Rozmowa
Tłumacze podczas Szczytu Klimatycznego w Katowicach (Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)
Tłumacze podczas Szczytu Klimatycznego w Katowicach (Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl)

"To jest oburzające!" – tak minister środowiska Brandenburgii skomentował niedawno zamieszanie wokół swoich słów. A poszło o błąd w tłumaczeniu i przypisanie Axelowi Vogelowi słów o rtęci w Odrze. Często tłumaczom zdarzają się wpadki, które mogą wywołać nawet międzynarodowy skandal?

Proszę pani, tłumacz to też człowiek. Z tego, co mi wiadomo, ten był doświadczony, ale prawdopodobnie nie zadbano o to, by miał komfortowe warunki do pracy. Mówiąc wprost, nie do końca dobrze słyszał, co minister mówi, i stąd nieporozumienie.

Inną kwestią jest, że mój kolega po fachu tłumaczył odpowiedź na pytanie dziennikarza. A niektórzy dziennikarze uważają, że zanim zadadzą pytanie, mają bardzo dużo ciekawego do powiedzenia. Kiedyś byłem na szkoleniu organizowanym przez Amerykanina, który tę słabość dziennikarską znał. Na ostatni dzień zaplanowano konferencję prasową, przed którą organizator polecił mi, żebym tłumaczył tylko pytania, o czym poinformowano uczestników.

Konferencja się zaczęła, wstaje jakiś dziennikarz i zaczyna nawijać. Chwali się tym, co wie, a ja czekam i milczę. Wreszcie się zorientował, że ja w ogóle nie tłumaczę, i pyta dlaczego. Ja na to, że czekam na pytanie, bo takie mam instrukcje. W tym momencie dziennikarz się tak zapętlił, że zapomniał, o co chciał spytać. I usiadł.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Pamięta pan inne zabawne sytuacje?

Podczas jednej z konferencji rozmawiano o żyjących w Rosji kilkudziesięcioosobowych społecznościach posługujących się własnym językiem. Są to na przykład Eńcy. Tłumaczka się przejęzyczyła i użyła słowa "Niemcy". Pewien siedzący na sali Niemiec zorientował się, że to przejęzyczenie, i zapytał żartem: "Jest ich tylko kilkudziesięciu? A co się stało z tysiącami Niemców, którzy nadal mieszkają nad Wołgą?". 

Inna koleżanka miała z kolei taką zabawną sytuację: gdy w głosowaniu ktoś jest przeciw, to po rosyjsku mówi się, że jest "protiw". Natomiast "protiwnyj" znaczy ponoć "szpetny". Pod koniec dnia była zmęczona i gdy podsumowujący głosowanie powiedział: "Nie widzę, żeby ktoś był przeciw", powiedziała: "Nie widzę, żeby ktoś był protiwnyj". Czyli szpetny.

Wojciech Krzyżanowski jest tłumaczem z długim stażem (Angelika Swoboda)

Gorzej, gdyby powiedziała, że wszyscy są szpetni.

To prawda. A wie pani, jaki jest koszmarny sen tłumacza?

Nie wiem.

Że idąc płytą lotniska, półtora metra z tyłu, tłumaczy się polityka, który mówi tak niewyraźnie jak Waldemar Pawlak.

A mówiąc poważnie: tłumacz to jest narzędzie. Może być lepsze czy gorsze, ale niezwykle ważne jest, jak ktoś inny się tym narzędziem posługuje. Jeśli dobrze, to efekt będzie udany. Porównałbym pracę tłumacza do zestawu narzędzi kulinarnych, wśród których jest nóż. A nóż, nieumiejętnie użyty, może być niebezpieczny.

Tłumacza bardzo często się nie zauważa, podobnie jak kucharza w restauracji. Dopóki czegoś nie schrzani. Mój kolega tłumacz dzielił imprezy na udane i nieudane. Udane to były te, podczas których dziękowano tłumaczom.

Wie pani, co to znaczy dobrze używać tłumacza jako narzędzia?

Nie mam pojęcia.

Po pierwsze, musi on wcześniej wiedzieć, kogo będzie tłumaczył. Po to, żeby wcześniej przygotował sobie właściwe tłumaczenia funkcji, jakie zagraniczni goście sprawują w swoim kraju.

Po drugie, standardem, który ostatnio proponuje się zmienić, jest to, że w kabinie pracuje dwoje tłumaczy. Podobno stres tłumacza jest porównywalny ze stresem pilota samolotu pasażerskiego. Z tą jednak różnicą, że pilot czuje ten stres podczas całego lotu, a u tłumacza jest on największy przez pół godziny przed konferencją i przez kilkanaście jej pierwszych minut. Potem zwykle udaje mu się rozkręcić i jak odpali, to już leci. A stres maleje.

Póki co nikomu nie przyszło jeszcze do głowy, żeby pilot był jeden, nawet w tanich liniach. Dlatego tłumacz w kabinie też nie powinien być jeden. Bo mogą się zdarzyć różne nieprzewidziane rzeczy.

Na przykład jakie?

Tłumacz może zasłabnąć, dostać ataku kaszlu, stracić głos czy nagle zaniemówić. Albo po prostu mieć pustkę w głowie. Drugi nie jest po to, żeby rozwiązywać krzyżówki, ale po to, żeby słuchać, co mówi kolega. Gdy wydarzy się coś złego, przejmuje tłumaczenie.

Po trzecie, tłumacz powinien pracować w komfortowych warunkach. Biurko w kabinie nie może być wąskie. Trzeba na nim postawić laptop, kartki, dzbanek z wodą, koniecznie niegazowaną. Zawsze mówiłem organizatorom, że mikrofony działają na prąd, ale tłumacze na wodę. 

W kabinie nie powinny się też znajdować szeleszczące reklamówki. Ja początkowo chodziłem ze skórzaną teczką, którą później zamieniłem na plecak. W ogóle akustyka sali, w której się tłumaczy, też jest bardzo ważna. W Dworze Artusa w Gdańsku kiedyś było tak, że gdy stało się blisko osoby mówiącej do mikrofonu, to nic się nie słyszało. Musiałem wtedy zachować się niestandardowo, czyli odejść ze swoim mikrofonem parę metrów od mówcy. Powodowało to pewną konsternację uczestników spotkania, ale dzięki temu ja wszystko dobrze słyszałem.

Waldemar Pawlak (Michał Lepecki / Agencja Wyborcza.pl)

Czy zdarzyło się, że świadomie czegoś pan nie przetłumaczył?

Wiele lat temu byłem tłumaczem podczas szkolenia związkowego dla Polaków, które robili Amerykanie. Jeden z uczestników użył wobec prowadzącego określenia, że ten nie jest rodowitym Amerykaninem. Prowadzący był wyraźnie imigranckiego pochodzenia, ale urodził się w Stanach i miał amerykańskie obywatelstwo. Musiałem w ułamku sekundy przeanalizować, czy to stwierdzenie wynikało z niewiedzy, czy też związkowiec chciał gościa obrazić. Uznałem, że nie miał złych intencji, i przetłumaczyłem to tak, by "wygładzić" tę niezręczność.  

Miałem też sytuację, gdy panowie z dwóch różnych krajów prawili sobie uszczypliwości. Było to chyba najtrudniejsze tłumaczenie w moim życiu, bo starałem się, aby poziom złośliwości był zgodny z wzajemnymi intencjami mówiących. To spotkanie trwało półtorej godziny. Wyszedłem z niego wyczerpany i dosłownie mokry.

Mogę wygładzić niestosowność wypowiedzi człowieka, który nie zamierzał jej popełnić, ale moją rolą nie jest tonowanie złośliwości, która jest zamierzona.

Brał pan udział w rozmowach, które wprowadzały nas do Unii Europejskiej, do NATO. Jakie miał pan doświadczenia z politykami?

W 1995 albo 1996 roku w Gdańsku odbywało się spotkanie ministrów spraw zagranicznych Rady Morza Bałtyckiego. Polskę reprezentował na nim Władysław Bartoszewski. Co ciekawe, nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie miało swoich zaufanych tłumaczy, tylko wynajęło moją firmę. Byliśmy z kolegą bardzo wystraszeni, bo znaliśmy Bartoszewskiego z przemówień w mediach i wiedzieliśmy, jak on szybko mówi. 

Tymczasem okazało się, że Bartoszewski, gdy miał świadomość, że jest tłumaczony na kilka języków, mówił ładnie i niespiesznie. Nasze obawy okazały się więc zupełnie niepotrzebne.

Władysław Bartoszewski (Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Skoro wspomniałem o ministrze Władysławie Bartoszewskim, to nie mogę nie wspomnieć o prezydencie Lechu Wałęsie. Mówił tak, jak mówił, co uprzedzało do niego niektórych tłumaczy. Tymczasem chciałbym podkreślić, że Wałęsa bardzo dobrze używał tłumacza jako narzędzia.

Tłumaczył pan Wałęsę?

Tak. I to kilka razy. Wałęsa doskonale zdawał sobie sprawę, że tłumacz jest mu potrzebny, więc zawsze o niego dbał. Żeby miał dobre miejsce i wszystko słyszał. Na spotkaniu z Wałęsą wszyscy chcieli siedzieć jak najbliżej niego, więc tłumacza sadzano daleko. Doświadczyłem takiej sytuacji, że Wałęsa wchodzi i pyta: "A gdzie jest tłumacz?". "Tutaj" – odzywam się z drugiego końca sali. "O nie, pan będzie siedział koło mnie". Chciał, żebyśmy wzajemnie się dobrze słyszeli.

Tłumaczenie Wałęsy było wyzwaniem, ale nie udręką. Mówił konkretnie i ciekawie, choć swoim specyficznym językiem, więc trzeba było umiejętnie wyłowić, co chciał powiedzieć. Zresztą wystąpienie Wałęsy "My, naród" w Kongresie USA w 1989 roku uznano za sukces właśnie dzięki jego dobrej współpracy z tłumaczem.

Jeszcze zanim weszliśmy do Unii, tłumaczyłem rozmowy na spotkaniach z przedstawicielami Komisji Europejskiej na temat rybołówstwa i wyzyskiwania marynarzy. Wiele ciekawych rzeczy wówczas usłyszałem, ale i nudnych też.

Prezydent Lech Wałęsa (Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Zdarzyło się panu zasnąć?

Nie przypominam sobie. Ale żeby mieć pewność, musiałaby pani spytać tych, którzy ze mną pracowali.

A słyszał pan o takich sytuacjach?

Oczywiście.

Najgorzej jest po obiedzie. Jeżeli wystąpienia są ciekawe, to koncentrację utrzymać jest łatwiej. Ale gdy jest nudno i sennie, to już gorzej. Może się wówczas zdarzyć, że tłumacz sobie kimnie.

Byle tylko nie chrapał do mikrofonu.

W kabinie tłumacza jest przycisk mute. Kiedy tłumacz chce się napić wody, odkaszlnąć albo rzucić brzydkim słowem, to na chwilę wyłącza sobie nim mikrofon. To także dobry moment, by podrzucić drugiemu tłumaczowi właściwe słowo.

Zobacz wideo Dr Tomasz Stawiszyński o tym, czy pandemia i wybuch wojny w Ukrainie zmieniła nasz świat

Opowie mi pan jeszcze o innych kulisach tej profesji?

Prowadzący spotkanie może na znak od tłumacza zasygnalizować czerwoną lampką, kiedy prelegent mówi za szybko. Raz czy dwa zdarzyło mi się użyć tego znaku. Pamiętam, że raz było to podczas przemówienia pewnego profesora. Prowadzący zapalił lampkę, co profesor zrozumiał jednak jako koniec przeznaczonego dla siebie czasu i zaczął mówić jeszcze szybciej.

Pamiętam też inną zabawną sytuację, podczas szkolenia dla górników. Po obiedzie panowie zaczęli lekko przysypiać podczas projekcji filmu, na którym w pewnym momencie pojawiły się jakieś hałaśliwe maszyny. Gdy mój kolega to zauważył, postanowił ich rozruszać, oznajmiając: "Ten film dostał nominację do Oscara za efekty dźwiękowe". Ci, co nie spali, zaczęli się śmiać, co obudziło pozostałych. I tu rodzi się pytanie: czy tłumacz może powiedzieć coś, co nie padło?

No właśnie – może?

W tej sytuacji chyba było to uzasadnione, ponieważ udało mu się na nowo przyciągnąć uwagę słuchaczy.

Dobrze, gdy tłumacz potrafi przyciągnąć uwagę słuchaczy (Sylwia Penc / Agencja Wyborcza.pl)

Bywa też, że prelegent unika odpowiedzi na zadane pytanie i odpowiada wymijająco. Gdy pytający próbuje go docisnąć, ten mówi: widocznie tłumacz źle przetłumaczył. Dość szybko się przekonałem, że nie ma się co obrażać, bo tak po prostu jest. Taka gra rozmówców.

Zwykle po takiej sytuacji, już po konferencji, mogłem pytającemu wyjaśnić w kuluarach, że przetłumaczyłem dokładnie to, o co pytał. A skoro prelegent nie odpowiedział, to znaczy, że nie chciał. 

Zdarzyło się kiedyś, że czegoś nie wolno było panu przetłumaczyć?

Nigdy.

Słyszałem jednak, że w dawnym NRD tłumacz miał prawo nie przetłumaczyć czegoś, co urażało jego patriotyczne uczucia. W Polsce takiego przepisu nie było.  

Pewnie obowiązywała pana tajemnica zawodowa?

Jak najbardziej. Niektórzy zleceniodawcy chcieli tę tajemnicę formalizować. Kazali mi wypisywać różne oświadczenia, przeciwko czemu zdecydowanie protestowałem. Poufność jest według mnie na stałe wpisana w ten zawód, a ja mam się za profesjonalistę.

Kiedyś tłumaczyłem rozmowy biznesowe, w których uczestniczyło kilka osób. W pewnym momencie Amerykanin poprosił mnie, żebym tłumaczył jego rozmowę w cztery oczy z przedstawicielem polskiej firmy. Po niej znajomy zapytał mnie, o czym ci panowie rozmawiali. Zaprotestowałem: "Ja ci tego nie powiem". Zrozumiał.

Jak to się stało, że został pan tłumaczem na żywo?

Trochę przez przypadek. Pod koniec lat 80. byłem w Senacie Uniwersytetu Gdańskiego i ówczesny rektor, który władał niemieckim, poprosił mnie, żebym tłumaczył jego spotkanie z anglojęzycznymi gośćmi z zagranicy.

Okazało się, że to jest coś, co mi pasuje. Pomijając fakt, że rektor dobrze płacił. W dodatku szybko, bo zaraz po spotkaniu poszedłem do kasy. To był wówczas duży plus tego zawodu. W ciągu dwu-trzydniowej konferencji zarabiałem zwykle tyle, ile przez cały miesiąc jako nauczyciel akademicki. Dla niektórych te stawki były wręcz szokujące.

A wie pani, że moja inicjacja w kabinie też odbyła się przypadkiem?

Inicjacja w kabinie? A co to znaczy?

Na jakimś szkoleniu miałem tłumaczyć tylko rozmowy, ale tłumacz kabinowy nie dotarł, chyba przez wypadek po drodze. Nolens volens usiadłem więc do kabiny. I spotkałem się tam z kolegą z pracy, o którym nie wiedziałem, że też para się tłumaczeniem. Został więc moim konkabinem, jak mawiamy o koledze z kabiny. Z kolei koleżanka z kabiny to konkabina.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Nie mylić z konkubiną.

No właśnie.

Z konkabinem tak dobrze nam się współpracowało, że wkrótce potem założyliśmy firmę i zajmowaliśmy się tłumaczeniem na żywo przez 30 lat. Mój wspólnik miał taki zwyczaj, że na koniec pisał zabawne wierszyki, którymi celnie podsumowywał każde wydarzenie. Prawda jest taka, że z niektórych spotkań niewiele wynikało. Uczestnicy sobie porozmawiali, zjedli i to by było na tyle. Zresztą z czasem konferencje stały się o wiele krótsze i mniej wystawne. I w tej branży, tak jak w wielu innych, zapanowały oszczędności.

Wojciech Krzyżanowski. Anglista. Tłumaczem symultanicznym był przez 30 lat. Uczył także języka angielskiego na Uniwersytecie Gdańskim. Mieszka w Sopocie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.