Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Archiwum prywatne)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Archiwum prywatne)

Kiedy w "Dzień dobry TVN" zobaczyłam panią opowiadającą o tym, że gdy dobiegała pięćdziesiątki, postanowiła nauczyć się baletu – i jak wielką daje to pani radość – byłam olśniona. Pomyślałam: oto kobieta, która się naprawdę cieszy z tego, że żyje. 

Jestem jedną z osób, które mają darowane życie. 18 lat temu Szef, tam na górze, zadecydował, że mam jeszcze pożyć, żeby się czegoś tutaj, na ziemi, nauczyć. Tak ja to czytam. 

Przeszły mnie ciarki. Pani agentka powiedziała mi, że pani o chorobie w ogóle nie rozmawia. 

Bo nie rozmawiam. Ta ciekawość pod tytułem, że nie mam włosów i tak dalej. Mało atrakcyjna sprawa… 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

'W chorobie mój kontakt ze sobą był wyjątkowy. Świat zewnętrzny nie miał na mnie wpływu. Nikt i nic. Ważna byłam tylko ja. To jest fenomenalne uczucie! Oczywiście teraz również jestem w stanie je osiągać, choć jest trudniej' (Fot. Archiwum prywatne)

Patrzy pani na siebie w lustrze i zastanawia się, czy za rok będzie żyła – w tamtym czasie zapytała pani dziennikarza, czy takich opowieści od pani oczekuje. Od razu powiem, że ja ich nie oczekuję. Ale chciałam zapytać o zachwyt nad życiem, który wiele chorych osób odczuwa. Mówią, że słońce świeci mocniej, a kawa smakuje pyszniej niż kiedykolwiek wcześniej. Czy pani również tak czuła? 

Zdecydowanie tak!

To są rzeczy niedające się opowiedzieć. Każdy, kto przeżył doświadczenie ocierające się o ostateczne, wie, że tak właśnie jest. Życie odczuwa się mocniej. I powiem pani, że w chorobie mój kontakt ze sobą był wyjątkowy. Świat zewnętrzny nie miał na mnie wpływu. Nikt i nic. Ważna byłam tylko ja. To jest fenomenalne uczucie!

Oczywiście teraz również jestem w stanie je osiągać, choć jest trudniej, ponieważ w normalnym, codziennym życiu wszyscy jesteśmy rozpraszani różnymi sprawami i nie koncentrujemy się na sobie tak jak powinniśmy. Boże, jaka jestem poważna i mądra. (śmiech) 

Czy kiedy już mija kilkanaście lat, odkąd usłyszy się od lekarza najpiękniejsze zdanie na świecie, czyli: "Jest pani zdrowa"… 

O! Ja się w ogóle w takie gry z życiem nie bawię. Co to znaczy zdrowa? Nikt nie wie, co się okaże następnego dnia. 

Rozumiem, że podchodzi pani do tematu z pokorą. 

Rezerwą. 

To w takim razie inaczej: czy po kilkunastu latach od sytuacji granicznej kawa wciąż smakuje równie doskonale? 

No… nie. Jesteśmy tylko ludźmi i taką mamy naturę, że po jakimś czasie euforia mija. Być może nie dałoby się funkcjonować ciągle na takim haju? Człowiek ma niesamowite zdolności przystosowywania się do sytuacji. Być może dzięki temu jesteśmy w stanie przeżyć najtrudniejsze momenty w życiu. Sama nie wiem.

Natomiast powiem pani, że to moje doświadczenie jedno zmieniło na stałe: mam dystans. Mogę się z kimś posprzeczać, kogoś nie lubić, ale to nie jest mój wróg. I jeśli do mnie przyjdzie i poprosi o pomoc, jak będę mogła – pomogę. 

Choroba sprawiła, że stała się pani lepszym człowiekiem? Choć może mówienie w ten sposób jest niestosowne. 

Dlaczego? Chyba właśnie ona sprawiła, że jestem teraz, jaka jestem. Z natury jestem złośnicą. Czasami, jak zdarza mi się z jakiegoś powodu wściec albo czyjeś postępowanie mi się nie podoba, to mówię sobie: Małgosia! Gdzie ty pchasz swoją energię? Zajmuj się sobą. Gdy spotykam osoby, które w mojej ocenie są niemiłe, to sobie myślę: Mój Boże! Jak on musi męczyć się sam ze sobą. 

Lata temu powiedziała pani, że chce się w tym darowanym życiu skupiać wyłącznie na tym, co naprawdę ważne. Co jest naprawdę ważne? 

Choroba mi na pewno pokazała – i zakomunikowała to drukowanymi literami – że życie jest olbrzymim darem. Jak człowiekowi się wydaje, że zupełnie nie ma się z czego cieszyć, to może chociażby spojrzeć na swojego ukochanego kota lub psa. I cieszyć się z tego, że zwierzaki są obok niego. Że ma przyjaciół. Że przeczytał książkę.

Jeśli mnie pani pyta o tamten czas, to na pewno poczułam, że absolutnie nie ma w życiu rzeczy stałych. Na pewno zobaczyłam też, jaka jestem silna i… mądra. 

'Czy bez partnera, czy z partnerem - trzeba żyć' (Fot. Archiwum prywatne) , 'Bo jakby się nagle okazało, że za chwilę będzie koniec? To chyba fajnie by było mieć co wspominać poza tęsknotą za 'prawdziwym życiem'?' (Fot. Archiwum prywatne)

Właśnie wtedy zakończyła pani swoje małżeństwo. Pojawiły się głosy zaskoczenia, trochę na zasadzie "jakiekolwiek to małżeństwo by było, to w chorobie każdy by się go trzymał".   

No tak…  

Powiedziała pani, że to jest ogromnie ważne, żeby kobieta potrafiła być sama. I że jest bardzo wiele kobiet, które są samotne w związkach.  

Być blisko siebie, znać swoje potrzeby i być dla siebie dobrą – cały czas się tego uczę. To, że jest się w związku, wcale nie oznacza, że nie jest się samotną. I odwrotnie. Mam wiele koleżanek, które są same, ale nie są samotne. Mają przyjaciół i pasje. I jest im dobrze.

Nie ma uniwersalnej recepty, że tylko związek czyni życie pełnym. To wszystko ma jeden wspólny mianownik: czy bez partnera, czy z partnerem – trzeba żyć. Bo jakby się nagle okazało, że za chwilę będzie koniec? To chyba fajnie by było mieć co wspominać poza tęsknotą za "prawdziwym życiem", co? 

Przypomina mi się teraz to, co napisał John Irving: "Chodzi o to, żeby żyć, zanim się umrze. To może być wielka przygoda, żyć". 

No tak! Tylko to jest bardzo trudne. Osadzamy się w różnych rolach: matki, żony, kochanki. Ważne jest to, żeby sobie czasem zadawać fundamentalne pytania: Czy jest mi z tym dobrze? Czy tego chcę? I przede wszystkim: Co czuję? To jest tak przyjemne – czuć! Mieć kontakt ze sobą.

Ale nie chcę być mądralą. Też mi jest czasem smutno. Też czasem najchętniej byłabym małą Małgosią i też zdarza mi się nie być zadowoloną ze swojego życia i siebie. 

Żeby utulić małą Małgosię, postanowiła pani tańczyć? O balecie powiedziała pani, że on pełni w pani życiu funkcję terapeutyczną.  

Po tym, jak zrobiłam nagradzany na wielu festiwalach monodram "Zofia", postanowiłam wziąć udział w "Tańcu z gwiazdami". To było dla mnie ogromne przeżycie. Na wielu poziomach. To zderzenie się ze swoim odbiciem w lustrach na sali prób! Miałam wrażenie, że jestem naga. Dosłownie. Kto by pomyślał! Ja? Miałam już przecież dawno skończone 40 lat. 

Czy w zawodzie aktorki świadomość ciała nie jest bardzo duża? 

Jest, ale na sali prób ja nie byłam ubrana w żadną rolę. To byłam po prostu ja. I to spojrzenie na siebie, nie pod tym kątem, czy jestem ładna albo czy mam fajne włosy, tylko w inny sposób: postawa, sposób poruszania się. Złapałam się na przykład na tym, że się garbię.

Proszę mi uwierzyć, "Taniec…" to była niesamowita przygoda! Potem zaczęłam się zastanawiać, co by mi wzmocniło mięśnie głębokie. Po to, by się nie garbić, rzecz jasna. A jak się szuka, to się zawsze znajduje. A więc zaczęłam chodzić na balet. Na zajęcia razem z dziećmi. To była jazda! (śmiech) 

Pięcioletnie dziewuszki i pani? 

Trochę starsze dziewczynki, ośmio-, dziewięcioletnie. Szczuplutkie jak pajączki. I ja, gdzieś tam na boku. Potem Siergiej [Basałajew, niegdyś solista Polskiego Baletu Narodowego – przyp. aut.] otworzył specjalne klasy dla pań. A teraz mam też indywidualne zajęcia. 

Od jak dawna pani tańczy? 

Od pięciu lat. Raz w tygodniu. Częściej nie mogę, bo gram też w tenisa, więc nie wyrobiłabym się. 

Ten raz w tygodniu to świętość? 

Świętość! 

Zachwyciło mnie to, jak opowiadała pani, że balet pomaga w pełni zaakceptować siebie i swoje ciało. Po tańcu czuje pani wyrzut endorfin? 

Totalnie!  

A czy prócz baletu korzysta pani jeszcze z innych form terapii? 

Cały czas nad sobą pracuję, natomiast o szczegółach nie chcę opowiadać. To jest bardzo moje.  

Oczywiście. Czytałam, że pani również bardzo świadomie je. Przestrzega złotej zasady dziadka, który był zielarzem, że zielone to zdrowe. 

Właśnie przed chwilą zjadłam zieloną zupę. Ale wie pani co, owszem, ja wiele rzeczy robię świadomie, ale nie jestem taka znowu doskonała. Zdarza mi się zrobić coś głupiego. Nie jestem aniołem. I dzięki ci, Panie Boże, za to. 

A co pani ta nieustanna praca nad sobą daje?  

Powoduje, że codzienne życie jest lżejsze.  

Ponieważ?  

Ponieważ stosuję się do złotej zasady FLY [najpierw pokochaj siebie – dop. red.].

Naprawdę można fly – latać! Życie może stać się dla człowieka przyjazne. Nie musi być katuszą: od obowiązku do obowiązku. Ale musiałam się tego nauczyć.

Jestem niepoprawną optymistką, ale jestem też najstarszą córką moich rodziców, dlatego przez długi czas – bezwiednie – byłam jak rodzic. Skoncentrowana na zewnątrz, a nie do wewnątrz. Nie na siebie.  

Była pani opiekuńczą, wyrozumiałą Małgosią? 

Różnie bywało z tą wyrozumiałością, ale na pewno zawsze byłam opiekuńcza i trzymałam rękę na pulsie.  

A czy pandemia… 

Pandemia to był dla mnie supermoment, ponieważ zyskałam mnóstwo czasu, żeby się zająć sobą. Na maksa! W tym sensie pandemia była dla mnie naprawdę oddechem. 

Zamknięto kina, teatry, stanęły produkcje filmowe. Czy – szczególnie na początku – nie towarzyszył pani lęk? 

Lęk to jest najgorsza wibracja! Robię wszystko, by nie czuć lęku. 

Jak to zrobić, żeby nie czuć lęku? 

Pójść na spacer! Dziękować za to, co się ma! Jak się spojrzy na swoje życie – przeanalizuje to, co było – to zawsze z tych niby granicznych, wydawało nam się wtedy, doświadczeń było jakieś wyjście. Z martwienia się naprawdę nic nie wynika. Nie lubię tej energii. 

Podczas pandemii miała pani dłuższą przerwę w swojej stałej pracy, jaką jest serial? 

Kilkumiesięczną. Ratowały mnie psy, które wyprowadzały mnie na spacer. W parku Skaryszewskim nawet widziałam łosia! Tak nawiasem mówiąc, to uwielbiam psy i ich właścicieli – to są inni ludzie. 

Na początku epidemii właśnie ludzie kultury bardzo martwili się o swój byt. Lider De Mono Andrzej Krzywy przyznał, że dorabiał na budowach… 

A to jest inna sprawa, czy mi wystarczało na życie, czy nie. Ale nie chcę rozmawiać o pieniądzach.  

Ja też nie. Chciałam tylko wyrazić podziw, jak we wszystkim potrafi pani znajdować jasne strony. Pozostając przy serialu, dziś niektóre to już arcydzieła, natomiast w latach 90. pamiętam aktorów, którzy się krzywili: serial? To poniżej ich ambicji. Czy kiedy dostała pani propozycję zagrania w "M jak miłość", wahała się pani? 

Nie. Dużo grałam w teatrze i często występowałam w spektaklach Teatru Telewizji. 

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, powiedziała pani o serialowej Marii z "M jak miłość": "moja postać". Zdziwiłam się. Pani, która za pierwszym razem – co nie zdarza się często – dostała się do PWST, którą komplementował Andrzej Łapicki za "Śluby panieńskie", która była ulubienicą Kazimierza Dejmka, uważa, że ludzie kojarzą panią jednoznacznie z postacią z serialu TVP? 

No tak uważam.  

A jeszcze zapomniałam dodać, że Gustaw Holoubek panią ściągnął do Ateneum! 

Nie pan Holoubek! 

Nie? I nie on pani powiedział, że "choćbyś na scenie nie wiem co wyprawiała, to nigdy nie będziesz ordynarna"? 

Tak. On to powiedział, kiedy byłam w szkole teatralnej, natomiast do Ateneum mnie zaprosił pan Janusz Warmiński. 

Długoletni dyrektor tej sceny oraz oczywiście aktor i reżyser. A od Dejmka dostała pani fotografię z autografem i zapytała, czy to ma być podryw.  

(śmiech) Mam też fotografię od pana Andrzeja Łapickiego, która wisi u mnie na ścianie. Przeczytam pani dedykację: "Najmilszej Małgosi, z podziękowaniem za najpiękniejszą i oryginalną Anielę, i z życzeniami pięknej pomyślności w teatrze. W co wierzę. Andrzej Łapicki". Mój ukochany! Bardzo lubiłam i szanowałam profesora.  

Piękne wspomnienia. Czy nie żal pani, że nie z nimi jest utożsamiana? 

W życiu różnych rzeczy możemy sobie chcieć, ale ono pisze swoje scenariusze. Widać taka moja karma. Robię wiele rzeczy, z których jestem dumna. Zagrałam w monodramie "Zofia". Wcześniej wyprodukowałam spektakl "Więzi rodzinne" według Daniela Dan Gordona. Teraz będę robiła recital.  

Gdzie? 

Nie powiem! Premiera jesienią. 

Skończyła pani też reżyserię? 

Nie, nie. Ja jestem w trakcie studiów doktoranckich w łódzkiej filmówce. Ale to robię wyłącznie dla siebie. Żeby synapsy, które już zaczynały "polegiwać na leżaczkach", mogły jeszcze trochę popracować. (śmiech) Doktorat to jest fantastyczna przygoda! Mam kapitalnych kolegów na roku. A profesorowie w większości są młodsi ode mnie. Zrobiłam dokument, za który dostałam szóstkę. I jestem bardzo dumna. 

Słyszę to! Pani córka Inka również rozpoczyna karierę. Wielu aktorów mówi, że bardzo nie chcieli, by dzieci poszły w ich ślady. Że to ciężki chleb, bo nigdy nie wiadomo, czy telefon z propozycją zadzwoni, czy nie zadzwoni. 

U nas to było zupełnie inaczej, dlatego że to Inka przez lata mówiła stanowcze "nie" aktorstwu. A kiedy w pewnym momencie zmieniła zdanie i powiedziała "tak", dostała się do szkoły teatralnej. Podziwiam ją za to, że postanowiła pójść swoją drogą. Buduje siebie, buduje swoje życie. Jest taka mądra! O wiele mądrzejsza ode mnie. Jak na nią patrzę, to uśmiechają mi się i twarz, i serce. Chyba nic fajniejszego nie ma w życiu. 

A czy pani spełniła swoje marzenie i zamieszkała na wsi? 

Jeszcze nie. Ale jestem blisko! 

'Jestem megawdzięczna za to, że jestem. A to już jest duży krok ku szczęściu' (Fot. Archiwum prywatne)

Zagrać u Krystiana Lupy – to też było pani marzenie.

Podziwiam Lupę za to, że potrafi wyreżyserować spektakl tak, że robi zbliżenia aktorom w teatrze. To jest majstersztyk! Ale tak naprawdę to ja nie mam zawodowych marzeń – ani teatralnych, ani filmowych. To nie znaczy, że bym czegoś nie chciała, natomiast mam poczucie, że wszystko, co dla mnie ma być dobre, to przyjdzie.  

Bardzo dziękuję. Fantastycznie było porozmawiać ze szczęśliwym człowiekiem! 

Szczęśliwy to nie znaczy głupi! 

W ogóle by mi to nie przyszło do głowy! 

A czy ja jestem szczęśliwa? Bo ja wiem? Jestem przede wszystkim megawdzięczna za to, że jestem. A to już jest duży krok ku szczęściu.  

Zobacz wideo Klaudia promuje śląską godkę. Założyła "Gryfnie"

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Małgorzata Pieńkowska. W trakcie studiów zagrała w filmach „Maskarada" i „Trzy kroki od miłości". PWST ukończyła w 1988 r. Jej występ w dyplomowym przedstawieniu „Czyste szaleństwo" został nagrodzony na VI Ogólnopolskim Przeglądzie Spektakli Dyplomowych Szkół Teatralnych w Łodzi. Otrzymała angaż w Teatrze Polskim, gdzie zadebiutowała w roli Anieli w „Ślubach panieńskich" w reżyserii Andrzeja Łapickiego. Współpracowała m.in. z Holoubkiem, Łomnickim, Englertem, Łapickim, Hanin, Peszkiem. W 1996 r. związała się z Teatrem Ateneum w Warszawie. W dorobku artystycznym ma kilkadziesiąt sztuk. Dzięki roli Marii Rogowskiej w serialu „M jak miłość" zyskała popularność szerszej publiczności.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z „Gazetą Wyborczą" Wrocław, „Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i „Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz „UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał „Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.