Rozmowa
Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Jeśli chodzi o podejście prokuratury i sądów do ścigania sprawców przestępstw seksualnych, to tak źle nie było nigdy (Grafika: Shutterstock.com)
Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Jeśli chodzi o podejście prokuratury i sądów do ścigania sprawców przestępstw seksualnych, to tak źle nie było nigdy (Grafika: Shutterstock.com)

12-letnia Kinga odebrała sobie życie. Dziewczynka odważyła się opowiedzieć o molestowaniu. Prokuratura, sąd, policja – wszyscy wiedzieli o sprawie. Ale dziecko musiało wrócić do domu, w którym mieszkała osoba oskarżana przez nie o molestowanie.

12-letnia Kinga nie żyje>>> 

Byłam przerażona zarówno tragedią tego dziecka, jak i tym, że nie byłam zaskoczona sposobem, w jaki zachowały się instytucje. System nie zapewnia bezpieczeństwa ofiarom molestowania, ale chroni osoby wskazywane przez dzieci jako sprawcy.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Po samobójstwie 12-letniej Kingi napisała pani do mnie, że jeśli chodzi o podejście prokuratury i sądów do ścigania sprawców przestępstw seksualnych, to tak źle nie było nigdy. A diagnozuje pani i prowadzi terapię osób molestowanych seksualnie od 35 lat.

W każdym tygodniu zgłasza się do mnie kilka kobiet, od których słyszę, iż regułą jest, że prokuratury umarzają sprawy, natomiast ojcowie występują do sądu o opiekę naprzemienną albo wręcz o odebranie dziecka matce. W sądach rodzinnych te sprawy ciągną się latami i zdarza się, że dzieci faktycznie są przyznawane osobom, o których mówiły, że były przez nie krzywdzone.

Jakie dowody molestowania są odrzucane przez prokuraturę?

Kobiety nagrywają zachowania dziecka w trakcie kontaktu z przypuszczalnym sprawcą, ale założenie jest takie, że nagrania są zmanipulowane. Albo dziecko samo mówi na przykład o tym, że nie chce do taty, bo tato dotykał.  

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Kobiety nagrywają zachowania dziecka w trakcie kontaktu z przypuszczalnym sprawcą, ale założenie jest takie, że nagrania są zmanipulowane (Fot. Shutterstock.com)

Przyszła do mnie matka, która podejrzewała, że jej dziecko jest wykorzystywane seksualnie. Diagnoza wykazała zachowania typowe dla dzieci będących ofiarami takiego wykorzystywania. Kobieta zgłosiła sprawę do prokuratury oraz izolowała dziecko przed ojcem. Pewnego dnia wkroczyła do niej policja ze strażą pożarną i kuratorem, wyważyli drzwi do domu, zabrali dziecko siłą i matka przez długi czas nie wiedziała, gdzie ono się znajduje. Ojciec oświadczył, że będzie mogła mieć kontakty z dzieckiem, kiedy odwoła oskarżenia o molestowanie seksualne.

Na pewno zdarzają się sytuacje, kiedy rodzice wzajemnie oskarżają się niesłusznie.

Na pewno. Trwa dyskusja na ten temat. Jedni twierdzą, że sądy są „zalewane" fałszywymi oskarżeniami, inni – że takie zgłoszenia zdarzają się bardzo rzadko. Nie znam polskich badań analizujących to zjawisko, natomiast te przeprowadzone w 2003 roku na 250 rodzinach w Australii – gdzie osobami oskarżonymi byli ojcowie – wskazały dziewięć procent niepotwierdzonych zarzutów. W Kanadzie przeanalizowano 7672 przypadki seksualnego krzywdzenia dzieci zgłoszone do opieki społecznej i tylko cztery procent z tych zgłoszeń uznano za świadomie fałszywe. Fakt, że nie zawsze udaje się udowodnić zasadność skargi na przemoc seksualną, może wskazywać na trudności profesjonalistów i nie jest jedynie dowodem na „fałszywe oskarżenia".

A dlaczego często przemoc seksualna jest zgłaszana dopiero w momencie rozwodu?

Sytuacja okołorozwodowa jest „dobrym" dla sprawcy momentem, aby rozpocząć seksualne krzywdzenie dziecka. Rodzice często już razem nie mieszkają, dziecko zostaje przez dłuższy czas sam na sam ze sprawcą. Mści się on na partnerce, czyniąc z dziecka zastępczy obiekt seksualny.

A z drugiej strony jest to szansa na ujawnienie długo trwającej przemocy seksualnej. Sprawca wyprowadza się z domu, dziecko czuje się więc bezpieczniej, gdy mówi o tym matce. Ma też nadzieję, że tym razem matka nie stanie po stronie krzywdziciela, a tak mogło się dziać, gdy ci dorośli byli razem. Z tej perspektywy konflikt rodziców służy dziecku.

Dziecku krzywdzonemu. Na tym polega ten paradoks. Tyle że – jak pani mówi – w sądzie zaczyna się gehenna.

Gdy matka zgłasza przemoc seksualną w trakcie rozstania czy rozwodu, z góry jest na przegranej pozycji. Adwokaci radzą, by w sądzie nie poruszała tego problemu, bo może stracić dziecko. Za karę, że – jak sąd uznaje – fałszywie oskarża ojca dziecka o przemoc seksualną, może ono być oddane na wychowanie człowiekowi, o którym dziecko mówi, że je seksualnie skrzywdził. Lub do rodziny zastępczej. Lepiej więc, aby matka zgodziła się na opiekę naprzemienną czy na regularne widzenia dziecka z ojcem, bo wtedy będzie miała – tak przynajmniej wydaje się jej i adwokatom – wgląd w sytuację syna czy córki. A gdy dziecko zostanie jej odebrane, już nic nie będzie mogła zrobić.

Wobec tego, co pani mówi, rozumiem, że tylko w drastycznych sytuacjach, gdy dochodzi do gwałtu i poświadczył to lekarz, to jest dowód?

Oj, nie zawsze! Ginekolodzy nie piszą wprost „uszkodzenia pochodzą z gwałtu", ale na przykład „otarcia wejścia do pochwy" czy warg sromowych. Gwałtów na małych dzieciach jest stosunkowo niewiele. Molestowanie polega najczęściej na pieszczeniu, dotyku przedsionkowym, ocieraniu się o miejsca intymne dziecka. Zachowajmy elementarny zdrowy rozsądek: trudno zakładać, że wszystkie matki, by tylko móc oskarżyć mężczyznę o molestowanie dziecka, same specjalnie uszkodziły dziecku wejście do pochwy.

Ile lat miało dziecko, u którego lekarz opisał otarcia?

Diagnozuję dzieci od 3. do 18. roku życia. Ale teraz mówię o wielu przypadkach małych dzieci, których matki przyniosły zaświadczenia od ginekologa, a sąd w ogóle nie wziął tego pod uwagę.

Że na przykład sześcioletnie dziecko ma uszkodzenie wejścia do pochwy?!

A także trzy-, cztero-, pięcioletnie! Jest to wyjaśniane różnie: a może otarła się o coś, ma „zjadliwy" mocz, może jest chora. Tylko że matki przedstawiają także zaświadczenia, że w moczu nie ma bakterii, które mogłyby spowodować uszkodzenia narządów rodnych. Nie szkodzi. Sąd uznaje, że to nie jest dowód w sprawie.

To co miałoby nim być?

Kiedy zaczynałam pracę, nie mogłam słuchać koszmarnych stwierdzeń psychologów, że tylko wtedy możemy mówić, że doszło do przemocy seksualnej, kiedy złapiemy sprawcę za rękę. Adwokat potrafił powiedzieć matce: „Proszę odsyłać dziecko do ojca. Kiedy zostanie zgwałcone, wtedy będzie dowód".

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Kiedy zaczynałam pracę, nie mogłam słuchać koszmarnych stwierdzeń psychologów, że tylko wtedy możemy mówić, że doszło do przemocy seksualnej, kiedy złapiemy sprawcę za rękę. Adwokat potrafił powiedzieć matce: 'Proszę odsyłać dziecko do ojca. Kiedy zostanie zgwałcone, wtedy będzie dowód' (Fot. Shutterstock.com)

Słucham?!

Myślę, że to nie wynikało z bezduszności, tylko z bezsilności adwokatów. Dziś mam wrażenie, że w zasadzie nic nie udowodni, że doszło do przemocy seksualnej. Opinie psychologów „pierwszego kontaktu", do których najpierw zgłasza się matka, są odrzucane. Dzieci są też oczywiście badane przez biegłych psychologów i pedagogów z Opiniodawczych Zespołów Sądowych Specjalistów (OZSS), czyli dawnych Rodzinnych Ośrodków Diagnostyczno-Konsultacyjnych.

I biegli nie potwierdzają, że dochodziło do molestowania.

Gdy czytam te opinie, nie znajduję informacji, by była zastosowana choćby jedna metoda, która służy do badania dzieci wykorzystywanych seksualnie. Oczywiście w OZSS-ach są też sporządzane bardzo profesjonalne opinie, ale wówczas matki nie trafiają do mnie w poszukiwaniu pomocy.

Mówi pani, że dzieci są badane niefachowo?

Są badane metodami nieprzeznaczonymi do diagnozowania tego typu przestępstw. Słyszę, że badanie trwa maksimum 15 minut. Gdy diagnozuję dziecko, poświęcam na to cztery–pięć sesji trwających około 45 minut. A i to nie zawsze jest wystarczające. Przemoc seksualna jest dynamicznym procesem. Dziecko oraz jego otoczenie jest zastraszane lub uwodzone przez sprawcę. Odbywa się desensytyzacja.

Czyli?

Odwrażliwianie. Sprawca się bawi z dzieckiem – to mogą być łaskotki, zapasy, bierze je na kolana podczas gry na komputerze i raptem zaczyna, niby przypadkiem, dotykać je w miejsca intymne albo bierze rękę dziecka i dotyka swoich genitaliów. Sprawca chodzi nago przy dziecku, ucząc je w ten sposób, że to jest norma. I kiedy je potem rozbierze, to ono nie jest aż tak bardzo zdziwione.  

To się dzieje zazwyczaj w obecności innych osób, które albo tego nie zauważają, albo udają, że tego nie widzą. A czasami się śmieją. Dziecko uczy się zatem, że dotyk w miejsca prywatne jest w zasadzie OK. I kiedy potem sprawca się z nim zamyka w pokoju i krzywdzi je jeszcze bardziej, to dziecko nie reaguje. Zostało nauczone, że jest to „normalne". I że nikt go nie obroni. 

Ponadto w dziecku uruchamiają się różne mechanizmy pozwalające przetrwać te drastyczne sytuacje. Widzę także, jak bardzo dzieci czują się za nie winne, wstydzą się. By móc zdiagnozować dziecko, również trzeba działać „procesowo", czyli to musi trwać, po to żeby dziecko uruchomiło wspomnienia oraz nabrało odwagi do opisania tak niepojętych dla niego doświadczeń.

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Dziecko oraz jego otoczenie jest zastraszane lub uwodzone przez sprawcę. Odbywa się desensytyzacja, odwrażliwianie (Fot. Shutterstock.com) , Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Dzieci czują się za sytuacje molestowania seksualnego winne, wstydzą się. By móc zdiagnozować dziecko, to musi trwać, po to żeby dziecko uruchomiło wspomnienia oraz nabrało odwagi do opisania tak niepojętych dla niego doświadczeń (Fot. Shutterstock.com)

O czym jeszcze mówią kobiety, które się do pani zgłaszają?

Że dzieci przychodzą na badania do OZSS, a na korytarzu czeka ojciec z prezentami. Już sam fakt, że domniemany sprawca przemocy seksualnej siedzi na korytarzu, sprawia, że dziecko nie jest w stanie ujawnić niczego. Dzieci są też diagnozowane w obecności osób, o których mówią, że zostały przez nie skrzywdzone. Czując lęk i toksyczną lojalność, nic nie powiedzą.

Dziecko ma rozmawiać z psychologiem, a obok siedzi ojciec, który jest sprawcą przemocy seksualnej?

Wszyscy są zapraszani do gabinetu i psycholodzy obserwują relację dziecka i ojca.Gdy dziecko bawi się z ojcem, uznaje się, że do przemocy nie mogło dojść. Jeżeli dziecko go unika, omija i zaczyna płakać, to stwierdza się, że matka negatywnie je nastawiła. Dramatyczne jest, że niektórzy biegli, badając dzieci tylko przez 15 czy 30 minut, przesądzają, że do przemocy seksualnej nie doszło. A opinie biegłych są niepodważalne. Słyszałam nagranie dokonane nielegalnie przez rodzica podczas badania dziecka i jego rodziców, jego treść nie pokrywała się z treścią opinii. Są to incydentalne sytuacje, ale przyczyniają się do dramatu osób, które to spotkało. Biegli bardzo często nie ufają wypowiedziom małego dziecka i jego matce, uzasadniając swoje stanowisko amnezją dziecięcą – nie biorą pod uwagę, że dzieci na przykład w wieku czterech czy pięciu lat przeważnie pamiętają zdarzenia traumatyczne już od drugiego roku życia.

W jaki sposób dzieci mówią matkom o tym, że są molestowane?

Dzieci raczej nie mówią o tym matkom, chyba że dochodzi do jakiegoś przełomu, na przykład wspomnianego rozstania rodziców. Ta dziewczynka, która popełniła samobójstwo, też powiedziała cioci, proszę zauważyć.

Dlaczego?

Ponieważ dzieci są przekonane, że matki wiedzą. I często mają rację. Matki mają kontakt ze sprawcą, mieszkają z nim. Dziecko nie widzi żadnego powodu, by zgłaszać problem matce, bo uważa, że ona wie i nie reaguje. Dopiero gdy jest poza domem – jedzie na przykład do cioci, babci – mówi o swojej krzywdzie osobie, o której sądzi, że może od niej uzyskać pomoc. Zdiagnozowałam kiedyś, że czteroletni chłopiec był wykorzystywany seksualnie. Jego matka zaczęła płakać. Pytać, dlaczego jej nie powiedział. A on na to: „Przecież ty to widziałaś! Ojciec mówił, że ty na to pozwalasz".

Sprawcy mówią: „Mama wie", „Mama jest zadowolona, że się tak bawimy" lub: "Mama będzie zła na ciebie, jak jej powiesz", „Nie pozwoli nam się widywać". Uzależniają dziecko od siebie. A ono chce mieć dwoje rodziców.

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Zdiagnozowałam kiedyś, że czteroletni chłopiec był wykorzystywany seksualnie. Jego matka zaczęła płakać. Pytać, dlaczego jej nie powiedział. A on na to: 'Przecież ty to widziałaś! Ojciec mówił, że ty na to pozwalasz' (Fot. Shutterstock.com)

Jak się skończyła sprawa tego chłopca?

Źle. Prokuratura ją umorzyła, twierdząc, że do przemocy seksualnej nie doszło. Przypomniał mi się też taki przypadek desensytyzacji: do trzyletniej dziewczynki przyszły koleżanki i dziadek nagrywał, jak dziewczynki siedzą. Majtki na wierzchu. Jak to dzieci. On robił nagrania najpierw twarzy, a potem tych majtek, krocza. Jedna dziewczynka, widząc to, zakryła się zawstydzona. Potem on zaczął nagrywać swoją wnuczkę, już rozebraną. A potem ją dotykać. Nie wiedziała, jak zareagować, była przecież małym dzieckiem, w jakimś sensie to, co się działo, było dla niej „normalne", ponieważ nikt na to wcześniej nie zwracał uwagi. Przecież pierwsze nagrania dziadek robił w obecności matki i babci.

W pani publikacjach przeczytałam o zjawisku rozmytej przemocy. Na czym ono polega?

To jest przemoc powszechna i akceptowana społecznie. Weźmy klapsy tłumaczone bezsilnością.

A w przypadku przemocy seksualnej na czym polega jej rozmycie?

Na przykład na niejasnych granicach intymnych. Kąpaniu się z dzieckiem mającym więcej niż dwa i pół roku. Przedszkole zgłasza, że dziecko ma wszelkie objawy wykorzystania seksualnego, a gdy je diagnozuję, okazuje się, że powodem są wspólne kąpiele z matką lub ojcem. Dziecko ma pełny wgląd w ich genitalia, bo siedzą z nim w wannie. Przemocą rozmytą jest również patologiczna nadopiekuńczość, która się często łączy z przemocą seksualną. I wtedy matki na przykład sprawdzają genitalia swoich dzieci. Do 18. roku życia „badają jąderka" czy „miejsca intymne" córek.

Pisze też pani o rozmytej przemocy instytucjonalnej.

Mam na myśli głównie to, co się teraz dzieje w sądach. A jest to akceptowana instytucjonalnie przemoc stosowana wobec ludzi, którzy się do tych sądów zgłaszają po pomoc. Zdarza się, że postępowanie w prokuraturze i sądzie zaczyna się, gdy dziecko ma trzy lata, a kończy, gdy ma 13, a nawet jest starsze. Całe jego dziecięce życie jest naznaczone rozprawami, powtarzającymi się badaniami przez biegłych i innych psychologów, przesłuchaniami, poszukiwaniem przez rodzica dowodów, walką, dyskusjami w domu, brakiem należytej opieki, nerwami, lękiem i w końcu… przegraną.

Dla młodego człowieka to musi być ogromne cierpienie.

Powoduje to ponowne zranienie dziecka i jego wspierających opiekunów. Nazywam to traumą sądową. Psycholodzy, którzy mają zdiagnozować dziecko skrzywdzone seksualnie, nazywani są przez sądy „seksuologami". Wynika to chyba z niezrozumienia mechanizmów tej przemocy. Problem jest marginalizowany, sprowadzany do samych zachowań seksualnych sprawcy i zaburzeń seksualnych u dziecka, które zresztą u maluchów nie występują. A w przemocy seksualnej najważniejszy nie jest seks, ale władza i moc uzyskiwane przez krzywdziciela za pomocą czynności seksualnych. Wiedza na ten temat pozwoliłaby pełniej spojrzeć na sprawców, dzieci krzywdzone i ich środowisko. Tym problemem zajmują się traumapsycholodzy – specjaliści od przeciwdziałania przemocy.

Czy zdarza się, że nastolatki same przychodzą do pani prosić o pomoc?

Nie. Ja prowadzę gabinet prywatny. Nastolatki chodzą najczęściej do psychologów i pedagogów szkolnych. Potrafią powiedzieć: „Proszę mnie zabrać z domu, bo dłużej tego nie zniosę".

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska: Nastolatki chodzą najczęściej do psychologów i pedagogów szkolnych. Potrafią powiedzieć: 'Proszę mnie zabrać z domu, bo dłużej tego nie zniosę' (Fot. Shutterstock.com)

I są wtedy zabierane z domu?

Znam sytuacje, że tak.

Niech taka więc będzie puenta tej rozmowy: że wołanie o pomoc ma sens.

Dzieci bezwzględnie muszą chodzić po pomoc do wychowawców, nauczycieli i pedagogów – oni są szkoleni i wiedzą, jak reagować. Są też skuteczni w składaniu informacji do prokuratury czy do sądu rodzinnego. Dziecko może również samo pójść na policję. Taka forma zgłoszenia przemocy seksualnej powinna być dla organów ścigania zdecydowanie bardziej wiarygodna, ponieważ nie pochodzi od matki, czyli nie można a priori założyć, że jest fałszywa.

Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Każda osoba, która ma podejrzenie, że dziecko jest molestowane, ma obowiązek to zgłosić, prawda?

Obowiązek prawny mają wszystkie instytucje państwowe, natomiast obowiązek społeczny – każda osoba, która ma choćby cień podejrzenia, że dziecko doznaje jakiejkolwiek przemocy. O tym mówi artykuł 304 Kodeksu postępowania karnego. Tylko, niestety, wobec tego, jak działają organy ścigania, to prawo de facto jest martwe. Wie pani, jakie jest prawo w Holandii? Jeśli matka nie zgłosi podejrzenia przemocy seksualnej, to za brak pomocy dziecku może dostać karę więzienia. A u nas matki pytają, co mają robić, by dziecko chronić, ale sprawy nie zgłaszać, bo boją się, że jeśli to zrobią, zostaną ukarane i stracą dziecko. Rozmawiałam o tym, co się dzieje w Polsce, z kolegami po fachu z USA. Byli przerażeni.

Dr Agnieszka Widera-Wysoczańska. Doktor psychologii, adiunkt w Zakładzie Psychologii Klinicznej i Zdrowia Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz trener i psychoterapeuta w Instytucie Psychoterapii Traumy, Rozwoju i Szkoleń, wykładowca na studiach podyplomowych Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Biegły Sądowy Ad Hoc. Posiada certyfikat psychoterapeuty wydany przez European Association of Psychotherapy, jest też specjalistką w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie certyfikowaną przez PARPA. Superwizuje specjalistów pomagających osobom po traumie. Występuje na konferencjach w Ameryce Północnej i Południowej, Azji i w Europie. Jest autorką książek i publikacji w zakresie traumy psychologicznej. Od International Society for the Study of Trauma & Dissociation w 2020 r. otrzymała w USA prestiżową Nagrodę im. Cornelii B. Wilbur za naukowy i praktyczny wkład w rozwój wiedzy o leczeniu dysocjacji osób po interpersonalnej traumie.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.