Rozmowa
Zofia Czernicka (Iwona Burdzanowska / AG)
Zofia Czernicka (Iwona Burdzanowska / AG)

Właściwie to wcale się nie zanosiło, że zostanie pani gwiazdą telewizji.

Pochodzę z lekarskiej rodziny. Ojciec mojej mamy był chirurgiem, mama – profesorem pediatrii. Ja byłam medycyną zafascynowana i myślałam, że pójdę w ślady dziadzia. Ale babcia bez przerwy powtarzała, że to nie jest zawód dla kobiety. "Popatrz na mamę, która bierze tyle dyżurów, że 20 dni w miesiącu nie ma jej w domu. Jest zajęta ratowaniem dzieci z białaczką, a dla was nie ma czasu. Czy chcesz zgotować taki los swoim dzieciom?" – pytała.

Mama rzeczywiście była bezgranicznie oddana pracy. Ale oboje z bratem mieliśmy troskliwą opiekę. Zajmowała się nami niania, przychodziła pani od pianina, od francuskiego i od angielskiego. Była też pani, która codziennie odprowadzała mnie do szkoły. I to aż do matury.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

To długo!

Kiedyś zapytałam szkolne koleżanki, czy byłam dużym pośmiewiskiem. "Nie, bo byłaś bardzo fajna. Zastanawialiśmy się tylko, dlaczego się na to godzisz" – usłyszałam. A ja po prostu byłam grzeczną dziewczynką. I jako ta grzeczna dziewczynka na medycynę nie poszłam. Dostałam się na anglistykę, jednak tata, wybitny gleboznawca i twórca agrofizyki, skutecznie mnie do tych studiów zniechęcił. Uważał, że studiowanie jednego języka jest stratą czasu. Powtarzał, że języków trzeba znać kilka i mieć konkretny zawód.

Poszłam więc na architekturę zieleni na SGGW, skończyłam ją i po trzech latach zrobiłam doktorat w Instytucie Ekologii Polskiej Akademii Nauk. Ponieważ był to nowy instytut i zrobiłam w nim doktorat jako pierwsza w Polsce, zadzwoniła Elżbieta Jaworowicz i zapytała, czy nie wystąpię w jej programie młodzieżowym. To było długo przed tym, zanim zaczęła prowadzić "Sprawę dla reportera".

I wystąpiła pani?

Byłam "ciekawostką przyrodniczą". Był 1979 rok, miałam dwadzieścia parę lat, męża, dwoje dzieci i doktorat z ekologii.

Reportaż spodobał się ówczesnym szefom telewizji. Stwierdzili, że niebrzydka ze mnie kobita, do tego wykształcona. Elżbieta Jaworowicz zaprosiła mnie do studia TVP przy Woronicza w Warszawie. I zaproponowano mi pracę w telewizji. Na początek dostałam program "Dzień dobry, w kręgu rodziny", w poniedziałki o 14. O tej porze nikt telewizji nie oglądał, więc jednocześnie mogłam pracować w Polskiej Akademii Nauk.

Okazało się jednak, że telewizję bardzo polubiłam i że sobie radzę. Mam tak zwany dar boży wyczucia czasu – nie muszę patrzeć na zegarek i wiem, która jest godzina. Czy minęło 5 minut czy 4 minuty i 25 sekund. Bardzo mi się to przydawało, bo głównie pracowałam na żywo.

Zofia Czernicka jako dziecko (archiwum prywatne) , Zofia Czernicka (archiwum prywatne)

Słyszała pani wtedy komentarze w stylu "za młoda i za ładna" na przykład do czytania "Wiadomości"?

Usłyszałam: "Nogi ma długie, może pracować w telewizji". Odpowiedziałam: "Jestem adiunktem w Instytucie Ekologii i kierownikiem Pracowni Bioenergetyki Ekologicznej". Wtedy padło: "Za młoda do nauki, niewiarygodna, rzucić ją do kultury". I tym sposobem dostałam bardzo popularny program "Antena" w TVP1, który prowadziłam przez 11 lat. Jego widownia sięgała 20 mln. Pokazywałam najciekawsze wydarzenia z minionego tygodnia, zapraszałam największe gwiazdy z Polski i ze świata.

Bardzo ten program lubiłam. Gwiazdy same zabiegały, żeby wystąpić w "Antenie". Rozmawiałam z Sophią Loren, Catherine Deneuve czy Richardem Chamberlainem. Opiekowałam się aktorami seriali "Niewolnica Isaura" i "Powrót do Edenu", gdy jeździli po Polsce.

Widzowie panią lubili.

Prowadziłam równolegle wiele różnych programów, oprócz "Anteny" – "Klinikę zdrowego człowieka", "Przeboje Dwójki", "Studio Lato", "Studio Jeden", "Mój dekalog", robiłam reportaże i filmy medyczne. Widzowie darzyli mnie zaufaniem i pisali do mnie listy. Dzielili się w nich najrozmaitszymi problemami: ktoś stracił pracę, ktoś nie ma gdzie mieszkać, czyjeś dziecko nie dostało się do szkoły, inny nie może załatwić przedszkola czy operacji albo nie ma pieniędzy na węgiel. I ja tym ludziom pomagałam.

Sporo takich osób było?

Listów przychodziło 200–300 dziennie. Pracownicy kancelarii TVP przynosili mi je w dużym lnianym worku. Czytałam je i dzwoniłam, a to do dyrektora szkoły, a to do szpitala.

Gdy listów było coraz więcej, zaczęłam robić selekcję. Te, które przychodziły na adres telewizji, przeglądali pracownicy kancelarii. Te adresowane do mnie – zwykle: "Pani Zosia z Anteny" – czytałam ja i osobiście interweniowałam.

Zofia Czernicka na turnieju tenisowym, 2003 rok. Z lewej Krzysztof Kolberger, z prawej Bohdan Dobrzański, brat dziennikarki (Beata Kitowska / AG)

W jaki na przykład sposób?

Dzwoniłam do wskazanego szpitala czy szkoły, zaczynałam: "Tu mówi Zosia z ‘Anteny’" i otwierały się przede mną wszystkie drzwi. W czym można pomóc? – słyszałam. Działała magia telewizji, do której ludzie za moich czasów mieli wielki szacunek.

Mimo że była propagandową tubą władzy?

Mnie nigdy nie spotkała żadna nieprzyjemna sytuacja. Może dlatego, że prowadziłam programy kulturalne, społeczne i zawsze starałam się pomagać ludziom. Za to sobie nie potrafiłam nic załatwić. Mój mąż był chirurgiem, ja pracowałam w telewizji, a nie mieliśmy w domu stacjonarnego telefonu. Opowiadam to jako anegdotę, bo mój mąż często pełnił tak zwane dyżury pod telefonem bez telefonu. Pisałam pisma do Telekomunikacji Polskiej, a tam odpowiadano, że jesteśmy na specjalnej liście i już niebawem dostaniemy telefon. Byliśmy na tej liście przez osiem lat.

Wyobrażała pani sobie, że mogłaby pracować gdzie indziej?

Mawiałam żartem, że umrę w telewizji, na oczach zdumionego widza. Że będę w telewizji pracować do końca życia. Ale w 2006 roku nastała w TVP jakaś dziwna reforma.

Zarabiałam wtedy 1200 zł miesięcznie na pełnym etacie starszej publicystki plus około 1000 zł za programy. I tu ciekawostka: za jeden program dostawałam 27 zł, które nie wliczały się do późniejszej emerytury. Zaproponowano mi półroczną odprawę w zamian za to, że przez następnych pięć lat nie będę pracować dla konkurencji. Albo wcześniejszą emeryturę. Wybrałam tę drugą opcję.

Przeżyłam szok. Miałam 55 lat i byłam w szczytowej formie intelektualnej i fizycznej. Dzieci dorosły. Wyglądałam dobrze, bo byłam wreszcie wyspana. Myślałam, że formalnie przejdę na emeryturę, a jednocześnie będę czasem prowadzić programy, jednak taka propozycja nie padła.

Wysoką ma pani emeryturę?

2000 zł z kawałkiem.

Oprócz mnie podziękowano wtedy całej grupie znanych prezenterek: Jolancie Fajkowskiej, Iwonie Kubicz, Katarzynie Dowbor.

Zofia Czernicka i Sophia Loren (arch. prywatne)

Bardzo mi was potem brakowało na ekranie TVP.

A wie pani, że nie pani pierwsza mi to mówi?

Dzięki telewizji, w której pokazywałam twarz, pracowałam również na tak zwanej estradzie. Prowadziłam także bale, koncerty, gale, jubileusze, festiwale, imprezy charytatywne. Dzisiaj też to robię. Nie mam Facebooka ani strony internetowej. A mój telefon dzwoni. Prowadzę kilka, a bywa, że nawet kilkanaście imprez w miesiącu: coroczne Targi Sztuki w Arkadach Kubickiego, panele dyskusyjne z ludźmi kultury, nauki i biznesu. Zawsze słyszę: "Jak się cieszymy, że to pani".

Ostatnio prowadziłam piękny koncert Sławy Przybylskiej, plenerową imprezę zakończenia lata i trzy razy uroczystości dożynkowe. To, że kojarzyli mnie z telewizji włodarze odwiedzanych miejscowości i ich dojrzali mieszkańcy, mnie nie dziwi. Ale podchodzili też do mnie 40-latkowie i mówili: "O, to pani! Ja oglądałem panią w telewizji, jak byłem mały. A moja mama jak panią lubi!". I zaczyna się opowiadanie o tym, że lubiana była każda z nas, znanych prezenterek z lat 80. i 90. Bo każda była zupełnie inna.

To prawda.

Miałyśmy różne temperamenty, inaczej prowadziłyśmy programy. I kompletnie inaczej wyglądałyśmy. Nikt nie pomyliłby mnie z Kaśką Dowbor czy Grażyny Torbickiej z Jolą Fajkowską.

I nie wchodziłyśmy sobie w drogę. Nie było między nami żadnych konfliktów. Naprawdę.

Ale opowiem pani o czymś jeszcze.

Tak?

Ponieważ już wtedy, w latach 80., znałam cztery języki obce: angielski, francuski, niemiecki i rosyjski, reprezentowałam TVP na różnych zagranicznych wyjazdach. "A, Telewizja Polska" – słyszałam. "Jesteście jak BBC. Wasze programy naukowe i edukacyjne są realizowane na najwyższym poziomie. Pełne zawodowstwo".

Zofia Czernicka przed laty (arch. prywatne)

A co mówiono o programach informacyjnych?

O informacyjnych nie wspominano. Może dlatego, że ja nigdy nie miałam z nimi nic wspólnego.

Ja z kolei, czy to był Paryż, Praga, Bukareszt, Moskwa, Londyn czy Kolonia, zwracałam uwagę, że prezenterzy telewizyjni byli tam w różnym wieku. Także w Stanach Zjednoczonych obserwowałam mnóstwo "siwych głów" prowadzących programy. Zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Owszem, teleturnieje, programy rozrywkowe, młodzieżowe czy muzyczne niech prowadzą młodzi ludzie. Niech podskakują i pokrzykują. Gdybym robiła to ja, widzowie pękliby ze śmiechu i komentowali: "A co ta babcia tu robi?". Ale w programach naukowych, publicystycznych czy społecznych powinni być dojrzali prezenterzy, bo są bardziej wiarygodni.

Ktoś może powiedzieć, że przemawia przez panią rozgoryczenie.

Skąd! Ale gdy w programie śniadaniowym piękna długonoga dziewczyna z przystojnym młodzieńcem rozmawiają o klimakterium, no to ja przepraszam bardzo! Albo o wychowaniu wnuków, a zaczynają rozmowę od zdania: "Co prawda nie mam jeszcze dzieci, ale…". Przecież to nie jest wiarygodne. W dodatku prezenterzy mają podpowiedzi w słuchawce w uchu albo czytają z promptera.

Zofia Czernicka i Krzysztof Kolberger, Międzyzdroje 2004 rok (Sebastian Wołosz/ AG)

Jakie dostrzega pani różnice, kiedy porównuje pani ich dziś i siebie z tamtych lat?

Współcześni prezenterzy czy prezenterki są podobnie ubrani, bo ciuchy przynoszą im styliści. Za moich czasów ubieraliśmy się sami. Choć na początku mojej pracy było tak, że spikerki, które mogły mieć dyżur w dniu święta narodowego, dostawały dwie białe bluzki na rok. Ja też przez pewien czas dostawałam.

Nad naszym telewizyjnym wizerunkiem czuwała wspaniała Xymena Zaniewska [projektantka mody, scenografka – przyp. red.]. Korygowała nasze ubraniowe błędy, mówiła: w tym ci jest dobrze, tego nie nakładaj. Zabronione były pepitki, od których bolały oczy, i niebieskie ubrania, bo często programy nagrywaliśmy w blueboksie.

Ja byłam maniaczką brązu. Do dziś pamiętam, że pani Xymena powiedziała mi: "Wiesz, że kolor brązowy nie jest telewizyjny, bo wygląda jak brudny? Ale jesteś jedyną, która może w nim występować, bo w ogóle jesteś czekoladowa". Miała na myśli moje brązowe oczy i włosy.

A inne ówczesne realia?

Za błędy językowe kara była prosta: zawieszenie na wizji. W TVP przez całą dobę działała "komórka językowa", do której można było zadzwonić, żeby dowiedzieć się na przykład, jak przeczytać jakieś zagraniczne nazwisko czy jak zaakcentować jakieś obce słowo.

Była też biblioteka, z której korzystałam, przygotowując się do wywiadu z gwiazdą. Przychodziłam tam, mówiłam na przykład "Gustaw Holoubek" i dostawałam kilka teczek z informacjami o aktorze.

Zofia Czernicka i Kazimierz Górski (archiwum prywatne)

Zdarzyły się pani jakieś wpadki w programie na żywo?

Wpadki prezenterów dokumentowali sobie po cichutku montażyści. Kiedyś jeden z nich mówi: "Zosia, popełnij choć jeden błąd, bo jeszcze ciebie nie mamy w naszym archiwum". Zdarzyły mi się dwie takie sytuacje, ale drobne.

Jedna na samym początku mojej pracy. Miałam dyżur spikerski w studiu telewizyjnym Dwójki. W Jedynce miał wtedy dyżur legendarny Jan Suzin. Zadzwonił do mojej reżyserki i powiedział: „Słuchaj, młoda, widziałem, że masz do zapowiedzenia program o średniowiecznym poecie Janie Nepomucenie. Pamiętaj, żebyś się nie pomyliła, nie powiedziała Nepucyn, Nemopucyn, Neomucyn czy jakoś tak".

To był sprawdzian. Siadłam przed kamerą, już mam zapowiadać program i czuję, że nie przejdzie mi przez usta właściwe słowo. Powiedziałam więc: "Zapraszam na wieczór poezji średniowiecznego poety". Jan Suzin zadzwonił do mnie od razu i mówi: "Brawo, dałaś radę. Będziesz długo tu pracować".

A druga wpadka?

Zapowiadałam wieczór z poezją Adama Mickiewicza i zapomniałam, jak nasz wieszcz ma na imię. Normalnie dziura w mózgu. Powiedziałam więc "pana Mickiewicza". Nikt nie zauważył.

Jan Suzin i Edyta Wojtczak, Warszawa 1993 rok (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Poza słynną "Anteną" przez dziewięć lat prowadziła pani "Świat kobiet".

Na czas stanu wojennego "Antena" był zawieszona. Pojechałam z rodziną do Bonn. Mąż był zaproszony jako visitor profesor do kliniki neurochirurgii, a ja dostałam stypendium od Gerda Henkel Stiftung [Fundacja imienia Gerdy Henkel, która zajmuje się działalnością charytatywną, nauką i kulturą – przyp. red]. W 1983 roku wróciłam na wizję i znów prowadziłam program.

Natomiast "Świat kobiet" to był program poranny, ale kompletne przeciwieństwo dzisiejszego „Pytania na śniadanie". Jak mawiał mój tata, nie o robieniu konfitur i darciu pierza, tylko o ważnych dla nas, kobiet, sprawach: o zdrowiu, prawie, psychologii i społeczeństwie. Z moimi gośćmi – najlepszymi ekspertami – rozmawiałam na przykład o prawach kobiety podczas rozwodu czy o dziedziczeniu majątku. Gościom się nie przerywało, a panie, które przyjeżdżały opowiedzieć swoje historie, dostawały pieniądze.

Może zabrzmi to patetycznie, ale moje poczucie misji idealnie wpisywało się w misyjność Telewizji Polskiej.

Pamięta pani szczególnie kogoś, komu pani pomogła podczas swojej pracy w telewizji?

W zasadzie nie było tygodnia, żebym nie pomogła kilku osobom. Do dziś pamiętam jednak kobietę, której historia zainspirowała mnie do rozpoczęcia nowego programu – „Przepustka do XXI wieku". Prowadziłam go z onkologiem, prof. Zbigniewem Wronkowskim.

To był 1999 rok. Profesor bardzo ubolewał nad tym, że Polki praktycznie nie robią mammografii i rak piersi zbiera u nas nieprawdopodobne żniwo. Tak się złożyło, że podczas masażu w sanatorium w Kołobrzegu poznałam panią Olę. Któregoś dnia pani Ola była bardzo smutna, więc zapytałam, co się stało. "Pani Zosiu, pani jutro wyjeżdża, więc mogę pani powiedzieć" – odparła. Okazało się, że mężowi pani Oli poprzycinali w pracy kontrakty, bo dowiedzieli się, że jego żona ma nowotwór piersi. Zresztą i ona miała kłopoty, bo w mieście uważano, że rak jest zaraźliwy.

Jak to usłyszałam, to skóra mi ścierpła. "Czy ten rak jest operacyjny?" – zapytałam. "Tak, ale ja boję się pojechać do Poznania na operację" – odpowiedziała pani Ola. Zabrałam ją do Warszawy i załatwiłam operację usunięcia guza. Rodzinie powiedziała, że jedzie poznać Czarka Pazurę, o czym zawsze marzyła. Zabieg się udał, pani Ola żyje do dziś.

I wtedy sobie pomyślałam, że gdybym była lekarką, to pewnie bym sobie w tej sytuacji tak łatwo nie poradziła. Nie wiem, czy udałoby mi się tak szybko załatwić tę operację. Znów zadziałała magia telewizji.

Zofia Czernicka z córką Karoliną i wnuczką Klarą (archiwum prywatne) , Zofia Czernicka (Marzena Hmielewicz / AG)

A jak pani radzi sobie dziś?

Jak już pani wspomniałam, wciąż prowadzę dużo imprez, aktywnie działam też w komisji kultury i edukacji Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Mam dobre i mądre dzieci: Filipa i Karolinę. Obydwoje są wziętymi radcami prawnymi. Mam wnuki, które kocham nad życie. Maria, córka Filipa, ma 20 lat, też studiuje prawo i jest instruktorem narciarskim, a 10-letnia Klara i 12-letni Albert mieszkają z moją córką i zięciem w Monachium. W zamknięciu wymuszonym pandemią codziennie umilali mi wieczory koncertami na żywo. Łączyliśmy się przez Internet i Klara grała na klarnecie, a Albert na pianinie. Poza tym Klara jest baletnicą, a Albert dwukrotnym mistrzem Bawarii we florecie.

Czuje się pani spełniona?

Absolutnie.

Moja mama, która przywiązywała ogromną wagę do kariery naukowej, uważała, że telewizja była największym nieszczęściem mojego życia. Bo przez nią zatrzymałam się na doktoracie, bo w tym miejscu zaczęło się burzyć moje małżeństwo. Jestem przeciwnego zdania. Telewizja zmieniła moje życie, ale nie żałuję ani jednej chwili.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Zofia Czernicka. Dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Ukończyła studia na Wydziale Architektury Krajobrazu na SGGW, potem zrobiła doktorat w Instytucie Ekologii PAN. Prowadziła autorski program "Antena" w TVP1, "Świat kobiet" w TVP2 oraz "Studio Lato". Autorka filmów dokumentalnych i reportaży telewizyjnych. Ma tytuł Kawalera Orderu Uśmiechu.