Rozmowa
Kaliningrad (fot. Shutterstock)
Kaliningrad (fot. Shutterstock)

"Kaliningrad nikogo w Polsce nie obchodzi. Rosyjska eksklawa interesuje Polaków okazjonalnie, kiedy mowa o Iskanderach, ładunkach jądrowych i Warszawie w ich zasięgu" – pisze pani w książce. Coś się zmieniło?

Ostatni tydzień to czas wzmożonego zainteresowania Polaków Kaliningradem. Wzrastało ono wolno od mniej więcej dekady, kiedy otwarto między obwodem kaliningradzkim a Polską mały ruch graniczny. Ale tak, to zainteresowanie rośnie zwykle w kontekście napięć natury polityczno-militarnej. Rosja lubi je eskalować, co teoretycznie zawsze może się przerodzić w coś poważnego, z wojną włącznie, choć eksperci wojskowi uważają, że Rosja nie ma dzisiaj zasobów, by taką wojnę prowadzić.

Kaliningrad z Flotą Bałtycką i rakietami Iskander jest od lat rosyjskim straszakiem. To jego jedyna rola?

Na pewno ważna, nie tylko w stosunku do Polski, ale także – a może przede wszystkim – Litwy, która obecnie jest celem zmasowanego hybrydowego ataku ze strony Rosji. Moskwa próbuje kilka rzeczy na Litwie wymusić, używając do tego oczywiście "niefortunnego" położenia Litwy – między Rosją właściwą a Kaliningradem. Wszyscy wiedzą, że przesmyk suwalski jest słabym punktem NATO.

Rosja grozi Litwie, która zastosowała się do wytycznych Komisji Europejskiej i nie przepuszcza objętych unijnymi sankcjami towarów.

Zacznijmy od tego, że o żadnej blokadzie nie może być mowy, bo Kaliningrad ma nieustannie otwartą drogę morską i powietrzną, naturalnie w ramach rosyjskiej przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych. Po drugie, Rosjanie mogą bez przeszkód przemieszczać się przez rosyjsko-litewskie przejścia drogowe. Wstrzymanie tranzytu dotyczy określonej grupy produktów. Listy owszem, długiej, na której są ropa naftowa czy materiały budowlane. Jest to dla Rosji kłopot, bo musi objęte sankcjami towary przewozić drogą morską lub powietrzną, co zwiększa znacznie koszty i utrudnia logistykę, ale nie jest to blokada Kaliningradu.

I jak to się ma do narracji Kremla, że sankcje mu niestraszne, że wszystko jest w porządku, że mogą być tylko małe utrudnienia, ale Rosja sobie świetnie poradzi?

W Kaliningradzie narracja jest dwojaka. Widać to było znakomicie w reakcji gubernatora obwodu kaliningradzkiego Antona Alichanowa, z wykształcenia ekonomisty, postrzeganego jako technokratę. Po informacji, że Litwa wstrzymuje transfer objętych sankcjami produktów, gubernator, wracając z Forum Ekonomicznego w Sankt Petersburgu, wrzucił do internetu alarmistyczny w tonie filmik, w którym mówi, że to jest katastrofa, że to ekonomiczne duszenie regionu. Afera się rozkręcała, minął weekend, wypuszczone zostało w świat oficjalne stanowisko Kremla, w którym Rosja grozi Litwie i gubernator radykalnie zmienia ton. Mówi, że wszystko jest pod kontrolą, że będzie dobrze, że bez problemu sobie poradzimy, a słowo "blokada" zaczyna brać w cudzysłów.

Kreml przywołał go do porządku.

Gubernator nie może się wyłamywać z oficjalnej propagandy, a ona jest taka, że sankcje Zachodu są właściwie dla Rosji korzystne, bo pozwalają rozwijać rosyjską gospodarkę. Sankcje to nic innego jak uwolnienie Rosji z kapitalistycznych macek zachodniego kapitalizmu. A wracając do Kaliningradu, warto zawsze pamiętać, że on nigdy nie jest powodem, ale pretekstem. Położenie obwodu sprawia, że Rosja może i lubi go różnorako rozgrywać, w zależności od potrzeb, głównie w rozgrywkach z Unią Europejską i NATO.

W Kaliningradzie narracja jest dwojaka (fot. Shutterstock)

Ta rozgrywka – wszystko na to wskazuje – skończy się tak, że Kaliningrad będzie jeszcze w tym roku otoczony nie tylko przez Unię Europejską, ale i NATO. Jeśli Turcja wycofa swój sprzeciw i Szwecja z Finlandią wejdą do Sojuszu Północnoatlantyckiego, Bałtyk będzie właściwie wewnętrznym morzem NATO i UE.

Dla kremlowskiej elity i rosyjskich generałów będzie to już wtedy wyłącznie sąsiedztwo postrzegane w kategoriach wojskowych, bo Rosja zostanie jedynym krajem nad Bałtykiem niebędącym członkiem NATO, co jest dla niej naprawdę trudne do przełknięcia. W Moskwie uważa się, że Zachód może wówczas realnie zagrozić łączności Rosji z Kaliningradem, więc robi obecnie wszystko, by do tego nie dopuścić, między innymi napinając coraz bardziej relacje z Litwą. Ruchy wokół wstąpienia Finlandii i Szwecji do NATO – czego im szczerze życzę – zwiastują kolejne kryzysy na tym obszarze.

To napinanie przynosi ostatnio skromne efekty. Od napaści Rosji na Ukrainę Europa paradoksalnie jakby mniej się Rosji boi.

Wiąże się to z obecną oceną rosyjskiej armii, która miała być potężna, nowoczesna i niezwyciężona, a w Ukrainie okazało się, że taka jednak nie jest. Gdyby Rosja nie miała broni atomowej, wojna byłaby już zakończona, a Rosja by ją przegrała. Ale ją posiada, więc tym samym wiąże ręce zachodnim decydentom, którzy pomagają Ukrainie w sposób taki, by się nie narazić na atomowy odwet. A tego nigdy nie można wykluczyć, bo problem z Rosją polega na tym, że nie wiemy, co dzieje się na Kremlu. Nie wiemy, co wie Putin, jaki ma obraz sytuacji, co zamierza i jak wyobraża sobie zakończenie wojny. Zgadzam się z jednym z rosyjskich politologów, który uważa, że Putin wojnę zaczął, ale nie może jej tak po prostu zakończyć, bo nad nią nie panuje. Wojna staje się procesem inercyjnym, gdzie pojawia się wiele zainteresowanych stron i każda ma swoje cele do zrealizowania.

Jedna z koncepcji ewentualnych działań wojennych Moskwy głosi, że chce ona zająć całe południe Ukrainy, by połączyć Rosję z Naddniestrzem, kontrolowaną przez siebie częścią Mołdawii. Czy coś podobnego mogłoby spotkać Litwę, która oddziela Kaliningrad od reszty Rosji? Czy to jest realny scenariusz?

Rozważanie realnych scenariuszy w przypadku Rosji jest trudne, bo przypomnę, że przed wybuchem wojny niemal wszyscy eksperci wieszczyli, że ona nie wybuchnie, gdyż nie jest to zupełnie w rosyjskim interesie. Iwan Preobrażeński – jeden z nielicznych rosyjskich politologów, którzy przepowiedzieli inwazję na Ukrainę – uważa, że Rosja może dążyć do tego, by zamknąć siłowo część nieba na Litwą i stworzyć z ten sposób korytarz powietrzny do Kaliningradu.

Ale litewskiego nieba strzegą natowskie samoloty. NATO na to pozwoli?

Teoretycznie NATO może taki samolot zestrzelić, ale czy zestrzeliłoby samolot pasażerski? A co, jeśli NATO poderwie swoje samoloty, a Rosja je zestrzeli swoimi systemami przeciwlotniczymi? Czy państwa NATO są gotowe na wojnę z Rosją? To są pytania, na które odpowiedzi tak naprawdę nie znamy. Jedno jest pewne: wszystko to prowadziłoby do wielkiej eskalacji o trudnych do przewidzenia skutkach.

Putin wojnę zaczął, ale nie może jej tak po prostu zakończyć, bo nad nią nie panuje (fot. Shutterstock)

Czy to nie jest zastanawiające, że Zachód (UE i NATO), dysponujący wspólnie o wiele potężniejszą armią, technologią i pieniędzmi niż Rosja, daje się jej nieustannie zastraszać i pozwala jej na dosłownie wszystko? Rosja wywołuje wojny, napada na sąsiednie kraje, zestrzeliwuje samoloty pasażerskie, że przypomnę zestrzelenie samolotu KLM nad Donbasem, bombarduje cywilów w Syrii, używa zakazanej broni, przeprowadza cyberataki, a zachodni politycy nadal powtarzają, że najważniejsze jest to, "żeby nie upokarzać Rosji".

Zachód żył od kilkudziesięciu lat – i chyba nadal żyje – w paradygmacie absolutnej niechęci do wojny, w związku z tym robi wszystko, żeby do niej nie doszło, przynajmniej w państwach NATO i UE. Trzeba byłoby w tym miejscu pozdrowić wszelkich futurologów, którzy obiecywali nam, że wojny w XXI wieku nie będą wyglądały tak jak w XX, że to będą działania hybrydowe, wywieranie presji ekonomicznej, że wojny będą się toczyły w cyberprzestrzeni, a nie w miastach i wsiach. Odradzający się rosyjski imperializm niepokoił raczej Wschód, bo myśmy go w naszej części Europy boleśnie doświadczyli. Ale nawet polskie społeczeństwo nie pali się do wojny, szybko wyczerpało entuzjazm, jeśli chodzi o pomoc ukraińskim uchodźcom, co pokazały badania opinii publicznej z początku czerwca.

Ukraina nie walczy tylko o siebie.

Ale kiedy minął pierwszy strach, zaczęliśmy zapominać, że to także nasza wojna i że naprawdę nie robimy Ukraińcom łaski, wspierając ich na różne sposoby. Jednak ludzie woleliby znowu skupić się na mnożeniu PKB i czerpaniu z tego korzyści – najlepiej, żeby wszystko było tak jak dawniej.

To jest w sumie bardzo ludzkie i dopóki żadna rosyjska rakieta nie spadnie na polskie terytorium, to się nie zmieni. Podobnie jest z resztą Europy, która postawiła na handel z Rosją, szczególnie Niemcy. Miało to tak związać Rosję z Europą, żeby wojna się już jej nie opłacała. Niemiecka polityka wschodnia opierała się na koncepcji Wandel durch Handel, czyli zmiany poprzez zacieśnianie relacji gospodarczych. Tymczasem okazało się, że to Rosja związała ze sobą Europę, uzależniła ją od swoich surowców i skorumpowała europejskie elity.

Zabawnym przykładem jest Londongrad, jak nazywa się pełen rosyjskich oligarchów Londyn. Dzisiaj Wielka Brytania jest w absolutnej awangardzie militarnego wsparcia Ukrainy i prowadzi jednoznaczną politykę wobec Rosji. Więc Rosja grozi, że jeśli dojdzie do III wojny światowej, czyli wojny Rosja–NATO, to pierwsze rakiety polecą na Londyn. Z Londongradu wtedy też niewiele zostanie. Kiedy więc złościmy się na rosyjską opozycję, że nie obaliła Putina, bo się za mało starała, to pamiętajmy, że Europa, w tym Polska, latami karmiła Putina.

Co uważają o wojnie w Ukrainie mieszkańcy Kaliningradu?

Trzeba pamiętać, że mimo zamknięcia po wybuchu wojny wszystkich niezależnych redakcji w Rosji ci, którzy chcą mieć dostęp do niezależnych od Kremla informacji, go mają – internet nadal działa. Druga sprawa to badania opinii publicznej. Konia z rzędem temu, kto naprawdę wie, co naprawdę myślą o wojnie Rosjanie, w dużej mierze odmawiający w ogóle udziału w badaniach opinii publicznej. Wybitni rosyjscy socjologowie od tych kilku miesięcy kłócą się o to na śmierć i życie.

A pani znajomi z Kaliningradu co uważają?

Nie popierają tej wojny i mówią, że sytuacja jest trudna, przede wszystkim dla biznesu i handlu. Wszyscy też sobie zadają pytanie, jak długo to potrwa, bo mieszkanie w obwodzie kaliningradzkim stało się życiem w warunkach ciągłej sytuacji nadzwyczajnej. Ludzie martwią się, czy towary będą dostarczane, czy nie zabraknie żywności. Na razie jej nie brakuje, choć asortyment się przerzedził. Bliskie mi osoby mają zwykle dobrze przepracowaną historię Kaliningradu i patrzą z przerażeniem na to, że ona się powtarza. Wcale też nie czują się bezpiecznie z powodu silnej obecności wojskowej w obwodzie, wręcz przeciwnie. Doskonale wiedzą, że jeśli wybuchnie wojna, będą pierwszym celem. Jeśli bowiem Rosja odpali z Kaliningradu rakiety, NATO odpali na Kaliningrad swoje rakiety. Ta kaliningradzka militarna twierdza nie chroni, tylko ściąga zagrożenie.

Może to wszystko by się nie działo, gdyby nie ołówek i linijka Stalina, przez którego Prusy podzielono po II wojnie światowej między Polskę a ZSRR. Może byłoby lepiej, gdyby całość trafiła do Polski?

Jest to fantazja wielu Polaków, choć chyba byłoby sprawiedliwiej, gdyby Kaliningrad znalazł się w granicach Litwy, która miała z tą częścią Prus Wschodnich zawsze silne związki. To tyle, jeśli chodzi o historyczne gdybanie, bo Kaliningrad jest rosyjski. Zawsze traktowałam to jako bezsporny fakt i chciałabym, żebyśmy uznawali Rosjan właśnie za pełnoprawnych gospodarzy tego miejsca.

Tylko czy oni sami tak Kaliningrad traktowali? Pisze pani w książce, że do lat 80. XX wieku była to właściwie zmilitaryzowana strefa ograniczonego osiedlania, że zarządzano Kaliningradem z Moskwy, że mieszkańcy nie mieli wiele do powiedzenia, że panował tam duch tymczasowości, że przesiedlenia i imigracja nie sprzyjały budowaniu społeczności.

To wszystko prawda, ale mimo tego poczucie tożsamości się rodziło, najczęściej oczywiście w kręgach lokalnej inteligencji, ludzi twórczych, którzy na przykład protestowali – w ramach ochrony dziedzictwa i historycznej tożsamości miasta – przeciwko wyburzeniu pozostałości zamku królewieckiego. Pamiętajmy też, że Kaliningrad nie był oddzielony w czasach Związku Radzieckiego od reszty kraju, eksklawą stał się dopiero po jego rozpadzie w 1991 roku, co nadało mu inną dynamikę i coraz silniejsze poczucie odrębności. Widać to wyraźnie choćby po tym, jak w ciągu ostatnich lat zwiększyła się w Kaliningradzie niechęć do imigrantów. Rosjanie z Kaliningradu zaczęli się negatywnie odnosić do Rosjan, którzy przyjeżdżają, żeby się tam osiedlić.

Mieszkanie w obwodzie kaliningradzkim stało się życiem w warunkach ciągłej sytuacji nadzwyczajnej (fot. Shutterstock)

Przecież wspomniany już gubernator Kaliningradu sam nie jest stamtąd, urodził się w Abchazji i wychował w Moskwie.

I dlatego jest przez mieszkańców Kaliningradu traktowany jak obcy, choć próbował się początkowo im przypodobać, ale mu nie wyszło. Alichanow jest produktem moskiewskim, rządzi z woli Kremla i ludzie – poza paniami w średnim wieku, które widzą w nim dobry materiał na zięcia – szczerze go nie cierpią. On, nawiasem mówiąc, symbolizuje czas, kiedy to Moskwa zainteresowała się Kaliningradem na nowo po zajęciu Krymu. Wtedy na Kremlu zdano sobie sprawę, że skoro Rosja zajmuje jakieś terytoria na podstawie historycznych roszczeń, to może ktoś zacznie mieć historyczne roszczenia do rosyjskich terytoriów. Tropiono wówczas w Kaliningradzie separatystów, a że ich tam nie było, zaczęto ich prokurować.

"Zacznijmy od tego, że Kaliningrad to Europa, a nie Rosja" – mówi jedna z pani rozmówczyń.

To jest zdanie, które można w Kaliningradzie usłyszeć na każdym kroku, bo mieszkańcy bardzo chcieliby być bardziej zintegrowani ze zwyczajnie im bliższą Europą, ale wydaje się to niemożliwe. Z kilku powodów.

Jednym z najważniejszych jest baza wojskowa, którą Kreml traktuje priorytetowo, więc mieszkańcy są zaledwie dodatkiem do niej. Integracji – czy raczej intensywniejszej współpracy Kaliningradu z Europą – próbowano za czasów pierwszej i drugiej kadencji Putina. Później podpisano umowę o małym ruchu granicznym z Polską, a Unia Europejska uruchomiła rozmaite programy transgraniczne, ale wszystko to się niestety skończyło. Rosja wróciła do straszenia rakietami z Kaliningradu, a Unia po wybuchu wojny w Ukrainie nałożyła i ciągle nakłada kolejne sankcje na Rosję, co prowadzi do izolacji obwodu kaliningradzkiego.

Kaliningrad nigdy nie był mostem między Europą i Rosją w sensie politycznym, raczej dobrze odzwierciedlał tendencje we wzajemnych relacjach. Kiedy było dobrze, w Kaliningradzie wszyscy odmieniali Europę przez wszystkie przypadki. Kiedy Rosja zaczęła "odjeżdżać", w Kaliningradzie zaczynała się walka z wyimaginowaną "pełzającą germanizacją" i traktowanie europejskich organizacji jako zagrożenia.

Zobacz wideo "Im jest wszystko jedno", czyli ile mają wycierpieć cywile [Gazeta.pl na granicy]

Ciekawe jest porównanie Kaliningradu z nieodległym, też nadbałtyckim, Gdańskiem, który również przeszedł po wojnie gwałtowną wymianę ludności i tożsamości. Gdańsk jest dzisiaj kwitnącą europejską metropolią. Kaliningrad przy nim to zapyziała prowincja.

Gdy w 2012 roku otwarto mały ruch graniczny między Polską a obwodem, Rosjanie, którzy przyjechali do Gdańska, przeżyli szok, kiedy zobaczyli, jak zmieniła się stolica Pomorza. Sami też tak chcieli, stąd między innymi budowa stadionu na mundial w 2018 roku. Gdańsk przez lata był również tłem wielu architektonicznych i urbanistycznych dyskusji w Kaliningradzie.

Ale same chęci nie wystarczą, kiedy – jak to się mówi – cały świat idzie do przodu, a Rosja idzie w bok. Mieszkańcy Kaliningradu wykonali naprawdę mnóstwo pracy, widać było tam ogromny postęp, ale niestety, region ma nad sobą nieszczęsną Moskwę z jej nieustannym wojennym zapałem. Kaliningrad, mimo wielkiego potencjału, nie jest w stanie przezwyciężyć fobii hegemona, a szkoda, bo to jest naprawdę fajne miejsce, gdzie od wybuchu wojny w Ukrainie coraz częściej słychać pytanie, czy nie lepiej byłoby Kaliningradowi bez Moskwy. Ale chyba tylko wojna Rosji z NATO mogłaby coś zmienić w sytuacji Kaliningradu, ewentualnie implozja samej Rosji. Na razie więc Kaliningrad, tak jak niegdyś Königsberg, wydaje się skazany na rolę twierdzy.

Książka "Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu" do kupienia w Publio >>>

Paulina Siegień. Dziennikarka związana z "Krytyką Polityczną" i "Newsweekiem", specjalizuje się w tematyce rosyjskiej. Doktorantka na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Gdańskiego. Mieszka na Podlasiu, przy granicy z Białorusią, bo urodziła się, wychowała i najlepiej czuje się na pograniczach. Autorka książki "Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu" (Wydawnictwo Czarne).

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl.