Rozmowa
Maja Kwacz (Archiwum prywatne / Grafika: Marta Kondrusik)
Maja Kwacz (Archiwum prywatne / Grafika: Marta Kondrusik)

Dziękuję, że się zgodziłaś na rozmowę pod nazwiskiem.

To choroba jak każda inna. Nigdy się jej nie wstydziłam. Czy ktoś, kto ma cukrzycę, wstydzi się, że jest chory?

Kiedy pojawiły się u ciebie pierwsze objawy?

Zawsze wiedziałam, że coś jest nie tak, i sama dążyłam do kontaktu ze specjalistą. Kiedy miałam 12 lat, poszłam do szkolnej psycholog, ale ona nadużyła mojego zaufania.

Zwierzyłaś się z myśli samobójczych, a psycholożka skontaktowała się z twoimi rodzicami?

Dokładnie. Zawieźli mnie do psychiatry, ale nie chciałam z nim współpracować. Nie dogadywałam się z rodzicami i obawiałam się, że będą mieli wgląd w moje leczenie, więc uznałam, że zaczekam z tym do pełnoletności. Bardzo możliwe, że to był duży błąd i gdybym zaczęła się leczyć wcześniej, nie potrzebowałabym aż tylu hospitalizacji.

A ile ich było?

47. Spędziłam w szpitalu w sumie ponad pięć i pół roku. 

Ota Pavel, czeski dziennikarz i pisarz, w "Śmierci pięknych saren" pisał, że choroba psychiczna objawiła się u niego w ten sposób, że czuł się Chrystusem i widział diabły, a najtrudniejszym momentem było, kiedy leki zaczęły działać i uświadomił sobie, że jest chory.

To stereotyp, że osoba chora na schizofrenię jest Chrystusem i wszędzie widzi diabły! 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Przywołuję konkretne wspomnienie chorego...

Wiem, ale to jest duży problem, że społeczeństwo postrzega wszystkich chorych w ten stereotypowy sposób. A mnóstwo jest osób, jak ja, które nie mają wielkościowych urojeń: nie jesteś Bogiem, nie zbawiasz świata i ludzi, nie masz kontaktu z wszechwiedzą. U mnie choroba to zawsze było tylko i wyłącznie cierpienie. 

W szpitalach nie ma zamków w łazienkach na wypadek gdyby pacjent zasłabł lub chciał zrobić sobie krzywdę. (Shutterstock)

Kiedy postawiono ci diagnozę?

Kiedy miałam 18 lat. Sama zgłosiłam się do psychiatry, która zdiagnozowała depresję z objawami psychotycznymi. 

Czym one są?

Mogą to być takie urojenia, o jakich pisał wspomniany przez ciebie dziennikarz. 

Ja słyszałam głosy, widziałam cienie, latające ptaki, kolory były bardzo przejaskrawione, światło słoneczne raziło, dźwięki słyszałam wyraźniej i głośniej. Poza tym miałam urojenia cenestetyczne, czyli pochodzące ze zmysłów. U mnie najczęściej chodzi o zmysł dotyku. W rzeczywistości nikt mnie nie dotyka, ale ja to czuję i moje ciało na to reaguje.

Ktoś cię dotyka, to znaczy robi ci krzywdę?

Gwałci mnie. Akurat tego przez lata się wstydziłam i dopiero niedawno zaczęłam o tym mówić psychiatrze.

Trudno mi sobie wyobrazić, jak bardzo musiałaś cierpieć. Można by się w pierwszym odruchu usiłować gdzieś schować. Może pod kołdrą...

Tylko że od tego nie da się uciec. Ale trafiłaś: ja wiele lat spędziłam schowana pod kołdrą. Koleżanka z młodzieżówki, którą spotkałam po kilku latach, powiedziała: "O, jak ty się zmieniłaś. Już nie jesteś tą kulką, która wychodziła spod kołdry tylko do łazienki". Przeleżałam tak kilka lat.

Koleżanka z "młodzieżówki"?

Z oddziału młodzieżowego. Pierwszy szpital psychiatryczny, w którym leżałam, to był Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Lekarka, która mnie zdiagnozowała, uznała, że potrzebuję natychmiastowej hospitalizacji.

Bałaś się?

Panicznie. 

Wcale się nie dziwię. Po obejrzeniu chociażby "Lotu nad kukułczym gniazdem" - książka została wydana w 1962 r., a film wyszedł w 1975 r. - trudno byłoby się nie bać.

Właśnie takie dzieła robią strasznie złą robotę, ponieważ budzą w społeczeństwie lęk przed leczeniem psychiatrycznym! Ja miałam pecha, ponieważ na oddziale młodzieżowym nie było miejsc i trafiłam na oddział ostrych psychoz dla dorosłych. Półnagi facet patrzył na mnie tak, jakbym mu wymordowała rodzinę, a jakaś pani stała na czworaka i powtarzała, że mam złe kapcie. To było surrealistyczne. Wytrzymałam niecałą dobę i wypisałam się na własne żądanie. Rodzice zadeklarowali, że biorą za mnie odpowiedzialność.

Ponieważ miałaś myśli samobójcze?

Tak. Bez pomocy rodziców by mnie nie wypuścili. Ustawiłam się w kolejkę do oddziału młodzieżowego.

O zapaści w psychiatrii dziecięcej mówi się od stosunkowo niedawna, a skoro ty, nastolatka z myślami samobójczymi, musiałaś czekać w kolejce, to znaczy, że alarmująco było już 14 lat temu! 

Mai pomogła hospitalizacja, ustawienia leków i terapia. (Shutterstock) , Maja, nie dość, że sama zgłaszała się do szpitala, to prosiła także o zastosowanie pasów, żeby zatrzymać autoagresję. (Shutterstock)

Zostałam przyjęta po dwóch miesiącach. Wspominam tamten oddział jako przyjazne miejsce, w którym czułam się bezpiecznie.

Ponieważ inni pacjenci mieli podobne problemy, to się wśród nich odnalazłam. Po gehennie, jaką przeżyłam w gimnazjum, gdzie byłam totalnie izolowana, to było coś cudownego. Przez lata niesamowicie mi brakowało kontaktu z rówieśnikami. Nawet najzwyklejszego 'Cześć, co u ciebie?'.

W szpitalu często jest zrozumienie bez słów. Pamiętam, jak z koleżanką robiłyśmy Morze Czerwone z zupy pomidorowej, bo byłyśmy Mojżeszami. To była zabawa, nie wizja. W tym cierpieniu udawało się znaleźć chwile, które były fajne.

Co oprócz leków oferował oddział młodzieżowy?

Były zajęcia terapeutyczne, grupowe i indywidualne, psychorysunek (forma terapii przez sztukę - przyp. red.), masaż. No i szkoła, w której łatwiej było o dobre oceny. Warto ich nałapać, ponieważ one są potem przepisywane do dziennika w normalnej szkole.

Byłaś aktywna w szkole. W zajęciach też brałaś udział?

Nie bardzo. Kiedyś wyszłam z terapii grupowej, trzasnęłam drzwiami i rzuciłam terapeucie, że jego "aha" to ja sobie mogę nagrać na magnetofon i puszczać do ściany.

Nie znam nikogo, kto podczas terapii nie wkurzyłby się na terapeutę.

Z lekarką też absolutnie nie mogłam się dogadać. Przez ostatnie dwa tygodnie pobytu mówiłam do niej tylko jedno zdanie: "Ja z panią nie rozmawiam". 

Dlaczego?

Ponieważ uznałam, że mnie nie słuchała i nie rozumiała, i w związku z tym nie ma sensu, żebyśmy rozmawiały.

Jak dużo czasu spędziłaś na oddziale dla młodzieży?

To były dwa pobyty po dwa miesiące. Potem jako osoba pełnoletnia kwalifikowałam się już na oddział dla dorosłych. Kiedy następnym razem przyszłam na izbę przyjęć do Instytutu Psychiatrii i Neurologii, dowiedziałam się, że nie ma miejsc, a ponieważ moim rejonem były Tworki, to mnie tam zawieziono karetką.

Miałam wyobrażenie, że do szpitala psychiatrycznego trafia się w trybie interwencji, może zawozi rodzina, a ty zgłosiłaś się sama, ponieważ czułaś, że leki przestają działać i objawy się nasiliły?

Znakomitą większość razy zgłaszałam się do szpitala sama. Pamiętam zaskoczenie lekarki, która – gdy kiedyś po próbie samobójczej obudziłam się na toksykologii – zasugerowała przewiezienie do szpitala psychiatrycznego, a ja od razu powiedziałam: "Zgadzam się, tylko niech to będą Tworki i mój oddział, moja pani doktor".

Większość osób się przed przewiezieniem do szpitala broni, a ja myślę o Tworkach, że gdyby nie ten szpital, to pewnie byśmy dziś nie rozmawiały, bo już bym nie żyła.

Natomiast kiedy trafiłam tam po raz pierwszy, to się bałam. Zawsze się dzieciaki przezywały: "Bo cię do Tworek wywiozą!". To było takie straszenie w sumie nie wiadomo czym.

Kiedy ja byłam mała, to dzieciaki się straszyły "wariatką", która biega z siekierą. Nikogo takiego nie było. 

Maja miała w swoim życiu okres, który spędziła zwinięta w kulkę pod kołdrą. (Shutterstock)

Tworki są stare, teren rozległy, jest tam las i cmentarz. Łatwo dorobić legendy. Kiedyś wracałam z przepustki i w pociągu siedziała para młodych ludzi. Gdy dojeżdżaliśmy do Tworek, usłyszałam, jak on mówi: "O! Zobacz! Tu ci ludzie biegają i się atakują! Zaraz to zobaczysz". Dla mnie to jest niesamowite, ponieważ wiem, że tam się nic nie dzieje. 

Teraz już to wiesz.

Za pierwszym razem na izbie przyjęć usłyszałam: "Trafi pani na fajny oddział z fajną panią ordynator". Chodziło o dr Annę Mosiołek, u której do tej pory się leczę. Natomiast przez cały pierwszy tydzień mówiłam do niej tylko jedno zdanie: "Czy ja się już mogę wypisać na żądanie?".

Co odpowiadała?

Że w tym momencie to jeszcze nie jest możliwe. Po tygodniu, już nie pamiętam jak, ale udało jej się do mnie dotrzeć i zmieniłam nastawienie o 180 stopni. Wcześniej odpowiadałam tylko "aha" i spędzałam całe dnie i noce na leżance. W tamtym czasie w Tworkach nie było jeszcze remontów, więc warunki mieliśmy kiepskie. Wiele nocy przespałam na rozkładanej leżance.

Teraz niektóre oddziały są już bardzo nowoczesne i ładne. Okna w szpitalu psychiatrycznym się nie otwierają, prawda?

Otwierają, tylko są w nich kraty. W drzwiach też są normalnie klamki, tylko wejście na oddział jest zamknięte. No i w łazienkach nie ma zamka w drzwiach.

W wielu szpitalach nie ma. Na wypadek, gdyby pacjent na przykład zemdlał. W szpitalu psychiatrycznym jest też obawa przed próbami samobójczymi. Słyszałam o pacjencie, który usiłował się powiesić na wężu od prysznica.

W Tworkach były oddziały, gdzie natryski były bez węży, takie jak na basenach. Ale na innych węże były. Nie wolno było mieć ładowarek – ani do telefonu, ani do komputera. 

Sznurówki?

Zabierane. Ale widziałam w tym wszystkim niekonsekwencję, bo wolno było mieć przewodowe słuchawki.

Pewnie bardzo trudno jest wykluczyć wszystkie ewentualne zagrożenia. Podjęłaś próbę samobójczą w szpitalu, prawda?

Tak. Ale nie chcę poddawać pomysłów innym osobom, więc nie powiem, co zrobiłam.

To, co budzi lęk przed szpitalami psychiatrycznymi, to środki przymusu bezpośredniego.  

Ja jestem dość nietypowa, ponieważ bywało, że sama prosiłam, by mnie zapięto w pasy, kiedy nie radziłam sobie z autoagresją. 

Maja jest lekooporna. Oznacza to, że musi przyjmować końskie dawki leków, żeby jej stan się polepszył. (Shutterstock)

W "Locie nad kukułczym gniazdem" najgorsze, co się może przydarzyć, to elektrowstrząsy. Są pokazane jako procedura bardzo bolesna i de facto traktowane jako kara. Polscy psychiatrzy usiłują je odczarowywać. Metodę stosuje się między innymi w leczeniu katatonii.

Ja się na elektrowstrząsy zgodziłam. To nie jest środek przymusu bezpośredniego i nie ma to nic wspólnego z tym, co pokazują na filmach. Nie ma żadnego trzęsienia się. Żadnego bólu. Wszystko się odbywa pod narkozą i w zwiotczeniu mięśni. Jedyne, co widać, to że delikatnie wyginają się palce. A człowiek sobie śpi i tyle.

[Więcej o elektrowstrząsach, ich historii i zastosowaniu, można przeczytać TUTAJ.]

Czy tobie to pomogło?

Niestety nie. Ale gdybym teraz była przed pierwszymi elektrowstrząsami i miałabym decydować, też bym się zgodziła. Leki nie eliminują wszystkich objawów. Jestem lekooporna, więc potrzebuję bardzo dużych dawek. Aktualnie biorę sześć różnych leków.

A kiedy pierwszy raz ci je przepisano, miałaś nadzieję, że natychmiast pomogą?

Miałam. Natomiast z lekami psychiatrycznymi nie jest tak prosto. Potrzeba czasu, żeby zadziałały. A czasem trzeba je długo dobierać, żeby w ogóle się pojawił efekt. Na początku tego nie wiedziałam i byłam rozczarowana. Do tej pory bywam rozczarowana, kiedy nagle objawy wracają i znowu muszę iść do szpitala, a przecież ja leków nie odstawiam. Zrobiłam to tylko raz.

Dzięki temu, że Maja poszła na terapię, wiele rzeczy przepracowała, dużo więcej rozumie, zwyżkuje u niej empatia, dzięki czemu potrafi się wczuć w sytuację innych osób. (Shutterstock)

Ponieważ?

Czułam się tak dobrze, że doszłam do wniosku, że może mi już nie są potrzebne. Bardzo źle się to dla mnie skończyło: kolejnym nawrotem i hospitalizacją. 

Ile trwał twój najdłuższy pobyt?

Dziewięć miesięcy. Ale żeby nikogo nie straszyć – najkrótszy półtora tygodnia. 

Kiedy byłaś w Tworkach przez dziewięć miesięcy, to z powodu tak nasilonych objawów, że bardzo trudno było ustawić leki?

Nic nie działało. Dostawałam takie dawki, że konia by powaliło, a ja nie odczuwałam żadnej poprawy. Próbowano różnych kombinacji, dzięki czemu wyszłam do domu, ale tak naprawdę tylko po to, żeby odsapnąć od szpitala. Bardzo szybko wróciłam i kolejny pobyt trwał siedem miesięcy. A następny pięć. 

Miałaś momenty rozpaczy?

Do tej pory mi się zdarza rozmyślać, ile ta choroba mi odebrała. Ale ona też bardzo dużo daje.

Dużo daje?

Dzięki temu, że poszłam na terapię, wiele rzeczy przepracowałam, dużo więcej rozumiem, zwyżkuje u mnie empatia, dzięki czemu potrafię się wczuć w sytuację innych osób. Choroba uczy też cierpliwości.

Wiem, że dla wielu to może brzmieć szokująco, ale ja mam mnóstwo dobrych wspomnień z Tworek. Były zabawne historie. Są przyjaźnie trwające do dziś. Szpital psychiatryczny to może być fajne miejsce. 

Najważniejsi są zawsze ludzie. Dobre wspomnienia masz dzięki personelowi czy pacjentom?

Dzięki wszystkim. Kiedyś pan pielęgniarz zrobił mi warkoczyki. Zwykła rzecz, a jednak taka miła. A od mojej lekarki, od pani Ani, dostałam poduszeczkę, żebym zawsze pamiętała, że jest i będzie. 

Że jest i będzie – to bardzo ważne. Czy twoja diagnoza ewoluowała?

Tak. Wcześniej to była dwubiegunówka, a dziś – schizofrenia paranoidalna. Gdy zmieniono mi diagnozę, pojawiła się ulga, bo miałam poczucie, że jestem wariatką wśród wariatów...

(śmiech) Przepraszam.

(śmiech) No tak. Miałam objawy psychotyczne, które nie do końca się wpisują w obraz choroby dwubiegunowej, a w przypadku schizofrenii wiem, że nie tylko ja tak mam.

Podziwiam twoją autoironię i błyskotliwość oraz odwagę w mówieniu o chorobie, ale wiem, że bywa ci trudno. Bolał cię na przykład sposób, w jaki media opisywały zabójstwo Pawła Adamowicza.

Informacja, że morderca może być psychicznie chory, była podana na zasadzie: taki los, ma schizofrenię, no to będzie zabijał. 

W przestrzeni publicznej regularnie politycy wyzywają się od wariatów, traktują to jako inwektywę.

A jak wyjdzie na jaw, że ktoś się leczy, to robi się z tego wielkie halo. Afera na cztery fajerki. Jeśli się leczy, to co? Powinno się go wykluczyć ze społeczeństwa? Ja miałam dużo szczęścia, ponieważ przez 10 lat pracowałam jako niania. Na rozmowach o pracę nigdy nie ukrywałam, że leczę się psychiatrycznie, i tylko dwa razy nie zostałam zatrudniona. Wydawałoby się: taka odpowiedzialna praca, gdzie tam "wariat do dzieci", a mnie nie spotykała stygmatyzacja. Najmłodsze dziecko, którym się opiekowałam, miało cztery miesiące. 

Po tych wszystkich latach na pewno doskonale potrafisz wyczuć, kiedy zbliża się nawrót choroby.

To nie wygląda tak, że nagle człowieka zwala z nóg i nie jest w stanie funkcjonować. Wczesne wyłapanie objawów daje przestrzeń, by temu zapobiec. A jak trzeba, to się bierze L4.

Masz bardzo dużą wiedzę i samoświadomość. Studiowałaś psychologię, prawda?

Ale nie skończyłam studiów. Choroba zabrała mi dobrą pamięć i koncentrację. Już się z tym pogodziłam. Na szczęście i bez studiów można wiele rzeczy w życiu robić. Przez niemal rok byłam zatrudniona w Tworkach jako asystentka zdrowienia.

Maja Kwacz ostatni raz w szpitalu była pół roku temu. Teraz ma moment w życiu, w którym odpoczywa. Mieszka z rodzicami, bratem i psem. (Archiwum prywatne) , Dobrze, żeby bliscy zauważali swoje dziecko, dawali mu prawo do własnych uczuć i przeżyć. Nie oceniali i nie wymagali, żeby sobie radziło. (Shutterstock)

Dla pacjentów to musi być bardzo ważne, że mogą porozmawiać z osobą, która również była hospitalizowana, miewa kryzysy psychiczne i od której mogą się dowiedzieć, jak z tym żyć. 

Że da się z tym żyć! Bardzo lubiłam tę pracę. Pamiętam, jak tłumaczyłam jednemu panu, że nie jestem lekarzem, pielęgniarką ani psychologiem, ale jestem tutaj, żeby wytłumaczyć i pokazać, jak funkcjonuje szpital, wesprzeć, pogadać, a może i wspólnie zapalić papierosa. I wtedy on powiedział: "A, to już wiem! Jesteś po prostu aniołem". To były niesamowite chwile.

Potem niestety sama miałam nawrót i byłam hospitalizowana. Zdecydowałam, że na jakiś czas dam sobie spokój z pracą. Kiedyś chciałabym do tego wrócić. 

Kiedy ostatnio potrzebowałaś hospitalizacji?

Pół roku temu. Teraz mam moment w życiu, w którym odpoczywam. Mieszkam z rodzicami, bratem i psem.

Dzięki terapii udało ci się poukładać relacje w domu? 

Tak. Teraz wszystko jest w porządku.

A jak się czujesz? Trochę się o to boję pytać, bo domyślam się, że to pytanie może irytować. 

Słyszałam je miliardy razy, to prawda. Czuję się dobrze i funkcjonuję normalnie, natomiast niestety mam resztki objawów. Tych dotykowych.

Bardzo wiele młodych osób miewa kryzysy psychiczne. Co byś poradziła ich rodzicom?

Żeby byli uważni. Zauważali swoje dziecko, dawali mu prawo do własnych uczuć i przeżyć. Nie oceniali i nie wymagali, żeby sobie radziło. 

Czasem hasło "poradzisz sobie" może przerastać?

Przerasta. I dlatego lepiej powiedzieć: "Nie musisz sobie radzić. Pomogę ci". 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.

Tu dzieci i nastolatki mogą szukać pomocy:

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111 (anonimowy, poufny i bezpłatny, działa przez 7 dni w tygodniu przez całą dobę, można też zarejestrować się na stronie https://116111.pl/ i przesłać wiadomość przez formularz) Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka: 18121212 (numer bezpłatny, czynny codziennie przez całą dobę) Niebieska Linia dla doświadczających przemocy: 800 120 002 (numer bezpłatny, czynny codziennie przez całą dobę) Numer alarmowy 112 Więcej informacji i adresy ośrodków kryzysowych: http://www.pokonackryzys.pl/