Rozmowa
Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Ile zwrotek polskiego hymnu znasz?

Wszystkie oficjalne, rzecz jasna! Bo sam "Mazurek Dąbrowskiego" jest znacznie dłuższy niż te kilka zwrotek, których uczymy się w szkole. Ale nawet te zwrotki są problematyczne. Ludzie często śpiewają "dopóki my żyjemy" lub "póki my żyjemy", a Wybicki napisał przecież "kiedy my żyjemy". Ten rusycyzm "dopóki" wkradł się do naszego hymnu jeszcze w XIX wieku i jest w nim do dzisiaj. Ale "dopóki" to wciąż mały błąd w porównaniu z "z ziemi wolskiej do Polski".

Szykuje się jeszcze większa granda, bo jest pomysł, by zmienić kolejność zwrotek, tak by zachowywały poprawność chronologiczną. Wtedy zaczniemy od Czarnieckiego, a Bonaparte spadnie na dalsze miejsce. Autorzy pomysłu twierdzą, że będzie to powrót do tradycji, do wersji Józefa Wybickiego.

Czyli wersja, którą śpiewamy, nie jest tą, którą śpiewali żołnierze Legionów Polskich we Włoszech?

Nie jest. W 1927 roku ówczesny Sejm zatwierdził wersję hymnu odbiegającą od tekstu, który napisał Wybicki, i ta wersja, po pewnych drobnych korektach stylistycznych, obowiązuje do dziś. Po stu latach ktoś chce to zmienić bez zastanowienia się nad tym, jaki tekst zapadł w pamięć Polakom. Posypią się mandaty.

Za śpiewanie hymnu?

Hymn objęty jest ochroną prawną wynikającą bezpośrednio z polskiej Konstytucji i każde wykonanie odbiegające od przyjętych wytycznych jest wykroczeniem podlegającym karze grzywny lub aresztu. I prawdę powiedziawszy, to już teraz niemal wszyscy Polacy śpiewający hymn Polski powinni takie mandaty dostać. Bo naród, dla którego naturalną tonacją jest śpiewanie w C-dur czy w D-dur, ma kłopot z poprawnym wykonaniem "Mazurka Dąbrowskiego", który według prawa ma być wykonywany w tonacji F-dur i koniec kropka. Tam nie ma żadnej alternatywy, chociaż zapisanie melodii w takiej tonacji wywołuje nieludzkie męki. Tak mogą śpiewać tenorzy i soprany i inni Kiepurowie, ale nie przeciętny Kowalski.

Nawet ująłem się za tymi Kowalskimi i kilka lat temu napisałem do prezydenta Dudy, by dodać korektę do ustawy i rozróżnić wykonanie orkiestrowe od masowego.

Waldemar Domański (fot. Jakub Porzycki / AG)

Dostałeś odpowiedź?

Nie. A szkoda, bo aktualna sytuacja wygląda tak, jakby państwo zastawiło pułapkę na własnych obywateli.

Może takie poluzowanie prawa też można byłoby uznać za powrót do tradycji? Sama słyszałam, jak mówiłeś, że "Mazurek Dąbrowskiego" był pieśnią biesiadną...

Nam się często wydaje, że podniosłe pieśni były komponowane w jakichś specjalnych warunkach, na klęczkach na uświęconej ziemi czy w innych okolicznościach sugerujących nadzwyczajność. Tymczasem Wybicki napisał kilka pierwszych zwrotek "Mazurka Dąbrowskiego" w trakcie zakrapianej imprezy, dość spontanicznie zwołanej przez polskich żołnierzy po wieści o tym, że Bonaparte zezwolił na utworzenie Legionów Polskich. To było w Reggio w północnych Włoszech. Sproszono notabli, mieszczan, okoliczne dziewczęta, a wino lało się strumieniami. I w tych inspirujących warunkach Wybicki chwycił za pióro i napisał: "jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy". Zaśpiewał to na popularną ludową nutę, melodię, którą podobno wygrywały zegary gdańskie, a biesiadnicy podchwycili. Nikt z obecnych tam nie odbierał "Mazurka" jako wzniosłej pieśni, a Włosi to pewnie sądzili, że to jakieś popularne "Szła dzieweczka do laseczka" czy inna przyśpiewka chętnie śpiewana przez Polaków przy kielichu.

A jednak "Mazurek" stał się inspiracją dla wielu hymnów narodowych.

Zrobił wielką karierę. Była Wiosna Ludów, kolejne narody wybijały się na niepodległość, a "Mazurek" był skoczny, żywiołowy, świetnie nadawał się do podbudowywania morale i w pewnej chwili traktowano go jako nie pieśń polską, ale hymn wszech-Słowian. Na nutę "Mazurka" swoje hymny stworzyli Serbowie i Słowacy, śpiewano go nawet po niemiecku, tylko tam zwał się "Noch ist Polen nicht verloren" ("Jeszcze Polska nie stracona"). Śpiewano go w całej Europie, można nawet powiedzieć, że był jednym z pierwszych hymnów czegoś, co wiele lat później stało się Unią Europejską. Był naszą własną "Marsylianką".

I to wszystko na melodię wygrywaną przez zegary?

A co ci przychodzi jako pierwsze do głowy, gdy chcesz sobie zanucić jakiś tekst? Zwykle bierzemy jakiś ogólnie znany szlagier, melodię, którą znają wszyscy, i dodajemy do niej nowe słowa. Przerabia się stare na nowe tak, jak się kiedyś przenicowywało ubrania.

Tak było na przykład z meksykańską melodią, która w czasach drugiej wojny światowej zyskała tekst "Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje" i która po raz kolejny zmieniła tekst w okresie stanu wojennego i stała się "Zieloną wroną".

Jednak zanim wyszło, że nawet nasz hymn był taką przeróbką, autorstwo muzyki próbowano przypisywać wielu znanym i szanowanym kompozytorom, w tym Michałowi Kleofasowi Ogińskiemu. Zupełnie niepotrzebnie, nie ma czego się wstydzić. Taki Feliks Nowowiejski chwalił się nawet, że melodię "Roty" napisał, siedząc w poczekalni u fryzjera.

Zespół Pieśni i Tańca 'Mazowsze' podczas drugiej edycji ogólnopolskiej akcji 'Niepodległa do hymnu' (fot. Maciek Jaźwiecki / AG)

Tej "Roty", rozpoczynającej się słynnym "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród"?

Tej samej. To było tuż przed odsłonięciem w Krakowie pomnika Grunwaldzkiego. Przewidziana była uroczystość, mieli przemawiać różni notable. Ale co to za uroczystość bez specjalnej pieśni, którą później lud będzie mógł wyśpiewywać, wychwalając jednocześnie pomnik i ideę.

Nowowiejski, który był członkiem komitetu budowy pomnika, uznał, że weźmie na siebie skomponowanie pieśni. Chciał się sprawić, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Wreszcie któregoś dnia udał się do fryzjera, którego zakład mieścił się przy ulicy Floriańskiej 20, i okazało się, że musi czekać na swoją kolej. W poczekalni trafił na pisemko "Przodownica" dla gospodyń domowych i innych kobiet z gminu. Przeglądając je, zobaczył wiersz Marii Konopnickiej. Poetka opisywała niedolę dzieci wrzesińskich, które nie chciały modlić się po niemiecku. I tak, czekając na strzyżenie, ułożył melodię. Do końca życia opowiadał, że takie utwory jak "Rota" to on u fryzjera pisuje.

Co na to Konopnicka?

Chyba niezbyt jej się ten żart spodobał, bo nigdy się z Nowowiejskim nie spotkała. Z drugiej strony zmarła w tym samym roku, w którym odbyło się odsłonięcie pomnika i prawykonanie "Roty". Ale samo prawykonanie to dopiero była historia. Rok 1910, Polska znajdowała się pod zaborami, organizatorzy w tajemnicy rozesłali do różnych polskich chórów partyturę i informację, kiedy i gdzie pieśń zostanie wykonana po raz pierwszy. I wyobraź sobie, że ludzie odpowiedzieli na wezwanie. Przedzierali się przez granice, by 15 lipca stanąć pod pomnikiem Grunwaldzkim i zaśpiewać "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród".

Naprawdę zaśpiewali to spontanicznie, bez prób?

Bez prób. Co więcej, sto lat później wpadłem na pomysł, aby to powtórzyć. Napisałem do chórów z całej Polski, z miast, wiosek i miasteczek, że chcemy zrobić w Krakowie powtórkę tego wydarzenia. I wyobraź sobie moją radość, gdy w południe 15 lipca 2010 roku zobaczyłem pod pomnikiem Grunwaldzkim półtora tysiąca ludzi z całej Polski śpiewających na głosy "Rotę". Bez prób, na totalnym spontanie, z radością i przede wszystkim z emocjami, które daje tylko prawdziwa potrzeba serca.

Chóry z całej Polski zaśpiewały 'Rotę' w ramach uroczystości upamiętniających 100-lecie odsłonięcia pomnika (fot. Jakub Ociepa / AG) , 2010 r., Kraków (fot. Jakub Ociepa / AG)

Ale że ja lubię, gdy coś się dzieje, a taka akcja daje niesamowitego kopa adrenaliny, pomyślałem, że fajnie byłoby w podobny sposób uczcić 60. rocznicę premiery filmu "Krzyżacy", która swoją drogą przypadała tego samego dnia. Jedyną piosenką, jaka pojawia się w "Krzyżakach", poza "Bogurodzicą", jest "Gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska". Czyli piosenka się znalazła, ale jak zachęcić ludzi do przyjścia? Pomyślałem, że podzwonię do różnych firm i uproszę ich o fanty, jeśli uda mi się ich działalność połączyć w jakiś sposób z filmem. I tak fabryka czekolady Wawel dała nam batony Danusia, w akcję włączył się też producent napojów Zbyszko, a nawet szef firmy Automapa, któremu wymyśliłem dodatkową zwrotkę piosenki: "A Jasiek jest w Krakowie i na Rynku śpiwa, że jego dziewczyna GPS-a ni ma".

I przyszli, zaśpiewali?

Przyszli i zaśpiewali. Tysiąc osób śpiewało piosenkę ludową, by uczcić Sienkiewicza, Hoffmana i pewną ładną panienkę, co to w książce i w filmie "Krzyżacy" krzyczała: "Mój ci on!".

A ja myślałam, że Polacy spontanicznie śpiewają tylko na weselach. I to pod koniec imprezy.

No bo wtedy śpiewa się najlepiej. A wiesz, że jedna z takich kończących rauty pieśni wcale nie miała być pijacką przyśpiewką, tylko poważną, przepełnioną bólem pieśnią o losie człowieka, który tuła się po świecie za chlebem?

Mówisz o "Góralu, czy ci nie żal"?

Tak. Jej historia zaczęła się w Krakowie, w więzieniu św. Michała, w czasie zaboru austriackiego. W tymże więzieniu osadzono Michała Bałuckiego, pisarza, publicystę i prezesa Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", z którego rekrutowali się legioniści Piłsudskiego. Siedział w jednej celi z pewnym anonimowym góralem, którego złapano prawdopodobnie na przemycie. I ten człowiek opowiedział Bałuckiemu o biedzie panującej na Podhalu i o tym, że wielu górali opuszcza domy i ima się każdej działalności, by mieć za co rodzinę wykarmić. Bałucki przejął się problemem, w końcu był pozytywistą do szpiku kości, i napisał wiersz, który później doczekał się melodii.

Ten hymn tułacza polskiego chętnie śpiewali legioniści i może dlatego, że często nucili go przy wieczornych ogniskach, jakoś tak stał się pieśnią śpiewaną nad ranem i kończącą długie nocne Polaków rozmowy. A wiesz, że nakłoniłem górali do usynowienia tej pieśni?

Usynowienia piosenki o góralach napisanej przez cepra?

Górale nie znosili tej pieśni. Znali ją, rzecz jasna, ale nie mieli za swoją. Nic dziwnego, nie ma tam ani jednej góralskiej nuty. Ale to tę piosenkę dedykował prymas Wyszyński nowo wybranemu papieżowi Janowi Pawłowi II, to nią zresztą żegnano Wojtyłę. Każdy, jak Polska długa i szeroka, miał ją za tradycyjną góralską pieśń.

Pomyślałem, że napiszę do naszych górali, zarówno tych w Polsce, jak i w USA, list otwarty, w którym zaproponuję im usynowienie pieśni cepra. Przecież w naszej kulturze jest mnóstwo takich zapożyczeń, które mamy za własne. Weźmy choćby kolędę "Cicha noc", która przecież jest niemiecka, lub popularną przyśpiewkę ludową "Miała baba koguta", która dla odmiany pochodzi z Czech. Dlaczego więc górale nie mieliby przyjąć "Góralu, czy ci nie żal?" jak swego?

Od lewej: Waldemar Domański, Kazimierz Madej, podczas Lekcji Śpiewania na krakowskim rynku (fot. Jakub Ociepa / AG)

Odpisali?

A gdzie tam, uznali to za żart. Ale przyjechał do mnie człowiek z podhalańskich władz i sobie pogadaliśmy od serca. Później zaprosiłem górali na naszą Krakowską Lekcję Śpiewania, gdzie złożyłem uroczystą propozycję usynowienia pieśni "Góralu, czy ci nie żal?", a nawet utworzyłem komitet tej idei, w którym zasiadała krakowska profesura, ludzie kultury. I nagle sprawa stała się poważna. Kilka miesięcy później zostałem zaproszony na Równię Krupową do Zakopanego, gdzie podczas festiwalu ziem górskich zgromadzona tłumnie publiczność i rody góralskie dokonały uroczystego usynowienia pieśni. Pojawiłem się tam w swoim stroju krakowskim i z listem od prezydenta Krakowa w ręku, a wróciłem do domu z historycznym aktem usynowienia pieśni cepra przez górali. Dokonano też uroczystego wykonania pieśni; śpiewali nawet włodarze Zakopanego.

Wszystko dzięki jednemu listowi?

Bo listy mają wielką moc. Także dzięki listowi i pewnej dziennikarce, która go przeczytała, przywróciłem Polsce prawo własności do "Czerwonych maków na Monte Cassino".

Wszystko zaczęło się od pewnego zdziwienia, które ogarnęło mnie, gdy odkryłem, że tantiemy za wykonanie pieśni nie trafiają do naszego ZAiKS-u, ale płyną do Bawarii. Zacząłem grzebać. Muszę zaznaczyć, że pieśń, jeszcze przed atakiem na wzgórze klasztorne, napisał Feliks Konarski, ale melodię skomponował Alfred Schütz, urodzony w Austro-Węgrzech kompozytor i żołnierz. I to właśnie o tego Schütza chodzi, a konkretnie o jego bezpotomną śmierć. Kompozytor umarł i został pogrzebany w Monachium, a że nie miał spadkobierców, to wszelkie prawa do jego majątku przejęło państwo. Również do jego kompozycji. I właśnie dlatego za każdym razem, gdy śpiewaliśmy o tych makach, co to piły polską krew, oddawaliśmy co kompozytorskie do Bawarii. Napisałem więc list do władz Bawarii z prośbą o przekazanie Polsce praw do ważnej dla narodu pieśni.

I znowu nikt nie odpowiedział?

A jak myślisz? Pisze sobie jakiś człowiek pracujący trochę w radiu, trochę w domu kultury, prowadzący jakąś tam bibliotekę i żąda oddania piosenki. Pewnie, że mają mnie za wariata. Ale list przeczytała dziennikarka pracująca w Deutsche Welle, zadzwoniła do mnie i koniec końców powstał wielki artykuł o tym, jak to Polacy proszą o oddanie ich pieśni narodowej. Po czymś takim wszyscy poczuli się wywołani do tablicy, a władze Bawarii oświadczyły, że są gotowe przekazać prawa do "Czerwonych maków" Polakom. Po kilku miesiącach tak się stało.

Zaśpiewasz "Czerwone maki" 11 listopada na Lekcji Śpiewania na krakowskim Rynku?

Pewnie tak. Poza tym zrobimy taki śpiewany przekrój historii Polski, od "Na Wawel, na Wawel, krakowiaku żwawy", poprzez "Święta miłości kochanej ojczyzny", która to pieśń była hymnem Szkoły Rycerskiej, aż po "Ojczyznę" Marka Grechuty. Będzie też wyjątkowy utwór napisany przez Jana Wołka i Zbigniewa Wodeckiego, czyli "Niech się w nas goi". Zresztą Wodecki kilka lat temu zaśpiewał go specjalnie na potrzeby Krakowskiej Lekcji Śpiewania. Tak sobie myślę, że na ten czas niezgody, waśni, gigantycznych podziałów taka pieśń jak "Niech się w nas goi" jest nam bardzo potrzebna.

 

Dzisiaj odbędzie się 78. Krakowska Lekcja Śpiewania. 78.! Jak ty to robisz, że choć w połowie Polski się biją i palą race, w Krakowie ludzie gromadzą się na Rynku i śpiewają?

A bo ja wiem? Zaczęło się od tego, że szukałem pretekstu, by spotkać się z przyjaciółmi na długie Polaków rozmowy. Był początek lat 90. ubiegłego wieku, a parę lat wcześniej w naszych kalendarzach pojawiło się nowe święto – Niepodległości. Sprosiłem bliskich, śpiewaliśmy, gadaliśmy. W kolejnym roku pojawiło się więcej osób, zabierali żony, mężów, dzieci, przyjaciół, sąsiadów i sąsiadów sąsiadów, aż wreszcie zabrakło mi krzeseł w domu. Pomyślałem sobie, że tak zacną imprezę trzeba kiedyś wyprowadzić na pole, i w 2002 roku, dokładnie 10 listopada, wraz z grupą mężczyzn stanąłem na Rynku Głównym, trzymaliśmy w dłoniach transparent, na którym nabazgrałem "Patriotyzm nie musi być cierpieniem", i rozdawaliśmy ulotki z zaproszeniem na kolejny dzień na pierwszą Lekcję Śpiewania.

Przyszli?

Przyszli! Może nie tylu, by zapełnić Rynek, ale pojawiła się całkiem spora grupka. Lał zimny listopadowy deszcz. Artyści z Lochu Camelot i ja ustawiliśmy się w podcieniach Sukiennic, rozstawiliśmy sprzęt nagłośnieniowy i wtedy okazało się, że nie mamy prądu. Uprosiliśmy właścicielkę kawiarni z Sukiennic, by go nam użyczyła. Odłączyła kabel od zamrażarki z lodami i powiedziała, że mamy na koncert dwie godziny. Jeśli go przeciągniemy i lody się roztopią, to płacimy za zawartość zamrażarki. Na szczęście udało się zamknąć całość w dwie godziny, ale pożegnania ze wzruszoną publicznością trwały chyba równie długo.

I tak narodziła się idea patriotycznej Lekcji Śpiewania, muzycznej lekcji historii Polski. Kilka miast w Polsce podjęło ten pomysł. Mam nadzieję, że na trwałe zmieni się charakter naszego narodowego świętowania, które pozbawione będzie kanonady petard, zejdzie z piedestału i stanie się wspólne, radosne i powszechne.

W Święto Niepodległości, 11 listopada, punktualnie o godz. 17.00 na Rynku Głównym w Krakowie rozpocznie się 78. Krakowska Lekcja Śpiewania, zatytułowana "Droga do niepodległości" (www.krakow.pl).

Waldemar Domański. Krakus, dziennikarz radiowy, założyciel Biblioteki Polskiej Piosenki, która gromadzi historyczne i współczesne piosenki, pieśni, przyśpiewki i wszelkie inne utwory słowno-muzyczne. Człowiek instytucja, autor wielu projektów społeczno-kulturalnych. Pomysłodawca i prowadzący patriotycznych Krakowskich Lekcji Śpiewania, które od niemal 20 lat uświetniają święta narodowe w Krakowie.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką popularnonaukową. Pisząca dla Weekend.Gazeta.pl od powstania magazynu, związana ponadto m.in. z Focusem i z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. Współautorka książek Człowiek istota kosmiczna oraz Kosmiczne wyzwania.