Rozmowa
Stanisław Kierz (Angelika Swoboda)
Stanisław Kierz (Angelika Swoboda)

W Sopocie wszyscy wiedzą, że "od zawsze" prowadzi pan bar przy ulicy Podjazd. Od zawsze, czyli od 1983 roku. 30 września wasza wspólna historia dobiegnie końca.

Ano tak. Przed wojną stała w tym miejscu kamienica. Zniszczyła ją bomba, a po wojnie rzemieślnicy dostali pozwolenie na wybudowanie tu pawilonu usługowego. W 1953 roku otwarto w nim bar Neptun. Początkowo był własnością Społem, a ja pracowałem jako kierownik zakładu gastronomicznego kategorii trzeciej, jak to się wtedy określało. Trzeciej, czyli średniej. Zarówno jeśli chodzi o jakość dań, jak i ceny.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

A jak bar wtedy wyglądał?

Wystrój był typowy dla tamtych czasów: czarno-biała terakota na podłodze, stoliki i krzesła na metalowych nogach, a przy barze lada chłodnicza z przystawkami. Królowały jajka w majonezie, nóżki w galarecie i śledzie w oleju. Po towar jeździłem do Gdyni na giełdę, której dziś już nie ma. Zbudowano w jej miejscu centrum handlowe Klif.

Ale najbardziej niesamowite było to, że miałem wsparcie w rzemieślnikach z sąsiedztwa. Z panem z cukierni Wileńskiej pożyczaliśmy sobie mąkę i jajka, fryzjerka tylko u nas zamawiała obiady dla personelu, ja z kolei zegarek do naprawy nosiłem tylko do pana Cichosza.

Rzeczywiście było to niesamowite!

Dawne dzieje. W 1990 roku wydzierżawiłem bar od Społem, ale menu zostawiłem. Praktycznie nie zmieniło się ono do dziś, bo ludzie najbardziej lubią domowe jedzenie: schabowego, mielonego, zrazy, bitki, flaki, gołąbki, pierogi, barszcz z kołdunami czy rosół. Z kolei dzieci najchętniej jedzą frytki z keczupem, rosół bez zielonego, pomidorową, pierś z kurczaka. 

Bar Elita w Sopocie (Angelika Swoboda)

Pewien stały klient od wielu lat przychodzi do mnie na ruskie i żurek. Oczywiście najwięcej zagląda miejscowych, którzy lubią wpaść na obiad i piwo, ale są też letnicy. Gdzie zje się dwudaniowy obiad z kompotem za 23,50 zł?

Jednocześnie sporo pan w bar zainwestował.

W 1993 roku postanowiłem zrobić generalny remont. Obniżyłem sufit, położyłem nowe posadzki, powiesiłem lustra, odnowiłem bar. Zmieniłem też nazwę – z Neptuna na Elitę. Okazało się jednak, że klientów ubyło. Nowi nie chcieli chodzić do baru trzeciej kategorii, a starzy bywalcy mówili, że teraz jest dla nich zbyt elegancko. Poza tym wielu gości w dobie transformacji straciło pracę w upadających zakładach, takich jak Sopotplast, Baltskór czy Centrostal, albo po prostu przeszło na emeryturę.

Myślałem, że zacznie tu przychodzić elita, a lokal świecił pustkami. Wtedy niespodziewanie pomogła mi telewizja.

W jaki sposób?

Pewnego dnia pod koniec września 1993 roku do baru zajrzał pracownik prywatnej telewizji z Gdyni Tele-Top. Zaproponował mi reklamę. Pomyślałem, że zaryzykuję. Umiałem żonglować butelkami i często robiłem pokazy, stojąc za barem. Niektórym tak się podobało, że nie chcieli wypić piwa czy drinka, zanim nie zrobiłem pokazu. Ta moja żonglerka poszła w telewizji i zaczął się szał.

Młodzi, głównie studenci z pobliskiego Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, zaczęli masowo przychodzić, żeby zobaczyć tego barmana, co macha butelkami. Przyjeżdżali ludzie z całego Trójmiasta. I tak przez kolejne lata.

Pokaże mi pan, jak żongluje?

Bardzo bym chciał, ale nie mogę. Nabawiłem się łokcia tenisisty i lekarz mi zabronił.

Plaża w Sopocie podczas weekendu (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

Ale teraz w barze jest bardzo tłoczno.

Gdy zaczynałem, w całym Sopocie były 32 lokale. Teraz jest ponad 300, więc konkurencja ogromna, a mieszkańców ubywa. Chyba ludzie przychodzą się pożegnać. Pojawiają się klienci, których nie widziałem od paru dobrych lat, niektórzy z zagranicy przyjeżdżają. Chcą coś zjeść ostatni raz, pamiątkowe zdjęcie sobie ze mną robią.

Chciał pan być marynarzem, a został kucharzem.

Od zawsze marzyłem o prowadzeniu baru. Gdy przejąłem Neptuna, zrobiłem kurs kucharza czeladnika, potem dyplom mistrza. I jeszcze kurs kierownika zakładu gastronomicznego. Takie były wtedy wymagania. Co prawda zatrudniam kucharza, który gotuje, ale jak potrzeba, to i ja schabowego zrobię, placki ziemniaczane usmażę.

Zawsze próbuję każdego dania, odpowiadam przecież za smak i jakość. Poza tym jestem barmanem, ale czasem też hydraulikiem, elektrykiem czy sprzątającym. Jest mi łatwiej dzięki temu, że pomaga mi żona Maria. Mówią niby, że małżeństwa nie powinny razem pracować, ale nam idzie świetnie. My się uzupełniamy.

Pogodny z pana człowiek.

Większość stałych gości znam z widzenia, wiem, jak kto ma na imię. Lubię z każdym pogadać, posłuchać, co u niego słychać w domu, jak dzieci. Jak było trzeba, pocieszałem studentów, którzy oblali egzamin, a innym gratulowałem udanej sesji. Dobry barman jest jak ksiądz w konfesjonale. Wysłucha, nieraz doradzi i nigdy nie przekaże dalej.

Czasem ktoś przychodzi i pyta, czy był dziś jego znajomy. Udaję, że nie słyszę. Tak samo jak pani nie powiem, kto z kim przychodzi i kto z kim wychodzi.

A co kto zostawia?

Proszę spojrzeć na wystawę czapek. Z sześć chyba wisi. Ludzie zostawiają też parasole, szale, swetry. Kiedyś pewien cudzoziemiec zostawił nowiutką kurtkę za dwa tysiące złotych. Schowałem ją do szafy i czekałem. Po trzech dniach wrócił. U mnie nic nie zginie.

Wystawa zostawionych czapek w Elicie (Angelika Swoboda)

Czy zdarzają się agresywni goście?

Większość gości to pełna kultura, rzadko się trafi ktoś nerwowy. Raz przyszedł samotny mężczyzna i pyta: "Ile będę czekał na kołduny? – Z pięć minut" – mówię. Usiadł i czeka. Przynoszę mu kołduny, on zerka na zegarek i mówi: "Sześć minut". Po czym wyszedł. I tacy są. Machnąłem ręką. Nie takie rzeczy się widziało.

A jakie się widziało?

Różne. W połowie lat 80. pojawiały się miłe panie, które chętnie siadały gościom na kolanach i jeszcze chętniej pozbawiały ich portfeli. Powiedziałem im, że są pod obserwacją milicji, choć nie była to prawda, i że lepiej będzie, jak zmienią rejon. Posłuchały.

Także w latach 80. przychodził tu taki wysoki gość. Raz zaczął zaczepiać innego mężczyznę przy barze. Podszedłem do niego, złapałem go za koszulę, a on zaczął uciekać. I przewrócił się na schodach, a ja wpadłem na niego. Patrzę, a ulicą jedzie autobus pełen ludzi. Musiało to ciekawie wyglądać.

Nigdy pan nie ucierpiał?

Nigdy.

Jak ktoś zaczyna być agresywny, wychodzę zza baru i spokojnie mówię: "Proszę wyjść". Słuchają, choć ja nie jestem dużej postury. Wiedzą, że w razie czego inni goście staną w mojej obronie. 

Kiedyś z kolei do baru wpadł zdenerwowany mężczyzna z siekierą w dłoni. "Zrobię tu porządek!" – krzyczał. Usłyszałem go, więc wyszedłem z kuchni, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nogi miałem miękkie, jak z gumy. Udało mi się jednak zachować spokój. Cichym głosem zacząłem rozmawiać z gościem od siekiery, delikatnie wyprowadziłem go z lokalu, odprowadziłem do domu, bo mieszkał w sąsiedztwie. Po kilku dniach przyszedł skruszony przeprosić za swoje zachowanie. I podziękować, że nie wezwałem milicji.

Sopockie molo (Michał Ryniak)

Innym razem, to było jeszcze w latach 90., do baru wszedł niepozorny mężczyzna. Skulił się, usiadł przy stoliku i tak siedział, nic nie mówiąc. "Źle się pan czuje? – zapytałem. – Mam wezwać pogotowie?" Jak to usłyszał, poderwał się na równe nogi i wystrzelił jak z procy. Więcej się w barze nie pojawił.

Żartowniś z pana.

Wystarczy, że spojrzę, i już widzę, czy ktoś się zna na żartach. Drukuję paragon, wychodzi 30 zł, a ja mówię: "O, 300 zł z karty ściągnęło". Albo jak ktoś spyta, czy dobre jedzenie tu jest, mówię: "Nie, ja bym tego nie jadł". I się śmieję. Jak pani mnie zapytała, czy to ja jestem panem Stanisławem, to powiedziałem: "Jeszcze tak". Lubię pożartować.

Kiedyś przyszedł dziennikarz z lokalnej gazety. Nie ujawnił się i potem napisał: "W barze jest miło, ale pan Stanisław ze swoją bezpośredniością pracy w Sheratonie by nie znalazł". A ja już taki jestem. I wcale nie chciałbym pracować w Sheratonie.

Zobacz wideo Kopytka z pesto pietruszkowym [Kuchnia Hapsa]

A było tak, że kogoś pan nie obsłużył?

Owszem. Jak klient był agresywny, to czasem musiałem go wyprowadzić. Jak był trzeźwy, ale zaczepny, to odwracałem się do niego tyłem i szedłem do kuchni. A on postał, postał i wychodził. Wie pani, ja nienawidzę agresji. Siły nie używam, ale potrafię się tak wydrzeć, że działa. Ciśnienie mi skacze, ale się nie boję.

Wie pani, że ja nawet kamery nie potrzebuję? Tu na ścianach dookoła są lustra, więc wszystko widzę.

Chociażby znanych ludzi, którzy czasem tu zaglądają.

Był czas, że Elitę upodobali sobie artyści. Na zraziki lubił wpadać wirtuoz skrzypiec Konstanty Andrzej Kulka, a na pierogi czy schabowe aktorzy Marcin Troński czy Marek Siudym. Jednego razu do baru weszła nieznana wcześniej klientka, potem okazało się, że z Warszawy. Rozejrzała się, pokręciła, mrucząc pod nosem: "A, to tu…". "Co tu?" – zapytałem zdziwiony. "To miejsce opisał w książce ksiądz Jan Kaczkowski" – odpowiedziała. Bo faktycznie – znany ksiądz jeszcze jako uczeń liceum przychodził tu na obiady. Później, gdy był już duchownym i pod kościołem św. Jerzego w Sopocie zbierał na swoje hospicjum, a ja dorzuciłem grosik od siebie, nie omieszkał spytać: "A co tam w Elicie słychać?". Pamiętał mnie i nawet w jednej z książek o Elicie wspomniał.

Ksiądz Jan Kaczkowski przychodził do Elity na obiady (Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl)

Są klienci, którzy uciekają bez płacenia?

Przez te wszystkie lata miałem może kilka takich przypadków.

I co?

Nic. Nie będę przecież za człowiekiem gonił. Jeszcze się przewróci, pod samochód wpadnie i będę go miał na sumieniu.

Jakie jeszcze pan ma wspomnienia?

W latach 80. gościom do kotleta przygrywało cygańskie trio. A jakoś w połowie lat 90. zaczęły tu grać młode sopockie zespoły rockowe. Najpierw ćwiczyli w garażu u kolegi, ale pewnego razu przyszli zapytać, czy nie mogliby pograć u mnie w barze. Poprosiłem, żeby pokazali, co potrafią. Spodobali mi się, więc im pozwoliłem grać. Bar się od razu ożywił. Zsuwaliśmy stoliki, żeby zespół mógł się z perkusją rozstawić, a tłum słuchaczy się pomieścił. Ale gdy się pożenili, porodziły im się dzieci, nie mieli już czasu na koncerty. Potem występowali tu przez jakiś czas starsi panowie, "leśne dziadki".

Jeszcze niedawno przychodzili do Elity mistrzowie Polski w kendo. Niedaleko mieli salę treningową, więc w przerwie zaglądali do baru uzupełnić płyny. Gdy zdobyli puchar, przynosili go, ja go napełniałem jakimś dobrym trunkiem. Zresztą do niedawna parę tych pucharów tu jeszcze stało. Ale ponieważ powoli się pakuję, sportowcy je zabrali.

Nie żal panu?

Żal. Nie wiem, kiedy przeleciało te 39 lat. Dookoła zmieniały się lokale, a ja trwałem. Obok było sushi, pizze, burgery. Ja nie chciałem nic zmieniać. Kocham tradycyjną kuchnię polską, której jest coraz mniej. Goście mówią: "O, taka pomidorowa, jak gotowała moja babcia". Albo: "Rosół lepszy niż u mnie w domu". Czasem ktoś wchodzi i pyta, czy jest pizza. Na Monciak go wtedy kieruję. Syn z synową i dziećmi przychodzą, całą rodziną obiady jemy.

Stanisław Kierz przed swoim barem (Angelika Swoboda)

Niebawem pawilony przy Podjeździe pójdą do rozbiórki, a na ich miejscu powstanie kamienica. Moja młodsza wnuczka Zuzia, która ma osiem lat, dowiedziała się parę dni temu, że 30 września będę zamykał Elitę. Rozpłakała się i mówi: "Dziadku, poczekaj, jak dorosnę, to uzbieram pieniążki i dam ci, żebyśmy razem mogli prowadzić bar".

Widzę, że i pan ma łzy w oczach.

Bardzo lubię kontakt z ludźmi, więc pewnie w domu nie wysiedzę. Odpocznę przez dwa miesiące, a potem zacznę rozglądać się za czymś nowym. Ale tylko w Sopocie.

A na razie wycieram łzy i idę lepić pierogi.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Stanisław Kierz. Urodził się na Mazurach. Do Trójmiasta przyjechał do szkoły, do Liceum Morskiego, i został. Mieszka w Gdyni. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.