Rozmowa
Ukrainki rodzą dzieci Europejczykom z Zachodu. Kraj tranzytowy? Polska (Grażyna Makara/ Agencja Gazeta)
Ukrainki rodzą dzieci Europejczykom z Zachodu. Kraj tranzytowy? Polska (Grażyna Makara/ Agencja Gazeta)

Jakie to wszystko skomplikowane i niejednoznaczne!

Prawda?

Wydźwięk twojego reportażu sprzed dwóch lat o surogatkach z Miasteczka Wilanów był taki: biedne kobiety z Ukrainy przylatują do Polski, żeby rodzić dzieci parom z Zachodu. Tymczasem twoja książka pokazuje, że to wszystko nie jest takie proste, a każda ze stron ma swój interes w tym całym procesie.

Reportaż z założenia był interwencyjny i poskutkował wszczęciem przez prokuraturę postępowania w sprawie nielegalnych adopcji, konkretnie postawiono zarzuty Irynie, kobiecie, która towarzyszyła ukraińskim surogatkom rodzącym w jednym z warszawskich szpitali. Postępowanie jest w toku.

Po publikacji pojawiły się zarzuty, że jestem "młotem na czarownice", że przegiąłem, pokazując zjawisko w sposób zbyt sensacyjny. Taki był też zarzut głównej bohaterki. Iryna, która prawdopodobnie koordynowała cały "projekt" – choć twierdziła, że pełniła funkcję wyłącznie tłumaczki, ewentualnie woziła dziewczyny na paznokcie czy do fryzjera – miała do mnie żal, że zniszczyłem jej życie.

Już później, w czasie pracy nad książką, po rozmowie z samą Iryną i osobami, które na co dzień zajmują się surogacją, upewniłem się jednak, że to, co działo się, to była z punktu widzenia programów surogacyjnych patologia i że coś takiego nigdy nie powinno było się wydarzyć.

Dlaczego to była patologia?

Iryna podczas spotkania ze mną, na które zresztą przyszła z dwumetrowym facetem podającym się za jej męża, cały czas mówiła tylko o sobie, a proceder surogacyjny określiła jako "turystykę medyczną". Stwierdziła, że "niektórzy ludzie tak po prostu funkcjonują".

Nie mówiła o tym, jak te kobiety są traktowane. Że przed porodem mieszkają w kilka w jednym mieszkaniu i praktycznie stamtąd nie wychodzą. Że nie mają nic do powiedzenia. A dwa–trzy dni po porodzie odbierane są ze szpitala zazwyczaj przez ojców dzieci, którzy udają ich mężów, partnerów. Po to, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

Jakub Korus napisał reportaż interwencyjny o surogatkach z Ukrainy, które rodziły w jednym z warszawskich szpitali - zdjęcie ilustracyjne (Paweł Malecki/ Agencja Gazeta) , (Grzegorz Skowronek/ Agencja Gazeta)

O podobnych patologiach nasłuchałem się sporo i doszedłem do wniosku, że złymi charakterami są tu przede wszystkim pośrednicy między rodzicami a surogatkami, czyli agencje, kliniki lub ewentualnie osoby prywatne.

Dlaczego?

Bo dla nich liczy się zysk. Co przynosi zysk? Dziecko. Czyli na pierwszym miejscu jest dziecko, potem klient, a na końcu surogatka. W dodatku tam, gdzie agencje i pośrednicy nie podlegają żadnej kontroli, czyli na przykład w Ukrainie, tym bardziej może dochodzić do nadużyć – niewypłacenia pieniędzy surogatce, gdy ta poroni, ryzykowanie jej zdrowia i życia, byleby uratować dziecko, itd.

Kijowski BioTexCom – największa firma surogacyjna na świecie – działa po prostu jak fabryka, ze wszystkimi plusami i minusami fabryki. Klinika ma swoje oddziały na świecie, biura działają poza Ukrainą, także w Polsce.

W 2018 roku jej szefowi Albertowi Toczyłowskiemu zarzucano, że specjalnie ściąga do kliniki biedne matki z terenów Ługańska i Doniecka, żeby rodziły dzieci. Razem z naczelnym lekarzem BioTexCom został wtedy oskarżony o handel ludźmi, fałszowanie dokumentów i uchylanie się od płacenia podatków w Ukrainie. Jakby tego było mało, w rozmowie z Deutsche Welle sam przyznał, że w klinice popełniano błędy – w 2011 roku doszło do podmiany zarodków. Okazało się bowiem, że rodzice z Włoch odebrali dziecko, które nie było z nimi genetycznie związane. Udowodnił to test DNA.

Mimo tych złych doświadczeń wiele kobiet z Ukrainy albo nie żałuje, że wzięły udział w procesie surogacyjnym, albo decyduje się zostać matkami zastępczymi po raz kolejny.

To mnie bardzo zaskoczyło i sprawiło, że zacząłem patrzeć na te kobiety zupełnie inaczej. Na początku wychodziłem z pozycji współczującej. Tym bardziej że wynagrodzenie, które matki zastępcze z Ukrainy dostają za udział w programie surogacyjnym, z naszej perspektywy nie jest aż tak duże – to zazwyczaj około 15 tys. dolarów, czyli około 60 tys. złotych. Dla porównania w USA surogatka życzy sobie około 50 tys. dolarów, czyli około 200 tys. złotych.

Dlatego cały świat jeździ na Ukrainę.

Między innymi. Bo jeździ jeszcze do USA, Kanady i Azji – Tajlandii, Nepalu.

Maria Warenikowa, dziennikarka z Kijowa, z którą skontaktowałem się w czasie pracy nad książką, powiedziała mi o matkach zastępczych: nie możesz się nad nimi litować, nie bądź kolejnym dziennikarzem z Zachodu, który ma podejście: biedna Maryno, sytuacja zmusiła cię do tego, żebyś rodziła dziecko dla obcych ludzi. W większości przypadków te dziewczyny wiedzą, co robią, rzeczywiście postrzegają surogację jako jedyny sposób na zarobienie większych pieniędzy, bo te 15 tys. dolarów to często koszt na przykład połowy mieszkania w Ukrainie czy wystarczająca kwota, by opłacić porządną szkołę dla dzieci. Nie czują się źle, że to robią, bo robią to dla swojej rodziny, a już na pewno nie obawiają się, że będą chciały to dziecko zatrzymać.

Jak mówi jedna z twoich rozmówczyń Anita Fincham, wiceprzewodnicząca zarządu Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian", bardziej się boją, że rodzice nie będą chcieli dziecka odebrać.

Dokładnie. Albo że coś pójdzie nie tak, na przykład poronią i nie dostaną zapłaty.

Jak Polina.

Historia Poliny towarzyszyła mi od początku pisania książki. Śledziłem jej wpisy na Instagramie. Były swoistym dziennikiem z okresu surogacji. Któregoś dnia opublikowała na profilu rozpaczliwy wpis, że jest w szpitalu, zupełnie sama, krwawi i potrzebuje pomocy prawnej, bo agencja wywiera na nią presję, żeby ratować dziecko. Jej własne dzieci zostały z nianią, za którą nie wiadomo kto zapłaci. Ten wpis potem usunęła, po miesiącu pojawił się kolejny, w którym poinformowała, że poroniła. Była w 16. tygodniu ciąży.

W Kijowie działają największe kliniki w całej Ukrainie i tam jest ich najwięcej (Shutterstock.com)

Odczekałem jeszcze miesiąc i się do niej odezwałem. Ku mojemu zdziwieniu chciała ze mną rozmawiać. Byłem przekonany, że po takim doświadczeniu będzie miała wyłącznie negatywne zdanie o surogacji. Tymczasem Polina powiedziała, że jest gotowa przystąpić ponownie do programu. Bo tak bardzo zależy jej na kupnie domu, na który w tej chwili jej nie stać. Przyznała, że to, co się wydarzyło, było skandaliczne, dlatego postara się poszukać innej agencji, bardziej zaufanej.

Kolejna moja rozmówczyni, Jarosławna, pierwszą surogację przypłaciła depresją, prawie rozwiodła się z mężem. Mimo to zdecydowała się zostać matką zastępczą po raz kolejny. Bo skoro może komuś pomóc, a przy okazji dostać za to wynagrodzenie, to dlaczego miałaby tego nie zrobić? Poza tym, jak dodała, na niej wszystko goi się jak na psie – po 10 dniach od pierwszego porodu surogacyjnego była już na koncercie...

Wiele surogatek traktuje program po prostu jak pracę.

Dokładnie. Eta rabota, jak powiedziała mi Swieta Sokołowa, która najpierw była matką zastępczą, potem założyła organizację wspierającą surogatki Siła Matek, a gdy poznała kulisy surogacji, postanowiła sama zostać pośredniczką. To ona mi między innymi powiedziała, że jest masa dziewczyn, które oszukują: nie dbają o siebie, piją alkohol albo palą papierosy w ciąży, nie zgłaszają się na badania. I nagle dochodzi do poronienia. Rodzice, którzy czekają na dziecko, nigdy się nie dowiedzą, czy tak się po prostu zdarzyło, czy ktoś się do tego przyczynił.

Dlaczego w Ukrainie surogacja nie jest uregulowana, skoro jest to tak prominentny biznes?

Przez jakiś czas toczyła się na ten temat dyskusja. Mykoła Kuleba, komisarz prezydenta Ukrainy do spraw praw dziecka, apelował, aby ograniczyć proces do surogacji wewnętrznej, tak jak zostało to zrobione w Indiach. Ale na dyskusjach i deklaracjach się skończyło. Przez rok próbowałem porozmawiać z Kulebą, wysłałem mnóstwo maili, po polsku, angielsku, po rosyjsku. Bez odzewu.

To jest po prostu wielki biznes, który ma zagranicznych inwestorów i doskonałych lobbystów, wśród nich BioTexCom. Szef kliniki Albert Toczyłowski ma świetne relacje z przedstawicielami partii rządzącej Sługa Narodu oraz ze środowiskiem prezydenta Zeleńskiego – na zdjęciu, które ustawił jako tło na Facebooku, pozuje z prezydentem.

Piszesz, że w Polsce biznes surogacyjny również ma się dobrze. Dzieci dla par z Zachodu rodzą nie tylko Ukrainki, ale także Polki.

Przez lata wykorzystywano do tego furtkę w postaci tzw. adopcji ze wskazaniem, z której korzystały pary zainteresowane surogacją - kobieta w ciągu sześciu tygodni zrzekała się praw do dziecka, rodzice intencyjni, w tym ci niespokrewnieni z dzieckiem, od razu przechodzili przyspieszony proces adopcyjny. W 2016 roku przepisy zaostrzono – od tej pory już tylko krewni dziecka, na przykład dziadkowie, mogli je adoptować. Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak, który między innymi postulował tę zmianę, szacował wtedy, że nawet 70 procent z około 2500 wskazań rocznie mogło pochodzić z surogacji. W 2019 roku rząd jeszcze bardziej przykręcił śrubę i wprowadził szczegółowe przepisy mające zwalczać nielegalne adopcje. Czy zmiany przepisów ukróciły macierzyństwo zastępcze? Nie sądzę, do moich bohaterów z Polski, którzy przez jakiś czas szukali surogatki w Polsce, nadal zgłaszają się kobiety, które chciałyby urodzić im dziecko za 30-60 tysięcy złotych. W książce jest rozmowa z polską surogatką.

Polska jest też doskonałym krajem tranzytowym – graniczy z Ukrainą, a jednocześnie jest już w Unii Europejskiej, w strefie Schengen. Łatwiej rodzicom z Francji czy Hiszpanii przewieźć dziecko przez polską granicę niż przez ukraińską.

Kliniki surogacyjne we Lwowie nie bez przyczyny chwalą się, że do polskiej granicy jest zaledwie 70 km...

I o ile w krajach Zachodu, nawet jeżeli surogacja nie jest do końca uregulowana, rządy przynajmniej biorą pod uwagę, że coś takiego funkcjonuje, o tyle w Polsce w tej chwili zamyka się na ten proceder oczy. I nagle jest taka sytuacja, o jakiej opowiadała mi Swieta: że Ukrainka leci do Polski na poród i rodzi… na pokładzie samolotu. I co teraz? Zgodnie z polskim prawem, w odróżnieniu od ukraińskiego, to kobieta, która urodziła dziecko, jest jego matką. Gdyby sprawa wyszła na jaw, przekazanie dziecka biologicznym rodzicom byłoby ogromnie trudne.

Czy po napisaniu książki zmieniło się twoje podejście do surogacji?

Bardzo.

To znaczy?

Zanim napisałem książkę, raczej powiedziałbym, że każda forma surogacji jest zła. Dziś dopuszczałbym przynajmniej surogację altruistyczną, czyli taką, w której kobieta godzi się urodzić komuś dziecko z dobroci serca, a jedyną kwotą, jaką otrzymuje, są rekompensaty – za koszty poniesione w związku z byciem w ciąży. Tak jest na przykład w Wielkiej Brytanii czy w Grecji.

Zakładam jednak, że takich kobiet nie jest zbyt dużo.

Na pewno niewystarczająco dużo, bo zarówno Brytyjczycy, jak i Grecy wciąż fruwają po dzieci do Ukrainy.

Bo jak piszesz, gdy rodzic jest zdesperowany, zrobi wszystko, żeby zrealizować swoje marzenie o posiadaniu dziecka.

I ta desperacja rodziców, zwłaszcza matek, jest czymś, co również sprawia, że na wiele kwestii przymyka się oko. Moje rozmówczynie ze stowarzyszenia Nasz Bocian opowiadały mi, że instynkt, zwłaszcza macierzyński, potrafi być tak silny, że kobiety są w stanie opuścić swojego bezpłodnego partnera, żeby zajść w ciążę z innym, a potem do niego wrócić. Dlatego jak rodzice intencyjni, czyli ci, którym inna surogatka urodziła dziecko, mówią, że będą interesować się jej losem, utrzymywać z nią kontakt po porodzie, to nie zawsze można im wierzyć.

Dziennikarka Maria, o której już wspomniałem, opowiedziała mi o dziewczynie, która w czasie ciąży miała świetny kontakt z rodzicami intencyjnymi – pochodzili z Danii. Jak oddała dziecko, przestali się do niej odzywać. Mówiła, że nie było jej ciężko z tym, że straciła dziecko, ale że straciła przyjaciół – w ciągu tych dziewięciu miesięcy zdążyła się do nich bardzo przywiązać. Prawie zawsze jest tak, że po odebraniu dziecka rodzice się odcinają.

Wierzę jednak, że gdyby naprawdę sensownie to uregulować, surogacja komercyjna także mogłaby działać sprawnie, tak jak działa chociażby w większości stanów w USA. Bo skoro udało się w jakiś sposób skodyfikować adopcję międzynarodową, to dlaczego nie udałoby się z surogacją?

Wokół surogacji narosło jednak mnóstwo stereotypów. Na samą myśl, że kobieta rodzi dziecko dla kogoś innego, zapala się w głowie czerwona lampka.

Bo przecież to dziecko nosiła w brzuchu, budowała z nim więź, oddanie go lub bycie do tego zmuszanym jest czymś nieludzkim... Od razu przed oczami stają nam skandale z lat 80., między innymi sprawa Baby M., czyli dziecka Amerykanki Mary Beth, która najpierw zgodziła się urodzić dziecko parze Amerykanów, ale po porodzie zmieniła zdanie. Postanowiła zwrócić pieniądze i zatrzymać dziewczynkę.

Co jednak istotne, większość tych skandali dotyczy okresu, w którym zapłodnienie in vitro nie było tak rozwinięte jak dziś – komórka jajowa pochodziła bowiem od surogatki.

Obecnie mamy do czynienia przede wszystkim z surogacją pełną. Zapłodnienie odbywa się metodą in vitro (Jakub Włodek/ Agencja Gazeta) , (Roman Bosiacki/ Agencja Gazeta)

Czyli to ona była biologiczną matką dziecka.

Otóż to. A obecnie mamy do czynienia przede wszystkim z surogacją pełną. W tym przypadku para czy osoba pragnąca mieć dziecko dostarcza matce zastępczej cały materiał genetyczny. To bardzo wiele zmienia.

A surogatka pełni funkcję inkubatora...

Nieszczęsny inkubator... Niestety, nie dysponujemy odpowiednim językiem, który w sposób niestygmatyzujący opisywałby to zjawisko, zwłaszcza w Polsce.

Gdzie surogacja kojarzy się z handlem dziećmi i wypożyczaniem macic.

A uwierz mi, że niektóre kobiety nie mają żadnego problemu z tym, że nazywane są inkubatorami. Dużo większy problem mają z pojęciem "matki zastępczej", bo w ogóle nie uważają się za matki tych dzieci. 

Kolejny mit – że matka nawiązuje naturalną więź z dzieckiem w ciąży i vice versa, dziecko z nią.

Udało mi się porozmawiać ze świetnymi psycholożkami prenatalnymi, które, powołując się na badania, przekonywały mnie, że taka więź wcale nie musi się wywiązać, czasami nie wywiązuje się nawet u matek biologicznych – nie każda ciąża na świecie jest przecież chciana. Po drugie, dziecko nie przeżywa żadnej traumy w związku z rozstaniem z matką, pod warunkiem, że od razu trafi pod dobrą opiekę.

Wydawało mi się, że z usług surogatek korzystają przede wszystkim bogaci celebryci, którzy wolą zapłacić komuś za urodzenie dziecka, niż urodzić je sami, bo nie chcą mieć rozstępów albo przerwy w karierze. Bardzo się pomyliłem. Takie osoby zapewne też się zdarzają, choć zaznaczę, że – co do zasady – żeby wziąć udział w procesie surogacyjnym w Ukrainie, trzeba mieć zaświadczenie od lekarza o bezpłodności lub zmaganiu się z niepłodnością.

I większość osób, z którymi ja rozmawiałem, nie może mieć dzieci. Część chciała dziecko adoptować, ale ci ludzie nie przeszli procedury albo usłyszeli, że proces może potrwać nawet 10 lat. A oni mają już na przykład po 43 lata i może się zdarzyć, że za dekadę usłyszą, że są już za starzy na adopcję. Są też tacy, którzy czują, że adopcja nie jest dla nich. Albo bardzo im zależy na tym, aby być genetycznymi rodzicami i widzieć w swoim dziecku cząstkę siebie i swojego partnera.  

WHO szacuje, że do 2050 roku połowa par na świecie będzie miała problem z zajściem w ciążę. W Polsce obecnie 1,5 mln par boryka się z niepłodnością. To aż 3 mln osób na 37 mln mieszkańców.

Coraz więcej par decyduje się na dziecko w późniejszym wieku i nagle okazuje się, że zajście w ciążę nie jest takie proste. Już nie wspomnę o parach homoseksualnych, które też chciałyby mieć rodzinę.

O niepłodności społecznej w ogóle się w Polsce nie mówi. Wciąż panuje kult matki Polki, tylko – jak mówi jedna z moich bohaterek, Oliwia – gdy okazuje się, że kobieta w Polsce nie może mieć dzieci, nie robi się nic, żeby pomóc jej zostać matką w inny sposób. A współczesna medycyna na to pozwala, więc dlaczego z tego nie skorzystać?

Jakub Korus (Marek Szczepanski)

Może już pora zadać sobie pytanie o przyszłość rodzicielstwa, o to, czy przypadkiem nasze wyobrażenie o rodzinie tradycyjnej jest już nieaktualne? Według GUS 2,5 mln polskich par żyje obecnie w związkach nietradycyjnych. Z zabiegów in vitro w Polsce korzysta każdego roku kilkanaście tysięcy par. Ludzie chcą i będą chcieli mieć dzieci. Zawsze znajdą sposób, żeby swoją potrzebę zrealizować.

Jakub Korus. Dziennikarz śledczy „Newsweeka". W 2016 roku wraz w Wojciechem Cieślą nominowany do prestiżowej nagrody Grand Press za cykl reporterski "Minister na włościach", w 2020 roku do nagrody Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego za reportaż "Surogatki z Miasteczka Wilanów".

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.