Rozmowa
Anny Kostrzyńska-Miłosz (fot. Andrzej Stawiński)
Anny Kostrzyńska-Miłosz (fot. Andrzej Stawiński)

Skąd te meble w pani życiu?

Mój ojciec był konserwatorem mebli, wychowałam się wśród wiórów. Niejednokrotnie ojcu pomagałam, umiem położyć politurę i wykonać kilka innych prostszych rzeczy. Byłam, można powiedzieć, jego czeladnicą, znam od podszewki rozmaite technologie meblarskie.

Lubiła to pani?

Tak, bardzo lubiłam zapach konserwowanych mebli. Przez mój pokój przewinęło się tyle biurek, na których odrabiałam lekcje, i tyle foteli mniej lub bardziej znanych osób, że mogłabym o tym chyba napisać kolejną książkę. Bardzo lubiłam w tych fotelach siadać. A mogłam to robić tylko przed konserwacją, potem ojciec już mi na to nie pozwalał.

I tak już to z panią zostało?

Do tego stopnia, że wystarczy czasami, że spojrzę na mebel i coś mi w nim od razu nie pasuje – zupełnie intuicyjnie. A potem, przy dokładniejszym oglądzie, już wiem co: widzę, że ktoś coś przykleił, że coś nie jest oryginalne. Wybór historii sztuki wydawał mi się w związku z tym wszystkim zupełnie naturalny.

Z założeniem od początku, że będzie się pani zajmowała meblami?

Oczywiście. Nikt, kto mnie znał, w ogóle się temu nie dziwił. Tak jak nikt się nie dziwił, że po studiach znalazłam od razu zatrudnienie w Desie, która wtedy jeszcze była przedsiębiorstwem państwowym, a dzisiaj jest znanym domem aukcyjnym. Przez pięć lat mojej pracy przewinęło się przez Desę bardzo wiele mebli i miałam okazję zdobyć duże doświadczenie. W antykwariacie zbierali się wówczas muzealnicy, którzy analizowali różne przedmioty, w tym meble, a ja mogłam się temu przysłuchiwać.

Poznając jednocześnie kolekcjonerów?

Kontakty z nimi okazały się jedną z moich najcenniejszych zdobyczy, bo jeśli chodzi o rzemiosło artystyczne, kolekcjonerzy mają nie tylko wspaniałe przedmioty, ale także wielką wiedzę. Nieraz, nie ujmując kolegom po fachu, bardziej szczegółową, bo zajmują się wąskimi dziedzinami.

Pracując w Desie, dowiedziałam się o seminarium – dziś już nieżyjącej – prof. Ireny Huml, które odbywało się w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Pani profesor, autorka między innymi słynnej „Polskiej sztuki stosowanej", zaproponowała mi pracę w Instytucie Sztuki PAN, gdzie napisałam doktorat, wydany potem w formie książki pod tytułem „Polskie meble 1918–1939. Forma – funkcja – technika".

Anna Kostrzyńska-Miłosz (fot. Andrzej Stawińśki)

Można je gdzieś z bliska obejrzeć?

Gorąco polecam wybranie się do Muzeum Mazowieckiego w Płocku, gdzie jest wspaniała kolekcja mebli art déco, przy powstawaniu której miałam okazję doradzać. Wiele z tych mebli przeszło przez moje ręce.

Cieszę się, że zapraszamy do Płocka, tak jak cieszyłem się, kiedy niedawno Agnieszka Krzemińska, autorka książki „Grody, garnki i uczeni. O archeologicznych tajemnicach ziem polskich", polecała wybranie się do Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Po raz kolejny okazuje się, że mnóstwo muzealnych wspaniałości jest poza głównymi metropoliami.

Ekspozycji art déco w Płocku jest poświęcona cała kamienica w centrum miasta, urządzona szalenie nowocześnie. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, nie tylko meble, którymi ja oczywiście jestem zainteresowana najbardziej. Miałam okazję zawieźć tam paru muzealników z Europy i byli zachwyceni.

Warto tu przy okazji dodać, że coraz więcej historyków sztuki zajmuje się rzemiosłem artystycznym.

Mniej więcej od czasu głośnej wystawy „Chcemy być nowocześni. Polski design 1955–1968" w Muzeum Narodowym w Warszawie zaczął się boom na nasz design, w tym meble. Powstało sporo publikacji książkowych, blogów, stron internetowych czy fanpage’ów na FB poświęconych polskiemu designowi. Najsłynniejszą jest chyba Uwaga, Śmieciarka Jedzie, gdzie ludzie informują się o skarbach wyrzuconych na śmietniki. Szczytem snobizmu jest dzisiaj pochwalenie się w salonie uratowanym ze śmietnika fotelem czy stolikiem z PRL-u. Cieszy to panią?

Rok temu dzięki przychylności dyrekcji Instytutu Sztuki PAN powstała Pracownia Rzemiosła Artystycznego i Designu, którą kieruję. Dlaczego o tym mówię? Bo niedawno koleżanka z pracowni dzwoni do mnie i mówi, że znalazła na śmietniku wspaniałą komodę, którą ktoś wyrzucił. Wzięłyśmy ją do Instytutu Sztuki PAN – ja ją szlifowałam, a koleżanka podmalowała i mamy teraz piękny mebel. Nie mogę się więc nie cieszyć tymi inicjatywami, o których pan wspomniał, bo one dają meblom drugie życie. Młodzi zwykle ludzie ratują po prostu polską kulturę materialną. Przyznaję, czasami szokuje mnie dobór tkanin czy barw stolarki, które tym znaleziskom są nadawane, jednak przyjmuję to z aprobatą. Takie są chyba prawa nadawania im innego, twórczego wyrazu. Ale też wiele osób stara się poddać meble renowacji, trzymając się oryginalnych wzorców – i to jest mi najbliższe. 

Meble wyrzucają prywatni ludzie czy także instytucje?

Niestety także instytucje, bo często osoby nimi zarządzające nie mają nawet pojęcia o wartości posiadanych mebli. Świadomość w tej materii jest bardzo niska, a trzeba pamiętać, że były i takie urzędy, dla których specjalnie projektowano meble – czasami do jednego pomieszczenia, czasami do wszystkich. Proponowałam nawet różnym instytucjom, że przyjrzę się ich meblom w czynie społecznym, żebyśmy wiedzieli, co cennego mają, ale odzew był znikomy.

Kiedyś, odwiedzając męża na Wydziale Matematyki UW, zauważyłam, że w jednej z sal jest dużo krzeseł, które kolekcjonerzy nazywają „patyczakami" – a chodzi o krzesło Tellus Mariana Grabińskiego, projekt z 1959 roku. Zrobiłam im zdjęcie telefonem, ale kiedy pisałam książkę, potrzebowałam ilustracji lepszej jakości. Gdy wróciłam na uniwersytet, okazało się, że „patyczaki" zostały wymienione na jakieś współczesne „potworki", więc napisałam na Facebooku prośbę o zrobienie dobrego zdjęcia „patyczaka" w zamian za książkę w prezencie. Zgłosiła się wtedy do mnie nauczycielka z Zespołu Szkół Skórzano-Odzieżowych Stylizacji i Usług w Radomiu, pisząc, że mają całą salę „patyczaków" i że ona ogłosiła konkurs dla uczniów na najlepszą fotografię. W rezultacie dostałam wspaniałe zdjęcia od uczniów. Czy to nie piękna historia?

Od lewej: Marian Grabiński, krzesło 'Tellus', przed 1959 r. / Maria Chomentowska, krzesełko 'Płucka', 1956 r. / Jerzy Sołtan, krzesło, 1954 r. (Od lewej: fot.: Fot. Uczniowie Zespołu Szkół Skórzano-Odzieżowych, Stylizacji i Usług w Radomiu / Fot. archiwum Anny Kostrzyńskiej-Miłosz / Fot. archiwum Anny Kostrzyńskiej-Miłosz)

Meble moich dziadków stały ponad pół wieku w ich mieszkaniu. I były w znakomitym stanie. Kiedyś robiono meble lepszej jakości?

Myślę, że to w głównej mierze brało się z technologii, nieco bardziej tradycyjnej niż teraz. Ale też w PRL-u wiele zależało od fabryki i dostępnych materiałów. Ten sam projekt – a wysyłano je z centralnego rozdzielnika – mógł mieć różną jakość w zależności od miejsca wykonania. Jeden z projektantów opowiadał mi, że raz nie poznał własnego projektu, bo akurat przyszła do fabryki deska innej grubości i inna tkanina.

Równie ciekawie sytuacja wyglądała, jeśli chodzi o badania ergonomiczne, czyli między innymi wytrzymałość mebla i wygodę. Pewien projektant powiedział mi, że siadał z kolegą na fotelu, opierał się, podskakiwał i tak sprawdzano ergonomię. Krótko mówiąc, ówczesne meble były testowane przez człowieka, a nie tylko przez maszyny i w związku z tym służyły nieraz tak jak pana dziadkom – przez całe życie lub nawet przez kilka pokoleń. Myślę, że słynne meblościanki, wyprodukowane w liczbie stu tysięcy egzemplarzy, nadal stoją w wielu mieszkaniach.

Pani nowa książka, „Polskie meble 1945–1970", powstała po to, by zebrać w jednym miejscu dotychczasową wiedzę?

Założeniem tej książki jest pokazanie pewnego przekroju tego, co się wówczas w projektowaniu mebli działo. Dotychczasowe publikacje dotyczą głównie mebli powstałych po 1956 roku, a ja podkreślam pewną ciągłość, nawiązanie do tego, co produkowano zaraz po wojnie, a nawet jeszcze przed. Istnieją takie meble, które gdyby nie to, że zachowały się dokumenty kupna, nigdy by nie zostały zakwalifikowane jako przedwojenne, a takie są. W tym sensie wybrany przeze mnie okres też jest niejako sztuczny, a już na pewno jego początek w 1945 roku, ale trzeba się zawsze na jakiś wycinek czasowy zdecydować.

Anna Kostrzyńska-Miłosz, 'Polskie meble 1945-1970. Idee i rzeczywistość'. (fot. materiały prasowe)

W tym, który pani wybrała, mieści się Cepelia, która kojarzy się wszystkim głównie ze sztuką ludową.

Cepelia to nie tylko ludowość. To zespół spółdzielni, które produkowały różne stylistycznie meble. W dodatku według bardzo ciekawych projektów, nieraz wręcz świetnych. Wiele z nich cieszyło się ogromnym powodzeniem, również za granicą.

Mnie zafascynowały firmowane przez Cepelię meblorzeźby.

One powstawały indywidualnie, były częścią ciekawego nurtu. Tworzyli je artyści rzeźbiarze, absolwenci warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, wywodzący się w większości ze Szkoły Zawodowej Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, która jako Zespół Szkół Plastycznych działa do dzisiaj. Tradycja jest więc w pewnym sensie kontynuowana.

Od lewej: Roman Modzelewski, fotel RM58, 1958 r. / Józef Chierowski, fotel (typ 366) z Dolnośląskiej Fabryki Mebli, ok. 1959 r. / Witold Popławski, fotel wyplatany ok. 1957 r. (Od lewej: Repr. wg Roman Modzelewski. Spektrum, kat. wyst., Galeria Miejska w Łodzi, Łódź 2012, s. 91 / Fot. archiwum Anny Kostrzyńskiej-Miłosz / Fot. dzięki uprzejmości Desa Unicum)

PRL to centralne zarządzanie, w tym rozmaite centralne instytucje, które miały czuwać nad estetyką produktów, jak choćby Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Z książki Katarzyny Jasiołek „Opakowania, czyli perfumowanie śledzia. O grafice, reklamie i handlu w PRL-u" wynika, że miało to swoje dobre, ale też może nie złe, ale co najmniej komiczne strony. A jak było z meblami?

Współtwórczynią Instytutu Wzornictwa Przemysłowego była Wanda Telakowska. Cepelię stworzyła Zofia Szydłowska. Obie potrafiły realizować swoje wizje w ramach takiego, a nie innego systemu. Umiały się w nim poruszać dla dobra sprawy. Wanda Telakowska na przykład znała małżonki prominentnych osób.

Dobrą stroną centralnego zarządzania było na przykład to, że każda fabryka musiała mieć swojego plastyka. Inną sprawą jest, jaki oni mieli wpływ na rzeczywistość, kiedy trzeba się było zmagać z ciągłym niedoborem materiałów.

A rzeczywistość była bardzo upolityczniona i mierzyła się z takimi wyzwaniami, jak niedobór mieszkań i ich mały metraż.

Jednym z celów mojej książki było pokazanie zależności między architekturą wnętrz a meblami, bo chyba nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak ważna to korelacja. Metraż, który dzisiaj uznajemy za studio, był kiedyś przewidziany dla małżeństwa z dwójką dzieci. I to było wyzwanie przez cały PRL. Stąd między innymi wspomniana meblościanka Kowalskich, pomysł doskonały, choć sama idea mebla modułowego należy oczywiście do Le Corbusiera.

Ale metraż to tylko jeden z czynników wpływających na formę mebla. Innym jest dostępność tworzywa, klimat, sytuacja gospodarcza kraju, obyczaj albo ubiór, co czasami ludzi dziwi, a przecież kobieta w gorsecie nie usiądzie w fotelu klubowym. Wykładając historię meblarstwa na Wydziale Technologii Drewna SGGW pytam studentów, dlaczego nagle w pewnym momencie oparcia krzeseł stały się niższe. Studenci się wtedy bardzo głowią, a odpowiedź jest taka, że zaczęto wówczas nosić kryzy, duże kołnierze usztywniane często drucianym stelażem i krochmalem.

Jak wypadają meble projektowane w PRL-u w zestawieniu z tymi zachodnimi? Duma czy wstyd?

Większość naszych projektów to daleko idące inspiracje designem zachodnim, jak choćby wyplatany fotel Witolda Popławskiego przypominający słynny fotel Acapulco. Ale mamy też znakomite oryginalne projekty, na przykład fotel RM58 Romana Modzelewskiego, którym w latach 60. byli bardzo zainteresowani Francuzi. Zresztą on jest dzisiaj produkowany, bo prawa autorskie od małżonki Modzelewskiego zostały wykupione. Świetnym projektem jest krzesło Płucka Marii Chomentowskiej. Powstało ze sklejkowych odpadów produkcyjnych, które artystka wygięła i połączyła skórzanym paseczkiem. Efekt okazał się doskonały. Mieliśmy więc kilkoro twórczych projektantów i naprawdę świetnych projektów, którymi możemy się chwalić.

Ma pani ulubiony projekt?

Ależ proszę pana, w żadnym wypadku!


Anna Kostrzyńska-Miłosz. Doktorka historii sztuki. Specjalizuje się w badaniu zjawisk artystycznych XIX i XX w., szczególnie architektury wnętrz i rzemiosła artystycznego, głównie meblarstwa. Kieruje Pracownią Rzemiosła Artystycznego i Designu Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk i jest przewodniczącą Klubu Historyków Meblarstwa przy Stowarzyszeniu Historyków Sztuki. Wykłada historię meblarstwa na Wydziale Technologii Drewna SGGW w Warszawie, uczy także w Instytucie Sztuki PAN. Niedawno ukazała się jej nowa książka „Polskie meble 1945–1970. Idee i rzeczywistość".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl.