Rozmowa
Dzieci cudzoziemskie w szkołach są często pozostawione same sobie (Dawid Zuchowicz/ Agencja Wyborcza.pl)
Dzieci cudzoziemskie w szkołach są często pozostawione same sobie (Dawid Zuchowicz/ Agencja Wyborcza.pl)

Moja koleżanka jest nauczycielką języka polskiego. Została w tym roku szkolnym przydzielona do uczenia dziewczynki z Ukrainy, która po polsku nie mówi wcale. Ma z nią dodatkowe zajęcia indywidualne, ale nie wie, jak je prowadzić, ponieważ nie jest ekspertką do uczenia języka polskiego jako języka obcego.

Standard.

Według danych Ministerstwa Edukacji i Nauki liczba uczniów cudzoziemskich objętych kształceniem w polskim systemie oświaty wzrosła z 9610 osób w 2009 roku do 133 281 we wrześniu 2021. Czy polskie szkoły są w ogóle przygotowane do edukacji dzieci cudzoziemców?

Szkoły, z którymi ja współpracuję, z obszaru podwarszawskiej gminy Lesznowola, są przygotowane. Ale mam wrażenie, że jesteśmy pod tym względem jakimś wyjątkiem. Bardzo często zgłaszają się do mnie nauczyciele i dyrektorzy chcący dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak wygląda i powinna wyglądać edukacja w szkole, do której uczęszczają na przykład uczniowie z doświadczeniem migracyjnym. Je też – tak jak każde inne dziecko w Polsce – obejmuje obowiązek szkolny. Muszą więc być jak najszybciej zapisane do szkoły. W zależności od tego, ile mają lat, trafiają do odpowiedniej klasy i razem z polskimi dziećmi realizują ten sam program – uczestniczą w lekcjach po polsku, zaliczają kartkówki, sprawdziany.

Samotne dziecko cudzoziemskie (Shutterstock.com)

Chociaż nie znają języka. Z raportu NIK z 2020 roku wynika, że szkoły nie wspierają nauczycieli w pracy z uczniami cudzoziemskimi, brakuje podręczników do języka polskiego jako obcego, nauczyciele mają trudności z prowadzeniem zajęć, bo zróżnicowanie poziomu znajomości języka polskiego wśród uczniów jest tak duże.

W całej Polsce prowadzę szkolenia dla nauczycieli z zakresu pracy w klasie czy szkole wielokulturowej. Opowiadam o narzędziach, z których szkoły ustawowo mogą korzystać, chcąc wspierać dzieci cudzoziemców, a także dzieci z polskich rodzin powracających z zagranicy. I często okazuje się, że tych narzędzi szkoły nie używają lub robią to w ograniczonym zakresie.

Powiedzmy coś więcej o tych narzędziach.

Szkoła może przede wszystkim zapewnić dziecku dodatkowe lekcje z języka polskiego i/lub wyrównawcze – pięć godzin tygodniowo na jedno dziecko, z czego nauczyciele decydują, ile będzie polskiego, a ile wyrównawczych. Często niestety jest tak, że więcej jest tych drugich, ponieważ szkoły nie mogą znaleźć nauczycieli języka polskiego jako obcego lub muszą wysłać swoich nauczycieli na taki kurs. Zajęcia finansowane są przez organ prowadzący szkołę, czyli samorząd terytorialny. Na każde dziecko cudzoziemskie otrzymuje się subwencje od ministerstwa.

Niestety, jak się okazuje, często są one bardzo małe – w czerwcu radny Wrocławia Bartłomiej Ciążyński wspominał, że pieniędzy wystarcza na zaledwie dwie godziny lekcji polskiego w tygodniu.

Dokładnie.

Jak długo trwają takie dodatkowe lekcje?

Dziecko cudzoziemców może na nie uczęszczać tak długo, jak tego potrzebuje. Jeżeli to dziecko z rodziny powracającej – maksymalnie dwa lata. Szkoła powinna dostosować liczbę i rodzaj zajęć do potrzeb ucznia. Niestety, ten przepis nie obejmuje dzieci cudzoziemskich, które mają obywatelstwo polskie i nie są dziećmi powracającymi, na przykład dziecko ma ojca Polaka i matkę Wietnamkę, ale wychowywane jest wyłącznie przez matkę, która nie posługuje się językiem polskim. Tacy uczniowie nie mają żadnego wsparcia w postaci dodatkowych lekcji z polskiego, a zdarza się, że nie znają go wcale.

Według danych MEiN w 3255 placówkach uczniowie cudzoziemscy korzystają z dodatkowej, bezpłatnej nauki języka polskiego. Wszystkich szkół w Polsce jest ponad 35 tys.

Jestem przekonana, że zapotrzebowanie jest dużo większe.

Dlaczego szkoły nie korzystają z możliwości wsparcia dla dzieci, które nie znają języka polskiego?

Może być tak, że dyrektorzy nie mają czasu się tym zajmować, bo mają inne priorytety, a to zawsze dodatkowa papierologia. I trzeba zatrudnić nowe osoby – asystenta kulturowego czy nauczyciela glottodydaktyka, który potrafi uczyć języka polskiego jako obcego. To wszystko wymaga zaangażowania, pracy i oczywiście pieniędzy. Niestety, stawki proponowane dydaktykom są czasem tak niskie, że nikt się nie zgłasza na te stanowiska. Nawet 30 zł brutto za godzinę.

Obecnie nauczycieli brakuje nawet do nauki przedmiotów podstawowych. Rozumiem, że szkoły nie mają obowiązku wdrażania tych rozwiązań?

Nie.

Trudno nawet mówić o tym, jak szkołom idzie dostosowywanie się do potrzeb dzieci cudzoziemców, bo MEiN, jak informuje NIK, nie prowadziło w tym zakresie żadnego nadzoru nad placówkami edukacyjnymi. Gdy zapytałam ministerstwo, czy coś się zmieniło od publikacji raportu, urzędnicy zignorowali moje pytanie.

Często jest tak, że to organizacje pozarządowe pozyskują środki finansowe na wspieranie szkół w obszarze edukacji w wielokulturowym środowisku szkolnym – na warsztaty, szkolenia dla nauczycieli czy też uczniów, na zatrudnienie asystentów kulturowych. I te organizacje zwracają się z ofertą do szkół lub samorządów. Bez tych oddolnych i bardzo ważnych działań zakładam, że w ogóle byłoby marnie.

Jak było w przypadku gminy, z którą pani współpracuje?

Sama rozpoczęła działania, ale to ja poniekąd zapoczątkowałam. Do 2007 roku studiowałam psychologię międzykulturową w Warszawie. Gdy powoli kończyłam studia, zaczęłam się zastanawiać, co ja mogę robić w kraju, który jeszcze wtedy był praktycznie monokulturowy! Kilka lat wcześniej przeprowadziłam się z rodzicami do gminy Lesznowola. Obserwowałam, jak przybywa tam cudzoziemców, głównie z Chin i Wietnamu. Któregoś dnia trafiłam na artykuł w gazecie o tym, jak zmieniła się pod względem kulturowym Lesznowola, z sugestią, że warto, aby pojawiła się tam jakaś inicjatywa integracji miejscowej ludności.

Festyn w chińskiej dzielnicy pod Warszawą (Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta) , (Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

Wpadłam na pomysł zorganizowania warsztatów międzykulturowych dla wszystkich placówek edukacyjnych na terenie gminy i poszłam do samorządu z gotową ofertą projektu. Byłam przekonana, że będę musiała podać milion argumentów, dlaczego taka inicjatywa jest ważna. Po pięciu minutach pani wójt gminy Maria Jolanta Batycka-Wąsik powiedziała, że to oczywiste i że trzeba to robić.

Wtedy, czyli w 2008 roku, w jednej ze szkół na terenie gminy były dwie dziewczynki z małżeństwa mieszanego, polsko-chińskiego. Dziś w tej samej placówce 25 proc. uczniów stanowią cudzoziemcy.

A co, jeśli dziecko trafia do szkoły, w której nie ma dla niego choćby dodatkowych lekcji języka polskiego?

To się niestety zdarza. Wtedy pozostawione jest same sobie. Czasem rodzice zapewniają mu prywatne lekcje polskiego, ale nie wszystkich na to stać. Słyszałam o nauczycielach w szkołach warszawskich, którzy w ramach wolontariatu wspierają takie dzieci. Oczywiście nie powinno tak być, ale bierze się to miedzy innymi z tego, że nauczyciele i dyrektorzy nie są świadomi tego, z jakich narzędzi mogą korzystać. Bo nigdy wcześniej nie mieli w szkole dzieci cudzoziemskich.

Dyrekcja często nie wie też, że ma w szkole ucznia z rodziny powracającej, bo rodzice nie poinformowali o tym, zapisując dziecko do szkoły. I nagle jest zdziwienie, że ono ma złe oceny.

Słyszałam, że w różnych szkołach w Polsce nauczyciele wprost komunikują dzieciom cudzoziemskim: "I tak nie zdasz do następnej klasy, bo nie znasz języka". I wielu z tych uczniów rzeczywiście nie zdaje. Dla większości to ogromna porażka, szczególnie dla dzieci pochodzących z kultur, w których sukces jest ważny, czyli Chin czy Wietnamu. Tam nie ma miejsca na porażkę. Ale na przykład dla dzieci ukraińskich również jest to szok, bo w szkołach w Ukrainie nawet z jedynką przechodzi się do następnej klasy.

Znam przypadek z jednej szkoły w Polsce, w której uczennica, Chinka, nie zdawała do następnej klasy trzy razy. Patrząc z perspektywy kulturowej, była ona w hierarchii swojej społeczności już bardzo nisko. Popadła w depresję, miała objawy lękowe. Kolejne dziecko cudzoziemskie w wieku 12 lat osiwiało ze stresu. Dzieci wyrywają sobie włosy z głowy w celu zniwelowania lęku. Nie dziwi mnie na ulicy widok dzieci cudzoziemskich latem ubranych w grube kurtki. Im jest naprawdę zimno, bo są permanentnie zestresowane.

Straszne.

Fundacja na rzecz Różnorodności Społecznej zrobiła świetny i bardzo poruszający film „Po polsku mam na imię Hania", który obrazuje to, co przeżywają dzieci cudzoziemskie. Dziewczynka dzieli się swoimi doświadczeniami w związku z tym, że przeprowadziła się z rodziną do kraju, w którym mówi się w innym języku, że zmieniła szkołę, opowiada, jak czuła się niewidzialna, jak nie rozumiała, co się wokół niej dzieje i co nauczyciele do niej mówią.

 

Nauka języka to jedno. Do tego dochodzą różnice kulturowe.

Proces akulturacji cudzoziemskiego dziecka, czyli przyswojenia przez nie elementów naszej kultury – wartości, norm zachowań, sposobu myślenia – to ogromne wyzwanie. Tu nie chodzi tylko o to, że ktoś się inaczej ubiera czy wyznaje inną religię. Różnice kulturowe ujawniają się zarówno na poziomie stylów komunikacji, jak i skryptów zachowań.

Na przykład?

Chociażby to, kto pierwszy mówi "dzień dobry" – uczeń czy nauczyciel. Jak się do nauczyciela zwracać – na "ty" czy "proszę pana/pani". Czy w szkole należy zmieniać obuwie, czy nie. To są niby kwestie oczywiste, ale nie dla wszystkich takie same.

Różne kultury w różny też sposób wyrażają emocje. Często spotykam się w pracy z niezrozumieniem intencji, jakie stoją za danym zachowaniem dziecka. W kulturze wietnamskiej i chińskiej ludzie, gdy są zażenowani lub jest im z czymś trudno, to się uśmiechają. Nauczyciele, którzy o tym nie wiedzą, są przekonani, że takie uśmiechające się w trakcie lekcji dziecko z nich drwi.

W naszym kraju od jakiegoś czasu bicie dzieci jest karalne. Zdarzały się w polskich szkołach sytuacje, w których nauczyciele byli świadkami, jak rodzic, który jest cudzoziemcem, bije dziecko.

To tak jak z polskimi rodzinami w Norwegii, które nagle dowiadują się, że mogą stracić dziecko.

Bo krzyczą na nie albo zostawiają je same w domu. Rodzic i dziecko muszą przyswoić nowe skrypty zachowań, ale to wymaga czasu i zrozumienia ze strony dyrekcji i nauczycieli. Ważne, aby w szkole była osoba, która będzie kulturowym mediatorem, bo jedno czy dwa szkolenia to zdecydowanie za mało. Prędzej czy później pojawi się jakaś zaskakująca sytuacja.

Na przykład?

We wrześniu tego roku zostałam poproszona o porozmawianie z rodzicem z Chin i wytłumaczenie mu, dlaczego musi przygotowywać rano dziecku kanapkę do szkoły, a także jakie są prawa i obowiązki ucznia i rodzica w szkole. Nauczycielom z kolei musiałam wyjaśnić, że to, że rodzic tej kanapki nie robi, nie wynika z zaniedbania, tylko z tego, że w ich kulturze takiego wymogu nie ma. Rodziny w Chinach są przyzwyczajone, że szkoła zapewnia dziecku nie tylko edukację, ale także materiały szkolne i wyżywienie. A ponadto wychowuje. W Polsce oczekuje się od rodziców, że będą współpracować ze szkołą, omawiać wspólnie problemy dziecka i szukać rozwiązań, będą pojawiać się w szkole. Już nie wspominając o tym, że muszą zapewnić dziecku wszystkie przybory szkolne.

Nigdy nie spotkałam się z tym, żeby w szkole taki mediator funkcjonował. A zgodnie z nowelizacją Ustawy o systemie oświaty z 2010 roku szkoła ma możliwość zatrudnienia asystenta kulturowego.

Nic dziwnego, że pani nie słyszała. Nie kojarzę zbyt wielu szkół, nawet w Warszawie i okolicach, które zatrudniałyby z własnej inicjatywy takie osoby.

Od MEiN niestety nie dowiedziałam się, w ilu szkołach w Polsce taki asystent funkcjonuje.

A nawet jeśli funkcjonuje, to kim jest i jakie ma kompetencje. Kilka lat temu w jednej warszawskiej szkole asystentką kulturową dyrektor uczynił matkę dwójki dzieci pochodzenia polsko-włoskiego. Bo stawka, jaką mieli przeznaczoną na asystenta, była tak niska, że nie znaleźli się chętni na to stanowisko. A matka była zdesperowana, żeby pomóc swoim dzieciom. Była Polką, ojciec Włochem. Dzieci stosunkowo dobrze mówiły po polsku, ale miały ogromny problem z językiem polskim szkolnej edukacji. Skończyło się to porażką.

Gdy dzieci cudzoziemskie nie zdają do kolejnej klasy, jest to dla nich ogromna porażka (Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta) , (Dawid Zuchowicz/ Agencja Wyborcza.pl)

Dlaczego?

Asystent powinien być osobą z zewnątrz, musi umieć zachować obiektywizm, skoro ma być łącznikiem między szkołą a dzieckiem, pomagać w adaptacji dzieci do warunków szkolnych. To ciężka praca, która wymaga wielu umiejętności i dyspozycyjności. Matka dziecka nie jest w stanie tego obiektywizmu zachować. Ponadto inne dzieci czuły, że to niesprawiedliwe, że są uczniowie, którym na każdej lekcji, na każdym sprawdzianie pomaga mama. Sytuacja skończyła się w mojej ocenie dramatycznie: rodzice zabrali dzieci ze szkoły i wrócili do Włoch.

Czy są "łatwiejsze" i "trudniejsze" kultury? Można by pomyśleć, że dzieci ukraińskie łatwiej się zaadaptują do polskich warunków niż na przykład chińskie czy wietnamskie.

Zupełnie nie można patrzeć na to w ten sposób ani też w taki, że im bliżej geograficznie, tym bliżej kulturowo. Zauważam bardzo wiele różnic między dziećmi polskimi i ukraińskimi w szkole.

Jakie na przykład?

Dzieci w ukraińskich szkołach w ogóle nie są uczone współpracy, tylko nastawione są na pracę indywidualną, na dążenie do tego, żeby być najlepszym jako jednostka. W polskich szkołach jest bardzo dużo pracy w grupach.

Od kilku lat dysponujemy jeszcze jednym narzędziem wsparcia dzieci cudzoziemskich. To tzw. oddziały przygotowawcze. Placówek, w których te oddziały funkcjonują, jest w Polsce 41.

Moim zdaniem to bardzo mało, ale to prawdopodobnie dlatego, że szkoły po prostu nie wiedzą, jak je prowadzić. Według przepisów należy przeznaczyć minimum 20 godzin tygodniowo na zajęcia edukacyjne dla klas I–III i minimum 26 godzin w szkole ponadpodstawowej. I tyle. Nie ma żadnego programu edukacyjnego dla takiego oddziału.

Czyli zanim dziecko dołączy do klasy z polskimi uczniami, chodzi przez jakiś czas do klasy z cudzoziemcami?

Dokładnie rok. To taka klasa "zero". Dzieci cudzoziemskie uczą się wtedy przede wszystkim języka polskiego. Gdy kończą naukę w oddziale, idą do klasy, do której w swoim kraju pochodzenia poszliby ten rok wcześniej.

Jak tylko w 2017 roku pojawiła się możliwość tworzenia takich oddziałów, skorzystaliśmy z niej w szkole im. Marii Konopnickiej w Mrokowie. Przygotowaliśmy jednak autorski program. Za cel postawiliśmy sobie naukę języka polskiego jako komunikacyjnego oraz języka szkolnej edukacji. Ważna dla nas także była akulturacja dzieci i umożliwienie im integracji ze środowiskiem szkolnym – zależało nam, aby na część zajęć, które nie wymagają dobrej znajomości języka, jak plastyka, muzyka czy WF, dzieci uczęszczały z pozostałymi uczniami szkoły.

Jak się sprawdziła ta metoda w Mrokowie?

Akurat tak się złożyło, że oddział został otwarty zaraz po feriach w 2020 roku, czyli tuż przed tym, jak wybuchła pandemia. Wszystkie szkoły w Polsce wkrótce rozpoczęły naukę online. Na początku byliśmy przerażeni. Do oddziału uczęszczały wtedy dwie dziewczynki z Chin i dwie z Wietnamu. W trakcie nauki zdalnej miały codziennie lekcje języka polskiego jako obcego, później nauczyciele zaczęli wdrażać elementy języka polskiego szkolnej edukacji. Dziewczynki uczyły się też tego, jak powinien się zachowywać uczeń w polskiej szkole, jak u nas rozumiany jest szacunek, bycie sumiennym. Poznawały też zwyczaje polskich dzieci i młodzieży – jak się ubierają, czego słuchają, czym się interesują. Miały zajęcia także w wakacje. Po powrocie do szkoły we wrześniu 2020 roku okazało się, że świetnie sobie radzą i mogą bez problemu rozpocząć naukę wśród polskich uczniów. Był to ogromny sukces tych dziewczynek i całej szkoły.

Muszą zdać jakiś egzamin?

Nie, nauczyciele stawiają im ocenę opisową. Jest w niej mowa o tym, jakie nabyły kompetencje, w czym jeszcze potrzebują wsparcia.

Pamiętam też chłopaka z Chin, który po przyjeździe do Polski trafił od razu do gimnazjum, nie znał w ogóle języka polskiego. Do następnej klasy nie zdał. Miał dodatkowe zajęcia w szkole, która zapewniła też asystenta kulturowego, brał udział w warsztatach, integrował się z polskimi uczniami, oprócz tego miał prywatną nauczycielkę języka polskiego. Zaliczał kolejne lata gimnazjum, potem zdał do technikum, na maturze z języka polskiego wypadł świetnie i teraz spełnia swoje marzenia i studiuje na Politechnice Warszawskiej.

Michalina Jarmuż. Psycholożka stosunków międzykulturowych, trenerka. Realizatorka projektów artystycznych i międzykulturowych. Opiekunka merytoryczna wielojęzycznego radia internetowego imiradio.pl. Autorka publikacji poświęconych edukacji uczniów i uczennic z doświadczeniem migracyjnym. Od 2007 r. współpracuje z gminą Lesznowola w obszarze integracji i edukacji międzykulturowej.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.