Rozmowa
Monika i Robert Janowscy (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)
Monika i Robert Janowscy (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Wyobrażam sobie, jak bardzo są państwo zmęczeni sytuacją, w której się znaleźli. A może raczej przerażeni? 

Robert: Ja czuję zmęczenie i niepewność. Co dalej? Czy to będzie eskalowało?  

Monika: Ja jestem przerażona.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Psychiatra dr Anna Mosiołek opowiadała mi o syndromie de Clérambaulta: stanie psychozy, w którym występują urojenia zakochania. Osoba jest przekonana, że ktoś - zwykle o wyższym statusie społecznym - jest w niej zakochany. Chory uważa, że obiekt miłości nie może z nim być, ale daje tę miłość do zrozumienia, na przykład prezenterka w telewizji mruga do niego lub wykonuje sekretne gesty.  

Robert: To jest właśnie to! Tej kobiecie się wydaje, że ona i ja jesteśmy ze sobą w związku od niepamiętnych czasów, tylko nie wiedzieć czemu przez tych ostatnich 12 lat - bo już 12 lat trwa stalking - jesteśmy w pewnego rodzaju separacji. Natomiast ja daję jej znaki.  

'Fanki przychodziły się przywitać po koncercie, prosiły o autografy i wspólne zdjęcia' (Fot. Paweł Malinowski / Agencja Gazeta)

Jakie?

Robert: Wystarczy, że spojrzy na nią kierowca w autobusie, i to jest – według niej oczywiście – ode mnie znak, że jestem wciąż obecny w jej życiu i czekam na nią. Każdego dnia dostaję od tej kobiety kilka maili, w których ona to wszystko pięknie opisuje: gdzie te znaki się pojawiły, kto je przekazał. Pisze też, jak bardzo się cieszy, że daję jej znaki, mimo że jestem dla niej teraz nieobecny. Bo przecież z nią nie jestem. "Ale to jest kwestia czasu". 

Monika: Zdaję sobie sprawę, że ta osoba może być w stosunku do mnie niebezpieczna, ponieważ traktuje mnie jako przeszkodę – jakkolwiek absurdalnie to brzmi - która jej nie pozwala na związek z moim mężem.  

W jakim wieku jest to osoba? 

Robert: Po czterdziestce. 

A jak to wszystko się zaczęło? 

Robert: 12 lat temu nie znałem się jeszcze z Moniką. Miałem liczne fankluby. To byli ludzie, którzy znali mnie jeszcze z "Metra", potem z programu "Jaka to melodia?". Można powiedzieć, że wszyscy razem "starzeliśmy się", bo przecież prowadziłem program ponad 20 lat. Ona była częścią tej społeczności.  Po którymś z koncertów, na których bywała regularnie, zaczęła pisać do mnie maile i listy. 

Wyobrażam sobie, że dla człowieka tak ogromnie popularnego jak pan fanki są stałym elementem życia. Czy to są kobiety, które potrafią zaproponować spotkanie, a może i się oświadczyć? 

Robert: (śmiech) Nie. Aż tak to nie. Moje fanki przychodziły się przywitać po koncercie, prosiły o autografy i wspólne zdjęcia.  

Monika: I to jest wszystko bardzo sympatyczne. Ja przecież prawie wszystkie fanki Roberta znam po imieniu! Są to fantastyczni ludzie, nie tylko kobiety zresztą.  

Robert: Natomiast w tym konkretnym przypadku sprawy zaczęły wyglądać niepokojąco. Maili było więcej i więcej.  

Skąd ta fanka w ogóle miała pańskiego maila? 

Robert: Adres mailowy był dostępny dla fanów, tak że to nie był problem. 

Monika: Mail mailem, ale skąd miała i ma nasze adresy zamieszkania? Numery telefonów? Ona potrafi dzwonić do nas paręnaście razy dziennie. Po każdym połączeniu blokujemy numer, z którego dzwoniła, więc następnym razem dzwoni już z nowego. W każdym razie: zmieniliśmy numer telefonu - zna nowy, zmieniliśmy adres zamieszkania - również tutaj nas znalazła. A naprawdę, proszę mi wierzyć, mało kto wie, dokąd się przeprowadziliśmy. 

Chciałabym jeszcze wrócić na chwilę do tamtego koncertu sprzed 12 lat. Rozmawiał pan z nią wówczas? 

Robert: Być może, ale nie zapamiętałem, kto mi wręczył wtedy kwiatek czy poprosił o zdjęcie. Natomiast po tamtym koncercie zaczęły się pojawiać maile oraz wydzwanianie do domu. Doszło do eskalacji takich zachowań.  

Monika: 'O ile maile do Roberta są. bardzo prorodzinne, bo oni - w jej mniemaniu - są w związku, o tyle jeśli chodzi o mnie, to jest agresja' (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

"Człowiek, który kilka razy widział mnie w szpitalu, od 13 lat wysyła mi miłosne i erotyczne maile oraz listy. Do listów dołącza na przykład swoje włosy łonowe" - tak przebieg choroby opisywała dr Mosiołek. 

Robert: Ja również dostawałem wiele paczek z intymnymi rzeczami… 

Monika: To są czekoladki w kształcie serca, zdjęcia, laurki, ale także bielizna… 

Robert: A na samochód miałem przyklejane serduszka. Takie z farbą, której nie dawało się zmyć. Były też przysyłane cukiereczki w różnych takich kształtach… niewybrednych.  

Monika: I o ile te maile czy wiadomości do Roberta są… bardzo prorodzinne, bo oni - w jej mniemaniu - są w związku, o tyle jeśli chodzi o mnie, to jest agresja. Raz rzuciła butelką, ale nie trafiła. Butelka uderzyła w garaż. Innym razem w ostatniej chwili uciekłam spod kół jej roweru. To może brzmieć śmiesznie, że fanka mojego męża chciała mnie przejechać rowerem, ale biorąc pod uwagę, z jaką prędkością jechała, to myślę, że obie byśmy się porządnie poturbowały, gdyby we mnie uderzyła. To było jeszcze w czasach, kiedy dziewczyny (córki Roberta z poprzedniego małżeństwa – przyp. red.) były małe i odwoziłam je do szkoły. Miałam rytuał, że wracając ze szkoły, wstępowałam po bułki i potem jedliśmy śniadanie razem z mężem. Wyskakiwałam po te bułki, dosłownie nie wyłączając samochodu! Minuta, dwie. To wystarczyło, by parokrotnie ta kobieta oblała farbą mój samochód.  

Niesamowite. 

Monika: Najgorsza była świadomość, że ona ciągle jest gdzieś obok.  

Blisko. 

Monika: Jest blisko, a jednocześnie tak dobrze schowana, że nie jestem w stanie jej dojrzeć. Przerażające było również to, że udało jej się podejść pod same drzwi naszego apartamentu. To był strzeżony budynek, a jednak dostała się do środka przez podziemny garaż i pomalowała nasze drzwi farbą. 

Im dłużej państwa słucham, tym mocniejsze mam skojarzenia z jakimś hollywoodzkim thrillerem. 

Robert: Wychodzę z psem wieczorem i nagle ona wyskakuje zza drzewa. Głupie. Dziecinne. Ale człowiek ma duszę na ramieniu, bo my naprawdę nie wiemy, kiedy i gdzie ta kobieta się pojawi i jaki będzie tego efekt. Czy ona tylko chce się pokazać - jak ekshibicjonistka - i uciec, czy jednak ma gorsze zamiary. Stalking, o którym teraz opowiadamy pani, zgłosiliśmy oczywiście na policję. Sprawa nie została podjęta… 

Jak to nie została podjęta? 

Robert: Usłyszeliśmy, że my musimy tę osobę złapać. Osobiście, fizycznie ją złapać. 

Monika: I tak się stało.  

Robert: Dopiero wtedy została zatrzymana na 24 godziny w areszcie, a ja przedstawiłem policji kilkaset maili, jakie od niej dostałem. Była tego cała gruba teczka. Pani trafiła do więzienia i na przymusowe leczenie do szpitala psychiatrycznego. Przez dwa lata mieliśmy spokój. 

Z więzienia nie pisała do pana listów? 

Robert: Nie. 

Monika: To był czas, kiedy mieliśmy święty spokój, nawet od maili. Ale ja nie sądzę, żeby ich nie wysyłała, dlatego że nie chciała. Domyślam się, że po prostu nie miała wówczas dostępu do Internetu. Dzień, w którym wyszła z więzienia, to był też dzień, w którym znowu się odezwała.  

Czy podczas rozprawy sądowej państwo się spotkaliście? Doszło do konfrontacji? 

Robert: Nie. Reprezentował nas pełnomocnik i nie było rozprawy jako takiej. 

Abstrahując od tego, czy to w ogóle ma sens, zastanawiam się, czy państwo próbowali z tą kobietą spokojnie porozmawiać? Wytłumaczyć, że pan nie stworzy z nią związku? Że nie ma na to szans? 

Robert: Próbowałem pisać do niej w ten sposób. Wielokrotnie usiłowałem jej wytłumaczyć mailowo, że jej zachowanie nie ma sensu. Że dla nas nie ma przyszłości, ponieważ ja jestem od 10 lat żonaty i między mną a nią nic nie będzie. To nic nie daje.  

Pańska stalkerka nie traci do pana ciepłych uczuć? Maile są utrzymane w miłosnym tonie? 

Robert: Tak! "Kotku", "miśku", "kochanie". 

Czy pani również otrzymuje wiadomości, czy groźby pod pani adresem znajdują się w wiadomościach do męża? 

Monika: Raz do mnie zadzwoniła. To było dawno temu. Zapytała, jak to jest być… nawet chyba nie użyła słowa "żoną", tylko "kobietą kogoś, kto cię nie chce". Wydźwięk był taki, że Robert tak naprawdę bardzo chciałby być w związku z nią, tylko ja jestem przeszkodą, a on jakoś nie potrafi się tej przeszkody pozbyć, więc ona chętnie mu w tym pomoże. 

Robert: Po którymś z przesłuchań policjanci powiedzieli mi, że wcześniej adresatem uczuć tej kobiety był bardzo znany polski aktor. Ona po prostu zmieniła obiekt swojej miłości. 

Czy państwo są tym tylko zmęczeni, czy mają poczucie fizycznego zagrożenia?  

Robert: My się boimy. Kiedy w lipcu tego roku się przeprowadziliśmy, poczuliśmy - krótkotrwałą, jak się wkrótce okazało - ulgę, że nikt nas tutaj nie znajdzie. Że mamy spokój.  

Monika:  A jednak była tutaj już dwukrotnie. Za pierwszym razem włożyła do skrzynki list. Bez znaczka, bez adresu. Po prostu odręcznie napisany list: "Robercie, wróciłam. Już wkrótce będziemy razem. Tak jak ci obiecywałam, pozbędę się jej". Za drugim razem przerzuciła kwiaty przez furtkę.  

Kwiaty jakoś bym przeżyła, ale list z groźbą "Pozbędę się jej" to jakiś koszmar. 

Monika: I znowu powiela się absurdalna sytuacja sprzed lat. Co prawda ta pani ma wydany przez sąd zakaz zbliżania się do nas, ale dopóki my jej fizycznie nie złapiemy i w ten sposób nie udowodnimy policji, że ona ten zakaz złamała, to nikt nic nie może zrobić.  

'Kiedy gram recitale, to zawsze zaglądam przez kurtynę na widownię i gorączkowo szukam, czy ona jest na sali' (Fot. Łukasz Kolewiński / AG)

Być może nie wszystko rozumiem, ale nie potrafię sobie wyobrazić, o czym teraz rozmawiamy: jak to, państwo mieliby łapać własną stalkerkę? Stać z nią za rękę, zadzwonić na policję i czekać na przyjazd funkcjonariuszy?  

Robert: Tak właśnie było! 

Kiedy ją przed laty złapaliście, po czym trafiła do aresztu, więzienia oraz szpitala? 

Monika: Tak. Kopnęła mnie wtedy w brzuch tak mocno, że zrobiło mi się ciemnoczarno przed oczami, natomiast Robert jest silniejszy, więc był w stanie ją przytrzymać. Ludzie, którzy widzieli, jak się z nią szarpiemy, a którzy nie znali sytuacji, mogli to odczytać opacznie. 

Że Monika i Robert Janowscy biją Bogu ducha winną kobietę na ulicy.  

Monika: Nikt jej nie bił, ale musieliśmy ją faktycznie siłą zaciągnąć do ochroniarzy, którzy mieli w naszym bloku swoje biuro. Tam ją zamknęliśmy i czekaliśmy, aż przyjedzie policja. Natomiast biorąc pod uwagę, jaki tryb życia prowadzi Robert - że wyjeżdża na koncerty oraz ma różne inne zajętości - to chyba trudno oczekiwać, że ta sytuacja się powtórzy i to znowu my złapiemy stalkerkę i przekażemy ją policji? Na pewno ja - będąc sama w domu w lesie - nie będę się z tą kobietą szarpać. Jakbym ją zobaczyła, to nawet nie wyszłabym za drzwi. Bo przecież nie wiem, czy ona ma przy sobie butelkę, czy nóż, czy... 

Robert: Czy kwas. 

Monika: Dlatego dziś, kiedy miałam do odebrania paczkę, pojechałam do paczkomatu samochodem, mimo że to zaledwie kilka metrów od domu. Było po siedemnastej, a ja po zmroku nie wychodzę sama za furtkę. 

Czy państwo teraz tak naprawdę czekają tylko na kolejną izolację tej kobiety? 

Robert: No ale to by była tylko powtórka z rozrywki: pani zostanie zamknięta, poddana przymusowemu leczeniu, a potem wyjdzie i będzie się działo to samo co teraz.  

Monika: A my nie możemy w nieskończoność uciekać! 

Czyli rozumiem, że ta niedawna państwa przeprowadzka była motywowana właśnie chęcią ucieczki przed stalkingiem?

Robert: Również tym. Tak. 

Czego państwo zatem oczekują dziś od organów ścigania, od instytucji państwa?  

Robert: Ja bym oczekiwał tego, że ta pani zostanie objęta stałą opieką psychiatryczną, po to żeby regularnie przyjmowała leki. Być może pomoc społeczna powinna się nią zainteresować? Myślę o osobie, która by ją odwiedzała i sprawdzała, w jakiej jest formie i czy się leczy. 

Monika: Nie wyobrażam sobie, żeby do końca świata to miało być tak, że my mielibyśmy tę panią łapać, po to by następnie ona miała zostać aresztowana…  

Robert: I wypuszczona! Ponieważ generalnie, dopóki się nie wydarzy nic naprawdę złego, to policja nie jest zbyt aktywna. Poprzednio umorzono sprawy dwukrotnie, argumentując, że "adresat nie zamieszkuje pod wskazanym adresem".  

Monika: Chodziło o nią. 

Robert: Ponieważ nie zastano jej w domu, to policja zamknęła sprawę. No błagam! Przecież są adresy IP, są logowania do komputerów, z których wysyłane są do mnie maile. Można człowieka we współczesnym świecie namierzyć i doprowadzić na testy psychiatryczne, jeśli się chce.  

'To jest bardzo trudne... Ona nie ma przecież świadomości, że robi nam krzywdę: że nas nachodzi, nęka, że my się czujemy zagrożeni. ' (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Rozumiem, że państwa zmagania z systemem, z policją to długa historia i tylko państwa determinacja doprowadziła do poprzedniego skazania tej kobiety. Jakie państwo żywią uczucia w stosunku do niej? Człowiek chory zazwyczaj budzi współczucie, natomiast domyślam się, że u państwa - po tylu latach - może tak nie być.  

(dłuższa cisza) 

Robert: To jest bardzo trudne... Ona nie ma przecież świadomości, że robi nam krzywdę: że nas nachodzi, nęka, że my się czujemy zagrożeni… 

Monika: Dlatego to nie jest ani nienawiść, ani złość. Dalekie mi są takie uczucia w stosunku do osoby chorej, natomiast tym bardziej się jej boję. Sprawcami największych tragedii, jeśli chodzi o stalking, były osoby z zaburzeniami psychicznymi, które nie miały świadomości tego, co robią, a swoje czyny postrzegały w zupełnie innym świetle.  

A czy mogę zapytać, jak ta sytuacja wpływa na państwa związek?  

Robert: Na szczęście nie ma żadnego wpływu. 

Monika: My tworzymy fajny związek i jeśli coś się dzieje złego, to tylko nas do siebie zbliża. Na pewno nie oddala.  

W sytuacjach trudnych może być tak, że jeden z partnerów przeżywa je bardziej emocjonalnie, drugi - racjonalnie i mogą się pojawiać konflikty.  

Robert: Nie, nie. My mamy wspólny problem i staramy się go rozwiązywać wspólnie. Co nie zmienia faktu, że gdyby to Monia miała problem, to przecież ja też byłbym w tym razem z nią.  

Monika: Ja to czuję tak, że Robert bardziej współczuje mi, natomiast ja jemu. Ponieważ nie dość, że jest nękany mailowo, to martwi się też o mnie. Tak że widzi pani: kotłujemy się tak w tym wzajemnym współczuciu.  

Robert: A ja mam coś takiego… Nie chcę tego nazywać psychozą, ale kiedy gram recitale, to zawsze zaglądam przez kurtynę na widownię i gorączkowo szukam, czy ona jest na sali. Nie jest łatwo ją rozpoznać, ponieważ często się przebiera i zakłada peruki. 

Monika: Przefarbowała się też na blond, z tego względu, że ja jestem blondynką! 

Robert: Tak, natomiast kiedy przychodzi na koncerty, to nakłada peruki, żeby być incognito. A jeśli mnie się mimo to uda ją rozpoznać, to idę do organizatora i on ją wyprasza z sali. Ponieważ nie jestem w stanie przewidzieć, co ta kobieta jest w stanie zrobić podczas koncertu. 

Czyli ona nie tylko śledzi państwa w miejscu zamieszkania, ale także jeździ za panem po całej Polsce? 

Robert: No, jeździ… To jest permanentna presja psychiczna. Nie jest to fajne. 

Państwa otoczenie, przyjaciele - rozumieją to, co się w państwa życiu dzieje? 

Robert: Pytają "jak tam ta wasza fanka?", ale my to raczej obracamy w żart.  

Monika: Ponieważ nie chcemy nikogo obarczać swoimi problemami. Ale wie pani, tak naprawdę ktoś, kto sam tego nie doświadczył, nie byłby w stanie sobie nawet wyobrazić, co my przeżywamy. "Ot, większa fanka niż inne" – tak to może być odbierane. A że to jest nieskończenie męczące, smutne i groźne - nie sądzę, żeby ludzie to rozumieli. 

A czy państwo złożyli zawiadomienie do prokuratury o groźbach pod pani adresem? 

Robert: Właśnie jutro idę na policję (rozmawialiśmy 23 listopada - przyp. red.). Zobaczymy, czy powstanie tylko notatka, czy panowie funkcjonariusze pójdą do tej pani do domu i jak zobaczą, że drzwi są zamknięte, to powiedzą, że się nic nie da zrobić, czy jednak sprawa zostanie potraktowana poważnie. 

Monika: Wierzę w nasze organy ścigania. Wierzę, że da się tę sprawę zakończyć z korzyścią dla nas wszystkich.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Robert Janowski jest osobowością telewizyjną – przez 21 lat prowadził program "Jaka to melodia" w TVP – muzykiem, aktorem, a z wykształcenia weterynarzem. Jego popularność osiągnęła apogeum, gdy grał z Oddziałem Zamkniętym oraz w musicalu „Metro", z którym występował na Broadwayu. Jest zdobywcą pięciu nagród Wiktora za osobowości telewizyjną i laureatem czterech Telekamer plebiscytu Tele Tygodnia, w tym Złotej Telekamery. Powtarza , że największą radość dają mu koncerty, na których śpiewa autorskie piosenki. Ślub z Moniką wziął w 2013 roku.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.

TRUDNY PRZYPADEK EROTOMANII

Dr n. med. Jonathan Britmann psychoterapeuta, kierownik Zespołu Leczenia Środowiskowego w szpitalu w Tworkach. Sytuacja opisana w wywiadzie jest bardzo trudna: z jednej strony jest osoba stalkowana, która przeżywa swoje piekło, ale z drugiej: osoba chora, dla której wyimaginowany świat jest jedyny i wyjątkowy. Erotomania częściej dotyczy kobiet i jest zaburzeniem psychicznym zaliczanym do urojeń. Chora ma fałszywe przekonanie, że znana osoba jest w niej zakochana. Uważa siebie za wyjątkową, a relację - jaka łączy ją z ukochaną osobą - za szczególną. Przekonanie to może być tak silne, że kobieta wyobraża sobie, że żona mężczyzny stoi na przeszkodzie do ich wspólnego szczęścia. Rozwiązaniem tej sytuacji jest leczenie farmakologiczne. Ale same leki nie wystarczą. Jedynie psychoterapia daje szanse, by osoba cierpiąca na to zaburzenie zobaczyła swoje życie takim, jakim jest ono w rzeczywistości. Musi ona jednak chcieć podjąć leczenie.