Rozmowa
Na mieszkanie w kamienicy czynszowej stać było nawet przeciętnego urzędnika, a 'bliżej ulicy' - inteligencję przedwojenną, inżynierów, nauczycieli wyższych uczelni, lekarzy. Mieszkali tu też drobni przedsiębiorcy (Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Na mieszkanie w kamienicy czynszowej stać było nawet przeciętnego urzędnika, a 'bliżej ulicy' - inteligencję przedwojenną, inżynierów, nauczycieli wyższych uczelni, lekarzy. Mieszkali tu też drobni przedsiębiorcy (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Zdarza mi się czasami odwiedzać mieszkania w starych kamienicach czynszowych w Warszawie, Poznaniu i Sopocie. Te gigantyczne okna na klatkach, marmurowe mozaiki, wysokie sufity, rzeźbione portale – czemu służyła taka estetyka?

W okresie rewolucji przemysłowej w miastach pojawiło się niespotykane wcześniej zagęszczenie, bo gwałtownie przybywało mieszkańców poszukujących lepszego życia. System klasowy społeczeństwa w XIX wieku znalazł odwzorowanie w strukturze kamienicy czynszowej, chociaż należy zaznaczyć, że nigdy nie była ona do tej roli idealnie dostosowana.

Wysokie na pięć metrów sufity, pokoje w amfiladzie miały odzwierciedlać pozycję i przynależność do określonej klasy społecznej, która w takich wnętrzach mieszkała. Najbardziej reprezentacyjne było pierwsze piętro od strony ulicy, jako nawiązanie do renesansowego piano nobile, co w pałacach tamtego czasu oznaczało kondygnację, na której znajdowały się najelegantsze pomieszczenia, o bogatszej od innych ornamentyce, znacznie też wyższe. To właśnie na pierwszym piętrze mieszkał zazwyczaj – jeśli chciał tam mieszkać – właściciel kamienicy z rodziną.

Klasowo znacząco niższe były poddasza, na których mieszkali studenci czy osoby samotne, właśnie zaczynające pracę. Sutereny zazwyczaj zajmowały ubogie rodziny z dziećmi. Rodziny wybierały lokale blisko parteru, a nie poddasza, żeby uniknąć konieczności częstego wspinania się po piętrach.

Wnętrze mieszkania rodziny z niższych warstw społecznych, okolice 1918 roku. (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W kamienicach czynszowych w Berlinie dzieci w ogóle nie widywały światła dziennego, bo okna były tak nisko osadzone, że tam zawsze panował mrok. Na dodatek mieszkało w nich wiele osób i panował ścisk. Nad tym tematem pochyliła się w swojej książce "Społeczne cele urbanizacji" prof. dr hab. inż. arch. Helena Syrkus.

Czyli hierarchia społeczna.

O tak, hierarchia społeczna była niezwykle silnie zachowywana praktycznie aż do końca II wojny światowej. Dzisiaj wydaje nam się to anachronizmem, ale wtedy był to rodzaj kodeksu społecznego, bezwzględnie przestrzeganego.

Wszyscy wiedzieli, kto komu się pierwszy kłania, kto przed kim zdejmuje czapkę. Przepych kamienic miał podkreślać dystans i ustawiać relacje klasowe.

Jednym z niewielu filmów, który trochę chociaż odsłania niewidzialne, a jednak nieprzekraczalne linie społeczeństwa klasowego, są "Zaklęte rewiry" Janusza Majewskiego, mówiące o karierze młodego kelnera w wykwintnej restauracji w latach 30. XX wieku.

Bogate zdobienia miały imponować i ustawiać relacje. (Materiały prasowe) , Odrestaurowana kamienica przy Foksal 13/15 w Warszawie. (Photographer: Marcin Czechowicz)

Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić.

Tak, a dodać trzeba, że presja działała w dwie strony. Ilustrując to zjawisko, posłużę się autentycznym przykładem. Wyobraźmy sobie ciężko pracującą rodzinę, która odkłada przez lata z zarobków trzech–czterech jej członków, szczęśliwie mających pracę, bo bezrobocie aż do późnych lat 30. szalało. Za te pieniądze buduje na odziedziczonej działce niewielki domek czynszowy pod wynajem, z czterema lokalami mieszkalnymi i sklepem na parterze.

Tym samym rodzina przesunęła się w hierarchii społecznej i awansowała do grupy mieszczan – posesjonatów, stając się klasą wyższą, wystawioną na silną presję społeczną.

Awans ów był paradoksalnie przeszkodą w ułożeniu sobie życia osobistego przez młodą kobietę – córkę małżeństwa z tej rodziny. Z dnia na dzień utraciła ona dawne znajomości, a nie była w stanie zdobyć nowych, pozbawiono ją możliwości wyjścia za mąż za ukochanego chłopca, któremu – zanim rodzina stała się posiadaczem kamienicy – mogła spokojnie oddać rękę. I proszę sobie wyobrazić, że ta młoda i piękna dziewczyna do końca życia nie wyszła za mąż. Ta presja klasowa, ten niepisany kodeks publicznych zachowań były bezlitosne.

Podziały społeczne odsłaniały też zapewne przepaść finansową dzielącą klasy.

Tak. Każda służąca, pomoc domowa, pomoc krawiecka czy pracownik niższego szczebla wysyłany "na miasto" musiał od pracodawcy w Warszawie dostać złotówkę "na dorożkę" . Niedanie tej złotówki natychmiast stałoby się przyczyną kompromitacji w towarzystwie. Uznano by to za akt sknerstwa lub – co gorsza – za sygnał nadciągającej niewypłacalności, dlatego wszyscy dawali. Co ciekawe, nie można było dać więcej, nawet jeśli kogoś było stać. Na tym między innymi polegał ten kodeks.

Mężczyźni ubrani w stylu niemieskim. Okolice 1920 roku. (Narodowe Archiwum Cyfrowe) , Klatka przy ulicy Matejki, dawnej ulicy Nowoogrodowej. Na początku XX wieku powstało tu ekskluzywne jak na tamte czasy osiedle, a właściwie założenie architektoniczne Johow-Gelände (Teren Johowa). (@poznanska_kamienica/Instagram)

Okres międzywojenny naznaczony był olbrzymimi różnicami finansowymi. Kominy płacowe były ogromne. Wybitny już dzisiaj, światowej sławy urbanista i architekt Bolesław Malisz zarabiał w Gdyni jako "świeżo upieczony" inżynier architekt 2000 zł miesięcznie – kwotę niebotyczną. Sam zresztą o tym pisze w swojej książce "O ład przestrzenny: wspomnienia naukowca i urbanisty".

Za niespełna roczną pensję byłby w stanie kupić niewielki mająteczek na Kresach.

Dyrektor w Browarach Warszawskich Haberbuscha i Schielego zarabiał w okolicach 6000 zł miesięcznie – tyle też mniej więcej kosztował samochód osobowy fiat 508 III, peugeot 202 czy chevrolet. Radiowiec – około 600 zł, urzędnik 200 zł, a nauczyciel 120 zł.
Prawdziwa przepaść finansowa dzieliła miasto i wieś. Rolnik pracujący na własnej ziemi, aby uzyskać złotówkę, musiał sprzedać 20 jajek. 

Kogo było stać na mieszkanie w kamienicy czynszowej?

Kamienica czynszowa wcale nie stanowiła enklawy dla superbogaczy. Ceny wynajmu były zróżnicowane w zależności od prestiżu lokalu. Najtaniej oczywiście można było wynająć mieszkanie w ostatnim podwórku, z reguły trzecim. Na zamieszkiwanie tam stać było nawet przeciętnego urzędnika, a "bliżej ulicy" – inteligencję przedwojenną, inżynierów, nauczycieli wyższych uczelni, lekarzy. Mieszkali tu też drobni przedsiębiorcy.

Czy przedwojenna klasowość oznaczała, że nie każdy mógł zamieszkać na reprezentacyjnych piętrach domu? 

To zależy, o jakim czasie mówimy. Po I wojnie światowej dużo się zmieniło obyczajowo, kobiety wyemancypowały się, uzyskały prawa wyborcze, nie było mechanizmu wykluczającego. Gdyby ktoś przyniósł właścicielowi kamienicy walizkę pieniędzy, a nic by o nim nie było wiadomo, to szybko wzbudziłby zainteresowanie nie tylko sąsiadów, ale i policji. Ludzie wszystko o wszystkich wiedzieli. 

Klatka schodowa z imponującymi oknami i marmurowym wykończeniem schodów. (Boutique Properties/Michał Zagórny) , Piękne, przestronne wnętrza ze zdobieniami na suficie. (Boutique Properties/Michał Zagórny) , Pokoje w amfiladzie. (Boutique Properties/Michał Zagórny)

Czy człowiek w 2022 roku dobrze odnajdzie się w mieszkaniu w kamienicy z 1900 roku? W wysokich wnętrzach, przechodnich pokojach, spiżarni?

Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia. Takie mieszkania są specyficzne, prestiżowe.

Nie są to rozwiązania do końca praktyczne – wysokie, duże pomieszczenia trudniej ogrzać.

Ówczesnemu mieszkalnictwu przyświecała czysta komercja. Na wąskiej, ale głębokiej działce budowlanej stawiano trzy–cztery kamienice, jedna za drugą, z przechodnimi podwórkami i łączącymi je przejazdami bramowymi. Jedynym kryterium ograniczającym zabudowę był przepis przeciwpożarowy, który wymagał, by można było zawrócić zaprzęgiem straży ogniowej na podwórzu bez konieczności wyprzęgania koni. Tylko dlatego podwórka nie były jeszcze mniejsze. 

Konsekwencją takiego rozwiązania stały się podwórza studnie, w których na niższych piętrach trudno było uświadczyć słońca, a w ich narożnikach na niższych kondygnacjach w ogóle światła dziennego. Co innego mieszkanie w najbardziej prestiżowym miejscu, od frontu.
Kamienica czynszowa z Nowym Jorku. (Shutterstock)

Do tego dochodzi specyfika mieszkań, prawda? W tych w części położonej w oficynie była strefa zawierająca kuchnię, spiżarnię, kredens i służbówkę.

Współcześnie mały pokoik koło kuchni raczej nie razi, można go zagospodarować, ale jest to zaszłość. Podobnie ogromne, zabudowane kredensy czy wręcz pomieszczenia kredensowe.

Stulecie temu ludzie o określonym statusie musieli być gotowi na przyjęcie kilkunastu osób na spotkaniu rodzinnym czy podczas balu, był to właśnie wymóg ówczesnych zachowań klasowych. Potrzebna więc była pełna zastawa, sztućce, kieliszki. Dzisiaj takie rozwiązanie nie ma sensu.

W części mieszkania położonej w oficynie z reguły służbówkę poprzedzał miniaturowy holik łączący się ze schodami kuchennymi, niezależnymi od schodów oficjalnych, położonych w głównym trakcie. Ruch służby domowej i oficjalny w ogóle się więc nie przecinały. To podkreślało bariery klasowe, ale też służyło prywatności.

Takie duże wnętrza o imponującej kubaturze potrzebują odpowiednich mebli. Dzisiaj "rodziny z dziećmi" i "pokoje w amfiladzie" to niekończące się kombinowanie – co zamurować, żeby każdy miał pomieszczenie dla siebie.

Zgadzam się. Te mieszkania nie były budowane na dzisiejsze czasy. Utrzymanie ich obłożone było wieloma obowiązkami, które wykonywali służący. Pokój miał się zdobić sam. Dekoracje gzymsów, bogactwo plafonów, ornamentyka otworów okiennych, ozdobna oprawa otworów drzwi wewnętrznych – wszystko było przemyślane i miało być widoczne. Dzisiaj powoduje to dyskomfort, nie wiemy, co z tym zrobić. Jeśli nas stać, możemy takie mieszkanie kupić – będzie z pewnością piękne, ale do życia trudne i wymagające.

Zdjęcie podwórka-studni w kamienicy przy Matejki w Poznaniu. (@poznanska_kamienica/Instagram) , Podwórze kamienicy o budowie studni. (Shutterstock)

Mam w sypialni szafę, a w niej duże gałki mosiężne, które wymagają regularnego czyszczenia – a jest to proces czasochłonny. Nie wyobrażam sobie, jak to było ze srebrami, kryształami, bogato zdobionymi drewnianymi meblami, podłogami, które trzeba było pastować i froterować. Życia by mi nie starczyło na zadbanie o takie mieszkanie.

Świat, który odszedł, zabrał ze sobą przepisy na konserwację – na wszystkie ówcześnie stosowane rozwiązania były naturalne sposoby czyszczenia, środki na bazie soku z cytryny, popiołu z kominka czy kredy. Ta epoka miała swoje bardzo rozbudowane instrumentarium. Czystość i konserwacja wymagały czasu i pracy, a praca była tania, o człowieka do pracy zaś było nietrudno. Warunki dyktował tu "rynek pracodawcy".

Jeśli ktoś mieszkał w takim mieszkaniu, raczej stać go było na jego utrzymanie i służbę, która dbała o wszystko. 

Co z przedwojennego budownictwa by pan widział we współczesnym mieszkalnictwie? Ja tęsknię za jakością – drążek rozporowy do podciągania, który wisiał w mieszkaniu kamienicy z 1913 roku, w pokoju mojej koleżanki, miał lekko tylko startą farbę. Zamontowanie takiego drążka w ościeżnicy współczesnych drzwi to gwarantowany przepis na katastrofę.

Dla mnie warta przeniesienia do współczesności jest wysokość pomieszczeń. Źle się funkcjonuje w pomieszczeniu niskim – jest w nim duszno, jest zły przepływ powietrza. Na szczęście żaden deweloper nie ma dziś już odwagi, aby powrócić do wysokości 2,50 m, bo niskie wnętrze się nie sprzeda.

Fasada kamienicy z rytmem okien. (Shutterstock)

Chętnie widziałbym także powrót tzw. pionowego okna renesansowego. Miało dobre podziały, proporcje, sprawdzało się estetycznie. Współczesne wielkie przeszklenia w apartamentowcach, choć robią wrażenie, są niepraktyczne, bo trudno umeblować przeszklone w trzech czwartych pomieszczenie, nie można na tle szklanej ściany postawić mebli, zawiesić obrazów.

Podoba mi się także powrót do reprezentacyjnych stref wejścia – hole dolne w nowych inwestycjach są coraz bogatsze, nawiązują do marmurowych klatek schodowych z lustrami w złotych ramach z XIX wieku. Stopień bogactwa zależy oczywiście w tym wypadku od standardu budynku.

Tak było sto lat temu i to teraz wraca – marmury na wejściu to 'prestiż od pierwszego wejrzenia'.

Racjonalnym rozwiązaniem jest wyprowadzenie z łazienek pralki i zrobienie pralni z możliwością prasowania. Pralka w kuchni czy łazience to jest substandard negatywnie przećwiczony przez lata socjalizmu, zderzenie funkcji, które powinny być rozdzielone.

A dzieci? Współcześnie ich rzeczy rozlewają się po całym mieszkaniu - przynajmniej u nas w domu. Czy kiedyś było inaczej?

Zdarzały się pewnie odstępstwa indywidualne, ale generalnie dzieci wychowywane były w dużej dyscyplinie. Miały swój, wcale nie zmarginalizowany, pokój. W nim znajdowały się rzeczy i zabawki syna czy córki. Podobnie jak w gabinecie były rzeczy głowy rodziny, a w pokoju pani domu wyłącznie jej przedmioty. Wszystko miało swoje miejsce.

Układ mieszkań zamożnej klasy średniej odwzorowywał porządek pałacowy, dawnych rezydencji arystokratycznych czy magnackich. W dworach polskich zamknięty układ pętlowy pomieszczeń był potrzebny do rozwinięcia figur poloneza. 
Piece kaflowe sytuowano w rogach pomieszczeń, przy ścianach oddzielających dwa pokoje. Ogrzewanie centralne posiadało w 1905 r. w Poznaniu, zaledwie 1,6% mieszkań. (@poznanska_kamienica/Instagram) , Podwórze odrestaurowanej kamienicy przy ulicy Foksal 13/15 w Warszawie (Materiały prasowe)

Niektóre mieszkania w starych kamienicach mają powyżej 180 mkw. Czy taka powierzchnia sprawdza się w przypadku współczesnych rodzin?

To kwestia indywidualna – pewnie łatwiej byłoby mówić o wielkościach minimalnych. Przy czteroosobowej rodzinie każde dziecko powinno mieć swój pokój, a rodzice swoją sypialnię. Potrzebny jest jeszcze salon i z reguły brakuje pokoju dla małżonki, a powinien być.

?!

Tak, kobiety powinny mieć swój pokój, ale się go nie domagają. Dlaczego dziecko ma mieć swój pokój, a matka nie?

Jeśli w mieszkaniu pojawia się pracownia lub gabinet, to z reguły należy on do ojca. Rozwiązanie takie jest dość powszechne, pokój matki jest natomiast rzadkością.

Norma to jednak po jednym pokoju dla dzieci, sypialnia rodziców, salon z jadalnią i aneksem kuchennym połączonym w jedno. I mamy 76–78 mkw.

Według GUS średnia wielkość mieszkania na koniec 2020 roku wynosiła 74,5 mkw. i wzrosła o 0,1 mkw. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Ta liczba sukcesywnie się jednak podnosi – powiększający się metraż mieszkań to trend wyraźnie zauważalny od czasów transformacji. 

"Gdybym wygrała w Lotto, kupiłabym pięćsetmetrową willę z basenem". Czy marzenie o dużej powierzchni jest uzasadnione?

A dlaczego nie? Człowiek jest istotą realizującą się w przestrzeni. Przy kupowaniu domu liczy się komfort. Pamiętajmy, że kiedy zamieniamy mieszkanie na dom, abyśmy poczuli ten sam komfort psychiczny, powierzchnia naszego nowego domu powinna być przynajmniej o 50 proc. większa od dotychczasowego mieszkania.

Dom daje wolność, ale wymaga pracy, pociąga za sobą koszty obsługi, wszystko tu generuje koszty: dach, elewacja, instalacje, utrzymywanie ogrodu.

Zakup mieszkania i domu jest często zakupem emocjonalnym, przy którym nie chcemy niczyjej pomocy. Tak nie powinno być. Inaczej się przecież zachowujemy przy zakupie wielokrotnie tańszego samochodu, na którego oglądanie zabieramy szwagra, kuzyna czy kolegę, który się na tym zna. 

Czym się powinno kierować podczas zakupu mieszkania?

To się zmienia wraz z cyklem życia człowieka. Za kolejne 10 lat będziemy szukać czegoś innego niż dziś. Nie ma stałych rozwiązań, a również ambicje, chociaż pozostają, z biegiem czasu inaczej się zaczynają wyrażać. Nie ma też stałych potrzeb, które opierałyby się przemijaniu – utracie sił, starości.

Dr hab. inż. arch. Jacek Kwiatkowski - ekspert w dziedzinie teorii przestrzeni i nowych koncepcji miejskich w Katedrze Geografii Miast i Planowania Przestrzennego WGSR Uniwersytetu Warszawskiego. (Archiwum prywatne) , Kolorowa ulica z fasadami kamienic przy ulicy Dworcowej w Bydgoszczy. (Shutterstock)

Moi rodzice sprzedali 24 lata temu domek nad Wkrą. Strasznie tego teraz żałuję, chociaż wtedy sprzedaż była logiczna. Pluję sobie w brodę, bo nie była to decyzja perspektywiczna – dzisiaj jeździłabym tam co weekend. 

To piękny przykład dostosowania potrzeb mieszkaniowych do miejsca w cyklu życia.

Nie było to zbyt krótkowzroczne?

Decyzja pani rodziców jest mi bliższa niż pani żale. To był naturalny rachunek zysków i strat. Pani powinna sobie kupić "na nowo" domek, za jakim pani tak tęskni.

Ceny mieszkań w odrestaurowanych kamienicach w centrach miast są porównywalne z cenami nowych, prestiżowych apartamentowców. Co odróżnia kupców lokali odrestaurowanych od tych nowych, skoro budżet pozwala na obie opcje?

Kamienica będzie wyborem tradycjonalisty, człowieka, który jeździ po świecie, lubi zwiedzać miasta, które odwiedza, lubi tradycyjną urbanistykę, nie ma problemu z funkcjami i rolą ulicy, jest znawcą i smakoszem życia miejskiego. Wartościowanie wyborów nie ma jednak w tym wypadku większego sensu.

Jeśli całkowicie odrestaurowana kamienica ma wymienione wszystko, łącznie z sąsiadami – co budzi czasami największe emocje i kontrowersje, nie tylko wśród nabywców i deweloperów – to wbrew pozorom tych obu opcji nie odróżnia aż tak wiele. 
Zobacz wideo Doktor AGD: "Naród boi się filtrów w pralce"

Dr hab. inż. arch. Jacek Kwiatkowski. Stypendysta Rządu Republiki Francuskiej w obszarze urbanistyki za rok 2021, ekspert w dziedzinie teorii przestrzeni i nowych koncepcji miejskich w Katedrze Geografii Miast i Planowania Przestrzennego WGSR UW. prowadzi również wykłady na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Jego praca doktorska na temat charakterystyki rozwoju miast podzielonych zdobyła wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Ministerstwa Infrastruktury Rzeczpospolitej Polskiej na najlepszą pracę naukową. Z kolei dysertację habilitacyjną na temat teorii przestrzeni w czasach awangardy wyróżnieniła Rada Naukowa Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie.