Rozmowa
Artur Barciś (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)
Artur Barciś (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Umówiliśmy się na wywiad w Och-Teatrze. Przyszłam chwilkę wcześniej, żeby absolutnie się nie spóźnić. Czekając na pana, myślałam, że atmosfera teatru to jest coś niepowtarzalnego. Na pewno pan pamięta pierwszy spektakl, który pan obejrzał. 

Byłem w zerówce bądź w pierwszej klasie, kiedy poszliśmy do Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Wystawiano bajkę o zajączku. Znalazłem się w miejscu przecudownym, które od razu pokochałem. Niedługo potem pojawiła się u mnie myśl, żeby zostać aktorem. Moja szkoła podstawowa w Rędzinach koło Częstochowy powstała w ramach akcji tysiąc szkół na tysiąc lat państwa polskiego. Była nowa, piękna i miała scenę.  

To mi się kojarzy z amerykańskimi filmami. W polskiej podstawówce czegoś takiego nie widziałam. 

Mieliśmy prawdziwą scenę. Z kurtyną i kulisami. Zapisałem się do szkolnego chóru, z czasem zostałem solistą. Na scenie poczułem, co to znaczy być podziwianym. 

Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem.  

Artur Barciś podczas spotkania z uczniami częstochowskiego gimnazjum nr 5. 2008 rok (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Robert Lewandowski wspomina, że jako chłopiec był malutki i wołano na niego "Bobek", a pan mówi o sobie: "Byłem taki szczurek". 

Drobniutki, chorowity. Taki jakiś niewydarzony. Zawsze czułem się gorszy. A gdy wszedłem na scenę, wszystkie kompleksy zniknęły. Byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.  

Czytam pańskie refleksje o życiu, jakie zamieszcza pan na swojej stronie barcis.pl, i nadal widzę pana jako harmonijnego i szczęśliwego człowieka.  Dziś nie tylko mówi pan, że lubi siebie, ale także podkreśla, że zawsze ma nadzieję na lepsze jutro. Coś wspaniałego! Jak pan doszedł do takiego momentu w życiu? 

To jest kwestia charakteru. Jestem osobą, która ciągle kogoś wyciąga za uszy z dołków, z nieszczęścia. Zawsze wolę widzieć szklankę do połowy pełną. 

Zrobiło na mnie fenomenalne wrażenie, jak kiedyś opowiadał pan, iż ukradziono panu piękny rower i stwierdził pan, że może to wyjdzie komuś na dobre, bo kupi go sobie od tego złodzieja za jedną czwartą ceny i będzie mu się przyjemnie jeździło.  

(śmiech) Z każdej sytuacji trzeba wyciągnąć jakiś pozytyw.  Tak się po prostu lepiej żyje. Mnie się tak lepiej żyje. Żona czasem mówi: "Boże, jaki ty naiwny jesteś". Wiem, że jestem. Nawet jeśli miałbym podstawy, by podejrzewać, że ktoś mnie próbuje oszukać, to wolę zakładać jego dobre intencje. I zawsze tak robię. Gdyby się pani dziś spóźniła na wywiad, to wcale bym nie pomyślał, że mnie pani lekceważy. Gdyby się pani spóźniła dziesiąty raz z rzędu, to dopiero wtedy tak bym uznał. 

Pan twierdzi, że ludzie są z natury dobrzy.  

Tak. Proszę zobaczyć, że doszukiwanie się u innych złych intencji jest główną przyczyną całej masy złych rzeczy: konfliktów, kłótni, wojen. Bardzo współczuję ludziom, którzy chorują na spiskową teorię dziejów i podejrzewają wszystkich wokół o złe intencje. 

Rzadko się zdarza, że ktoś specjalnie robi na złość. A nawet jeśli, jest to reakcja na jakąś krzywdę, która go spotkała w życiu. Ten człowiek w ten sposób odreagowuje. 

Aktor podczas Częstochowskiego Festiwalu Filmowego. 2017 rok (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Nie wiemy, jaka jest jego historia: czy może jest chory, nieszczęśliwy albo po prostu ma fatalny dzień. 

Właśnie tak. Ja zakładam, że ludzie generalnie chcą dobrze. Tylko czasami im nie wychodzi. 

Jednym z moich ukochanych filmów jest "Forrest Gump"... 

Moim też! Uwielbiam ten film. Widziałem go chyba 15 razy! 

Ja z 30. (śmiech) Jego mama mawiała, że życie jest jak pudełko czekoladek: "Nigdy nie wiesz, co ci się trafi" – a więc naszym życiem rządzi przypadek. Forrest zastanawiał się, czy rację miała ona, czy jego przyjaciel, porucznik Dan, który twierdził, że decyduje przeznaczenie. Forrest konstatował, że może jest i tak, i tak. A pan jak myśli? 

W przeznaczenie zupełnie nie wierzę. Tego nie ma. To jest magia. Jesteśmy kowalami swojego losu, aczkolwiek przypadek potrafi odegrać w życiu wielką rolę. Przecież to przypadek sprawił, że zagrałem u Kieślowskiego! Któregoś dnia spóźnił się na pociąg i czekał na następny w holu Dworca Centralnego, gdzie akurat był wyświetlany serial "Odlot", w którym grałem. 

Wspomina pan, że kiedy asystentka Kieślowskiego do pana zadzwoniła, o mało pan nie zemdlał. Był pańskim idolem, choć to zbyt wyświechtane słowo... 

Był legendą! Po raz pierwszy spotkałem się z nim w nieistniejącej już kawiarni Sejmowa. Do dziś pamiętam stolik, przy którym siedzieliśmy. Rozmawiał ze mną tak, jakbym był wybitnym aktorem... 

Zapewne uznał, że pan nim jest. 

Nie, nie! On tak postępował ze wszystkimi ludźmi. Dla niego każdy człowiek był wartością. I nie robił tego z wyrachowania. Kiedy podał mi scenariusz, odpowiedziałem: "Nie muszę go czytać. Ja u pana zagram wszystko". 

Patrzę teraz na pana i widzę tamto niesamowite spojrzenie intrygującej postaci, którą pan stworzył w "Dekalogu". Dla mnie jest to anioł, ale to nie jest jednoznaczne. Sam Kieślowski nie określił, kogo pan ma zagrać, prawda? 

Krzysztofowi o to właśnie chodziło, by ta postać była nienazwana. "Dekalog", oparty na dziesięciu przykazaniach, w ogóle nie mówi o religii. Kieślowski wymyślił genialnie, że metafizyką będzie właśnie ta postać. Postać, o której nie wiadomo, kim jest. Tak jak my nie wiemy, czy Bóg jest, czy go nie ma. Można w to jedynie wierzyć. 

Próba przedstawienia 'Bóg mordu'. Teatr Ateneum. 2010 rok (Fot . Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)

Właśnie "Dekalog" to najbliższy pana sercu film? 

Tak. To jest dzieło wybitne. Lektura obowiązkowa dla studentów wszystkich szkół filmowych świata. Na jednym z festiwali filmowych spotkałem panią profesor z Uniwersytetu Columbia, która prowadzi na temat mojej postaci osobny wykład. Ta starsza, mająca 70 lat pani... (śmiech) Co ja mówię?! Starsza pani? Cztery lata starsza ode mnie! (śmiech)  

(śmiech) 

W każdym razie ta "starsza pani" była autentycznie szczęśliwa, że mnie spotkała. A i ja byłem szczęśliwy, słysząc, że każdego roku przez tydzień omawia na zajęciach moją rolę z kolejnym pokoleniem studentów aktorstwa. 

Pozostając jeszcze przy pańskim charakterze, który mnie fascynuje: pan o wszystkich reżyserach, aktorach mówi dobrze. To wspaniale widzieć świat pańskimi oczami, chyba że pańskie życie po prostu jest idealne. 

Nie jest, ale ja wolę zapamiętywać wyłącznie dobre rzeczy. A ze złych wyciągam wnioski. Wierzę również, że w życiu nie ma sytuacji bez wyjścia. To wynika z mojego życiowego doświadczenia. Kiedy wybuchł stan wojenny, wszystko mi się kompletnie zawaliło. Wydawało się, że nic dobrego już się nie zdarzy. A tymczasem dwa tygodnie później stałem na dużej scenie Teatru Narodowego! 

Kolejny intrygujący zbieg okoliczności, ponieważ z dyrektorem Teatru Narodowego Adamem Hanuszkiewiczem pomógł się panu wówczas spotkać Jan Machulski, który podczas pańskiego egzaminu do łódzkiej filmówki był... przeciwny pańskiej kandydaturze. 

Musiał wybrać 20 osób spośród 400 kandydatów i akurat ja mu się specjalnie nie spodobałem. Natomiast potem w jednym z wywiadów powiedział, że to był jego największy pedagogiczny błąd.  

Przygotowania do 'MAYDAY 2' w Och - Teatrze. 2013 rok (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Dlaczego w '81 został pan na lodzie? 

By zagrać we wspomnianym serialu "Odlot" Janusza Dymka, musiałem rzucić pracę w Teatrze na Targówku. Grałem u Dymka główną rolę, scenariusz był bardzo dobry. Rzecz w tym, że tłem opowiadanej historii był Sierpień '80, więc kiedy wybuchł stan wojenny, wiadomo było, że my tego filmu nie dokończymy. Straciłem wtedy wszystko: teatr, służbowe mieszkanie w stolicy oraz pieniądze, których nie wypłaciła produkcja, ponieważ została rozwiązana.  

To, co się wydarzyło później, nauczyło mnie, że nigdy nie wolno mówić: To jest koniec. Bo nie wiemy, co będzie jutro. Życie składa się z takiej liczby zbiegów okoliczności, z takiej liczby przypadków! 

Do pracy fizycznej przy zrywaniu azbestu w Nowym Jorku wyjechał pan wcześniej czy później? 

Później. Byłem już aktorem Teatru Ateneum. 

W dwa miesiące po ślubie wyjechał pan na całe lato do bardzo ciężkiej pracy. Nie miewał pan momentów rozgoryczenia: Czemu ten zawód nie daje mi godziwych pieniędzy? 

Nie. Rzeczywistość była, jaka była, a ja miałem cel: wykupić mieszkanie i zarobić na malucha. W Stanach każdego dnia zarabiałem tyle, ile w Polsce przez miesiąc. Oczywiście, że tęskniłem za Bebą. Potwornie! Miałem kalendarzyk, w którym codziennie skreślałem każdy dzień, który mnie dzielił od żony. 

Od ilu lat są państwo małżeństwem? 

Wzięliśmy ślub w 1986 roku, natomiast zanim się pobraliśmy, mieszkaliśmy razem dwa lata.  

Wspólne życie trwa 38 lat. Pańska żona Beata jest montażystką. Czy tak, jak to pokazano w "Notting Hill", artyście trudno jest się związać z kimś "normalnym"? Lepiej być z tego samego świata? 

Chyba tak. My się rozumiemy bez słów. Ale nie to jest najważniejsze. Konieczna jest po prostu miłość.  

Jak się państwo poznali? 

Na planie filmu "Pan na Żuławach". Grałem jedną z głównych ról, a żona była początkującą asystentką montażystki. Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, oniemiałem. Anioł! Zjawisko! Zakochałem się natychmiast. Tego samego dnia zapytałem, czy zostanie moją żoną. 

Co odpowiedziała? 

Że bardzo chętnie. Tyle że myślała, że ja się wygłupiam, a ja naprawdę czułem, że to jest to. Wtedy też obiecałem, że w podróż poślubną zabiorę ją do Hiszpanii. W PRL-u taka podróż to była wielka sprawa. A ponieważ ja się przyjaźniłem z Marysią, która była żoną wybitnego hiszpańskiego gitarzysty Narciso Yepesa i zawsze mnie do siebie zapraszali, to rok po ślubie dotrzymałem słowa. Pojechaliśmy do Hiszpanii naszym maluchem. Spędziliśmy tam najcudowniejsze dwa tygodnie w życiu. 

To jest piękne i romantyczne, początki znajomości zazwyczaj takie są. Mnie zachwyciło i wzruszyło, kiedy latem tego roku na swoim profilu na FB zamieścił pan zdjęcie żony, która skończyła 60 lat, i napisał: "Moja ukochana". By przeżyć razem życie, wystarczy miłość czy potrzebna jest też praca? 

Oczywiście, że jest potrzebna. Miłość trzeba nie tylko szanować, ale także pielęgnować. Uważam także, że w związku bardzo ważne jest, by polubić swoje wady.  

Każdy jakieś ma. 

W dodatku z niektórymi przywarami wcale nie chcemy walczyć, bo nam z nimi dobrze. Moja żona nie tylko akceptuje, ale i lubi moje wady. I wzajemnie. My się też w ogóle nie kłócimy. Zdarzają nam się różnice zdań, tyle że dawno temu ustaliliśmy, że w takich sytuacjach będziemy ze sobą rozmawiać. 

Nie twierdzę, że nasze życie jest idealne. Pewnie, że żona czasem się na mnie złości. O! Choćby wczoraj. Beba wraca do domu, a tu garaż otwarty, budynek gospodarczy otwarty. Była przekonana, że ktoś się włamał. A ja po prostu o bożym świecie zapomniałem. Od dawna nie grałem w filmie, a teraz przygotowuję się do produkcji, w której zagram jedną z głównych ról. Cały czas myślę o mojej postaci, o tym, jak ją zagram... 

Wspaniale! Co to będzie za film? 

O szczegółach na razie nie mogę mówić. Powiem tylko, że zagram bardzo złego człowieka! Z czego się bardzo cieszę.  

Dramat 'Przerżnąć sprawę'. Teatr na Woli. 2004 rok (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Wiem, że lubi pan czasem zerwać z wizerunkiem komediowym. Irena Kwiatkowska radziła panu, żeby w komedii grać tak samo jak w dramacie, tylko poważniej. 

Tak jest. A Woody Allen mawia, że komedia to jest tragedia, tyle że przydarzyła się komuś innemu. 

(śmiech) Zaraz po tym wywiadzie razem ze swoim przyjacielem Cezarym Żakiem zagra pan w sztuce "Słoneczni chłopcy". Powinnam panu życzyć, żeby się pan nie zagotował na scenie, prawda? Czyli nie zaczął się śmiać tak prywatnie. 

O tak, ja się nienawidzę gotować! Jak się aktor chce pośmiać podczas spektaklu, to musi sobie kupić bilet i usiąść na widowni. Czasem się to oczywiście zdarza i publiczność uwielbia takie momenty, natomiast to jest nieprofesjonalne. A my, aktorzy, nie wystarczy, że będziemy grać. My musimy publiczność zachwycać. 

Wyobraźmy sobie, że Telewizja Polska podjęłaby decyzję o kontynuacji "Rancza". Zagrałby pan? 

W "Ranczu" bym zagrał, bo to byłaby kontynuacja kultowego serialu, ale w tej TVP już nie. Natomiast rozumiem młodych kolegów, którzy to robią. Aktorstwo to jest loteria. Jedna rola, którą się przyjmie albo nie, może zadecydować o całej karierze. Dziwię się niektórym starszym kolegom, którzy mają już nazwiska i w TVP nie muszą grać, a jednak to robią. 

Są ludzie, którzy twierdzą, że "polityka ich nie dotyczy", więc "się nie angażują", "nie mieszają". 

To jest oportunizm. To jest wygodne. Wszyscy jesteśmy obywatelami tego kraju i powinno nas obchodzić, co się z nim dzieje.  

Panu nie jest wszystko jedno. Sprzeciwia się pan polityce PiS-u, chodzi na manifestacje. 

Jeżeli demokracja, która jest dla mnie święta, jest przez władzę brukana, to mam obowiązek protestować. Nie jako aktor Artur Barciś, tylko jako obywatel. Chcę być wolnym człowiekiem i należeć do zachodniej kultury, w której się szanuje prawa człowieka. 

Nie tylko politycy są odpowiedzialni za to, co się dzieje w naszym kraju. Rzesza ludzi, którzy ich ciągle popierają, również. 

A więc nie patrzy pan na rzeczywistość wyłącznie przez różowe okulary i nie zawsze widzi szklankę do połowy pełną. 

Ja jestem realistą. Widzę dobrą stronę wtedy, kiedy taka w ogóle jest. Ze smutkiem stwierdzam, że dziś nie jestem już tak wielkim optymistą jak niegdyś.  

Artur Barciś i Jerzy Owsiak na Pol'and'rock Festival. 2018 rok (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl)

Miesiąc temu skończył pan 66 lat. Na barcis.pl napisał pan, że jako młody chłopak myślał pan o sześćdziesięciolatkach jako o starcach... 

...którzy stoją nad grobem. (śmiech) A dziś w ogóle nie odczuwam wieku. Moje życie się nie zmienia. Jestem aktywny zawodowo, pracuję, robię to, co kocham. Chciałbym pracować do końca życia. Oczywiście, że się boję, że mógłbym stracić zdrowie, a w tym zawodzie człowiek musi być w pełni sprawny, natomiast należę do tej grupy, która regularnie wykonuje badania profilaktyczne.  

Kiedy skończyłem 60 lat, pani doktor powiedziała: "Panie Arturze, ma pan przed sobą około 40 lat życia i to od pana zależy, czy to będzie więcej, czy mniej". Jakie to mądre! Oczywiście, że mogę wpaść pod pociąg i to byłby zbieg okoliczności, na który nie mam wpływu, jednak na większość rzeczy mam wpływ.  

Skoro pan wspomniał o śmierci, Woody Allen mówi tak: "Dwie kobiety spędzają wczasy w pensjonacie. Jedna mówi: 'Jakie tu mają niedobre jedzenie', a druga dodaje: 'No, i w dodatku takie małe porcje'. To samo myślę o życiu. Jest pełne bólu, cierpienia i nieszczęść, a na dodatek tak szybko przemija". Pan nie zawsze akceptuje fakt, że bliscy odchodzą. Na pogrzeb Marka Perepeczki pan nie poszedł właśnie dlatego, że – jak pan uzasadniał – musiałby wtedy przyjąć do wiadomości jego śmierć. 

Są ludzie, z którymi nie potrafię się rozstać. Do Wojciecha Młynarskiego, Jurka Łapińskiego, mojej siostry, która zmarła trzy lata temu, w każdej chwili mógłbym zadzwonić. Mam w komórce kontakty wielu bliskich mi ludzi, którzy odeszli nawet kilkanaście lat temu. 

Jedyne, co po człowieku zostaje, to pamięć. My, aktorzy, mamy to szczęście, że po nas zostaje nasza praca. Postaci, które stworzyliśmy. 

A które dla widzów są ważne i będą ważne dla przyszłych pokoleń. Czy pan ma zawodowe marzenia? 

Ależ oczywiście! Cały czas wierzę, że zagram najlepszą rolę swojego życia! Niemniej pomyślałem sobie ostatnio, że gdyby tak się nie stało, to gdzieś tam z tyłu głowy mam, że już i tak nie jest źle.  

Czuje się pan człowiekiem spełnionym? 

W pewnym sensie tak. 

A czy mogę zapytać również o pana prywatne marzenia? 

Marzę o tym, żeby moje wnuczęta się pięknie chowały. Żeby moja żona była zdrowa i żebyśmy żyli jak najdłużej razem. Banalne marzenia. Ale prawdziwe i ludzkie. To są sprawy najważniejsze.  

Artur Barciś. Aktor teatralny i filmowy, reżyser teatralny. Łódzką Szkołę Filmową ukończył w 1979 r. Był aktorem Teatru na Targówku, Narodowego oraz Ateneum. Stworzył kilkadziesiąt ról teatralnych i filmowych. Publiczność zna go zarówno z ról dramatycznych, m.in. w "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego, jak i komediowych i serialowych: w "Miodowych latach" czy "Ranczu". W 1980 roku otrzymał I nagrodę na III Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Artysta maluje oraz pisze wiersze. Ma żonę Beatę i syna Franciszka. Udzielił dwóch wywiadów rzek, które ukazały się w formie książek: "Rozmowy bez retuszu" oraz "Aktor musi grać, by żyć". 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.