Rozmowa
Krzysztof Twardowski od pięciu lat tropi zwierzęta w mieście (arch. prywatne)
Krzysztof Twardowski od pięciu lat tropi zwierzęta w mieście (arch. prywatne)

Nagrał pan już około 300 filmów, których bohaterami są zwierzęta pojawiające się w miejskich lasach. Umieszcza je pan na YouTube. Skąd się wzięła ta pasja?

Od dziecka najlepiej się czułem w otoczeniu przyrody. Wymykałem się z domu i szedłem do lasu albo na łąkę. Cisza i harmonia dawały mi ukojenie. Nie znaczy to, że byłem odludkiem. Bardzo często grałem z rówieśnikami w piłkę nożną, ale jak tylko mogłem, wybierałem naturę. 

W moim rodzinnym domu zawsze było dużo zwierząt. Rybki, chomiki, żółwie, papugi, myszki japońskie… Ponieważ mieszkam na Ursynowie, miałem blisko do takich miejsc jak Las Kabacki, Skarpa Ursynowska, błonia wilanowskie, otulina parku Natolińskiego, rzeka Wilanówka czy otulina parku Morysin. Właśnie tam rozpoczynałem swoje pierwsze przyrodnicze obserwacje.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

I pan z nich nie wyrósł.

Skąd! Im byłem starszy, tym podobało mi się to coraz bardziej. Jako dwudziestoparolatek potrafiłem zniknąć z domu na sześć–osiem godzin, żeby obserwować zwierzęta. Potem sobie pomyślałem, że powinienem dokumentować to, co widzę, i dzielić się moimi obserwacjami z innymi. Wpadłem na ten pomysł pięć lat temu, w maju 2017 roku.

Kupił pan aparat?

Nie. Nie mogłem wtedy, zresztą do dziś nie mogę sobie pozwolić na aparat z dobrym obiektywem. Uważam, że nic nie zastąpi obserwacji na żywo i ich dokumentacji za pomocą profesjonalnego aparatu lub kamery, jednak ze względów finansowych skupiłem się na obserwacjach za pomocą fotopułapek. Taka kamera nagrywa filmy i robi zdjęcia, dzieje się to bez udziału człowieka. Dość przyzwoity model kosztuje około 400 zł.

Od razu nagrywały się ciekawe rzeczy?

Nie, ale ja się nie zniechęcałem. Przyroda żyje według własnych zasad. Bywa, że w ustronnym miejscu sprzęt nic ciekawego nie rejestruje, za to nagra sporo w pełnym spacerowiczów lesie.

Pierwszą kamerkę zostawiłem w parku Morysin, na obrzeżach Wilanowa. Nagrały się pospolite zwierzątka, takie jak lisy i dziki, które akurat żerowały, ale radość czułem ogromną. I ona mnie napędzała.

Borsuk czyszczący sobie futro (Krzysztof Twardowski)

Potem nagrałem sowy, sarny, kuny, wydry i borsuki. A także łosia, czym wywołałem małą sensację w mediach społecznościowych i na portalu opisującym życie Ursynowa. Mało osób wiedziało wówczas, że łoś może pojawić się w Lesie Kabackim. Tak blisko? To nie muszę jechać gdzieś w Polskę, żeby zobaczyć to zwierzę? – pytali mnie sąsiedzi.

Od kiedy rozniosło się, że zajmuję się obserwacjami przyrody, sąsiedzi bardzo często mnie pytają, gdzie można spotkać takie czy inne zwierzę. Chętnie dzielę się spostrzeżeniami, a na  dowód, że nie jestem gołosłowny, zawsze pokazuję nagrania.

Opowie mi pan o swoich najciekawszych obserwacjach?

Na przykład na Skarpie Ursynowskiej jest jedno z największych zimowisk nietoperzy w Warszawie – oczywiście je nagrałem. Na początku moich obserwacji w Lesie Kabackim odkryłem też coś w rodzaju miasta borsuków. W jednym miejscu było kilkanaście nor tych zwierząt. Borsuki wychodzą z nich dopiero wtedy, gdy jest ciemno. Boją się nie tylko ludzi, ale i psów. Nigdy nie nagrałem tego zwierzęcia w dzień, ale w nocy uwieczniłem całą rodzinę. Gdy oglądałem film, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. To było dwoje dorosłych i dwoje maluchów, cała czwórka doskonale się razem bawiła. Zwierzęta podskakiwały, biegały, przeskakiwały nad sobą.

Rzadko udaje się spotkać w pobliżu miasta na przykład szopa pracza.

Szop pracz jakoś dobrze mi się kojarzy.

W 2021 roku pojawił się na rzece Wilanówka, przy rezerwacie Morysin, potem na Skarpie Ursynowskiej i przy parku Natolińskim.

Nie jestem zazdrosny o innych obserwatorów i ich obserwacje, więc muszę wspomnieć, że szopa pracza nagrał także pracownik muzeum w Wilanowie oraz jeszcze przede mną Lasy Miejskie Warszawa. Jednak mi się to udało kilkukrotnie i w różnych miejscach, takich jak na przykład rzeka Wilanówka koło parku Morysin, Skarpa Ursynowska i otulina parku Natolińskiego.

Szop pracz na Ursynowie (Krzysztof Twardowski)

Szop pracz to gatunek, który wciąż jest nam mało znany. Kojarzymy go głównie z amerykańskich filmów i bajek. Wydaje nam się, że to bardzo sympatyczne zwierzątko, tymczasem może ono wyrządzać rozliczne szkody. Jest zwinne, świetnie chodzi po drzewach i sprawnie pływa. Potrafi wejść w największe zakamarki i wyjadać jaja z ptasich gniazd. Jeśli się rozmnoży, to może zacząć buszować po osiedlach i wyjadać resztki ze śmietników. Szopy jedzą bowiem prawie wszystko: owoce, jajka, padlinę.

Po moim odkryciu przyjechali pracownicy Lasów Miejskich Warszawa i podjęli próbę złapania szopa, ale im się nie udało. Widziałem zresztą tego szopa jeszcze parę razy, ostatnio w maju w podobnym miejscu. Podejrzewam, że to może być ten sam osobnik, którego raz wypatrzyłem na Skarpie Ursynowskiej, a innym razem na Wilanowie i przy parku Natolińskim.

Pewnie widział pan jeszcze inne ciekawe okazy?

We wrześniu zeszłego roku niedaleko południowej obwodnicy Warszawy, przy błoniach wilanowskich zaobserwowałem wydrę. Pojawiła się tylko na chwilę, podejrzewam, że dotarła tam znad rzeki Wilanówki, bo to nie jest daleko. Zwłaszcza że tereny te są połączone różnymi drobnymi ciekami wodnymi.

Opowiem pani o jenocie, który nazywany jest też kunopsem. W różnych publikacjach naukowych czytałem wcześniej, że rozmnaża się w parku Natolińskim, ale nie trafiłem na zdjęcia, które by potwierdzały, że tak jest. Bardzo się więc ucieszyłem, gdy nagrałem to zwierzątko na terenach między parkiem Natolińskim a południową obwodnicą Warszawy.

Niektórzy mylą jenota z szopem praczem. Ja je rozróżniam, bo szop ma charakterystyczny pręgowany ogon i maskę na pyszczku, jakby chciał udawać złodzieja. Oba gatunki prowadzą nocny tryb życia, są inwazyjne i wyrządzają rozliczne szkody w przyrodzie.

Jenot, którego nagrałem, na widok kamery nieco się speszył, czujnie na nią popatrzył i po chwili poszedł dalej.

Lisek w otulinie Parku Natolińskiego (Krzysztof Twardowski)

No właśnie, jak zwierzęta reagują na fotopułapkę?

Kamery mają specjalne podświetlenia, dzięki którym nagrywają zwierzęta w nocy. Niektóre modele emitują coś w rodzaju poświaty, inne nie. Jednak zwierzaki są tak sprytne, że potrafią zauważyć sprzęt, nawet jeśli tego światła nie ma. Najczęściej zwierzęta fotopułapkę obwąchują i po chwili idą dalej.

Najbardziej ciekawskie są chyba lisy. Nagrałem ich setki, więc mogłem obserwować najróżniejsze reakcje. Jeden z lisków na przykład z paru metrów zauważył kamerę, mimo że była dokładnie ukryta w zaroślach pod grubą warstwą gałązek. Próbował nawet wziąć ją do pyska. 

Którejś zimy przy zamarzniętym stawie na Ursynowie nagrałem lisa, który dostrzegł kamerę w nocy z jakichś pięciu czy sześciu metrów. Nie zainteresował się nią jednak ani się jej nie przestraszył.

A inne gatunki?

Większość usilnie wpatruje się w obiektyw i ma się wrażenie, że zastanawia się, co też to może być. Kiedyś kamerą zamontowaną na drzewie mocno zainteresował się dzik. Podszedł blisko i zaczął na nią napierać, ale ostatecznie jej nie uszkodził. Ale innym razem bardziej agresywny osobnik tego gatunku zaatakował urządzenie i stłukł mi osłonę obiektywu. Co ciekawe, kamera nie przerwała nagrywania.

Bóbr drapie się po plecach, Ursynów (Krzysztof Twardowski)

Kiedyś postawiłem fotopułapkę na łące w otulinie parku Natolińskiego, bez żadnego mocowania. Gdy po nią wróciłem, już jej nie było. Sprzęt leżał jakieś pięć metrów dalej, cały w błocie. Proszę sobie wyobrazić, że sporych rozmiarów dzik wziął kamerę do pyska i po prostu ją przeniósł. Zabawne, bo na koniec fotopułapka zrobiła zdjęcie jego nogi. Mam je do dziś.

Ze dwa–trzy lata później obok kamery, którą postawiłem niemal w tym samym miejscu, przechodził łoś. Niechcący potrącił ją nogą i dopiero wtedy ją dostrzegł. Długo wpatrywał się prosto w obiektyw, jakby próbował dociec, co też to takiego jest. Łosie są niemal równie ciekawskie jak lisy.

Kiedyś nagrałem borsuka psotnika, który zaczął się kamerą bawić, a na koniec ją przewrócił. 

Jak często zostawia pan w terenie kamerę?

Zostawiam fotopułapkę zwykle w weekend i wracam po tygodniu. Najczęściej mocuję ją do drzewa za pomocą specjalnego paska montażowego. Czasem ukrywam ją w zaroślach.

Podczas tych pięciu lat miałem dwa naprawdę bliskie spotkania z dzikami. Nie należały do miłych. Raz na szczęście udało mi się schować w krzakach, ale raz w Lesie Kabackim, gdy dzików było tam dużo więcej, na wąskiej ścieżce natknąłem się na lochę z małymi. Podbiegła i zatrzymała się jakieś 20 m przede mną. Byłem w szoku, że to zwierzę potrafi tak szybko biegać.

Stałem na nasypie, a dzik był na dole. Popatrzył na mnie w bezruchu kilka sekund, ja na niego, po czym z gromadką swoich dzieci udał się z powrotem do lasu. Jestem przekonany, że gdybym był bliżej lasu, a nie na nasypie, dzik by mnie zaatakował.

Jenot na Wilanowie (Krzysztof Twardowski)

Nigdy pan nie ucierpiał?

Wielokrotnie! Ubłocone i przemoczone buty, mokre, a potem zamarznięte ubranie, najróżniejsze upadki czy wypadki – to już właściwie standard w życiu obserwatora przyrody. Właśnie jestem na zwolnieniu lekarskim, bo niedawno złamałem sobie kość strzałkową. Szedłem wąskim ciekiem wodnym na błoniach wilanowskich i nagle obsunęła mi się noga. Nie było czasu na reakcję. Pechowo się złożyło, bo już wracałem do domu.

Przy całym nieszczęściu tej sytuacji i mimo silnego bólu zostawiłem jeszcze kamerkę w terenie. Coś tak czułem, że lekarz założy mi gips, więc będę musiał zrobić przerwę w obserwacjach. Ale jestem spokojny, bo fotopułapka zwierzęta rejestruje. Jak tylko wydobrzeję, pójdę zobaczyć, co ciekawego się nagrało.

Czy kiedyś stracił pan sprzęt?

Nie ma chyba w Polsce obserwatora, który nie straciłby fotopułapki. Ich kradzieże niestety zdarzają się dość często. Czasem zabierają je kłusownicy, czasem spacerowicze. Ja straciłem trzy, w okolicach Skarpy Ursynowskiej. Łącznie z kartami pamięci byłem do tyłu jakieś 1,5 tys. zł. Ale szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego, na szczęście miałem oszczędności, więc mogłem kupić nowy sprzęt. To, że mogę podglądać zwierzęta w ich naturalnym środowisku, sprawia mi ogromną frajdę. Mam też taką swoją małą misję, żeby dzielić się pasją z innymi.

Zabawa borsuków (Krzysztof Twardowski)

Na początku roku moją działalność dostrzegli pracownicy Lasów Miejskich Warszawa. Zaprosili mnie na spotkanie i zapytali, czy mogą włączyć moje filmy do swoich materiałów edukacyjnych. Zgodziłem się. Filmy i zdjęcia udostępniam zresztą zupełnie za darmo każdemu, kto mnie o to poprosi.

Ja poproszę o kilka wskazówek dla osób, które też chciałyby obserwować zwierzęta.

Nie jest to skomplikowane. Wystarczą chęci, ubranie, którego nam nie szkoda, i kilkaset złotych – na średniej jakości fotopułapkę. Najlepiej jest zawiesić ją na drzewie, na wysokości 1–1,5 m, albo ustawić w pobliżu zbiornika wodnego. Zwierzęta przychodzą tam się kąpać albo gasić pragnienie.

Wskazane jest też dużo cierpliwości, nie można się zniechęcać. Bywa, że po tygodniu nie nagra się żadne zwierzę. Odradzam też bardzo ruchliwe miejsca – bardzo prawdopodobne, że tam kamerę ktoś zabierze.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Są zwierzęta, na które pan szczególnie czeka?

Marzy mi się nagranie wilka i rysia. Co jakiś czas, choć rzadko, pojawiają się doniesienia, że były widziane w okolicach Kampinosu. Ale zdaję sobie sprawę, że zwierzęta żyją po swojemu i obserwacje przyrodnicze to nie jest koncert życzeń. Cierpliwie poczekam. 

Sarna na Wilanowie (Krzysztof Twardowski)

Krzysztof Twardowski. Przyrodnik amator. Pracuje w transporcie osób niepełnosprawnych. Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.