Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Rozumiem, że wróciłaś właśnie z zakończonego niedawno festiwalu w Wenecji. 

Niestety nie było mnie w tym roku w Wenecji. 

Jak to jest możliwe?  

Momentem zwrotnym była dla mnie pandemia. Wtedy właśnie przestałam jeździć na duże festiwale i do końca nie potrafię ci powiedzieć, czy to jest stan chwilowy, czy tak już zostanie. Jest oczywiście we mnie straszliwa tęsknota za festiwalami i kiedy oglądam zdjęcia z mojego ulubionego festiwalu w Wenecji, to czuję ucisk w okolicy serca. Z drugiej strony wiem, jaka to zawsze była ciężka praca, przynajmniej z perspektywy dziennikarskiej. Cały ten festiwalowy splendor, choć udziela się pewnie wszystkim, dotyczy głównie wybranej grupy. Dziennikarzy jest w niej niewielu. 

Zdziwiłem się twoją odpowiedzią, bo piszesz w książce, że jesteś od festiwali filmowych uzależniona. 

Jak się okazuje, zwalczenie uzależnienia jest zawsze możliwe, szczególnie jeśli radykalnie zmienia się twoje życie. W moim przypadku zmianę przyniosło dziecko i kiedy myślę, że musiałabym je zostawić na dziesięć dni i wyjechać, to mi się tego wyjazdu odechciewa, nawet do tak bajecznych miejsc jak Wenecja czy Cannes. Kto wie, może tam wrócimy razem, jak już podrośnie. 

Tymczasem blask weneckiego splendoru dotarł ponownie do Polski, ponieważ Damian Kocur otrzymał nagrodę specjalną w sekcji Horyzonty za "Chleb i sól", film zainspirowany wydarzeniami w Ełku, gdzie sześć lat temu doszło do tragicznej w skutkach napaści na prowadzony przez Arabów bar z kebabem. Polskie media radośnie poinformowały o nagrodzie dla Kocura, co by świadczyło, że magia weneckiego festiwalu nieustannie działa. 

Działa, choć wielu uważa, że już nie tak jak kiedyś. Festiwale, w tym ten wenecki, zostały wymyślone właśnie po to, by wzbudzać takie zainteresowanie, jakie w polskich mediach wzbudziła nagroda dla Damiana Kocura. I bardzo mnie to cieszy. Pewnie specjaliści z branży powiedzieliby, że takie nagrody poboczne, czyli poza konkursem głównym, nie mają aż takiego znaczenia, jakbyśmy chcieli, ale często takie zauważenie otwiera wiele drzwi i pozwala choćby na tour po innych światowych festiwalach. 

Albo blokuje. Grzegorz Mołda, nazywany nadzieją polskiego kina, mówi, że kiedy kilka lat temu dostał w Cannes nagrodę za swój krótki metraż "Koniec widzenia", zablokowało go to na długo. Bał się robić kolejny film. 

Cóż, branża filmowa jest dla ludzi bardzo odpornych psychicznie. Banał, wiem, lecz prawdziwy. Oznacza to między innymi, że trzeba sobie umieć radzić nie tylko z porażką, ale także z sukcesem. Nawet jeśli to jest mały sukces. A jeśli chodzi o porażki, one szczególnie bolą tych nastawionych na jakąś nagrodę, festiwalowych faworytów. Tymczasem historia wielkich festiwali uczy nas, że faworyci nieraz musieli obejść się smakiem. Byli i tacy, którzy gdy nie dostali nagrody, śmiertelnie się obrażali. Jedno jest pewne: kiedy wpadnie się w tzw. obieg festiwalowy, jest się oglądanym, a to dużo, szczególnie dla zaczynających twórców.  

Podtytuł twojej książki to "Światowe festiwale filmowe", a piszesz o festiwalach europejskich – Wenecji, Cannes i Berlinie. One nie mają konkurentów na świecie? 

Na świecie jest oczywiście mnóstwo festiwali filmowych, a my mamy tendencję do europocentrycznego spojrzenia – zgoda. Pamiętam, jak będąc kiedyś na innym kontynencie, zobaczyłam mapę świata i ona nie wyglądała tak jak mapa świata, którą znamy z Europy – Europa nie była na niej w środku. To powiedziawszy, wydaje mi się, że europejskie festiwale są nadal największym marzeniem filmowców, bez względu na to, skąd są. Szczególnie festiwal w Cannes, bo Francuzi są mistrzami PR-u. W końcu to im przypisuje się wynalezienie filmu. Ale nawet jeśli film zostawimy na boku, okaże się, że ludzie równie często mówią o Cannes z innych powodów: przyjęć, kreacji, skandali. 

Lub po prostu z powodu samego miejsca, bo Cannes czy Wenecja to wymarzona scenografia w promieniach słońca.  

Nie da się ukryć, że lokalizacja miała i ma do dzisiaj wpływ na odbiór tych festiwali. Dzisiaj przeciętnemu człowiekowi łatwiej jest do obu miejsc dojechać, najłatwiej oczywiście do Wenecji, ale kilkadziesiąt lat temu to były miejscówki wyjątkowo ekskluzywne. Wyłamywał się z tego Berlin, festiwal w sercu wielkiej metropolii, choć i do niej niełatwo było się wybrać z oddzielonej żelazną kurtyną Europy Wschodniej. W Cannes do bajecznej scenografii francuskiej riwiery dodano jeszcze wymogi, które miały być wabikiem dla gwiazd Hollywood – drogie hotele, jachty, suknie wieczorowe i tak dalej. Wszystko to złożyło się na wielką atrakcyjność tego festiwalu, nie tylko filmy.  

Festiwal w Cannes w 2019 roku (fot. Shutterstock)

Jeśli Francuzi wynaleźli kino, to Włosi wynaleźli filmowe festiwale. Ten wenecki, co ciekawe, miał faszystowski korzeń. 

Festiwal w Wenecji powstał z potrzeby czczenia sztuki, początkowo był nawet częścią weneckiego Biennale, ale dość szybko rozmaite siły polityczne, także faszyści, zdały sobie sprawę z wielkich możliwości propagandowych, jakie daje film. Mussolini chciał filmem kreować i pokazywać potęgę Włoch, Niemcy podobnie, więc kiedy oba kraje zawarły sojusz, na festiwalu weneckim zrobiło się nieprzyjemnie. Właściwie w latach 40. XX wieku to był festiwal filmu włosko-niemieckiego, na którym ważnym gościem był Goebbels. Taki festiwal był oczywiście niedostępny twórczości innej niż profaszystowska, więc niejako w kontrze do Wenecji powstał festiwal w Cannes, festiwal kina wolnego świata, który po latach, trzeba powiedzieć, z Wenecją wygrał i jest dzisiaj europejskim numerem jeden. 

Kiedy powstają największe europejskie festiwale filmowe, świat jest już podbity przez kino amerykańskie, jednak tak prestiżowe festiwale jak te europejskie w Stanach nie powstają. Dlaczego? 

Być może chodzi tu właśnie o to, o czym już mówiliśmy, czyli europejską scenografię i umiejętność organizowania tego typu wydarzeń, które zresztą właściwie od początku są w symbiozie z Hollywood. Amerykańskie gwiazdy ściągano już na pierwszy festiwal w Cannes, który miał się odbyć w 1939 roku, ale wybuch wojny pokrzyżował plany i gwiazdy, które już płynęły do Europy, zawrócono do Stanów. Dla Amerykanów obecność w Cannes czy Wenecji była chyba zawsze czymś prestiżowym, nobilitującym, a Europejczykom obecność amerykańskich twórców gwarantowała odpowiednie zainteresowanie mediów i biznesu. Chociaż trzeba tu też dodać, że wielkie hollywoodzkie wytwórnie nie bardzo lubiły pokazywać swoje filmy na europejskich festiwalach w sekcjach konkursowych w obawie przed tym, że brak wygranej może się źle odbić na późniejszej sprzedaży. 

Ta amerykańsko-europejska symbioza to także wielki dylemat, czy nagradzać dzieło najwybitniejsze artystycznie, ale ze słabymi szansami na komercyjny sukces, czy też doceniać coś, co ma szansę zobaczyć widownia większa od branżowej.  

Myślę, że ten dylemat staje się coraz większy, im bliżej współczesności, bo dzisiaj jest właściwie tak, że albo film odniesie natychmiastowy sukces, albo przepadnie. Czasem największego triumfu kinomaniaków są z pewnością lata 60., szczególnie rok 1968, kiedy to polityczne protesty wstrząsały europejskim życiem festiwalowym, a Cannes zmuszono do odwołania pokazów. Domagano się wówczas większego docenienia kina niezależnego, krytycznego, odważnego, gardząc komercją i gwiazdami Hollywood. 

Przyznaję, że sama jestem w tej kwestii rozdarta, bo z jednej strony wspaniale, że nagrodę w Wenecji dostał kilka lat temu Lav Diaz za "Kobietę, która odeszła", z drugiej strony ten bodaj czterogodzinny film przepadł w kinach. Ale nie podoba mi się też nagrodzenie w Wenecji tak komercyjnego dzieła, jak "Kształt wody" Guillermo del Toro. Jurorzy mają więc twardy orzech do zgryzienia i lawirują nieustannie gdzieś między filmami o wielkich walorach artystycznych a potencjałem komercyjnym. 

Albo między prywatnymi sympatiami i antypatiami. 

Oczywiście, stąd na festiwalach rozmaite skandale, gwizdy publiczności czy niezadowolenie dziennikarzy. Przyznanie nagrody głównej to decyzja niejako polityczna, uzależniona od wielu czynników, także charakteru osoby przewodniczącej, bo są takie, które stawiają na dyskusję i demokrację, oraz takie, które za wszelką cenę forsują swój wybór.  

Przyznanie nagrody głównej to decyzja niejako polityczna (fot. Shutterstock)

Skandale są nieodłącznym elementem festiwali i to o nich chyba lubimy najbardziej czytać takie książki jak twoja. Moim ulubionym jest Carlos Saura, reżyser "Peppermint Frappé", rzucający się w 1968 roku w Cannes na odsłaniającą ekran kurtynę. Wiszący na jadącej kurtynie reżyser to jest jednak coś. Dzisiaj skandale nie mają już chyba dawnej fantazji? 

Wszyscy rzeczywiście narzekają, że to już jest miniona era, że takich skandali już nie ma, że twórcy stracili politycznego pazura, choć i dzisiaj skandale czy rozmaite manifesty się nadal zdarzają. Chyba ostatnim skandalem z rozmachem były protesty przeciwko pokazowi "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Martina Scorsese. Jeśli natomiast chodzi o czasy nam bliższe, to można odnotować protesty przeciwko obecności Romana Polańskiego czy gest Kristen Stewart, która na czerwonym dywanie w Cannes zdjęła szpilki, protestując przeciw seksistowskim wymogom festiwalowego dress code’u.  

Skoro już jesteśmy przy seksizmie – świat festiwalowy jest bardzo męski, a najważniejsze nagrody dla kobiet to właściwie niedawna zmiana. Czy możemy już mówić o przełomie? 

Trudno jest mi powiedzieć, czy to jest przełom, bo było już kilka takich momentów w historii kina, które kobietom wydawały się przełomowe, a takie nie były. Na pewno mamy przyjemną tendencję. W tym roku Złotego Lwa i Złotego Niedźwiedzia zdobyły kobiety, w Wenecji to jest już taki trzeci rok z rzędu, więc super. Chciałabym, żeby to była stała zmiana. Zobaczymy. Ale chciałabym też, żeby którymś z tych trzech festiwali w końcu pokierowała kobieta, bo niezmiennie rządzą nimi mężczyźni.  

Przez lata dokonywano, jak piszesz, cannes-onizacji dzieł filmowych i twórców. Czy dzisiaj, w bardzo zdemokratyzowanym świecie filmowym, ze streamingami, to jeszcze działa? 

Z jednej strony trochę działa, bo film, który zdobył na przykład Złotą Palmę, ma szansę wejść do kanonu, co jest szczególnie ważne w przypadku osób mniej znanych w naszym kręgu kulturowym. Z drugiej strony festiwalowe nagrody już raczej nie działają jak niezawodny wabik. Roman Gutek, niezwykle przecież doświadczony dystrybutor filmowy, powiedział mi, że gdy kilkanaście lat temu organizował przedpremierowy pokaz filmu nagrodzonego Złotą Palmą, to był frekwencyjny hit niezależnie od filmu, dzisiaj to już nie jest takie oczywiste.  

Ucząc studentów Warszawskiej Szkoły Filmowej, proszę ich zawsze o przygotowanie własnych kanonów filmowych. Moja dziesiątka z Antonionim na czele jest, wydawało mi się, oczywista, tymczasem na listach studentów jest na przykład "Shrek". To mi daje dużo do myślenia, bardzo ciekawi i pokazuje, jak zmienił się odbiór kina i czegoś, co uznajemy za kanon. Mój jest ściśle powiązany z Cannes czy Wenecją, moich studentów – z Netfliksem. 

Kristen Stewart w 2018 roku (fot. Shutterstock) , Zdjęła szpilki na czerwonym dywanie, protestując przeciw seksistowskim wymogom festiwalowego dress code’u (fot. Shutterstock)

Netfliksem, którego produkcji festiwal w Cannes kilka lat temu nie chciał dopuszczać, więc przygarnęła je Wenecja. Dzisiaj produkcje gigantów streamingowych rządzą.  

Cannes będzie się musiało złamać, bo zwyczajnie ignoruje rzeczywistość. Filmy powstają po to, by oglądali je ludzie, a ludzie oglądają je dzisiaj w dużej mierze w domach. Kino, wszystko na to wskazuje, nie umrze, ale nie można ignorować zmian odbiorców filmowych. Ten opór, ten konserwatyzm Cannes wiele osób oczywiście denerwuje, pewnie niejednokrotnie słusznie, ale ma też, muszę powiedzieć, pewien urok i poniekąd wpływa na jego atrakcyjność.  

Krążymy nieustannie między Cannes i Wenecją, tymczasem twoja książka ma jeszcze jednego bohatera – festiwal w Berlinie, który wydaje się najbardziej demokratyczny, rozdyskutowany, otwarty, odważny i ciekawy świata. 

Berlin jest w cieniu Cannes i Wenecji z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że odbywa się zimą, więc jesteśmy pozbawiani atrakcyjności, którą mają latem miasta Południa. Jest też festiwalem dostępnym dla wszystkich – berlińczycy mogą masowo kupować bilety. W dodatku jest to widownia ciekawska, chętna do rozmowy i o wiele bardziej otwarta na kino eksperymentalne, transgresyjne, szalone. Widać to szczególnie poza konkursem głównym. Jest to więc festiwal niezwykle ciekawy i ważny, ale nie da się ukryć, że największe gwiazdy jadą do Cannes.  

Polska jest na wszystkich tych festiwalach obecna. Dzieła polskich twórców – Wajdy, Kieślowskiego, Polańskiego, Zanussiego i Skolimowskiego – nagradzano Złotymi Lwami, Złotymi Palmami i Złotymi Niedźwiedziami, że o innych nagrodach nie wspomnę. Dajemy radę? 

Myślę, że tak. W Wenecji i Cannes jesteśmy od początku. Do Berlina mogliśmy dołączyć dopiero po upadku muru berlińskiego. Okres naszego największego triumfu to oczywiście epoka Polskiej Szkoły Filmowej i przypadające głównie na drugą połowę lat 70. kino moralnego niepokoju. To było kino bardzo polskie, co Zachód niezwykle interesowało i co jest również powodem naszych festiwalowych sukcesów w ostatnich latach, żeby choćby wspomnieć Pawła Pawlikowskiego czy Małgorzatę Szumowską. Mówiąc krótko, w Wenecji, Cannes czy Berlinie zdobywamy laury, gdy zajmujemy się Polską, choć jest to pewnie inne patrzenie na polskość, niż chciałoby wielu, ale to jest już temat na inną rozmowę. 

Ewa Szponar. Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorka filmoznawstwa, adiunktka w Warszawskiej Szkole Filmowej, dziennikarka. Publikuje m.in. na łamach "Filmu", "Ekranów" "Kina" i portalu Onet.pl. Niedawno nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jej książka "Fabryka splendoru. Światowe festiwale filmowe".  

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl