażby jednego człowieka. Takim symbolicznym człowiekiem jest Patryk, któremu ks. Kaczkowski pomaga. Duchowny angażował w wolontariat w hospicjum trudną młodzież i osoby skazane.

Tak. Ten film jest jasny. A wie pani, że myśmy poznali Patryka? On naprawdę istnieje. Ma dzieci i żonę. Na planie poznaliśmy też mamę, tatę, brata i siostrę ks. Jana. Podczas zdjęć panowała niespotykana atmosfera. Wszyscy wydawali się szczęśliwi, że są tam razem. Ja też po prostu tylko jestem. Prawie nic nie gram, ale jestem. I nie wiem do końca, dlaczego to dla mnie jest takie ważne. Mama ks. Jana nie mówi dużo. Jest zawsze w cieniu. Ale stoi za synem jak mur. Film nie zajmuje się specjalnie rodzinnymi układami. Ale wiem, że przede wszystkim to mama nauczyła Jana miłości. Zawsze dawała mu największą siłę, ufała mu i wspierała we wszystkim, co robił.

Kard z filmu 'Johnny' (Hubert Komerski)

Patryk nie miał żadnych wzorców.

Nawet nie wiedział, co jest dobre, a co złe. Myślał, że dobrze jest, jak coś ukradnie, bo wtedy tatuś będzie go chwalił. Patryk to przestępca z oczami wystraszonego, niewinnego dziecka, które chyba bardzo pragnie miłości i nagle ją spotyka. To bardzo wzruszający i piękny wątek. W dodatku wzięty z życia. Ksiądz Jan nie był księdzem, który prawił kazania, pouczał i straszył, jak to często bywa.

Sam, mimo choroby, pomagał. Ciężko pracował i umiał swoją postawą zmieniać ludzi. Pokazywał, jak ważne jest zaufanie oraz wiara w człowieka.

Czy dlatego pani pomaga innym, i to od wielu, wielu lat?

Nie umiem się tłumaczyć i mówić o tym. Nie mam żadnej zadowalającej odpowiedzi na to pytanie. Nie pomagam "dla czegoś". Po prostu zaprzyjaźniłam się kiedyś z osobami z niepełnosprawnością intelektualną, poznałam ich losy, pokochałam ich i… nie mogłam znieść, jak czasem rzeczywistość ich traktuje. Nie mogłam patrzeć, jak są bezradni, bezbronni. Szlag mnie trafiał. Przecież tak nie musi być. Dlatego założyłam fundację, by pomóc im godniej żyć i by mogli się częściej uśmiechać.

Anna Dymna mówi, że pomaganie to dla niej naturalny odruch (Michał Lepecki / Agencja Wyborcza.pl)

Przez blisko 20 lat fundacja rosła. Skupiłam wokół siebie wspaniałych ludzi. Prowadzimy wiele projektów, wybudowaliśmy dwa ośrodki, pomogliśmy tysiącom ludzi. To ma naprawdę sens. Daje siły i radość, choć trudne teraz przyszły czasy dla pomagania. Prowadzenie fundacji i ciągły kontakt z cierpiącymi ludźmi jest niezwykłą szkołą życia, radości i miłości.

Dlatego mówi pani o odchodzeniu z takim spokojem.

Kiedyś w moim programie gościł Bartek z Wrocławia, który całe życie walczył z dystrofią mięśniową. Od wielu lat skazany na śmierć żył – jak to nazwał – na kredyt. Rozmawialiśmy na dwa tygodnie przed jego śmiercią. Miał w sobie łagodność i radość. Spoglądałam w jego piękne niebieskie oczy. Miałam uczucie, jakby patrzył z innego świata. Emanował dziwnym spokojem.

Byłam u ks. Jana Twardowskiego w szpitalu kilka dni przed jego śmiercią. Gdy wychodziłam, z takim właśnie łagodnym spokojem powiedział mi: "Pani Aniu, jestem już zmęczony. Muszę wrócić do domu, odpocząć sobie". Odparłam: "Jeszcze troszkę księdza wzmocnią i zaraz ksiądz wróci". Ksiądz się uśmiechnął. Dodał: "Ale nie o tym domu mówię". I też popatrzył z jakiegoś innego świata.

Zobacz wideo Monika inna czuje się dopiero, gdy słyszy "ty Downie"

Co pani dają te rozmowy?

Wielu moich gości w programie czy podopiecznych mówi mi: "Dopóki oddycham, jestem królem życia. Dopóki mam jeszcze chociaż jedną rękę, dopóki jeszcze trochę widzę". Znam ludzi, którzy mówią: "Ania, jak będę chociaż troszeczkę ruszał prawą ręką, to będę wolnym człowiekiem. Bo będę mógł odebrać komórkę i uruchomić komputer". Czy znamy takie wymiary wolności?

Anna Dymna, 2011 rok (Adam Golec / Agencja Wyborcza.pl)

Niedawno poznałam młodego mężczyznę, który jest całkowicie sparaliżowany. Ma cudowną żonę, dwuletnie dziecko i mówi, że jest szczęśliwy. Jakim mocarzem jest człowiek. Jaką jest niezwykłą istotą.

Dlaczego założyłam fundację, dlaczego pomagam? Bardzo trudno to wytłumaczyć. Odkąd mam fundację, ciągle ktoś mnie pyta: "A dlaczego to pani robi? Co pani z tego ma?". Jestem wolontariuszką, więc trudno mi tłumaczyć. Jedyna satysfakcjonująca odpowiedź jest taka, że ja to robię dla siebie. Założyłam fundację nie dlatego, że nie miałam co robić. W tamtym okresie dużo pracowałam. Założenie fundacji to był odruch bezwarunkowy, jak oddychanie. Gdzieś komuś jest ciemno, to przecież można spróbować chociaż mu świeczką rozjaśnić świat. I każdy może spróbować, bo jakąś świeczuszkę ma i na pewno komuś jest potrzebny. "Pani taka dobra, Matka Boska od downów" – kpią niektórzy. A ja normalna jestem po prostu.

Pomaganie daje siłę?

Niech każdy spróbuje. Gdy ktoś ci mówi: "Dziękuję. Gdyby nie ty, nie dałbym rady sam", i uśmiecha się, to człowieka napełnia nieprawdopodobna siła. I chce się wtedy pomagać dalej. To jest jak taka magiczna elektrownia. I teraz nie wyobrażam sobie, że budzę się rano i nikomu nie jestem potrzebna. Oczywiście, że wiek, przemijanie zabiera mi siły fizyczne. Tak musi być. Ale gdy idę do moich podopiecznych, dla których założyłam fundację, i widzę ich radość i słyszę okrzyki: "Mama jest! Mama Ania!", to czuję, jak piękne jest moje życie. Chociaż przecież zawsze było. Zagrałam wiele ról, poznałam wspaniałych ludzi, mam kochaną rodzinę i przyjaciół. Ale kontakt ze światem ludzi skrzywdzonych przez los nadał mojemu życiu jeszcze inny, głębszy sens.

Potrafi pani to wyjaśnić?

Chciałam być kiedyś psychologiem, a zostałam aktorką. Pracując nad rolami, już ponad pół wieku, staram się zrozumieć człowieka przy pomocy reżyserów, kolegów aktorów, często wybitnych artystów. To chyba sprawiło, że nabrałam odwagi i pewnego dnia zaczęłam po prostu rozmawiać z ludźmi chorymi, umierającymi. I rozumiałam, o czym mi mówią. Zauważyłam też, że takie zwyczajne rozmowy są im potrzebne. A dla mnie to jest niezwykłe dotykanie świata. I trudny egzamin. Ale czuję się zwykłym człowiekiem, a nie tą panią z ekranu. Niektórzy moi podopieczni w ogóle nie wiedzą, że jestem aktorką, a mnie lubią. To jest taki sprawdzian z człowieczeństwa.

Jak wytłumaczyć, że się pomaga? Janeczka Ochojska czy Gosia Chmielewska mówią tak: "Anka, jak pytają, dlaczego pomagasz, mów tak: bo pan nie pomaga". Znam wielu ludzi, którzy tysiąc razy więcej pomagają niż ja. Są moimi mistrzami. Jak na przykład ks. Jan Kaczkowski. A najfajniej jest, jak robię coś, o czym nikt nie wie. To daje najwięcej siły.

Anna Dymna w 2010 roku (Krzysztof Karolczyk / Agencja Wyborcza.pl)

Ksiądz Jan mawiał, że "trzeba natychmiast zacząć żyć. Jest później, niż nam się wydaje".

Żyć tak, jakby każdy dzień miał być tym ostatnim. Trzeba się cieszyć każdą chwilą. Trzeba kochać i o miłość dbać. Ona jest wszystkim, co istnieje.

Tej miłości jest coraz mniej. Coraz szybciej, z zadyszką pędzimy przez życie, coraz rzadziej patrzymy sobie w oczy, coraz więcej czasu tracimy na narzekanie.

Kiedyś rozmawiałam ze sparaliżowaną dziewczyną. Była cały czas tak uśmiechnięta, że aż mnie to denerwowało. Deszcz padał, a ona się uśmiechała. Mówię: "Co się tak uśmiechasz?". A ona: "Zobacz, jak pięknie pada, te kropelki są takie piękne. Nie widzisz tego?". Nie była egzaltowana. Myślała tak naprawdę.

Uczę się tego cały czas. Cieszę się, że wieje wiatr, bo będzie lepsze powietrze. Gdy pada, też się cieszę, bo nie będę musiała ogrodu podlewać. Siądę sobie na chwilę, przyjdą sierściuchy. Pogłaszczę je, pomruczą i już mi dobrze. Nawet nie wiem, kiedy się uspokajam. I jeszcze jedno.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Tak?

Mam takiego małego iPadzika, z którym wszędzie jeżdżę i robię zdjęcia. Mama mnie nauczyła, że trzeba się patrzeć naokoło i zachwycać światem. Bo dookoła jest tyle pięknych rzeczy. Wystarczy na chwilę się zatrzymać i rozejrzeć. I robię to całe życie… Chociaż pięć minut dziennie. I czasem pstryknę zdjęcie. Jak mi jest smutno, to zaglądam do tego mojego iPadzika. Najwięcej mam w nim kotów, kwiatów i zachodów słońca.

Jeżeli jeszcze możemy się poruszać, mamy ręce, oddychamy, to jesteśmy królami życia. Ja jestem królem życia. Bez względu na kryzysy, jakie przychodzą. Ksiądz Jan też nim był.

Anna Dymna. Aktorka teatralna i filmowa, działaczka społeczna oraz założycielka i prezeska Fundacji Anny Dymnej "Mimo Wszystko". Prowadzi program "Anna Dymna – Spotkajmy się", do którego zaprasza osoby z niepełnosprawnościami. Mieszka pod Krakowem.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.