Rozmowa
Żony dyplomatów na przyjęciu. Wśród pań: pierwsza dama Maria Mościska, Jadwiga Becka oraz Izbela Szembek. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Żony dyplomatów na przyjęciu. Wśród pań: pierwsza dama Maria Mościska, Jadwiga Becka oraz Izbela Szembek. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Gdybym się obudziła w 1923 roku i wyszła na ulicę, to co bym zobaczyła?

Przede wszystkim dostrzegłaby pani różnice między warstwami społecznymi. W większych miastach Polski były określone ulice, restauracje, kawiarnie czy sklepy, w których bywała śmietanka towarzyska i intelektualna. I jej przedstawiciele rzeczywiście wpisują się w skojarzenia o Warszawie jako Paryżu Północy, wizji międzywojennego glamouru. Kobiety nosiły paryskie garsonki, kaszmirowe sweterki, futra, mężczyźni zaś interpretowali na rozmaite sposoby swobodny styl brytyjski. 

Większość społeczeństwa stanowiły jednak osoby, które musiały kombinować: szukać tanich krawcowych albo szyć samemu, wyszukiwać okazyjnie materiały – najczęściej resztki – przerabiać stare sukienki czy płaszcze. Królowały więc proste kroje, samodzielnie zrobione kapelusze, a przede wszystkim tanie tkaniny. Lubię modę tamtego okresu nazywać modą białą – nie tylko ze względu na popularność bawełny w tym kolorze, ale także dlatego, że odnosi się do powszechnej praktyki kupowania materiałów podczas tygodni wyprzedaży, tzw. białych tygodni.

Szykowna mama i elegencja córka na ulicy w Białymstoku w 1938 roku. (Stanisław Augustis/Albom.pl) , Wytwrorni panowie nosili się w stylu angielskim. (Stanisław Augustis/Albom.pl) , Nakrycie głowy i rękawiczki stanowiły integralny element stroju w określonych warstwach społecznych. (Stanisław Augustis/Albom.pl)

Różnice społeczne dotyczyły zarówno tego, co było noszone, jak i tego, jak na modę się patrzyło, co doskonale odzwierciedlało zróżnicowanie prasy. Były więc pisma tanie, takie jak "Moja Przyjaciółka" czy dodatki kobiece wydawane przez krakowski "Ilustrowany Kurier Codzienny", ale i luksusowe: "Pani", "Teatr i Życie Wytworne". Dzisiaj, przeglądając je, możemy zobaczyć dwa różne światy, to, jak wyglądały lub chciały wyglądać różne grupy społeczne. 

Czy sztywne obyczaje II RP ograniczały garderobę?

Jak najbardziej. Robotnice, służące, chłopki nosiły chustki. Kapelusze – panie o wyższym statusie. Ubranie i dodatki świadczyły o dystynkcji społecznej, kapitale kulturowym. Przy czym były takie elementy garderoby, które w określonych kontekstach, sytuacjach społecznych miały różne znaczenie.

Kobieta, która wychodząc wieczorem, zarzuciła na ramiona kraciastą chustę zamiast pledu lub płaszcza, mogła w pewnych środowiskach zostać uznana za "chustkową", czyli damę lekkich obyczajów. Dodajmy, że duża kraciasta chusta wełniana to było jednocześnie najpopularniejsze okrycie wierzchnie noszone zimą przez robotnice.

W gazetach robotniczych kobiety skarżyły się, że wracając z dniówek w fabrykach, są zaczepiane przez sutenerów. Ubiór silnie określał, kto jest kim w społeczeństwie.

Wygląd ulicy Białegostoku na zdjęciach Bolesława Augustisa. (Stanisław Augustis/Albom.pl) , Osoby wyżej sytuowane nosiły skrojone płaszcze i futra. (Stanisław Augustis/Albom.pl)

Dziś dość wyraźnie lansuje się wyższość posiadania stylu nad podążaniem za trendami. W II RP przy jasno określonych zasadach było miejsce na indywidualizm?

Styl rozumiano jako elegancję lub sposób noszenia się grup peryferyjnych – artystycznych, ubierających się inaczej. Irena Pokrzywnicka, bohaterka mojej książki, która wywodziła się z Rytmu – jednej z takich grup – mówiła, że w Polsce nie ma stylu, jest tylko stylik. Miała na myśli to, że elegancja jest czymś podrobionym, zasłyszanym, o mniejszej wartości niż w krajach zachodnich. Silniej oddziaływały na społeczeństwo trendy, na przykład noszono się jak flapperki, czyli chłopczyce. Kobiety modne nazywano często kobietami moderné – to określenie stanowiło klucz do bycia częścią tzw. towarzystwa.

Wydaje nam się współcześnie, że dwudziestolecie międzywojenne to był czas niepowtarzalnego stylu w modzie, niezwykłego wyczucia estetyki. To nie do końca prawda, większość społeczeństwa usiłowała po prostu wyglądać schludnie. Wytwornie nosiły się zamożne elity bawiące na balach w Adrii czy Hotelu Europejskim.

Jak Jadwiga Beck w jedwabnej długiej sukni! Jak ją zobaczyłam, to pomyślałam, że mogłabym założyć tę samą kreację na wielkie wyjście i dzisiaj. Beck wygląda w niej z klasą, ponadczasowo.

Żona ministra spraw zagranicznych Józefa Becka nosiła się po parysku. Kiedy szykowała się na wyjazd i miała pojawić się na peronie, a było zimno, to wkładała futro. Bo wiedziała, że będą dziennikarze i trzeba się pokazać w czymś drogim. Jeśli przyjmowała w pałacu Brühla, ubierała się mniej wytwornie, żeby przedstawić siebie jako skromną panią domu. Prężnie działała w Ministerstwie Propagandy, wykorzystywała krajowe tkaniny do szycia ubrań, które potem nosiła. Materiały były rodzime, a kroje zachodnie. Natomiast zdjęcie, o którym pani mówi, znalazło się na okładce niemieckiego magazynu „Die Dame"; to jedna z nielicznych fotografii, na których Jadwiga Beck wygląda aż tak poważnie. Beckowa – nawet jeśli udawała się na bal noworoczny – stawiała na luz i swobodę, wybierała prostotę.

Jadwiga Beck w rozmowie z ambasadorem Turcji w Polsce Ferdi Tekiem, Warszawa 1937 rok. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Józef Becka z żoną w Lindynie podczas nadzwyczajne rady Ligi Narodów. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Jadwiga i Józef Beck w cóką i psami na spacerze. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Powiedziała pani o "polskim styliku". Czy to oznacza, że na tle europejskich metropolii wypadaliśmy blado?

W ogóle nie wypadaliśmy. Narodowa moda polska ograniczała się do materiałów. W latach 30. XX wieku produkowaliśmy bardzo dobrej jakości materiały w atrakcyjnej cenie: świetne wełny z Leszczkowa, wełny samodziałowe, wełny bielskie, jedwabie naturalne i sztuczne, bawełnę, len. W 1926 roku w Paryżu na Wystawie Światowej pokazaliśmy tkaniny, nie ubrania.

Moda jako system projektowania, kreowania nie była naszą mocną stroną. Na wystawie światowej w Nowym Jorku w 1939 roku wręcz się ośmieszyliśmy. Zaprezentowaliśmy stroje ludowe i ubrania inspirowane żupanami i kontuszami. Hasłem nowojorskiego wydarzenia był "Świat jutra". Nasz pawilon zaś pokazywał polską martyrologię i... broń. Suknie stylizowane na średniowieczne, ze staroświeckimi futrami Maksymiliana Apfelbauma nie wzbudziły entuzjazmu. Zainteresowano się za to obrazami czterech pór roku, które stanowiły dekorację pawilonu.

Zresztą nie ma co się temu dziwić, ponieważ nie było u nas systemu kształcenia w projektowaniu. Moda w polskim wydaniu to była tradycja wychowywania rzemieślników – w tym byliśmy świetni.

Bogato zdobiona sukienka. (Muzeum Warszawy) , Torebka w stylu Art Deco (Muzeum Warszawy) , Buty 'poiroty' od nazwiska słynnego detektywa z powieści Agathy Christie z pracowni Jana Kielmana. (Muzeum Warszawy)

Nie byliśmy twórczy. A czy potrafiliśmy naśladować? Czy delegacja modnych paryżanek podczas wizyty w Warszawie nie miałaby poczucia, że trafiła na prowincję?

Nie miałaby. Mieliśmy świetnie rozwinięty system kopiowania. W eleganckich butikach w większych miastach można było kupić ubrania sprowadzone z Paryża czy Londynu albo doskonale skopiowane modele w tańszej wersji, z krajowych materiałów. Ozdobione po polsku – haftami na kołnierzykach i mankietach. 

Osoby z Zachodu, które trafiały do Polski, zwracały uwagę na najwyższej klasy rzemieślnictwo. W Warszawie kupowało się galanterię skórzaną, w buty Leszczyńskiego zaopatrywały się światowe teatry, kupowano u nas kapelusze.

Mam wrażenie, że wciąż trywializuje się w Polsce znaczenie mody, uznaje się ją za przejaw próżności, deprecjonuje. Nie mamy stylu jak Włosi, Hiszpanie czy Francuzi. "Vogue Polska" pojawił się 126 lat po edycji amerykańskiej, pięć lat po "Vogue Ukraine". Skąd takie podejście do mody, a właściwie jego brak?

Ten stan trwa od stuleci i jest wynikiem wielkiego zaniedbania na wielu poziomach. Wydaje mi się jednak, że przede wszystkim chodzi o poczucie, że nie jesteśmy kontynuatorami konkretnej, polskiej historii mody. W czasach stanisławowskich zaprzeczono idei polskiej mody i zaczęto ubierać się z francuska. Zakończyło się to w 1793 roku strajkiem czeladników krawieckich, którzy nie umieli ze szlacheckiego żupana czy kontusza zrobić francuskiego płaszcza.

'Len to bogactwo kraju' - wystwa prac uczennic średniej szkoły żeńskiej ludowej w Przemyślu, 1934 rok. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Wystawa prac uczennic państwowej szkoły przemysłowej żeńskiej w Krakowie. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W czasie zaborów polskość w modzie starano się podtrzymywać przez produkcję przedmiotów sentymentalnych i symbolicznych, takich jak na przykład pierścienie patriotyczne, na których grawerowano różne propolskie hasła. Po powstaniu listopadowym wrócił do łask ubiór kontuszowy – stał się formą manifestu, głównie dlatego, że w zaborze rosyjskim wprowadzono zakaz jego noszenia. Późniejsze lata to już czas wiktoriańskich czarnych sukien, które zamożne kobiety nosiły z jednej strony na znak żałoby narodowej, z drugiej dlatego, że w ogóle w Europie panowała moda na czarne suknie, na co wpływ miały stroje królowej Wiktorii noszącej żałobę po mężu.

Kolejnym etapem w rozwoju mody były młodopolskie pomysły, by za narodowy strój uznać ten inspirowany sztuką ludową. Doszukiwano się w nim ostoi polskości. Wtedy zaczęła się popularność haftów na kołnierzykach, kwiecistych materiałów.

W gruncie rzeczy wszystkie te propozycje rozwijania idei mody polskiej w latach zaborów odnosiły się jednak do garstki uprzywilejowanego społeczeństwa i miały wymiar symboliczny.

Nadchodzi rok 1918, mamy nowe otwarcie.

W II RP faktycznie mieliśmy szansę zacząć wszystko od nowa, a zamiast tego na hura chcieliśmy naśladować Zachód. Brakowało nam narzędzi weryfikacji innych niż akceptacja Zachodu, by ocenić, czy to, co robimy, jest wartościowe.

Pokaz mody w kawiarni Sztuka i Moda Królewska. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Strona z czasopisma międzywojennego poświęcona modzie. (Skan Magdalena Idem)

W Polsce nie było szkół artystycznych oferujących studia projektowania albo chociaż instytucji, które pomagałyby młodym twórcom rozwinąć skrzydła. Owszem, stowarzyszenia kobiece czy redakcje pism kobiecych organizowały – na wzór niemiecki czy francuski – konkursy dla projektantów, ale nagrodami w nich były na przykład radioodbiornik albo zestaw książek.

Mobilizowaliśmy się tylko na czas wystaw światowych, wtedy dopiero powoływano komitety odpowiedzialne za modę.

Te wystawy bardzo dobrze pokazują skalę zaniedbań i błędne postrzeganie idei mody – nie chodziło w nich przecież tylko o zaprezentowanie narodowego dorobku, ale także o zawieranie kontraktów handlowych. A my na te wystawy przyjeżdżaliśmy z pojedynczymi egzemplarzami strojów. Artyści, którzy je tworzyli, nie sprzedawali w kraju swoich projektów w salonach mód, często w ogóle nie zajmowali się projektowaniem ubiorów.

Po wystawach światowych oczekiwaliśmy zaś recenzji, w których miarą sukcesu było uznanie zachodnich krytyków. Ciągle się więc przeglądaliśmy w oczach innych. 

A po 1945 roku?

System mody został scentralizowany w państwowych instytucjach – w ich ramach działali projektanci, których historie są teraz odtwarzane i słusznie dowartościowywane: Moda Polska, Jadwiga Grabowska, Jerzy Antkowiak, Helena Bohle-Szacka, Grażyna Hase.

Tutaj jednak znowu powtarza się historia niedostępności. Trudno było dostać nawet sam materiał na nowe ciuchy, z tego braku popularne stało się przerabianie. Moda w trybie kryzysowym to robienie czegoś z niczego. W tym mieliśmy już doświadczenie z okresu międzywojennego, kiedy na większą skalę rozwinęła się prasa poradnikowa. Zamieszczano w niej instruktaże, jak na przykład uszyć palto z koca. Ta "kreacja" swoją drogą nie jest tworem z czasów II wojny światowej, ale z początków XIX wieku. Taką narzutkę, zbieraną przy kołnierzu, zawiązywaną pod szyją na sznurek, szyły wówczas dla siebie służące.

Projekt kostiumu z 1978 roku dla stewardessy LOT autostwa Grażyny Hasse. (Muzeum Warszawy) , Próbki tkanin do ubiorów z kolekcji Kozak Look Grażyna Hase z 1967 roku. (A.Czechowski; A.Niakrasau/Muzeum Warszawy)

Po 1945 roku teoretycznie krytykowało się modę paryską czy w ogóle zachodnią. W rzeczywistości nawet te krytyczne teksty o modzie pisane w "Przekroju" przez Barbarę Hoff czy Janinę Ipohorską były jak okno na świat, bo przemycały modę zachodnią.

Porady i instruktaże z "Przekroju" były ogromnie popularne. Hoff uczyła w nich, jak tanio zorganizować sobie modną garderobę w czasach, gdy polska moda, projektowana i produkowana centralnie, była dostępna w ograniczonej liczbie sztuk.

Tak kombinując, dotarliśmy do lat 90., kiedy znów wpadliśmy w tryb naśladowania, szybkiego doganiania mody spoza krajów bloku wschodniego.

Mamy dwa tryby? Kombinowania i kopiowania?

I one się na dodatek pokrywają. Równocześnie wciąż nie mamy systemu wspierania młodych twórców. Chodzi mi nie tylko o wsparcie instytucjonalne czy finansowe, ale także logistyczne czy choćby promocyjne. Kreatywnych osób przecież nie brakuje, co widać chociażby w pracach absolwentów szkół projektowania mody, których jest już w Polsce sporo. Często jednak ich talenty przepadają, bo po ukończeniu szkoły młodzi ludzie nie mogą wykorzystać zdobytych umiejętności.

Kształcenie w modzie trzeba by połączyć z przemysłem, zapewnić pomoc młodym projektantom, choćby przez systemy stypendialne. Trochę jak w Wielkiej Brytanii, gdzie aktywnie działa Fashion Council wspierający branżę mody na każdym niemal szczeblu – od udzielania pomocy młodym projektantom, na przykład przez umożliwianie im prezentowania kolekcji za granicą czy korzystania z programów stypendialnych, po organizację wielkich tygodni mody.

W Wielkiej Brytanii modę uznaje się za ważny element kultury i gospodarki, wspierają ją publiczne instytucje, królowa. U nas na razie cała branża funkcjonuje, opierając się na prywatnych staraniach.

Być może w modzie wszystko jeszcze przed nami. Wzornictwo przeżywa swój czas. Jestem miłośniczką polskiego designu, chociaż – z przykrością to stwierdzam – mnie na niego nie stać.

To właściwie nic nowego. Kiedy w 1926 roku powstawała Spółdzielnia Artystów ŁAD, nawet ludzi całkiem dobrze zarabiających nie było stać na meble i inne przedmioty, które tam produkowano. Lądowały więc w placówkach dyplomatycznych i mieszkaniach bogatych mieszczan czy aspirującej części zamożnego społeczeństwa. Współcześnie wazon Malwiny Konopackiej, kosztujący ponad 2 tys. zł, to też nie jest coś, co kupi wielu przedstawicieli klasy średniej. 

Strona z czasopisma międzywojennego poświęcona modzie. (Skan Magdalena Idem) , Rysunki modnych ubrań z czasopism międzywojennych (Skan Magdalena Idem) , Pokaz mody z 1938 roku. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Manekin w peniuarze – z tytułu pani książki – zdobił wystawy butików, bo właściciele sklepów obawiali się, że pokazane w witrynie sukienki nie będą kupowane, tylko kopiowane – szyte na zamówienie kobiet u krawcowych. Współcześnie noszenie podróbek spotyka się z ostracyzmem, jest raczej przejawem złego gustu, przynajmniej w mojej bańce. Jak było w II RP?

Sam Paryż promował system kopiowania. Podczas pokazów mody oprócz gotowych kreacji sprzedawano także patrony sukien, czyli bawełniane wykroje modeli, które kupcy mogli nabyć i odtwarzać w swoich krajach.

Taka licencja?

Coś takiego, przy czym licencja stanowiła 50 do 70 proc. ceny gotowej sukni. W Polsce kopiowanie nie było uznawane za nic złego. Budziła się dopiero świadomość marek, ale nawet pisma modowe, które ją tworzyły, same wspierały system kopiowania. Pisano: "Aktorka Ina Benita przyszła na pokaz w sukience ‘Chanel"’, a w opisie wyjaśniano, że taki model kreacji, zaprojektowanej na podstawie oryginału z domu mody Chanel, można kupić w Domu Modelowym Boguchwała Myszkorowskiego. 

Ruch uliczny w Warszawie, w Al. Jerozolimskich w 1935 roku (Muzeum Warszawy)

Kiedy przegląda się ogłoszenia drobne z tamtych czasów, to w "Kurierze Warszawskim" czy pismach bulwarowych można znaleźć anonse hafciarek o sprzedaży metek Patou czy Chanel. Ktoś je kupował, pojawiała się więc potrzeba opatrzenia marką skopiowanej sukni. Problemem kopiowanie było na pewno dla kupców, ponieważ zamiast kupować oryginalne sukienki w ich sklepach, szyto je gdzie indziej na wzór tych sklepowych.

Ale Bogusław Herse, właściciel otwartego w latach 70. XIX wieku w Warszawie Domu Mody Herse, do Paryża na pokazy jeździł w obstawie rysowniczek, krojczyń – sam był nastawiony na "inspirowanie się" cudzymi pomysłami.

Te podróże nazywane były "wyjazdami po modę". Herse działał na dużą skalę: kupował patrony i gotowe suknie, które później w Warszawie rozpruwano i tworzono wykroje.

Każda paryska suknia musiała na siebie zapracować – oryginały były bardzo drogie. Z tego, co wiem, działał tam też spory dział projektowy, który składał się z krawcowych, ilustratorów i tzw. pierwszej, czyli osoby, która dopracowywała modele i czuwała nad projektami.

Przynajmniej dwa razy zdarzyło się u Hersego, że ta "pierwsza" odeszła na swoje i zabrała ze sobą projekty. Właściciele nie byli zadowoleni, że podebrała im kopie kopii.

Zdjęcie z sesji ślubnej, Paryż, 1920 rok. (Shutterstock) , Zdjęcie rodzinne, Paryż, 1920 rok. (Shutterstock)

Wspaniale zatopić się w świecie, którego już nie ma, ale który także zapowiada nadejście zmian. II RP to zmierzch męskich rękawiczek, noszonych, żeby mężczyzna nie dotknął kobiecej talii gołą ręką. To także koniec ptasich skrzydełek i piór w kapeluszach.

Mężczyźni, w tym kelnerzy, nie musieli już nosić rękawiczek, dzięki czemu w latach 30. podczas balów w Hotelu Europejskim przestało śmierdzieć benzyną – nią bowiem czyszczono skórę.

W kapeluszach kończy się też epoka wstążek – wcześniej ich kolorystyka i sposób  wyplatania świadczyły o majętności. W latach 30. porzucono ozdabianie piórami jako przejaw złego gustu. Zmienił się kształt nakryć głowy: duże kapelusze zastąpiły kaski, tzw. helmety. Pończochy stały się znakiem dystynkcji, bo kobiety w znakomitej większości nosiły bawełniane rajstopy. Kolejna sprawa: okrycia wierzchnie – o płaszczach i chustach już mówiłyśmy.

Józef Beck z żoną Jadwigą i teściem pod Dworcem Głównym. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Józef Beck i Jadwiga Beck w warszawskim mieszkaniu. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

I wracamy do ubioru, który określa różnice społeczne.

Te różnice widać także w pociągu. Skórzane kufry i walizki były bardzo drogie i jasno określały pochodzenie społeczne ich właścicieli. Podróżni zawijali najczęściej ubrania w tobołki z chust. 

Na dworcach działały kobiece misje dworcowe, które bazując na wyglądzie wysiadających z pociągów samotnych kobiet, próbowały je uratować przed sutenerami. Ci też kierowali się wyglądem potencjalnych ofiar: odzianych w chusty, z włosami natłuszczonymi olejem, uczesanymi w warkocze. Na wielu wsiach taka fryzura wciąż uchodziła za elegancką i schludną.

Prasa kobieca, w której coraz chętniej drukowało się reportaże, pełna była sugestywnych opisów społeczeństwa, w których strój wystarcza, by kategorycznie ocenić bohatera. Kobieta spacerująca po parku bez rękawiczek nie może na poważnie myśleć o małżeństwie, ponieważ z pewnością jest nieprzyzwoita.

Zbyt częste dotykanie włosów pod kapeluszem budzi niepokój o stany nerwicowe. Takich przykładów można wymieniać bez liku.

Zobacz wideo 100 sukienek na komunię. Polskie gusta od 1915 roku

Ja mam tak, że kiedy dłużej siedzę w serialu kostiumowym, to nabieram ochoty na malowanie kresek na oczach czy noszenie sukienek z zaznaczoną talią. Czy zanurzenie w modzie II RP jakoś się na panią przełożyło? 

Zajmuję się tym tematem od dawna, ale aż tak zanurzona się nie czuję. Czasami noszę ubrania po mojej babci (mam jedną ulubioną koszulę w kwiaty), która nie żyła co prawda w II RP, ale zachowała estetykę po swojej, znającej ten czas, mamie. Często maluję usta na czerwono, choć kiedy to robię, nie myślę jakoś szczególnie o tym, że w międzywojniu czerwone szminki się spopularyzowały.

Magdalena Idem, autorka książki 'Manekin w peniuarze'. (Piotr Idem)

Lubię wplatać w ubrania elementy dawne, ale nie po to, żeby poczuć się częścią estetyki minionych lat, ale żeby – dosłownie – nosić kawałek historii mojej rodziny, poczuć jej ciągłość.

Magdalena Idem. Reporterka i redaktorka. Doktorantka w Instytucie Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Autorka książki Manekin w peniuarze. Moda w II RP.  Stypendystka Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego, laureatka stypendium im. Leopolda Ungera.

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie.