Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

W 2019 roku było 11 przypadków wścieklizny w Polsce, w 2020 roku – 12. Za to w 2021 ponad 100, w większości w województwie mazowieckim. Skąd taki nagły skok?

Nie mamy w tej chwili pewności.

Pierwszy przypadek wścieklizny w okolicy Warszawy wykryliśmy w powiecie otwockim mniej więcej rok temu, w styczniu 2021 roku. Choroba zapewne musiała już jakiś czas krążyć. Ten osobnik – konkretnie lis – który został do nas zgłoszony, nie był raczej pierwszym przypadkiem w okolicy. Najczęściej zwierzęta padają w cichych, nie zawsze łatwo dostępnych miejscach i dopiero gdy liczba chorych osobników się zwiększa, udaje się – często przez przypadek – wykryć wściekłego lisa. Bo na przykład wtargnie na podwórko, pogryzie zwierzęta, zostanie unieszkodliwiony przez właściciela posesji i przekazany lekarzowi weterynarii.

Dorobiliśmy się w 2021 roku, jeśli chodzi o województwo mazowieckie, 109 ognisk, czyli inaczej przypadków wścieklizny. W 2022 roku w pierwszej połowie stycznia mieliśmy dwa ogniska i dwójkę zwierząt pod obserwacją.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

A jak to wyglądało 30 lat temu, kiedy dopiero zaczynaliśmy walkę z wirusem wścieklizny?

Historia zwalczania wścieklizny w naszym kraju zaczęła się w połowie lat 90. Najpierw były szczepienia doustne lisów w sześciu województwach zachodniej Polski, w tamtym czasie jeszcze sponsorowane przez Niemcy. Ogólnopolski program zwalczania wścieklizny w całym kraju, z użyciem samolotów i szczepionek w blistrach z zachętą, powstał na przełomie 2001 i 2002 roku. I od tego czasu zaczęliśmy zwalczać chorobę masowo.

Znak ostrzegający przed wścieklizną, 2001 r. (fot. Igor Morye / Agencja Gazeta)

20 lat temu mieliśmy nawet trzy–cztery tysiące ognisk wścieklizny w ciągu roku. Dzisiaj się wzdrygamy, gdy mówimy o 113 przypadkach w całej Polsce. To pokazuje skalę tego, co udało się przez dwie ostatnie dekady zrobić. Od momentu rozpoczęcia akcji szczepień stwierdziliśmy dwa przypadki reintrodukcji wirusa. Pierwszy około 2011 roku we wschodniej Małopolsce i na zachodnim Podkarpaciu. Uporanie się z wirusem trwało prawie cztery lata. Nie wiemy, dlaczego wrócił. Druga reintrodukcja miała miejsce w 2021 roku właśnie w województwie mazowieckim. Oba przypadki mają podobne schematy, podobną skalę.

Główny Inspektorat Weterynarii zalecił, by na obszarach ognisk wścieklizny szczepić już nie tylko psy, lecz także wszystkie koty. Czy jest sens szczepienia kotów domowych, niewychodzących?

Z praktycznego punktu widzenia, jeśli na sto procent kot nie wychodzi z domu, nie ucieka, nie tracimy go nigdy z pola widzenia, prawdopodobieństwo, że się zarazi wścieklizną, jest małe. Ale jeśli jest to kot niewychodzący na zasadzie "raz dziennie sobie ucieka, ale tylko na kilka godzin i zaraz wraca" czy "wychodzi tylko, jak kocice mają ruję, ale po tygodniu jest z powrotem", to absolutnie trzeba szczepić. Wystarczą minuty, gdy kot spotka na spacerze dzikie zwierzę i wda się w mocniejszą wymianę zdań. I za kilkanaście do kilkudziesięciu dni zacznie mieć objawy wścieklizny. Co wtedy?

W takiej sytuacji wszystkie osoby, które miały z kotem kontakt, powinny się zaszczepić, prawda?

Jeśli nie zareagujemy od razu, zawalimy tzw. szczepienia postekspozycyjne i nie otrzymamy w porę surowicy, a wirus dojdzie do rdzenia kręgowego, będzie już za późno.

Bo na wściekliznę nie ma lekarstwa. Jest tylko czekanie na śmierć.

Bez reakcji po zarażeniu nie ma żadnego ratunku.

I dlatego kot, nad którym nasze panowanie nie jest stuprocentowe i który może mieć kontakt ze środowiskiem zewnętrznym, powinien być zaszczepiony. Podobnie zresztą jak psy.

Wiem, że niektórzy lekarze weterynarii ostrzegają przed wystąpieniem u zwierzęcia mięsaka poiniekcyjnego po szczepieniu na wściekliznę. Z tym że taki nowotwór może mieć różną etiologię, może wystąpić po innych szczepieniach i zastrzykach i nie jest to żaden powód, by unikać szczepień przeciwko tak groźnej chorobie, jaką jest wścieklizna.

Szczepienie kota przeciw wściekliźnie, Olsztyn, 2007 r. (fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Wścieklizną można zarazić się przez kontakt ze śliną lub krwią chorego.

Najczęściej ze śliną zwierzęcia. Głównym problemem jest pogryzienie – nie musi być nawet mocne, wystarczy lekkie ukąszenie. Takie, którego w gęstej sierści psa możemy nawet nie zauważyć po powrocie ze spaceru. Albo może wyglądać jak drobne skaleczenie. Dlatego tak ważne są profilaktyczne szczepienia.

Zakażenie przez dotknięcie śliny, w której jest wirus, wymaga otwartej rany. Samo polizanie ręki nie wystarczy. Dlatego pilnowanie zwierząt – niewypuszczanie kotów z domu i trzymanie psów na smyczy – powinno zdecydowanie zmniejszyć ryzyko zarażenia się wścieklizną. A przy dodaniu do tego szczepionki ryzyko spada drastycznie.

Jak wygląda schemat postępowania, gdy podejrzewamy u naszego zwierzęcia domowego wściekliznę?

Należy zawiadomić weterynarza. Zwierzę powinno zostać poddane natychmiastowej obserwacji. Jeśli kogoś ugryzło, tę osobę trzeba natychmiast przewieźć do lekarza. Warto pamiętać o tym, że w kwestii wścieklizny dużo zależy od miejsca ugryzienia, bo wirus ma tropizm do centralnego układu nerwowego.

Czyli wędruje do góry, do głowy?

Dokładnie. Doświadczenia, które były robione na myszach – ale nie mamy powodów, by podejrzewać, że w przypadku innych gatunków byłoby inaczej – wskazują, że wirus potrafi się przemieszczać po nerwach mniej więcej trzy milimetry na dzień. Od miejsca ugryzienia zależy zatem okres inkubacji choroby. I tak na przykład po ugryzieniu w nogę wirus musi się przedostać do kręgosłupa, a potem nerwami do mózgu. U ludzi są to duże odległości i dlatego czasem okres inkubacji wścieklizny może wynosić nawet dwa lata.

Na co powinniśmy zwrócić uwagę podczas obserwacji zwierząt?

Mamy dwie fazy w przypadku wścieklizny, zarówno u ludzi, jak i u zwierząt: szałową i porażenną. Fazę szałową możemy kojarzyć z plakatów z wściekłymi psami toczącymi ślinę z pyska, ale różnie potrafi to wyglądać i nie zawsze jest tak jednoznacznie wyeksponowane. A czasem mamy do czynienia tylko z fazą porażenną: zwierzę w wyniku porażeń nerwowych pada z wycieńczenia.

Plakat zachęcający do szczepienia przeciw wściekliźnie, Tubądzin, 2006 r. (fot. Dariusz Kulesza / Agencja Gazeta)

Do innych charakterystycznych objawów zaliczyłbym na przykład wodowstręt, czyli unikanie wody. Podczas sekcji zwłok zwierząt chorych w ich żołądkach znajdowane są czasem kamienie, bo psy czy koty mają spaczone kojarzenie ze względu na degenerację kory mózgowej i dlatego zjadają rzeczy, których zdrowe zwierzę by nie zjadło.

Tylko że gdy wystąpią objawy, jest już za późno. Wścieklizna dotarła do mózgu. Szczepienie profilaktyczne to jedyna metoda ratunku dla zwierząt, szczególnie gdy mamy wiedzę o tym, że wirus jest już w środowisku.

Jakie zwierzęta z podejrzeniem wścieklizny najczęściej trafiają pod obserwację do lekarzy weterynarii?

Głównie psy. W 2021 roku mieliśmy dwa takie przypadki. Najwięcej ognisk wścieklizny było w tym czasie w powiecie otwockim – 50, aż w 46 przypadkach chore okazały się lisy, a poza tym dwie kuny, jedna sarna i jeden pies. Następne w kolejności było miasto stołeczne Warszawa – 15 lisów, jeden jenot, jedna sarna i jeden kot. A na przykład w Garwolinie – 14 lisów, jeden jenot, jeden kot.

Na wybranych obszarach Inspekcja Weterynaryjna prowadzi szczepienia lisów poprzez zostawianie doustnych szczepionek. Jak duża jest skuteczność takich działań?

Szczepionka jest znakowana tetracykliną, ten antybiotyk odkłada się w kościach zębów. Jeśli znajdziemy tetracyklinę w zębach wybranego lisa, oznacza to, że miał ze szczepionką kontakt, spożył ją. Dodatkowo badamy poziom przeciwciał przeciwko wściekliźnie, czyli poziom uodpornienia.

Gdy mówimy o szczepionkach doustnych, mamy na myśli blistry, czyli opakowanie płynu szczepionkowego pokryte specjalną zanętą – jest to z reguły mączka mięsna, mączka rybna. Kiedy zimy były ostrzejsze, zwierzęta chętnie je zjadały jesienią, gdy przygotowywały się do przetrwania, i wiosną, gdy szukały pokarmu do zaspokojenia głodu. Teraz sytuacja się zmieniła. Nie tylko zimy są dużo łagodniejsze, ale też jedzenia, szczególnie wokół miast, jest dużo przez cały rok. Zanęta musi być już naprawdę bardzo atrakcyjna, żeby zwierzę się na nią skusiło.

Walka z wścieklizną w danym środowisku trwa kilka lat. Sam okres inkubacji choroby jest często długi, nawet do pół roku. Zwierzę zarażone we wrześniu dopiero w lutym może mieć objawy choroby.

W jaki sposób obecnie rozprowadza się szczepionki?

Na terenach, gdzie są pola i lasy, za pomocą samolotu, jest to więc proste. Na terenach zurbanizowanych jest trudniej, bo ludzie nie zgadzają się na zrzut szczepionek na prywatne działki. Do tego samoloty nie mogą nisko latać w mieście, a szczepionkę zrzuca się z wysokości maksymalnie 150 m. Takie przelatywanie nad budynkami i liniami energetycznymi mogłoby doprowadzić do katastrofy lotniczej. Trzeba więc wykładać szczepionki ręcznie.

Samolot ze szczepionką na wściekliznę, Poznań, 2001 r. (fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta)

Jeżeli mieszkamy w takiej okolicy i wiemy, gdzie są nory lisie – a często zwierzęta upatrują sobie ciche miejsca, ale blisko siedzib ludzkich, bo tam jest jedzenie i praktycznie żadnych wrogów naturalnych – ważne jest, by informację o nich przekazać do Powiatowego Lekarza Weterynarii. Tak by można było w okolicy podłożyć szczepionkę. Szczególnie że zbliża się okres rozrodczy, lisy będą rodziły młode w kwietniu i te młode po wyjściu z nory mogą się zainteresować szczepionką.

Dlaczego nie można podawać szczepionek ustnych zwierzętom domowym?

Zaszczepienie polega na tym, że mięsożerny osobnik łapczywie chwyta zanętę i rozgryza szczepionkę, w której znajduje się metalowa blaszka kalecząca mu podniebienie i dzięki temu szczepionka wchłania się bezpośrednio do krwiobiegu. I zaczyna działać. Ale nie jest to formuła, którą chcielibyśmy stosować u naszych psów, skoro mamy do wyboru iniekcję, czy kotów, które mają za małą żuchwę, by odpowiednio chwycić za taką zanętę. Ewentualnie zjadłyby przynętę, a blister zostawiły. W przypadku iniekcji mamy wszystko pod kontrolą, dokładna dawka jest odmierzona i jesteśmy pewni, że trafiła tam, gdzie powinna. Co jest szczególnie ważne, bo z psem czy kotem mamy kontakt codzienny, a szansa na spotkanie na naszej drodze lisa jest dużo mniejsza.

Ostatni przypadek zachorowania człowieka na wściekliznę w Polsce zanotowano 20 lat temu, w 2002 roku. Jakie jest dziś ryzyko?

Opowiem pani, jak to wtedy wyglądało, bo ważny jest dla tej sprawy kontekst: starsza pani miała kota, kot zachorował na wściekliznę i ją ugryzł, ona to zbagatelizowała.

I niech pani sama sobie odpowie na pytanie, czy w dzisiejszych czasach może się to znowu wydarzyć.

Lek. wet. Krzysztof Jażdżewski (fot. Archiwum prywatne)

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Lek. wet. Krzysztof Jażdżewski. W latach 2004–2006 Główny Lekarz Weterynarii, a w latach 2006–2018 i 2021–2022 zastępca Głównego Lekarza Weterynarii. Autor publikacji z zakresu zwalczania chorób zakaźnych zwierząt oraz bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego.

Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Interesują ją tematy związane z górami, środowiskiem i problemami współczesnego świata.