Rozmowa
Inflacja osiągnęła ona poziom niespotykany od kilkudziesięciu lat (Adam Stępień/ Agencja Gazeta)
Inflacja osiągnęła ona poziom niespotykany od kilkudziesięciu lat (Adam Stępień/ Agencja Gazeta)

O ile w 2020 roku jeszcze najbardziej martwiliśmy się o zdrowie, o tyle już w 2021 pieniądze wysunęły się na prowadzenie – taki wniosek płynie z badań Deloitte. Jak z kolei wynika z badania firmy Travex z listopada ubiegłego roku, ponad 84 proc. Polaków martwi rosnąca inflacja. Pandemia nie odpuszcza, wręcz przeciwnie, a jednak bardziej niepokoją nas finanse.

Do martwienia się o zdrowie już się trochę przyzwyczailiśmy. Podobnie jak do tego, że pandemia trwa. Natomiast z inflacją jeszcze się nie oswoiliśmy, a osiągnęła poziom niespotykany od kilkudziesięciu lat – dane za listopad to najwyższy odczyt inflacji od 21 lat. W grudniu 2000 roku wskaźnik ten wynosił 8,5 proc. Bardziej jesteśmy skłonni martwić się o to, nad czym kontroli nie mamy. A w przypadku inflacji tak właśnie jest – wydaje nam się, że to zjawisko, które dzieje się gdzieś poza nami, na które nie mamy wpływu.

A mamy?

Ogromny! Kiedy dochodzi do inflacji? Gdy ceny rosną. Ale okazuje się, że my sami możemy do tego wzrostu cen doprowadzić. Już ponad 10 lat temu psychologowie behawioralni, na przykład Gerrit Antonides czy Hans Wolfgang Brachinger, wykazali, że gdy ludzie są przekonani, że w danym kraju występuje inflacja, zaczynają się zachowywać w określony sposób. Niezależnie od tego, czy ta inflacja rzeczywiście jest, czy jej nie ma.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

W jaki?

Podnoszą ceny towarów, proszą pracodawców o podwyżki, podwyższają stawki za swoje usługi. Bo mają poczucie, że byliby frajerami, gdyby takich działań nie podjęli. Skutek jest taki, że po trzech–czterech miesiącach ta inflacja rzeczywiście zaczyna rosnąć, staje się jeszcze wyższa, niż gdyby ludzie jej nie nakręcali.

Trudno im się dziwić. Widzą, że inflacja przekracza już 8 proc. – to dane za grudzień 2021 r. – i zaczynają reagować. Wszędzie tylko mowa o tym, że ceny produktów czy prądu i gazu rosną.

Inflacja rośnie od wielu miesięcy, to nie tak, że nagle podskoczyła od zera do ponad 8 proc.! Więc nie można tu mówić o jakimś zaskoczeniu, raczej o tym, że ignorowaliśmy te dotychczasowe wzrosty.

Rosną między innymi ceny pieczywa (Paweł Piotrowski/ Agencja Gazeta) , W tym roku musimy szykować się m.in. na duży wzrost cen warzyw (Adam Stępień/ Agencja Gazeta)

Dlaczego?

Z prostego powodu – tak jesteśmy skonstruowani, że różnicę między bodźcami dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy jest ona odpowiednio duża, widoczna, odczuwalna. Jeżeli mamy miskę z wodą w określonej temperaturze i miskę z wodą w temperaturze o jeden stopień wyższą, to nie będziemy w stanie odczuć różnicy. Podobnie jest z inflacją – gdy ceną rosną nieznacznie, mamy tendencję do ignorowania tego zjawiska. Ale gdy nagle inflacja wzrośnie do na przykład 10 proc., już nie da się tego nie zauważyć. Tym bardziej że podwyżki cen mają wpływ na nasz miesięczny budżet. Strach przed kolejnymi podwyżkami sprawia, że zaczynamy wykonywać paniczne ruchy i podejmować nieracjonalne decyzje.

Można pomyśleć, że ludzie po prostu biorą sprawy w swoje ręce, dbają o własne interesy.

I w tym problem – własne interesy. To działanie, które można porównać do procesu wyszczepialności społeczeństwa. Szczepimy się nie tylko dlatego, że w dłuższej perspektywie sami będziemy chronieni przed wirusem, ale także dlatego, żeby inni ludzie nie chorowali. To działanie na rzecz zrównoważonego społeczeństwa, nie tylko na rzecz samych siebie. W przypadku inflacji powinien działać podobny mechanizm. Niestety, Polacy nie rozumieją, jak działa inflacja, bo nasza wiedza ekonomiczna jest na bardzo niskim poziomie, więc pierwsze, co robią, gdy ceny rosną, to sami je podwyższają lub wymuszają na pracodawcach podwyżki.

Czy są narody, które traktują inflację z większym spokojem? A może po prostu ludzie w ogóle tak mają?

Obawiam się, że inflacja zawsze będzie problemem, bo oznacza, że przy tych samych pensjach biedniejemy. Przykładowo, po wprowadzeniu Euro w latach 2008-2009, poziom cen nie zmienił się, a mimo to Niemcy, Włosi czy Holendrzy przekonani byli, że ceny wzrosły. Po jakimś czasie okazało się, że wyimaginowana inflacja nakręciła inflację rzeczywistą.

Tutaj ogromną rolę powinny odegrać państwo oraz instytucje finansowe, których zadaniem jest czuwanie nad tym, jak zmieniają się parametry ekonomiczne, i reagowanie na te zmiany. Co natomiast mówią niektórzy politycy i jaki przekaz trafia do ludzi? Że inflacją nie trzeba się przejmować, bo dzięki temu nasze pensje rosną.

Narodowy Bank Polski (Maciek Jazwiecki/ Agencja Gazeta) , Olsztyn, ulica Dworcowa. Billboard promujący Rządową Tarczę Antyinflacyjną (Robert Robaszewski/ Agencja)

W związku z tym nie jestem zbyt dobrej myśli, jeśli chodzi o ewentualne przeciwdziałanie wzrostowi inflacji na poziomie centralnym.

Czyli jako społeczeństwo powinniśmy raczej oszczędzać i mniej wydawać, niż dążyć do tego, żeby odbijać sobie to, co "zabrała" nam inflacja? Dla wielu osób początek pandemii był okresem zaciskania pasa i teraz mają go zacisnąć jeszcze bardziej?

Rzeczywiście, bardzo wiele osób czeka na to, aż ta pandemia się wreszcie skończy i będą mogły się nagrodzić, czyli na przykład wyjechać w podróż do kraju, w którym są surowe ograniczenia w związku z pandemią, lub pójść na imprezę do klubu czy na koncert. A tu się okazuje, że nie dość, że się nie skończyła, to jeszcze trzeba zaciskać pasa z innego powodu. To na pewno budzi dużą frustrację.

Na oszczędzanie często patrzymy w bardzo skrajny sposób – wydaje nam się, że aby odczuć jakieś jego efekty, trzeba zrezygnować z wielu ważnych dla nas rzeczy. Tymczasem między postawą "rezygnuję ze wszystkiego" a "nie robię nic" jest duża przestrzeń. Zwłaszcza w takim okresie jak święta czy poświąteczne wyprzedaże warto się zastanowić, czy naprawdę potrzebuję kolejnej sukienki czy swetra lub nowego smartfona czy telewizora. Może się okazać, że wiele rzeczy, które kupujemy, to po prostu nasze widzimisię.  

Pytanie, co rzeczywiście jest tym widzimisię, a co prawdziwą, ważną potrzebą. Czytałam wypowiedź kobiety, która żeby zaoszczędzić, zrezygnowała z kupowania droższych, ekologicznych produktów.

Warto sobie zadać pytanie, z czego mogę zrezygnować, nie obniżając jednocześnie jakości mojego życia. Jeżeli zacznę oszczędzać na jedzeniu, to jakość mojego życia na pewno spadnie. Pytanie, czy będzie mi się żyło gorzej, jeśli przestanę pić kawę na mieście kilka razy w tygodniu.

Ta symboliczna kawa na mieście dla niektórych to wyznacznik dobrobytu.

Skoro możliwość napicia się tej kawy ma dla nas aż tak duże znaczenie, to z tego nie rezygnujmy. Ale jeżeli piję ją, bo tak mi wygodniej albo dlatego, że nie zdążyłam napić się kawy w domu, a mam ekspres, to może warto rozważyć zmianę nawyku.

Ja od początku zeszłego roku nie kupiłam w sklepie ani jednej sztuki ubrania. Nie oznacza to, że w ogóle nie kupiłam sobie żadnego ubrania – było tego całkiem sporo, bo znacznie schudłam. Od dawna robię jednak zakupy na portalu, gdzie sprzedawane są rzeczy z drugiej ręki, często nowe albo w bardzo dobrym stanie. Gdybym kupowała w zwykłym sklepie, wydałabym dużo więcej, przy okazji zwiększając zanieczyszczenie środowiska.

Nie uważam, że każdy powinien postępować dokładnie tak jak ja. Ale jestem przekonana, że każdy może znaleźć w swoim repertuarze zachowań konsumenckich element, który da się skorygować i tym samym sprawić, że będzie wydawać mniej. I - co ważne - jednocześnie nie odczuje, że żyje mu się gorzej. Może nie potrzebuję wcale konta w serwisie VOD, bo ostatni raz oglądałam coś dwa miesiące temu? Albo mam dostęp do dwóch takich platform, a wystarczy mi jedna.

A kina, teatry, podróże?

Warto się zastanowić, z czego możemy zrezygnować, co nie jest dla nas tak ważne. Bo jeśli wybierzemy coś emocjonalnie znaczącego, to małe szanse, że wytrwamy w oszczędzaniu. W odchudzaniu kluczowe nie jest to, żeby zupełnie zrezygnować z tego, co sprawia nam przyjemność, ale dawkować sobie te przyjemności. Podobnie jest z oszczędzaniem.

Oszczędzanie. Warto sobie zadać pytanie, z czego mogę zrezygnować, nie obniżając jednocześnie jakości mojego życia (NK)

Jak namówić ludzi do oszczędzania, skoro za 100 zł dziś oszczędzone za pół roku będą pewnie mogli kupić mniej niż obecnie? Czy takie myślenie powoduje, że wydajemy coraz więcej pieniędzy i napędzamy inflację?

Niestety, przy zalewających nas informacjach o inflacji faktycznie wydawanie wydaje się bardziej racjonalne niż oszczędzanie. Chyba że oszczędzalibyśmy w sposób, który przyniesie nam zyski powyżej inflacji. Minimalny wkład na wielu funduszach inwestycyjnych to właśnie 100 zł. Może warto spróbować?  

Mam koleżankę, która ciągle się martwi, że ma za mało pieniędzy. Jednocześnie widzę, że swoim bliskim kupuje zawsze bardzo drogie prezenty, przynajmniej dwa razy w roku wyjeżdżają na wakacje, ostatnio kupili z mężem nowy samochód. Kiedy rzeczywiście nie mamy pieniędzy, a kiedy tylko nam się wydaje, że ich nie mamy?

Świetne pytanie! W badaniu, które przeprowadzałam kilka lat temu, pytałam Polaków o ich domowy budżet oraz o to, czy ich zdaniem są w dobrej sytuacji finansowej, czy w złej. Okazało się, że u wielu osób jest bardzo duży rozdźwięk między tym, jaką rzeczywiście mają sytuację finansową, a tym, jak subiektywnie ją oceniają. Wnioski były dwa.

Jakie?

Po pierwsze, u osób, które mają wysokie umiejętności zarządzania budżetem, potrafią go kontrolować, wykorzystują okazje, żeby zarobić albo zaoszczędzić, ten rozdźwięk jest zdecydowanie mniejszy niż u osób, które nie potrafią zarządzać pieniędzmi, nigdy nie wiedzą, ile mają na koncie. Ci drudzy martwią się więc "na wszelki wypadek".

Po drugie, o wiele bardziej o pieniądze martwią się ci, którzy traktują je jako nośnik wielu wartości, takich jak prestiż, władza. I wierzą też, że pieniądze byłyby w stanie rozwiązać wiele ich problemów. "Pieniądze muszą być, żebym czuł się dobrze, żebym był szczęśliwy. Dlaczego jeszcze nie jestem szczęśliwy? Bo mam za mało pieniędzy". W przypadku ludzi w ten sposób myślących często wysokość zarobków nie jest ważna, bo pieniędzy zawsze będzie za mało. Wciąż więc będą niezadowoleni. A dlaczego? Bo poczucie szczęścia nie jest związane z pieniędzmi, ale z tym, jak dobre mamy relacje z ludźmi. Jeżeli większość swojego czasu poświęcamy na koncentrowanie się na pieniądzach, to nie mamy czasu na pielęgnowanie relacji.

A jednak często się słyszy: moim marzeniem jest sytuacja, w której nie będę się musiał martwić o pieniądze. Znam osoby, które osiągnęły ten pułap i rzeczywiście lżej im na sercu.

Problem jednak w tym, że bardzo często wraz ze wzrostem zamożności rosną aspiracje. Polska jest krajem, który coraz bardziej się bogaci, mamy coraz więcej, stać nas na więcej, dlatego tak bardzo boli nas, kiedy musimy zacisnąć pasa.

Jest taka świetna książka nieżyjącego już szwedzkiego profesora Hansa Roslinga "Factfulness", w której próbuje rozprawić się z mitem, że żyjemy w tak trudnych czasach. Nie wiem, czy zdaje sobie pani sprawę, ale w latach 50. XX wieku, czyli nie tak dawno, większość szwedzkich gospodarstw domowych nie miała dostępu do prądu. Na przestrzeni ostatnich 70 lat jakość naszego życia znacznie się poprawiła, ale wciąż się słyszy, że współczesne młode pokolenie, które wchodzi w dorosłość, ma tak bardzo trudno, dużo gorzej niż poprzednicy.

Pod względem możliwości usamodzielnienia się faktycznie nie jest łatwo. Proszę spojrzeć na ceny mieszkań.

Za czasów naszych rodziców w sklepach nie było nic, a kilkuosobowe rodziny mieszkały w 30-metrowych kawalerkach. Mama mojej koleżanki pisała doktorat nocami w łazience, trzymając maszynę do pisania na klapie toalety i siedząc na podłodze, bo nie chciała obudzić dzieci śpiących w jedynym pokoju.

Aspiracje nam wzrosły, mamy większy dostęp do informacji, co sprawia, że o wiele łatwiej wykonywać społeczne porównania. Niestety, rzadko porównujemy się w dół, a częściej w górę, czyli patrzymy, komu raczej możemy zazdrościć, niż od kogo mamy lepiej.

'Za czasów naszych rodziców w sklepach nie było nic, a kilkuosobowe rodziny mieszkały w 30-metrowych kawalerkach' (Maciek Jaźwiecki/ Agencja Wyborcza.pl)

Nie da się jednak zaprzeczyć, że wielu Polaków wciąż żyje w biedzie. Ponad 2 mln – na granicy skrajnego ubóstwa; ich liczba wzrosła o 400 tys. w 2020 roku. To dane z "Raportu o biedzie w 2021 r." sporządzonego przez Szlachetną Paczkę.

To prawda. I zgodnie z badaniami Anandi i współpracowników, opublikowanymi w 2013 roku w czasopiśmie "Science", życie poniżej poziomu zapewniającego minimalny komfort i związane z tym nieuchronne martwienie się o pieniądze upośledza funkcjonowanie człowieka. Sprawność intelektualna spada i zachowujemy się tak, jakbyśmy byli mniej inteligentni, nawet wypadamy gorzej w testach inteligencji. Ciągłe myślenie o tym, czy nas na coś stać, zastanawianie się, z czego muszę zrezygnować, żeby naprawić samochód, który nagle się zepsuł, lub jak znaleźć pieniądze na leczenie, bardzo obciąża umysł. Sprawia, że brakuje nam zasobów na to, by logicznie i racjonalnie myśleć.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

To mit, że pieniądze dają szczęście, ale prawda jest taka, że ich brak prowadzi do nieszczęścia. Konieczne jest więc zapewnienie sobie tego minimum potrzebnego do zaspokojenia podstawowych potrzeb. I jednocześnie należy mieć świadomość, że powyżej pewnego pułapu nie będzie nam już lepiej.

Agata Gąsiorowska. Psycholożka. Naukowo zajmuje się psychologią ekonomiczną i zachowaniami konsumenckimi, a w szczególności psychologicznymi funkcjami pieniędzy i bezrefleksyjnym kupowaniem. Autorka książki pt. „Psychologiczne znaczenie pieniędzy" (2014) oraz wielu artykułów naukowych, publikowanych w Polsce i za granicą.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.