Rozmowa
Waldemar Pokromski (Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)
Waldemar Pokromski (Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Urodził się pan w Sławie Śląskiej. Najwyraźniej sława była panu pisana.

A wie pani, że całkiem niedawno pomyślałem, że może coś w tym jest? Choć nie spodziewałem się, że tak potoczy się moje życie. Chciałem się zajmować sztuką, przede wszystkim rzeźbą i malarstwem oraz teatrem.

Już jako dziecko widziałem się w świecie teatru. W wakacje jeździłem w odwiedziny do mojej ciotki Stefanii Andrzejczyk, która była kostiumografką w Teatrze Polskim w Poznaniu. Szyła stroje dla Niny Andrycz i Mieczysławy Ćwiklińskiej. Ubierała też lalki w innym miejscowym teatrze. Chodziłem z nią do pracy i przypatrywałem się tym wszystkim strojom. Fascynowało mnie to bardzo. Zacząłem nawet robić pacynki i marionetki, którym z wielkim pietyzmem malowałem twarze. I tam chyba, gdy miałem osiem lat, złapałem bakcyla.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Czyli to wszystko przez ciotkę?

W jakimś stopniu mnie zainspirowała, to prawda. Ale od zawsze rysowałem, malowałem. W podstawówce nauczycielka zaproponowała, żebym zdawał do liceum plastycznego. Nie dostałem się jednak, bo oblałem matmę.

Potem zdawałem do Akademii Plastycznej w Gdańsku, ale też się nie dostałem.

Zatrudniłem się jako statysta na planie "Krajobrazu po bitwie" u Andrzeja Wajdy. Zagrałem jednego z wypędzonych z byłego obozu koncentracyjnego. Obserwując pracę charakteryzatora na planie, przekonałem się wtedy, że jest malarzem i rzeźbiarzem w jednym, czyli łączy to, co mnie fascynuje.

Zobacz wideo

Jak pan trafił do zawodu?

Przez przypadek dostałem szansę. Od przyjaciółki, która tańczyła w enerdowskim balecie i przyjechała do Polski na wakacje, dowiedziałem się, że mógłbym wyjechać za granicę, do NRD, bo tam, w teatrze w Wittenberdze, potrzebują charakteryzatora praktykanta umiejącego czesać. Ale ja nim nie byłem. Zacząłem więc przyuczać się w zakładzie fryzjerskim. Gdy po paru miesiącach poczułem się pewnie, spakowałem się i wyjechałem.

Waldemar Pokromski maluje Annę Dymną (archiwum prywatne)

Charakteryzacja to nie tylko praca z fryzurą aktora.

Tak, to nie tylko praca z fryzurą. Ale czesanie w charakteryzacji jest bardzo ważne, bo fryzurą podkreślamy epokę. Czesanie jest więc nieraz ważniejsze od makijażu.

Dyrektor Teatru Elbe-Elster wysłał mnie na naukę charakteryzacji przy szkole artystycznej w Dreźnie. Stamtąd, a było to w latach 70., pojechałem do Berlina Wschodniego, gdzie zatrudniłem się w filmowym Studiu DEFA, dzisiejszym Studio Babelsberg. Produkowało ono dużo filmów historycznych, więc szlifowałem warsztat, który nabyłem w teatrze.

Już po roku robiłem filmy jako samodzielny charakteryzator. Tam też przy jednej z pierwszych enerdowskich produkcji, "Historii z życia lekkoducha", charakteryzowałem Annę Dymną. Bardzo się ucieszyłem, bo wcześniej znałem ją tylko z ekranu.

W Berlinie poznałem wielu znanych polskich aktorów, którzy przyjeżdżali tam jako polskie gwiazdy, między innymi Barbarę Brylską, Andrzeja Kopiczyńskiego i Maję Komorowską.

Niektórych z nich po latach charakteryzował pan do ról u znanych reżyserów.

Nie od razu. To było po tym, jak z Berlina ruszyłem w świat.

Na planie filmu 'Dziewiąte wrota' Romana Polańskiego (archiwum prywatne)

Kiedy i za czym?

Za pracą. Dostawałem kolejne propozycje, pracowałem przy dużych produkcjach filmowych w Monachium, Kolonii, Paryżu i we Włoszech. W czeskim studiu filmowym Barrandov pracowałem na przykład ze słynnym Christophem Waltzem, który dzisiaj ma już dwa Oscary.

W końcu dostałem krótki faks z informacją, że znany amerykański reżyser szuka polskiego charakteryzatora z doświadczeniem zagranicznym. Wysłałem swoje résumé. Wkrótce dostałem odpowiedź, też faksem. Długą chyba na metr, od producenta Stevena Spielberga. Zapraszał mnie na plan "Listy Schindlera".

Zrezygnowałem z innych propozycji filmowych i pojechałem na plan do Polski. Choć na początku niewiele brakowało, żebym z tego planu zwiał. Było zimno, tłumy aktorów, praca po 18–20 godzin na dobę, praktycznie zero snu. Na szczęście powstrzymała mnie żona, którą nazywam aniołem mojego sukcesu. Wiem, że gdyby nie Aldona, z pewnością nie zaszedłbym tak daleko.

Waldemar Pokromski i Ralph Fiennes na planie filmu 'Lista Schindlera' (archiwum prywatne)

I gdyby nie pańska pracowitość i profesjonalizm, które sprawiały, że znani reżyserzy wzajemnie sobie pana polecali.

Po "Liście Schindlera", przy której bez wytchnienia pracowałem przez trzy miesiące, rzeczywiście zrobiło się o mnie głośno w branży filmowej.

Na planie panowały porządek i żelazna dyscyplina, bo Spielberg doskonale wie, czego chce, i jasno to komunikuje, choć poza planem jest człowiekiem raczej zamkniętym w sobie. W scenach w getcie grało około tysiąca osób, a ja, wspólnie z moim zespołem, musiałem wszystkich ucharakteryzować: twarze, włosy… Sporo pracy.

Właśnie film Spielberga otworzył mi okno na świat, bo propozycje zaczęły przychodzić jedna po drugiej.

Michael Haneke, Andrzej Wajda, Paweł Pawlikowski, Oliver Stone…

Z Hanekem zrobiłem pięć filmów, czyli można już mówić, że to stała współpraca. Lubimy razem pracować, bo ja znam jego styl pracy, a on mój. To reżyser, któremu zależy, żeby charakteryzacja nie była przerysowana.

U Andrzeja Wajdy z kolei na planie zawsze panował niesamowity spokój. Bywało też zabawnie, bo to był człowiek o ogromnym poczuciu humoru. Pracowałem z nim między innymi na planie "Zemsty" w Pieskowej Skale. Wystąpiła tam cała plejada najlepszych polskich aktorów, a ja ich charakteryzowałem. Roman Polański, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Janusz Gajos, Katarzyna Figura, Agata Buzek. Wszyscy oni zjedli zęby na aktorstwie i z ogromnym podziwem śledziłem sposób, w jaki wchodzą w swoje role.

Waldemar Pokromski i Katarzyna Figura na planie filmu 'Zemsta' (Marzena Hmielewicz / Agencja Wyborcza.pl)

W filmie "Wałęsa. Człowiek z nadziei" przyklejałem wąsy Robertowi Więckiewiczowi, który wcielił się w tytułową rolę. Malowałem też do roli Krystynę Jandę w Ameryce. Jest rzeczowa i bardzo wymagająca. Ma do tego prawo, bo przecież to świetna aktorka i reżyserka. Na szczęście ja wiem, jaki lubi styl charakteryzacji – naturalny, delikatny makijaż, najlepiej, żeby był niewidoczny.

Z kim pracuje się lepiej: z aktorami czy aktorkami?

I tu pewnie panią zdziwię, bo często aktorzy są bardziej wrażliwi niż aktorki. A wydawałoby się, że odwrotnie, prawda?

Tymczasem to mężczyźni zwykle chcą wyglądać młodo i atrakcyjnie. Mówią: Waldek, dość już tych zmarszczek, łysina jest za duża, brzuch wystaje za mocno. Odpowiadam wtedy, że przecież wszystko to jest w scenariuszu, więc aktor wiedział, na co się pisze.

Ma pan więc wymówkę.

Taki musisz być – mówię. Gdy ten argument nie działa i aktor nadal nie chce się "obrzydzić", wzywam reżysera na pomoc. To zwykle działa.

Kobiety natomiast zwykle nie mają problemu z postarzaniem czy dodawaniem kilogramów. Za sprawą mojej charakteryzacji Maria Callas w filmie "Wielki Bagarozy" wyglądała na znacznie grubszą, niż w istocie była grająca ją aktorka, czyli Corinna Harfouch.

Waldemar Pokromski i Hugh Grant na planie filmu 'Nocny pociąg do Wenecji' (archiwum prywatne)

Powiększył pan też rozmiar słynnemu Mefistofelesowi z "Fausta" Aleksandra Sokurowa.

Akurat Anton Ardasinski nie miał z tym najmniejszego problemu. Jego ciało, które całkiem nagie dumnie wynurza się z kąpieli, dosłownie rzeźbiliśmy w glinie i przez dwa miesiące modelowaliśmy kształt ciała.

Następnie wszystko było przeniesione w sylikon. Pomagało mi czworo asystentów. Na dużych planach kieruję zwykle kilkuosobowym zespołem. A przy "Pachnidle" w zbiorowych scenach na planie pracowało aż 50 charakteryzatorów. Ja przychodzę do pracy pierwszy, często o świcie, i wychodzę ostatni, zwykle w nocy.

W jaki sposób tworzy pan filmowe postaci?

Na początku zawsze robię dokumentację. Przeglądam albumy z rzeźbą i malarstwem epoki, w której ma się dziać historia, odwiedzam muzea. Jeśli film jest bardziej współczesny, czerpię inspirację z nagrań dokumentalnych i ze zdjęć.

Materiały, takie jak specjalne kleje czy wąsy, kupuję w sklepach dla charakteryzatorów na całym świecie. Najlepiej zaopatrzone są te w Los Angeles, ale i w Warszawie są trzy czy cztery z całkiem dobrym asortymentem.

Waldemar Pokromski i Daniel Craig na planie filmu 'Obsession' (archiwum prywatne)

Czasem aktor spędza u pana na fotelu kilka dobrych godzin. O czym rozmawiacie?

O wszystkim. Aktorzy opowiadają mi o swoim życiu rodzinnym, chorobach, problemach. Cierpliwie słucham, a nieraz nawet muszę coś doradzać. Taki ze mnie "wujek dobra rada".

Choć raczej mówię, co ja o tym myślę, po prostu. Nie mam odwagi, by dyktować komuś, co ma zrobić. Uważam, że każdy – sławna osoba również – musi poradzić sobie ze swoimi problemami sam.

Taki to zawód. Zdaję sobie sprawę, że czasem wysłuchanie kogoś już mu w jakimś stopniu pomaga. Charakteryzator jest pierwszą osobą, która ma kontakt z aktorem zaraz po tym, gdy przyjeżdża on na plan. I ostatnią, która się z nim żegna. Musi zatem zrobić wszystko, żeby aktor odpowiednio się zrelaksował, zapomniał o swoich problemach i skupił się na grze.

Jest pan dla aktorów kimś w rodzaju terapeuty?

Raczej spowiednika. Obowiązuje mnie poufność największego stopnia, Wszystko, o czym aktorzy opowiadają mi podczas charakteryzacji, zostawiam dla siebie. Wie pani, czasem aktor po prostu chce z siebie zrzucić codzienne problemy i pójść na plan oczyszczony, ze spokojną głową. A moją rolą jest mu pomóc. Zresztą producent często mówi mi tak: zrób wszystko, żeby aktor był zadowolony.

Waldemar Pokromski i Joanna Kulig na planie filmu 'Zimna wojna' (archiwum prywatne)

Dotyczy to zarówno samopoczucia, jak i wyglądu. Czasem muszę przymierzyć kilkanaście peruk, by wreszcie trafić na tę, w której aktorka będzie czuła się dobrze. Nie taka długość, zły kolor – ile razy to słyszałem. A przymiarki trwały do skutku.

Zdarzyło się panu, że aktor bądź aktorka nie chcieli wyjść na plan w pana charakteryzacji?

Szczerze mówiąc – nigdy. Przed zdjęciami robimy próby z kamerą i sprawdzamy, jak wygląda charakteryzacja. Oceniamy, czy jest dobrze albo czy coś trzeba zmienić.

Często zdarza się, że kończę charakteryzację, aktor wstaje z fotela i mówi: wiesz, już jestem w roli, już jestem tą postacią, którą mam być na planie. Hrabią, mordercą, gestapowcem.

Czy hollywoodzcy aktorzy są bardziej wyluzowani, bardziej otwarci?

Właśnie nie. Najczęściej aktor z Hollywood siada w fotelu i przez kilka godzin charakteryzacji nie odzywa się ani słowem. Już wchodzi w rolę. Do tego stopnia, że kiedyś, gdy puściłem sobie muzykę, usłyszałem od jednego: "Czy myślisz, że moja postać słuchałaby właśnie takiej muzyki?". Odpowiedziałem: "Nie wiem, może". Mimo to zostałem poproszony o zmianę z mocniejszego kawałka na spokojniejszy.

Zdradzi pan, kto to był?

Tu akurat mogę powiedzieć, że chodziło o Josepha Gordona-Levitta, którego charakteryzowałem do roli Snowdena w filmie Olivera Stone’a.

Europejscy aktorzy zwykle mają większą potrzebę rozmowy czy opowiadania o swoich sprawach. Hollywoodzka gwiazda natomiast cierpliwie czeka, aż skończę, po czym wstaje, dziękuje i wychodzi.

Waldemar Pokromski na planie filmu 'Snowden' (archiwum prywatne)

W ogóle na amerykańskich planach panują większe restrykcje. Każdy zna swoje zadania i odpowiada wyłącznie za nie. Nie można wejść w czyjeś kompetencje. Kiedyś na planie po charakteryzacji założyłem aktorce kapelusz. Kostiumografka zrobiła mi ogromną awanturę, mówiąc, że ona jest od tego, a nie ja. Na europejskich planach wszyscy wzajemnie sobie pomagają. Normalne jest, że charakteryzator założy aktorowi marynarkę czy czapkę.

Zapomina pan błyskawicznie o tym, z czego zwierzył się panu aktor, czy siedzi to w panu przez kilka kolejnych dni?

Wszystko zależy od wagi problemu, o którym rozmawiamy. Bywa, że drugiego dnia zdjęć aktor czy aktorka kontynuuje temat. Na przykład narzeczony nie wrócił na noc, więc rozmawiamy o tym, co mógł robić. Choć przecież ja nie mogę go zmusić, żeby przyszedł do domu.

Konsekwentnie nie poda mi pan żadnego nazwiska, nie wyciągnę z pana żadnych szczegółów?

Wykluczone. Wie pani, kiedyś w Hollywood zaproponowano mi wydanie książki, która składałaby się z moich wspomnień. Oferowano mi duże pieniądze, jednak ja się nie zgodziłem. Co z tego, że zarobiłbym fortunę, skoro straciłbym twarz? Nikt by mi już nie zaufał.

Czym ostatnio się pan zajmował?

Pracowałem przy "Lokatorce". Czułem spory stres. To fabuła inspirowana prawdziwymi wydarzeniami związanymi z reprywatyzacją w Warszawie i wielu bohaterów tej historii wciąż żyje.

Waldemar Pokromski i Ryszard Horowitz podczas sesji zdjęciowej (Adam Golec / Agencja Wyborcza.pl)

Niedawno skończyłem też pracę na planie filmu z Terrence’em Malickiem. "Ukryte życie" to opowieść o życiu Franza Jägerstättera, którego uznano za męczennika, po tym jak odmówił walki w szeregach nazistowskiej armii.

Ile w sumie osób szykował pan do roli?

Mam na koncie kreacje współczesne i historyczne, bohaterów przyszłości i nieskończoną liczbę trupów. Nigdy jednak tego nie liczyłem. Podejrzewam, że jeśliby liczyć tylko słynnych aktorów i aktorki, byłoby ich około stu.

W tym roku obchodzę 50-lecie pracy zawodowej i udało mi się wyliczyć, że pracowałem na całym świecie na planie stu filmów, w tym sześciu nominowanych do Oscara. Trzy z nich: "Pianista", "Lista Schindlera" i "Fałszerze", nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej zdobyły. Ale o gali nie chciałbym nic mówić, bo byłem świadkiem wielu naprawdę żenujących sytuacji.

A ja jestem ciekawa pańskich anegdot.

Opowiem pani taką z lat 80. Pojechałem do Paryża, żeby kręcić teledysk z Catherine Deneuve do piosenki, którą skomponował dla niej Serge Gainsbourg. Gdy usłyszałem, że będę malował tę zjawiskową aktorkę, to nakupowałem mnóstwo kosmetyków najlepszych marek.

Denevue przyszła do charakteryzatorni, usiadła i mówi tak: przypudruj mi nos, trochę wytuszuj rzęsy i to wszystko, dziękuję. Byłem zaskoczony, nie mogłem uwierzyć, zwłaszcza że nie miała żadnego makijażu. Po prostu okazała się minimalistką.

Podobnie było ze słynnym piosenkarzem i aktorem Deanem Martinem. Usiadł i mówi: przypudruj mi tylko nos, który – jak widzisz – jest czerwony, bo piję dużo whisky. Ale nic więcej.

Waldemar Pokromski podczas gali na Festiwalu Filmowym w Gdyni (Rafał Malko / Agencja Wyborcza.pl)

Gdy przejrzałam zdjęcia z pana archiwum, uświadomiłam sobie, że zna pan chyba wszystkie największe gwiazdy.

Nie ze wszystkimi z nich miałem okazję pracować, ale wiele poznałem na różnych galach czy bankietach, jak chociażby Julię Roberts czy Meryl Streep. Z kolei lata temu robiłem na przykład film pod tytułem "Obsession" z Danielem Craigiem. Nikt wtedy go jeszcze nie znał, a teraz jest słynnym Bondem. Dawno temu poznałem też Hugh Granta, zanim został wziętym aktorem.

Pracowałem z kilkoma aktorami, którzy później powiedzieli mi tak: masz dobrą rękę, bo od chwili, jak mnie ucharakteryzowałeś, zacząłem dostawać coraz lepsze role.

Kto na przykład?

Na przykład właśnie Hugh Grant.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

A kogo chciałby pan kiedyś przygotować do roli?

Meryl Streep, bo to moim zdaniem bez wątpienia największa gwiazda, ale pewnie się to marzenie nie spełni. Ona od wielu lat ma osobistego charakteryzatora.

Ale nie mam powodów do narzekań. Pracowałem z tyloma wspaniałymi reżyserami i aktorami, że czuję się spełniony.

Waldemar Pokromski. Tworzył charakteryzacje do stu filmów, w tym trzy nagrodzone zostały Oscarem. Pracował z jedenastoma oscarowymi reżyserami. Odznaczony Skrzydłami za wybitne osiągnięcia w dziedzinie sztuki filmowej poza Polską oraz Złotym Medalem Zasłużony Kulturze – Gloria Artis. Jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej i Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej.