Rozmowa
Tadeusz Orłowicz jest najwyżeszej klasy ekspertem od renowacji porcelany. (O.D.)
Tadeusz Orłowicz jest najwyżeszej klasy ekspertem od renowacji porcelany. (O.D.)

Jak się zostaje specjalistą od naprawy ceramiki i porcelany?

Nie ma kursów, trzeba to lubić i mieć predyspozycje. Zawsze mnie interesowało dłubanie, a przy porcelanie trzeba mieć zdolności manualne. Pracowałem też przy dekoracjach filmowych, na przykład przy "Smudze cienia" i "Człowieku z marmuru". W Polsce byłem jubilerem, prowadziłem zakład, a oprócz tego interesowałem się sztuką.

Naprawą ceramiki i porcelany zajmuję się od 50 lat. Miałem to szczęście, że jako młody chłopak poznałem największych konserwatorów i kolekcjonerów sztuki – moimi mentorami byli cenieni antykwariusze: Tadeusz Wierzejski, January Gościmski senior i Anatol Tyliszczak. Odwiedzałem ich, oglądałem te cenne przedmioty, trzymałem w rękach, "bawiłem się" z nimi. Fascynowało mnie to i już wtedy zaczynałem coś przy nich robić. Wiele się od ówczesnych ekspertów nauczyłem, podejrzałem. Z wykształcenia jestem gemologiem, specjalistą od kamieni szlachetnych. Studia skończyłem w Australii.

Dlaczego Australia?

To piękny, pusty, ogromny, dziewiczy kraj, ze wspaniałą przyrodą i cudownym morzem dookoła. Tam tylko żyć nie umierać.

Jak pan tam trafił?

Z Polski wyjechałem z jedną walizką w 1983 roku, przez kilka miesięcy byłem w Austrii, w ośrodku dla azylantów pod Wiedniem i stamtąd, po załatwieniu wielu formalności, przejściu rozmów, poleciałem do Perth – stolicy największego stanu w Australii i najmniejszego z dużych miast. Moim celem była emigracja, nie wierzyłem, że ustrój w Polsce zmieni się za mojego życia.

Jak na skali konserwatorskiej pod względem trudności renowacji plasuje się ceramika?

Wśród artystów zawsze najwyżej cenieni byli malarze. Ceramika żyje sobie na marginesie sztuki i rzemiosła, więc jest o wiele niżej. A pani interesuje się ceramiką?

Ja wszystko tłukę. Nie mam cennej porcelany.

Najczęściej z takimi właśnie "nic niewartymi" przedmiotami zgłaszają się do mnie ludzie. Tłumaczą się, że to skorupy, ale później dodają, że mają do przedmiotu stosunek uczuciowy i dlatego proszą o pomoc. Anglicy na to mówią sentimental value. Przedmiot, który nie ma wartości artystycznej, materialnej, ale związany jest z miejscem, osobą, zdarzeniem, lubi się i za wszelką cenę chciałoby się go uratować. Wartość sentymentalna nie ma w tym wypadku ceny.

Figurka mogła kosztować 10 zł, a jej naprawa zajmie mi kilka godzin i będzie kosztowała o wiele więcej niż sam przedmiot. Tu nie ma korelacji.

Nie jestem chyba jedyną osobą, która jak się jej coś takiego przytrafi, to idzie do kiosku, kupuje klej błyskawiczny i skleja te puzzle. Mam jeden jedyny drogi wazon, Rosenthala, dostałam na urodziny, a kolega syna go stłukł. Skleiłam, trzyma się, ale przecieka...

Czy herbata z filiżanki smakuje inaczej niż z kubka? (Shutterstock) , Tadeusz Orłowicz z wazonem Kropla proj. Zbigniewy Śliwowskiej-Wawrzyniak z 1957 roku z Ćmielowa. Wazon miał odłamaną górną część. (O.D.)

Pozorna skuteczność klejów cyjano-akrylowych ogłupia ludzi i czyni największe z możliwych szkody. Wiele osób przychodzi z przedmiotami, które same próbowały naprawić. Wygląda to strasznie, czasami się trzyma, innym razem się nie trzyma. 

I na palcach od kleju robi się skorupa.

Widzę, że ma pani doświadczenie. A jak do mnie trafia taki wcześniej sklejony w domu przedmiot, to naprawa staje się bardziej kłopotliwa i kosztowna.

Koty i "kropelki" to moi najwięksi przyjaciele.

Nie narzeka pan chyba na brak pracy?

Ze względu na wiek – a mam 76 lat – już tylu zleceń nie biorę. Teraz akurat pracuję nad dwoma przedmiotami. Pierwszy to modernistyczna figura, którą zrzuciły koty, a musiały być w dzikim pędzie, bo przedmiot jest dość ciężki. Nie wiem, czy chodzi o wartość sentymentalną, bo właścicieli nie poznałem – figura została mi przysłana, ale jest ładna, dekoracyjna, o dobrej kompozycji, z wczesnych lat międzywojennych. Druga figurka – kobiety w pozie tanecznej – jest z około 1900 roku, z Niemiec lub Francji, trudno mi powiedzieć. Dorabiam jej rękę.

Przedramię figurki udało się odtworzyć dzięki zdjęciu figury z rodzinnego albumu. (O.D.) , Dorobione od nowa przedramię. (Archiwum prywatne)

Też koty? 

Przeprowadzka. Całe ramię gdzieś się zawieruszyło i musiałem je odtworzyć. Na szczęście dostałem zdjęcie rodzinne, z figurką sprzed zniszczenia w tle, mogłem więc dorobić rękę tak, żeby była w pierwotnej pozie.

Każdy przedmiot, który naprawiam, jest inny, wymaga odmiennego podejścia. Staram się przywrócić mu stan pierwotny, co nie zawsze jest możliwe, bo bez zdjęć czy dokumentacji można się tylko domyślać, jak coś oryginalnie wyglądało. Moja praca wymaga wiedzy – na temat epoki, przedmiotów, kultury materialnej z danego czasu – żeby w przypadku braku dokumentacji odtworzyć rzecz w sposób najbardziej prawdopodobny. Jest to zabawa, czasami ciekawa, czasami mniej ciekawa.

Konserwowałem porcelanę z początku XVIII wieku, i to wysokiej klasy, niewystępującej już właściwie. Trafiały do mnie przedmioty rzadko pokazywane, kolekcjonerskie. Wymagały drobiazgowego podejścia, wiele czasu pochłaniało dobieranie masy, kolorów, bywały szalenie kłopotliwe. To było jednak szczęście, że w ogóle miałam je w ręku. Zdarzyło mi się pracować nad jednym przedmiotem przez dwa miesiące, po osiem godzin dziennie.

W Australii współpracował pan z domami aukcyjnymi.

Tak, byłem polecany i przez domy aukcyjne, i przez największe towarzystwa ubezpieczeniowe, Lloyd’sa między innymi.

Stoi przede mną najwyższej klasy specjalista!

Nie mam o sobie aż takiego mniemania, ale coś w tym musi być, skoro Lloyd’s mnie rekomendował. To ogromny wyraz uznania.

U kolekcjonerów z najwyższej półki też koty stoją za zniszczeniami?

Różnie, ale często fatalne w skutkach dla porcelany okazują się przeprowadzki. Proszę popatrzeć na zdjęcie tego talerza. Z pewnością kojarzy pani z lekcji historii obiady czwartkowe.

Oczywiście!

To ten talerz jest właśnie z zastawy, na której luminarzy podejmował król Stanisław August Poniatowski około 1771 roku. Nie jest specjalnie ozdobny, ale ma ogromną wartość historyczną.

Widać klejenie. To pańska robota?

Nie. Są różne szkoły, jeśli chodzi o naprawianie porcelany. Jedna mówi, że należy przywrócić stan pierwotny, retuszując wszelkie ubytki, dorabiając je. Druga – żeby tylko łączyć kawałki i pozostawić uszczerbki na widoku.

To niebywale rzadki przedmiot, a dodatkowo wiąże się z nim ciekawa historia. Największym koneserem porcelany był, nieżyjący już, Ireneusz Szarek. Miał niewiarygodną wiedzę, wspaniałe zbiory. Przyjaźniliśmy się, wiele się od niego nauczyłem.

Szarek miał zwyczaj dwa razy w tygodniu objeżdżać wszystkie antykwariaty w Warszawie i okolicy. Szalony w tym był, ale kolekcjonerzy mają w sobie ogień, a on w ten sposób znajdował perełki.

Kiedyś przypadkiem inny mój znajomy trafił do antykwariatu przy ulicy Śniadeckich. Trochę było w nim marnego malarstwa, mnóstwo średniej jakości porcelany. Młody pracownik chodził za nim i pouczał, żeby niczego nie dotykał, bo przedmioty są bardzo cenne. Znajomy dostrzegł wśród bezwartościowych skorup ten talerz – od razu rozpoznał, że to serwis Stanisława Augusta. Wziął go do ręki, z tyłu była cena – 200 zł. Miał tylko 150 zł w portfelu. Zastanawiał się, co robić. Jakby zostawił, to Szarek by na talerz trafił, a on miał przy sobie zawsze kilka tysięcy, kupiłby od ręki. Znajomy zagrał va banque i zaproponował niższą cenę. Po telefonicznej konsultacji z właścicielem antykwariatu przyjęto ją. 

Królewski talerz znaleziony przypadkiem w warszawskim antykwariacie. (Archowum prywatne) , Rewers talerza z widoczną ceną z antykwariatu. (Archiwum prywatne)

Na aukcji jaką cenę by osiągnął?

Nie ma takich przedmiotów na aukcjach, nie ma więc ceny, to są regalia. Nie da się powiedzieć, jak ten talerz trafił w to miejsce, takie przedmioty poruszają się zupełnie nieznanymi ścieżkami.

Wróćmy do pańskiej opowieści.

Szarek miał w swojej kolekcji trzy podobne talerze, które sprzedał na Zamek Królewski. Znajomy zadzwonił wieczorem do Ireneusza i udając, że nie wie, co ma w rękach, poprosił o konsultację. Że ma tu taki talerz, miśnieński, malowany, chyba z 1760–70 roku, z monogramem wyglądającym jak ułamek: AR w liczniku, a w mianowniku K.

Szarek zaczął się emocjonować, że to niemożliwe, że co znajomy mówi, że to królewski talerz. I zaczął dopytywać, skąd go ma. Jak usłyszał, ile zapłacił, to prawie zszedł. Grupa kolekcjonerów rzuciła się plądrować w obłędzie antykwariat, który znajomy wskazał jako adres kupna.

Pasja kolekcjonerska może nie przejść na kolejne pokolenia. Co się dzieje z cennymi zbiorami po śmierci kolekcjonera?

Niestety często spadkobiercy nie kontynuują pasji. Kolekcje się rozpadają, są rozsprzedawane.

Ireneusz Szarek był w swojej pasji osamotniony. On pracował jako inżynier kolejnictwa; śmiałem się, że po to, żeby mieć darmowe przejazdy koleją, dzięki którym mógł jeździć po Polsce w poszukiwaniu kolejnych eksponatów do kolekcji.

A Australia porcelaną stoi?

To kraj zasiedlony początkowo przez Anglosasów, ściśle związanych z kulturą brytyjską, więc porcelana w Australii była głównie angielska, trochę sztuki azjatyckiej. Konserwowałem przedmioty dla gubernatora, XIX-wieczne, dobrej klasy, używane w czasie oficjalnych spotkań. Ta porcelana jest bogato zdobiona romantycznymi motywami kwiatowymi i jest  inna niż polska porcelana, w której widoczne są wpływy głównie niemieckie, francuskie i częściowo włoskie. Angielszczyzny, zarówno w porcelanie, jak i w malarstwie, nie ma u nas za dużo. 

Moja mama jest wielką fanką decorum. Czy uważa pan, że herbata inaczej smakuje z filiżanki z cieniutkiej porcelany niż z obtłuczonego kubka z kotkiem?

Ja pijam z kubków bez kotka. To jest sztafaż, oprawa, jak z ubraniem. Ale być może oprawa rzeczywiście powoduje, że herbata inaczej smakuje. Zapytałem kiedyś – byłem wówczas  młodym chłopakiem – wybitnego kolekcjonera i marszanda z Saskiej Kępy, jak rozróżnić stare dobre szkło od nowego. Dał mi do jednej ręki zwykłą szklankę, a do drugiej wyjęty z XVIII-wiecznej szafy kolbuszowskiej kielich do szampana – flet nalibocki. Kazał zamknąć oczy i powiedzieć, co czuję. Zacząłem się więc wymądrzać, że jedno jest ciepłe, drugie zimne, jedno ciężkie, drugie lekkie.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, a chciałem dobrze wypaść. A on mi na to, pokazując na szklankę: 'Tu czujesz, jakbyś miał w ręku końskie łajno!'.

Kiedy wrócił pan do Polski?

W 1993 roku. Jak wyjeżdżałem z Australii, to antykwariusze rozdzierali szaty, płakali, bo byłem jedynym specjalistą, który mógł im pomóc. Znałem środowisko kolekcjonerów i antykwariuszy, oni znali mnie, więc po powrocie, choć musiałem odbudować kontakty w Polsce, jakoś poszło. 

Figura porcelanowa - kolejny przedmiot na sumieniu kotów (O.D.) , Tadeusz Orłowicz z figurą, nad której naprawą pracuje. (O.D.)

Mówi pan, że wartość materialna i artystyczna przy naprawie nie ma dla pana znaczenia, ale przecież to pana czas.

On kosztuje tyle samo bez względu na wartość przedmiotu. Najmniejsza naprawa zaczyna się od 50 zł. Reguły nie ma. Jeden przedmiot wymaga godziny pracy, drugi stu godzin. Do każdego należy jednak podejść z sercem, pieczołowicie przyłożyć się do pracy. Czy inaczej się leczy milionera, a inaczej osobę bezdomną? 

Mam klienta, który co jakiś czas przynosi bardzo zniszczony talerz, żardinierę, koszyczek, paterę. I opowiada, że właśnie wrócił z Krakowa od rodziny, gdzie podczas wizyt przekopuje domy babć, ciotek i wyciąga przedmioty, żeby je uratować. Czasami musi pół piwnicy węgla przerzucić, bo "w 1943 roku gdzieś tam zakopano coś".

Przychodzą też panowie z ukochanymi kubkami narzeczonych, które stłukli, a one jeszcze o tym nie wiedzą.

Wszystkim wydaje się, że to nic takiego, 'wystarczy tylko złączyć'. Owszem, ale są jeszcze ubytki, szczerby, przebarwienia.

Odmawia pan?

Bardzo rzadko. I to tylko dlatego, że pewne rzeczy są niewykonalne.

Zdarza się, że przyjdzie pani sprzątaczka, która u kogoś w domu stłukła porcelanową figurkę i boi się gniewu pracodawców. Albo przyszłej teściowej zięć stłukł talerz. Tłucze się wszystko i każdemu. Ceramika jest wyjątkowo krucha i wrażliwa.

Zobacz wideo Filmy z fotopułapek Kazimierza Nóżki oglądają tysiące

Mówi pan, że się z zawodu wycofuje. Ma pan może uczniów, którym może przekazać swoją wiedzę?

Moją następczynią jest córka. Uważam, że jest bardziej utalentowana niż ja, ma młodsze, lepsze oko, zmysł artystyczny od dziecka, jest naprawdę świetna. Pracuje w Londynie. Nie martwię się o nią, bo jak się ma talent i serce, to na brak pracy się nie narzeka.

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi.