Rozmowa
'Doskonale wiedzieliśmy, co szwankowało w organizacji gimnazjów, i wystarczyłoby to naprawić, a byłoby jeszcze lepiej' (Fot. Shutterstock.com)
'Doskonale wiedzieliśmy, co szwankowało w organizacji gimnazjów, i wystarczyłoby to naprawić, a byłoby jeszcze lepiej' (Fot. Shutterstock.com)

Z jakimi refleksjami kończy pani ten rok szkolny? W jakim nastroju? 

Jak zwykle w dobrym, ponieważ jestem życiową optymistką, natomiast odczuwam również zmęczenie.

'Zawsze powtarzam, że relacje są w szkole najważniejsze' (Fot. Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.pl)

Wielu nauczycieli narzekało na przemęczenie, szczególnie w pierwszym roku pandemii, z powodu pracy zdalnej.

Ja akurat z technologiami świetnie się czuję, ale pomimo to dla mnie również to był trudny czas. Moi uczniowie mieli edukację zdalną w zerówce, a kiedy przyszli do szkoły, nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze poznać, to znowu zamknięto placówki oświatowe. A ponieważ ja zawsze powtarzam, że relacje są w szkole najważniejsze, to codziennie wieczorem spotykaliśmy się zdalnie i czytałam moim uczniom – którzy byli już przebrani w piżamki, a czasem towarzyszyło im rodzeństwo – książeczki. 

Coś pięknego!

Dzieci nigdy podczas zajęć nie chowały się za ikonkami, kamerki były zawsze włączone, a ja miałam poczucie, że wszyscy siedzą w pierwszej ławce. (śmiech) Moi uczniowie bardzo szybko nauczyli się korzystać z technologii i w tej chwili posługują się nią niemal biegle. Taki widzę plus edukacji zdalnej.

A minusy? 

Na jednej z konferencji, w których brałam udział, była poruszana kwestia braku diagnozowania dzieci między innymi w kierunku spektrum autyzmu. Nie otrzymywały pomocy na czas z tego względu, że kiedy były pozbawione kontaktu z rówieśnikami, ich problemy pozostawały niezauważone. Dlatego w tym momencie poradnie psychologiczno-pedagogiczne mają więcej pracy.

Chyba generalnie ochrona zdrowia ma. Po pandemii mówi się o "długu zdrowotnym".

A drugi problem jest taki, że w domach, w których rodzice byli bardzo mocno zajęci sobą, a dzieci otrzymały nieograniczony dostęp do nowoczesnych technologii, pojawiły się problemy z uzależnieniami od gier. U tych uczniów widzimy nieumiejętność spędzania czasu z rówieśnikami w realnym świecie.

Psychologowie mówili o dewastacyjnym wręcz wpływie, jaki okres zamknięcia mógł wywrzeć na psychikę dzieci. Czy jeśli przypomni sobie pani uczniów, których uczyła pani 10 lat temu, to czy ci dzisiejsi są bardziej wyciszeni? Może przygnębieni lub przestraszeni z powodu wojny?

Nie! Dzieci są wciąż zainteresowane światem, wciąż tak samo się bawią, tak samo kolekcjonują różne rzeczy, tak samo się cieszą i śmieszą je te same żarty. Dzieci pozostały dziećmi.

Jak dobrze to słyszeć! A jak pani się pracuje? "Lex Czarnek obowiązuje w wielu szkołach nieformalnie, bo jest strach przed konsekwencjami" – tak mówi Agnieszka Jankowiak-Maik, która na FB prowadzi stronę Babka od histy.

Nie demonizowałabym. W mojej szkole współpracujemy i z Centrum Edukacji Obywatelskiej, i z innymi podmiotami, które pomagają uczniom się rozwijać i patrzeć na świat z otwartością. Zawsze miałam szczęście do fajnych dyrektorów, którzy mają zaufanie do nauczycieli. Kiedy chcę poprowadzić dodatkowe zajęcia, to nie zastanawiam się trzy razy, czy mi wolno. Natomiast nie wykluczam, że są w Polsce i takie szkoły, w których dyrektorzy zawsze mieli chęć dominowania i teraz dostali przyzwolenie, by zaglądać do klasy i wyławiać każde słowo, które z ust nauczyciela padnie.

Rozmawiałam z polonistą ze Śląska Michałem Sporoniem, który powiedział wprost: program jest tak przeładowany, że uczciwie nie sposób go zrealizować. Jak pani to widzi z perspektywy szkoły podstawowej?

Godzin lekcyjnych jest dużo. Kiedy w życie wchodziła reforma, nauczyciele zwracali uwagę, że szczególnie w klasach siódmej i ósmej będzie do zrobienia potężny materiał z całego gimnazjum. To jest fakt, jednak kiedy patrzę nawet na najmłodsze dzieci, to mam poczucie, że ich przepracowanie bierze się również stąd, że uczestniczą w bardzo wielu zajęciach dodatkowych. Są uczniowie, którzy mają zajęte każde popołudnie!

Któregoś razu jeden z uczniów bardzo się zmartwił, że nie pójdziemy się pobawić na podwórku. Powiedziałam, że mamy zaplanowane inne aktywności, ale przecież może sobie pobiegać po szkole. Usłyszałam, że on wraca do domu dopiero wieczorem. A proszę wziąć pod uwagę, że ja nie zadaję prac domowych. Ewentualnie proszę o dokończenie jakichś drobiazgów. Ale jeśli prace domowe są, to kiedy dziecko ma zjeść obiad z rodziną, pobawić się, zrelaksować?

Lex Czarnek obowiącuje nieformalnie? 'Nie demonizowałabym' (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Pani jest zdania, że uczniowie nie powinni dostawać prac domowych?

Tak. Po szkole dziecko powinno się trochę ponudzić, zatęsknić i zabrać do dodatkowej nauki z własnej woli. Jeśli jego naturalna ciekawość zostanie mocno rozbudzona na zajęciach, wtedy samo będzie szukało informacji.

To jest ideał.

Ja tak mam! Ostatnio na przykład uczeń zapytał, czy może przygotować zajęcia o Unii Europejskiej, i przedstawił klasie całą historię Wspólnoty. Uczeń drugiej klasy szkoły podstawowej! A teraz dwie dziewczynki przygotowują zajęcia o koniach. To wszystko jest bardzo rozwijające.

Teraz pani mówi o maluszkach. Co ze starszymi uczniami?

Badania wykazały, że prace domowe nie tylko nie uczą odpowiedzialności, ale wręcz mogą doprowadzić od sytuacji, kiedy młody człowiek znienawidzi jakiś przedmiot. Z drugiej strony ćwiczenie czyni mistrza, więc trzeba znaleźć złoty środek, na przykład dawać pracę domową do wyboru: masz trzy możliwe tematy i na przykład tydzień na wykonanie jednego z nich. Wtedy to ma sens. Marzy mi się taka kultura uczenia, gdzie uczeń staje się mistrzem w dziedzinie, która go interesuje, zgłębia temat, a potem jeszcze dzieli się wiedzą z klasą. Od dziesięciu lat nie stawiam też ocen. U mnie dzieci nie uczą się po to, żeby kolekcjonować stopnie. 

Kiedy wspominam swoją szkołę, to ona bardzo mocno stawiała na rywalizację. "Z klasówki jest tylko jedna piątka i to Piotrek się nauczył tak dobrze". Non stop się ze sobą ścigaliśmy i to jest ciężki bagaż na dorosłe życie. Ile można się ścigać? I po co?

To jest horror. Zgadzam się z panią w pełni. Dlatego próbuję zmieniać nastawienie do oceniania w szkole, w której uczę, oraz rozmawiam o tym z koleżankami z innych szkół. Nie jest to łatwe. Ocena pokazuje, że mam władzę. To jest moja siła! Mogę pokazać, gdzie jest miejsce ucznia. To się również wiąże według mnie z gnębieniem ucznia, a jeśli dziecko jest zestresowane, że dostanie słabszy stopień – bo jeszcze nie wszystko umie, jeszcze się uczy – to jego mózg nie będzie optymalnie przyswajał wiedzy. Mózg potrzebuje radości z tego, co robi.

Jednak pod koniec podstawówki dzieci mają egzamin ósmoklasisty, który jest twardym testem, a wynik zero-jedynkowy: albo się dostajesz do wymarzonego liceum, albo nie. Znam rodziców, którzy pozwolili dziecku przez tydzień nie chodzić do szkoły, by miało czas na przygotowywanie się do tego egzaminu do ostatniej chwili.

Z tego, co mówili nauczyciele starszych klas, w tym roku był jeszcze taki problem, że bardzo późno pojawiły się wytyczne, które pomagają im przygotować uczniów do tego egzaminu. Mam jednak poczucie, że bardzo często jest on demonizowany.

Rodzice podkręcają atmosferę?

Również nauczyciele, którzy dokręcają śrubę. A mówimy przecież o nastolatkach, które są w bardzo trudnym rozwojowo wieku i które najbardziej odczuły czas zamknięcia. 

Czy gdyby pani była ministrem edukacji…

Ja bym nie chciała zostać ministrem edukacji!

Najczęściej, gdy rozmawiam z ekspertami w danej dziedzinie, to tak właśnie mówią. Czy egzamin ósmoklasisty powinien być zlikwidowany?

Być może nie, natomiast zmieniłabym jego formę na taką, jaką stosuję z moimi uczniami. Nazywamy to wyzwaniami i diagnozujemy, w którym miejscu jesteśmy i czego jeszcze powinniśmy się nauczyć. Dzięki temu wiem, jakie zajęcia przygotować, żeby udoskonalić to, co jeszcze nam kuleje. Każdej szkole powinno zależeć na diagnozowaniu słabszych ogniw, więc być może taką funkcję egzamin mógłby spełniać. Natomiast nie chciałabym, żeby to była ostateczna i nieodwołalna bariera lub przepustka do dalszej edukacji w wymarzonej szkole średniej. 

W tym roku do egzaminu ósmoklasisty podchodzili również młodzi uchodźcy z Ukrainy, którzy musieli zdawać także egzamin z języka polskiego.

To jest straszne! Jak długo ukraińskie dzieci uczyły się w polskiej szkole? Dwa miesiące? Półtora? Języka dobrze nie znają, lektur nie przeczytali, więc co z tego, że my im przetłumaczymy polecenia? Taka sytuacja w ogóle nie powinna była zaistnieć. Czas w ogóle był bardzo trudny. Bardzo często uczniowie z Ukrainy pojawiali się w klasie z dnia na dzień. Nierzadko straumatyzowani, dlatego przydałaby się pomoc psychologiczna.

Którą otrzymali?

To zależy, czy szkoła, do której te dzieci trafiły, zatrudnia psychologa na etacie. U kolegi, który pracuje w szkole średniej, zatrudniono nawet nauczyciela, który pomaga w tłumaczeniach. Znowu – bardzo wiele zależy od dyrektora. Nauczycielom mojej generacji bardzo się przydał rosyjski, którego uczyliśmy się w szkole. Ja akurat nie mam u siebie ukraińskich uczniów, natomiast kiedy gościłam u siebie w domu dwie panie z Ukrainy, to z dnia na dzień jakaś klapka się otworzyła i rozmawiałyśmy swobodnie.

'Mam dziecko od miesiąca, nie mówi po polsku, ale dobrze liczy - czy mam je promować, czy nie?' (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Ale co miał zrobić nauczyciel, który nigdy nie miał styczności ani z rosyjskim, ani z ukraińskim? 

To był wielki boom! Ile było oferowanych darmowych kursów dla nauczycieli, żeby się po ukraińsku nauczyć chociaż podstawowych zwrotów! Zainteresowanie było ogromne i ostatecznie stanęliśmy na wysokości zadania. Zależało nam, żeby te dzieci przyjąć godnie i żeby się czuły dobrze, żeby się czuły zaopiekowane.

To, co pani mówi, potwierdza słowa byłego ambasadora USA Daniela Frieda, że Polska jest największą organizacją pozarządową na świecie.

Miałam przyjemność rozmawiać z dziennikarzem z USA, który był zachwycony tym, jak sobie świetnie z tym wszystkim sami poradziliśmy. Natomiast wszystkiego w ten sposób nie sposób zorganizować. Zbliżają się wakacje i uczniowie z Ukrainy powinni dostać ofertę letnich zajęć z języka polskiego. Pomysł świetny, ale co dalej? Znajdziemy nauczycieli, którzy przez dwa miesiące będą przychodzić bezpłatnie uczyć? Już to robią. Poświęcają dużo własnego czasu, by pomagać tym dzieciom. To na nauczycieli zrzucono całą odpowiedzialność. Wielu ma dylemat: co z promocją dzieci z Ukrainy do następnej klasy? Na forach jest cała masa pytań od nauczycieli: "Co piszecie dziecku z Ukrainy na świadectwie?", "Mam dziecko od miesiąca, nie mówi po polsku, ale dobrze liczy – czy mam je promować, czy nie?".

Jestem pewna, że pani by odpowiedziała: promować.

Ja uważam, że promować. Sytuacja jest bardzo trudna i bardzo współczuję nauczycielom, którzy muszą się z nią zmagać, ale przede wszystkim współczuję dzieciom z Ukrainy, które są w stanie zawieszenia: nie wiedzą, jak długo tu zostaną, czy wrócą do domu, a jeśli tak, to kiedy. Pomimo tego obciążenia psychicznego słyszę od kolegów i koleżanek, że to są bardzo grzeczne i pilne dzieci, które czekają, co nauczyciel powie, i wykonują wszystkie polecenia bez szemrania. Jedna z koleżanek opowiadała mi, że dziewczynka z Ukrainy przewyższa umiejętnościami matematycznymi rówieśników z polskiej klasy. Opowiadała, że w jej ukraińskiej szkole jest sama tylko nauka i dyscyplina, tak jak to było u nas dawno temu. Nie ma mowy, żeby na przykład dzieci w ramach lekcji poszły do kina. Więc kiedy jej polska klasa szła do kina, to ta dziewczynka była przeszczęśliwa.

Kiedy w 2016 roku spotkała się pani w Dubaju z najlepszymi nauczycielami z całego świata, wtedy to polscy uczniowie zdobywali bardzo wysokie miejsca w testach PISA (Programme for International Student Assessment) – zajmowali trzecie miejsce w Unii Europejskiej w czytaniu i interpretacji, szóste w matematyce.

Pamiętam, że kiedy były wyświetlane slajdy, a na nich wykresy, to moi przyjaciele z konkursu bili brawo i gratulowali. Teraz wyniki polskich uczniów nie są już takie znakomite.

Dlaczego?

Zmieniła się podstawa programowa, trzeba było w krótkim czasie wymienić podręczniki, było wielkie zamieszanie. A przecież my doskonale wiedzieliśmy, co szwankowało w organizacji gimnazjów, i wystarczyłoby to naprawić, a byłoby jeszcze lepiej. Zamiast tego zniszczono to wszystko, na co długo pracowaliśmy. Odbudowanie marki polskiej szkoły zajmie lata. Ale jak mówiłam, ja jestem optymistką! Wierzę w to, że to tylko kwestia czasu, a polscy uczniowie znowu będą liderami w międzynarodowych rankingach.

Od ilu lat uprawia pani ten zawód?

35. I wciąż przeżywam mnóstwo pięknych chwil. Uczę dzieci swoich uczniów! A ostatnio spotkałam mamę byłej uczennicy, która marzyła o pracy w NASA, a teraz robi w Wielkiej Brytanii doktorat z neurobiologii. Poprosiłam Hanię, żeby poprowadziła spotkanie online z moimi uczniami. Gdy słuchałam, jak opowiada o badaniach mózgu, myśli galopowały mi w głowie, ponieważ ja pamiętam, jak się uczyła literek i cyferek. To było dla mnie metafizyczne przeżycie. I jestem pewna, że Hania spełni swoje marzenie o pracy w NASA.

Bardzo się cieszę, że zakończenie tej rozmowy jest tak pozytywne.

Uwielbiam swój zawód. Sama nie tylko doskonale pamiętam i szanuję swoich profesorów, ale z moją ukochaną polonistką z liceum mam wciąż bliski kontakt. Wspólnie z koleżanką umawiamy się z panią profesor na wypady do kina. Czujemy się, jakbyśmy znowu miały 18 lat, i podziwiamy trzeźwy umysł, trzeźwy osąd świata oraz fantastyczną wiedzę naszej profesorki na temat filmu. Bardzo bym chciała, żeby kiedyś mój uczeń również zaprosił mnie do kina. 

Jolanta Okuniewska. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej i języka angielskiego w klasach I–III w Szkole Podstawowej nr 13 w Olsztynie. W 2016 r. dotarła do finału Global Teacher Prize. Odznaczona m.in. Medalem Komisji Edukacji Narodowej, tytułem Honorowy Profesor Oświaty, Nauczyciel Innowator oraz Najlepszy Nauczyciel Języka Angielskiego. W 2013 r. zwyciężyła w europejskim konkursie na projekt eTwinning, którego była ambasadorką. Jako ekspert MEN współtworzyła podstawę programową przedmiotów informatycznych.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.