Rozmowa
Marta Fengler i Hanna Zielińska (arch. prywatne)
Marta Fengler i Hanna Zielińska (arch. prywatne)

Jak wygląda życie w małym norweskim miasteczku?

Hanna Zielińska: Lærdal to taki norweski Kazimierz Dolny. Norwegowie przyjeżdżają tu na weekendy. Lokalny kemping nad fiordem jest jednym z najbardziej cenionych w kraju. Miasteczko leży w niecce otoczonej górami. Prowadzi do niej najdłuższy wykuty w skale tunel świata, liczący 26 km. Mieszka tu około 800 osób, z czego kilkadziesiąt to Polacy: lekarze, tak jak mój mąż, z którym tu przyjechałam, pielęgniarki, farmaceutki, dentystka, cieśle, budowlańcy, kierowcy, kasjerki, sprzątaczki. Większość to emigranci zarobkowi, część znalazła się tu także z powodów ekologicznych, politycznych, romantycznych i innych.

Marta Fengler: Najbliższa stacja kolejowa, położona na wysokości tysiąca metrów, jest godzinę jazdy stąd. Realia życia? W Oslo za wynajęcie pokoju płaciłam 6 tys. koron, czyli około 3 tys. zł miesięcznie. Tu, na prowincji, za 4 tys. zł można wynająć niewielki domek. Dla porównania za równowartość 100 zł kupimy chleb, masło i żółty ser.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Jakie są kulinarne upodobania Norwegów?

Marta Fengler: Ich ulubione danie to mrożona pizza z supermarketu. Co piątek z kolei obowiązkowo jedzą taco. Na rodzinnych spotkaniach zaś podaje się parówki w naleśniku. Parówki tu w ogóle królują, miejscowi jedzą je nawet z goframi. 

Marta i Hanna, Polki na norweskiej prowincji (arch. prywatne)

Hanna Zielińska: I mięso, bardzo dużo mięsa. Dziczyznę, baraninę, mięso z łosi i reniferów. Co pewien czas wraca tu dyskusja, czy importować więcej warzyw, by zjadać mniej zwierząt. Ostatnio obserwowałam ją na żywo na spotkaniu przedwyborczym partii Rødt, czyli Czerwonych, w naszej wiejskiej bibliotece. Wielu uczestników uważało zabijanie zwierząt za głęboko nieetyczne, jednak bardziej ekologiczne niż transportowanie tu statkami na przykład awokado. Stosunek Norwegów do mięsa to z jednej strony manifestacja postawy konserwatywnej wobec jedzenia, ale z drugiej dostosowanie się do ograniczeń narzucanych tu od wieków przez klimat i ukształtowanie terenu.

Nasze miasteczko leży w wyjątkowym regionie rolniczym. A takie ziemie zajmują najwyżej 3 proc. powierzchni kraju. Reszta to skały, lód i inne tereny nieuprawne. Dlatego bukiet warzyw czy owoców na stole nie jest tu codziennym widokiem. Te, które można kupić w supermarketach, są słabej jakości. Pakuje się je w ogromne ilości plastiku, bo w czasie długiej drogi na Północ muszą być dobrze zabezpieczone.

Marta i Hanna serwują warzywa i chleb, który same pieką (arch. prywatne)

Akurat w naszej okolicy uprawia się truskawki, maliny, czereśnie, jabłka i ziemniaki. Cała Norwegia jest z nich dumna. Reszta zieleniny pochodzi w ogromnej mierze z importu.

Pewnie również dlatego jest droga, podobnie jak mięso?

Hanna Zielińska: Za 225 g borówek trzeba zapłacić 50 koron, czyli około 25 zł, za 125 g malin – 35 koron, czyli około 17 zł, a za pół kilo truskawek – 50 koron, czyli około 25 zł. Za kilogram papryki około 60 koron, czyli 30 zł, a za kilogram ogórka około 30 koron, czyli 15 zł. Kilogram wędliny kosztuje około 200–500 koron, czyli około 100–250 zł, a kilogram mielonego 150 koron, czyli 75 zł, kilogram parówek 40 koron, czyli około 20 zł.

Marta Fengler: Haniu, ale nie powiedziałaś jeszcze, jak zwykle to mięso jest podawane.

Haniu, no właśnie?

Hanna Zielińska: Powiedziałabym, że w sposób dla nas niezwykle odpychający. Na przykład kładzie się na talerzu ugotowany barani łeb. Renifera rąbie się na kawałki, wrzuca do wody, gotuje i podaje w formie rosołu z mięsem. Ale miejscowi są do tego przyzwyczajeni. Gdy lokalna knajpka wrzuca na Facebooka zbliżenie obgotowanego baraniego łba polanego bardzo tłustym sosem, przynajmniej część z nich lajkuje zdjęcie i idzie tam na lunch.

Sałatka, jeden ze specjałów Marty i Hanny (arch. prywatne)

Marta Fengler: Rzadko kiedy do mięsa podawana jest zielenina. Norwegowie bardzo też lubią słodkości.

Hanna Zielińska: Zazwyczaj są to batoniki i czekolady jednego norweskiego producenta, lukrecja albo gofry z cukrem pudrem. Znajomi z Polski nie wierzą mi, gdy im opowiadam, że nie można tu w zwykłym sklepie kupić na przykład batonów czy czekolad znanych światowych marek. Te są specjalnie sprowadzane i dostępne tylko w tzw. sklepach egzotycznych, na przykład arabskich albo w lokalnych drogeriach. Norwegia bardzo chroni swoje produkty.

Marta Fengler: Dzieci zazwyczaj mogą jeść słodycze jednego dnia w tygodniu, w sobotę. Niektóre wtedy aż wymiotują z przejedzenia. Lubią też chipsy i słodzony napój gazowany o nazwie Solo. To oranżada, która zawsze musi być w lodówce.

Obie jesteście bacznymi obserwatorkami. I łączy was pasja gotowania.

Hanna Zielińska: Połączyło nas nie tylko to, że jesteśmy z Polski, ale też to, że lubimy pójść do kawiarni, posiedzieć przy kawie nie tylko w domu. Spotkać się, popracować, porozmawiać. Brakowało nam tutaj takiego miejsca.

Marta Fengler: Pochodzę z Żywca, gdzie knajpki i kawiarnie są praktycznie na każdym rogu. A w Norwegii zdarzało nam się z Hanią jechać 30 km do najbliższej kawiarni. I robimy to nadal, same prowadząc już własną.

Marta pochodzi z Żywca (arch. prywatne)

Hanna Zielińska: Marta, ale nie powiedziałaś jeszcze o swoim gastronomicznym doświadczeniu.

Marta Fengler: Mój tata przez wiele lat prowadził w Żywcu restauracje. Miał ich kilka. Całe dzieciństwo spędziłam w kuchni, chłonęłam smaki i zapachy. W wakacje albo wolne dni pracowałam z tatą i sporo się od niego nauczyłam. Gdy zachorował i zmarł, jego firmę sprzedaliśmy. A ja poszłam na farmację, tak jak mama, która miała z kolei aptekę. Po 14 latach pracy w aptece postanowiłam coś w życiu zmienić i wyjechałam do Norwegii. Mieszkałam w Oslo, imałam się różnych zajęć, na przykład pracowałam na lotnisku w gastronomii.

A z Oslo los rzucił cię na norweską prowincję?

Marta Fengler: W Oslo poznałam mojego obecnego partnera, Polaka, który mieszkał właśnie w Lærdal. Przyjeżdżałam tu do niego na weekendy, a to prawie 400 km, częściowo przez góry. W marcu dwa lata temu, kiedy zaczął się lockdown, zostałam na dobre. W pracy dostawałam „postojowe" – około 80 proc. pensji. A potem założyliśmy rodzinę. Zostawiłam tamtą pracę i zaczęłam nawiązywać kontakty z mieszkającymi tu Polakami. Zaczynając właśnie od wspólnej kawy.         

Hanna Zielińska: I Marta napisała do mnie, bo zobaczyła, że wrzucam na Facebooka zdjęcia z Lærdal. Mieszkamy przy najgłębszym – ma kilometr głębokości – najdłuższym i najpiękniejszym fiordzie w Norwegii. Właśnie na jego brzegu, pod drzewem urządzałyśmy sobie pikniki. Marta zawsze przynosiła ciasto własnej roboty, smaczne i zdrowe. Lemoniadę pietruszkową, owoce, kawę. Z czasem zaczęłyśmy zapraszać znajomych. Chwalili jej wypieki.

Miejscowi lubią wypieki Marty i Hanny (arch. prywatne)

Jednak początkowo nie wyszłyście poza polskie środowisko?

Hanna Zielińska: Właśnie. Ale kiedy w miasteczku organizowano w grudniu świąteczny jarmark, postanowiłyśmy wreszcie zaprosić do stołu i Norwegów. Przygotowałyśmy ofertę, zaprojektowałyśmy logo, ogłosiłyśmy się na lokalnej grupie facebookowej. Zainteresował się nami dziennikarz regionalnej gazety "Sogn Avis". Odwiedził nas, spróbował bezcukrowych słodyczy, zrobił zdjęcia i wszystko opisał. Na nasze stoisko przygotowałyśmy trufle z suszonych owoców i gorzkiej czekolady, chałki, ciasto owocowe, pastę waniliowo-migdałową i gorącą matchę latte.

Marta Fengler: Wyprzedałyśmy wszystko i zarobiłyśmy niezłe pieniądze.

Hanna Zielińska: Pomyślałyśmy, że pójdziemy za ciosem. I pod koniec czerwca tego roku otworzyłyśmy własną kawiarnię. Byle tylko mieć tu do kawy coś więcej do wyboru niż gofra, hot doga w naleśniku czy bułki cynamonowe z białej mąki. Oczywiście w dużych miastach Skandynawii, na przykład w Kopenhadze, oferta gastronomiczna jest bardziej urozmaicona, są nowoczesne knajpki z kuchnią fusion, bary azjatyckie. Ale na norweskiej prowincji nie.

Gładko wam poszło otworzenie własnej kawiarni?

Hanna Zielińska: Skąd, to był koszmar! Nasze przygotowania do otwarcia lokalu trwały pół roku, z czego ostatnie trzy miesiące były bardzo intensywne. Musiałyśmy przedłożyć w gminie masę dokumentów, a potem przejść  wielostopniową weryfikację. Musiałam zdać egzamin ze znajomości elementów prawa spółek, zasad prowadzenia lokalu gastronomicznego oraz prawa pracy. Oczywiście po norwesku.

Grillowana papryka z fetą i prażonymi migdałami (arch. prywatne)

Marta Fengler: Nawet przy zakładaniu konta spółki – a nie chciałyśmy żadnego kredytu – musiałyśmy przedstawić biznesplan, umowę najmu lokalu, pokazać nasz profil w mediach społecznościowych i określić kapitał, z którym mogłyśmy ruszyć. Dopiero po weryfikacji bank tu decyduje, czy chce takiego klienta, czy nie.

Hanna Zielińska: Ta wielostopniowa kontrola ma zapobiec praniu tu brudnych pieniędzy. Przed otwarciem kawiarni musiałyśmy też obie dostarczyć zaświadczenie z policji, że jesteśmy niekarane. Nawet gdy szukałyśmy kasy fiskalnej, zostałyśmy szczegółowo przepytane przez pracownika firmy, co to będzie za biznes. Zeskanowano nam też paszporty. Kupowanie kasy i terminalu trwało kilka tygodni. Potem konfigurowałyśmy ten sprzęt zdalnie, bo nikt do nas nie mógł przyjechać i zrobić to standardowo, w kwadrans. Tutaj nawet poczta dociera tylko dwa razy w tygodniu. W górskim terenie transport jest bardzo kosztowny. Nie ma mowy o wizycie konsultanta.

Opowiedzcie mi, proszę, o waszej knajpce.

Marta Fengler: Nazywa się Healthy Pleasure. Nie używamy tu cukru i białej mąki. Testujemy różne dania wegańskie. Żeby jednak ludzie nie bali się naszej kuchni, poza sałatką z grillowaną papryką i prażonymi migdałami mamy też w menu sałatkę z wędzonym łososiem. Miejscowi bardzo ją lubią. Przez naszą dolinę płynie jedna z większych norweskich rzek łososiowych, Lærdalselvi.

Robimy zupy, pieczemy też chleb z samych ziaren i orzechów, bez mąki. Serio, da się!

Marta robi czarną lemoniadę według własnej receptury (arch. prywatne)

Hanna Zielińska: Z napojów serwujemy wyciskany sok z pomarańczy, koktajle owocowe oraz domowe lemoniady: natkową i czarną. Tę ostatnią według tajnej receptury opracowanej przez Martę, z sokiem z limonki i sproszkowanym węglem farmaceutycznym. Niemal każdy o nią pyta i chce spróbować. Swoją drogą, węgiel wiąże toksyny w jelitach, więc czarna lemoniada Marty jest dobra na kaca.

Ciekawa rekomendacja!

Marta Fengler: A specjalnością Hani są trufle z ciemnej czekolady i ciasta, na przykład orzechowo-migdałowe oraz blok czekoladowy. Serwujemy też sernik jagodowy, który wygląda i smakuje obłędnie. 

Hanna Zielińska: Wśród naszych gości większość stanowią kobiety 35 plus zainteresowane świadomym i etycznym żywieniem, ale przychodzą też dzieciaki z miasteczka, czasem całe rodziny. Najbardziej jednak na takie miejsce czekali ci, których ograniczenia dietetyczne wynikają ze stanu zdrowia: osoby z insulinoopornością, cukrzycą, celiakią, chorobą Leśniowskiego-Crohna.

Hanna Zielińska i Marta Fengler przed swoją knajpką (arch. prywatne)

Niektórzy mówią, że po raz pierwszy od lat mogą sobie pozwolić na zjedzenie czegoś poza domem, w swoim Lærdal. I nie są skazani na jedyną pozycję na końcu menu, tylko mają wybór. Konkurencja też przyjęła nas bardzo ciepło.

Naprawdę?

Hanna Zielińska: Tak! Przed otwarciem dostałyśmy kilka wskazówek od doświadczonych w branży osób. A teraz część z nich bywa naszymi klientami. Właścicielka sklepu z minikawiarnią z naprzeciwka chętnie zamawia i jada u siebie naszą zupę. Ostatnio rozmawiałyśmy o tym, jak połączyć siły po sezonie, kiedy drastycznie spada tu liczba klientów. Myślimy o synchronicznych godzinach otwarcia w zimowe weekendy. Żeby dać mieszkańcom jak najwięcej powodów do spaceru po starówce, gdzie działamy.

Zobacz wideo Prawdziwe spaghetti carbonara w sześciu krokach

Sam lokal wynajmujemy też w oparciu o niestandardową współpracę. To mały, zabytkowy pensjonat, który prowadzą partnerzy w życiu i biznesie, architekt i ekonomista. Zaproponowałyśmy im biznesową spółdzielnię. Rano podają tu swoim gościom śniadania, a my od południa do godz. 18 zamieniamy ich nieczynny już salon w otwartą dla wszystkich kawiarnię, przejmując lokal razem z kuchnią, profesjonalnym sprzętem, naczyniami i sztućcami. Nikt tu wcześniej na to nie wpadł, a taki model pozwolił nam wystartować bez specjalnych inwestycji i ryzyka.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Jest u was drogo?

Marta Fengler: Porównywalnie do innych lokalnych knajpek, gdzie na przykład bułka z serem i suszonymi pomidorami kosztuje 70 koron, czyli około 35 zł. U nas sałatka z grillowaną papryką i fetą kosztuje 165 koron, czyli ponad 80 zł, porcja brownie 65 koron, czyli ponad 30 zł, lemoniada czy latte 55 koron – około 27 zł. Co ważne, używamy składników dobrej jakości, na przykład orzechów, które sprowadzamy z Polski.

Hanna i Marta serwują słodkości bez cukru (arch. prywatne)

Hanna Zielińska: Bardzo bym chciała, żeby mieszkańcy Lærdal przyzwyczaili się do naszych specjałów na dobre. Dajemy sobie na to czas do końca września, ale marzymy o tym, żeby stać się całoroczną knajpką. W tak małej miejscowości udaje się to tylko jednemu lokalowi, dużemu i serwującemu ciężką kuchnię mięsną. Pozostałych kilka działa tylko od wiosny do końca lata, kiedy mamy tu sporo turystów. Ale jesteśmy dobrej myśli. Właśnie opracowujemy zimową koalicję kulinarną.    

Hanna Zielińska. Dziennikarka z wieloletnim stażem, od dwóch lat mieszkająca z rodziną w Norwegii.

Marta Fengler. Pochodzi z Żywca. Tam się urodziła i dorastała. Jest farmaceutką. Od dwóch lat mieszka w Norwegii.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.