Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Adam i Szymon wyszli z domu na ryby.

Mieli wtedy 15 i 11 lat.

W którym to było roku?

W 1998, w dniu wyborów samorządowych. Był październik. Giżycko. Podeszła do nich grupka nastolatków, częściowo im znanych. Zostali zaprowadzeni pod krzyż Brunona, na pustą polanę nad jeziorem Niegocin. Tam Adam został zakatowany, a jego brata utopiono, ponieważ był jedynym świadkiem morderstwa.

Skąd wiemy, że zrobili to ich koledzy?

Z zeznań. Na ławie oskarżonych zasiadło pięciu chłopaków. Trzech z nich przyznało, że byli na miejscu zbrodni, opowiedzieli w szczegółach o morderstwie i wskazali na współudział dwóch starszych nastolatków. Ci nie mieli jednak żadnych kontaktów z zamordowanymi braćmi, mieszkali w innej części miasta, chodzili do innych szkół, a w czasie zbrodni byli w domach rodzinnych. Tak zeznali zarówno oni sami, jak i ich bliscy. Nigdy też nie przyznali się do winy, nie znaleziono żadnych innych dowodów na ich udział w zbrodni. Mimo to Marcin Chmielewski i Krzysztof Kaczmarczyk zostali skazani na dożywocie. Siedzą do dziś. Z trójki, która obciążyła ich zeznaniami, dwóch jest już na wolności.

Nic z tego nie rozumiem. Jak to się mogło stać?

Zacznijmy od policji, która dopiero po miesiącu znalazła ciało Adama, a Szymona po prawie dwóch. Ich matka miała poczucie, że policja nie szukała jej dzieci jak należy. Giżycko to nie Nowy Jork, ciała powinny zostać znalezione w dobę.

Na starszego chłopca natknęli się dwaj mieszkańcy, którzy postanowili na polanie napić się wódki.  Na miejscu zbrodni nie zebrano praktycznie żadnych śladów, policjanci zabrali trochę liści i ziemi. Rozumiem, że wszędzie leżał śnieg, więc ślady biologiczne mogły zostać zniszczone, ale nie podjęto nawet próby znalezienia niedopałków czy butelek po alkoholu, choć wiadomo było, że sprawcy pili i palili.

A potem sąd posłużył się zeznaniami trójki nastolatków i im uwierzył, stwierdzając jednocześnie, że alibi Chmielewskiego i Kaczmarczyka zostało wymyślone przez rodziny na potrzeby procesu. Wyobraźmy sobie presję, pod którą wówczas działał sąd. Zbrodnią żyje całe Giżycko, media relacjonują szczegółowo sprawę. Wyrok musiał zapaść szybko.

Jezioro Niegocin w Giżycku (fot. Przemysław Skrzydło / AG)

Dlaczego trzech kolegów zrzuciło całą winę na Chmielewskiego i Kaczmarczyka?

Moim zdaniem w tej opowieści kluczowy jest 18-letni wówczas Robert T. Wiedział, że może trafić na całe życie do więzienia, jako najstarszy spośród sprawców. Było mu więc na rękę wskazanie kogoś starszego. To on pierwszy powiedział, że Krzysztof i Marcin byli inicjatorami zabójstwa. Sąd w to uwierzył, mimo że później w procesie T. wycofywał się z tych zeznań.

Co ważne, kilka dni przed zatrzymaniem Robert powiedział matce, że zabił Adama i Szymona. Ostatecznie dostał 25 lat, pozostali dwaj nieletni uczestnicy po 7 i 8. Gdyby ta trójka nie wskazała Marcina i Krzysztofa, oni nigdy nie trafiliby za kratki. Rozmawiałam z ich bliskimi. Matka jednego z nich wspominała, że nie chciała angażować prawników, bo przecież syn był niewinny. Pytali, jak sąd mógłby go skazać? Rodziny Krzysztofa i Marcina do końca nie wierzyły, że może się im stać coś tak złego.

Jest szansa, że kiedyś wyjdą?

Prawnicy mówią, że niewielka. Ja chciałabym wierzyć, że po 25 latach jednak zostaną przedterminowo zwolnieni. Po cichu liczę, że pomoże presja społeczna i nasze teksty.

Jak oni funkcjonują w więzieniu?

Dobrze się zachowują, mam wrażenie, że są tam traktowani jak niewinni. Ich wychowawcy zwracają uwagę, że nawet jeśli słusznie odsiadują wyroki, to proces resocjalizacyjny okazał się sukcesem. To spokojni, niezdemoralizowani mężczyźni, dobrze współpracują ze strażnikami, nie mają problemów ze współwięźniami.

Wiadomo, ilu mamy w Polsce niesłusznie skazanych?

Nie, Ministerstwo Sprawiedliwości zdaje się nie zauważać tego wstydliwego problemu. Nikt nie prowadzi takich statystyk. Niesłuszne skazania traktuje się jako pojedyncze incydenty, a tak naprawdę szwankuje system. Niewielką część zjawiska widać po coraz częściej wypłacanych odszkodowaniach. Dostają je osoby oczyszczone z zarzutów czy przetrzymywane bez powodu w areszcie przez kilka miesięcy, a nawet lat. Ale to margines, bo nie każdy zgłosi się po odszkodowanie i nie wszystkie przypadki udaje się doprowadzić do szczęśliwego finału.

Znam badania, które pokazują, że około 3 proc. osób przebywających w amerykańskich więzieniach to niesłusznie skazani. Co by oznaczało, że – biorąc pod uwagę 71 tys. więźniów obecnie odsiadujących wyroki w polskich zakładach karnych – niewinnych liczymy w tysiącach.

Budynek Ministerstwa Sprawiedliwości przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie (fot. Maciek Jaźwiecki / AG)

Jeden z bohaterów twojej książki wywalczył 3 mln złotych odszkodowania. Tomasz Komeda – 12,8 mln.

W latach 2009–2019 państwo wypłaciło 445 niesłusznie skazanym osobom 14 mln złotych. Niby niewiele, ale ta kwota będzie rosnąć. Odszkodowanie i zadośćuczynienie Tomaszowi Komendzie zostało zasądzone w lutym 2021 roku. Z kolei za niesłuszne aresztowania państwo zapłaciło w ciągu tej dekady 146 mln. Ale jak wyliczyć straty niematerialne? Przecież za jednym skazanym stoją małżonkowie, dzieci, przyjaciele, rodzice. Oni wszyscy cierpią. Po drugiej stronie są chociażby bliscy zamordowanych dzieci, którzy oczekują wydania sprawiedliwego wyroku i zamknięcia sprawy. Dzieje się inaczej: przez kilkanaście lat muszą odpowiadać na pytania dziennikarzy i prawników, ponieważ sąd mógł popełnić błąd.

Który, jak mówisz, można wpisać w szerszy mechanizm. Kto na początku popełnia błąd?

Policja. Zdarzają się pomyłki przy okazaniu, mówiąc inaczej: świadek wskazuje inną osobę niż sprawca przestępstwa. Czasem celowo, częściej się po prostu myli.

Inną kategorią są osoby fałszywie przyznające się do winy. Robią to, bo nie mogą wytrzymać presji ze strony przesłuchujących. Jeden z moich bohaterów jest niepełnosprawny intelektualnie i nie potrafił ocenić właściwie swojej sytuacji. Siedzi do dzisiaj w więzieniu, chociaż nie ma dowodów jego winy, a to, co zostało zebrane, do niego nie pasuje.

Idźmy dalej: opinie biegłych czasem są nieprofesjonalnie przygotowane. To szerszy problem – do listy biegłych można dziś dopisać niemal każdego. Moja rozmówczyni, profesorka Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że może się na niej znaleźć nawet jej pies. A potem sąd na podstawie takich opinii wydaje wyrok. Jasne, nie wszyscy biegli i sędziowie tak pracują, nie chcę wrzucić wszystkich do jednego worka, ale zajmuję się takimi sprawami na co dzień i widzę skalę uchybień. Potrzebna jest nowa ustawa o biegłych, która pozwalałaby na ich lepszą weryfikację i podniesienie wynagrodzenia, żeby do opiniowania zgłaszali się ci najlepsi.

A co ze źle pojętą solidarnością środowiska? Wyobraźmy sobie małe miasteczko, w którym policjant, prokurator i sędzia dobrze się znają. Trudno w takiej sytuacji wytykać sobie błędy.

Sędziowie, którzy muszą po decyzji sądu apelacyjnego ponownie rozpatrzyć sprawę, pracują w jednym budynku z tymi, którzy sądzili za pierwszym razem. Są kolegami.

Przyczyny upatrywałabym w niedojrzałości systemu. Nowoczesne sądy mają w Polsce dopiero 31 lat, a część osób przeszła do nich z poprzedniego ustroju, gdzie inaczej podchodzono do sprawiedliwości.

Na początku błąd popełnia policja (fot. Tomasz Pietrzyk / AG)

Czyli Zbigniew Ziobro i politycy partii rządzącej mają rację, krytykując wymiar sprawiedliwości?

To, że system sądowniczy skonstruowany po 1989 nie funkcjonuje idealnie, autorytety prawnicze mówiły od dawna. Rozmawiałam o tym z ekspertami jednej i drugiej strony: sędzia Sądu Najwyższego powołany przez "dobrą zmianę" mówił prawie to samo co adwokat popierający Wolne Sądy, opozycyjne wobec resortu Ziobry. System widzi za mało człowieka w człowieku, zezwala na aroganckie zachowania, nie brakuje w nim leniwych czy niedouczonych sędziów i prokuratorów. Nie oznacza to jednak, że system powinien zostać podporządkowany politykom. Chodzi o coś elementarnego, czyli wymierzanie sprawiedliwych wyroków. W idealnym świecie prokuratorzy i sędziowie są uważni i wnikliwi, opierają się na materiale dowodowym i nie ulegają presji środowiska czy mediów.

W systemie można zainstalować bezpieczniki. Jakie?

Chociażby zasadę, że po zatrzymaniu każdy ma prawo do adwokata.

Teraz tak nie jest?

Jest, ale tylko w teorii. W praktyce muszę podać policjantowi numer telefonu do adwokata, do którego może zadzwonić. Zanim rozpocznie się przesłuchanie w komisariacie, powinien pojawić się obrońca. Tylko w takim przypadku mamy pewność, że składający wyjaśnienia nie był torturowany i przymuszany do złożenia podpisu pod fałszywymi zeznaniami. Obecność adwokata zabezpiecza również policjantów przed oskarżeniami o stosowanie różnych form nacisku. Da się też po prostu nagrywać składanie wyjaśnień. Ale obecnie można to robić wyłącznie na sprzęcie dostarczonym przez ministerstwo.

Kto może zostać niesłusznie skazany?

Każdy. Ty i ja, czytelnicy tego wywiadu. Przed napisaniem "Skazanych" myślałam, że niesprawiedliwe wyroki to margines wszystkich prowadzonych spraw. Teraz prawie codziennie czytam o kolejnych przypadkach osób niesłusznie aresztowanych albo skazanych, które niedługo wyjdą na wolność.

To w sumie straszne, że przez przypadek mogę znaleźć się w miejscu zbrodni i trafić do więzienia na 25 lat.

Los jest ślepy. Piszę o kobiecie, matce, która została oskarżona o zlecenie zabójstwa byłego męża. O społeczniku pracującym z niepełnosprawnymi dziećmi, którego oskarżono o napaść z nożem. Jest niepełnosprawny intelektualnie młody chłopak, który rzekomo miał popełnić zbrodnię i zatrzeć po sobie wszystkie ślady. Być może bardziej zagrożeni niesprawiedliwym wyrokiem są ci z półświatka, bo skoro ktoś zlecił porwanie lub ukradł samochód, to może zabić – bywa i taka logika.

Zobacz wideo Kryminalne (i tragiczne) historie, które natchnęły reżyserów [Popkultura]

W Stanach Zjednoczonych przepisy pozwalają na ponowne zbadanie DNA w sprawach, które budzą wątpliwości. U nas często nie ma czego badać. Cierpimy na świętość prawomocnego wyroku, po którym sądy nierzadko wydają postanowienie o zniszczeniu dowodów. Czyli uważamy, że nigdy nie będą już potrzebne.

Bezpiecznikiem, który sprawdziłby się u nas, mogłaby być Komisja Niewinności, zajmująca się takimi sprawami. Takie ciała funkcjonują w wielu krajach, zasiadają w nich byli sędziowie i autorytety prawnicze. Jeżeli stwierdzą, że sprawa wymaga ponownego zbadania, kierują ją do sądu i ten nadaje jej bieg. W Polsce obecnie do ponownego rozpatrzenia są kwalifikowane sprawy, w których znajdzie się nowy, znaczący dowód. Jak można się domyślić, dzieje się tak rzadko.

Ludmiła Anannikova (fot. Archiwum prywatne) , Każdy może zostać niesłusznie skazany (fot. Dawid Żuchowicz / AG)

A co, jeśli twoi bohaterowie jednak są winni?

Ja ich nie osądzam, obiektywnie opisuję ich sprawy. Pokazuję wątpliwości po rozmowach z osobami, które siedzą w więzieniu, z ich bliskimi, przedstawicielami organów ścigania, uczestnikami procesów. Według wielu ekspertów ci ludzie powinni przebywać na wolności.

W przypadku Giżycka zadawałam sobie pytanie o wiarygodność Marcina i Krzysztofa. Musieliby przez ponad 20 lat kłamać. Więcej pożytku przyniosłoby im przyznanie się do winy, ponieważ system uznałby ich za skruszonych morderców i prędzej zgodziłby się ich wypuścić warunkowo. Można być skrajnym psychopatą, zgoda. Ale dwóch w jednej sprawie to jednak za dużo. 

Książka "Skazani. Historie skrzywdzonych przez system" do kupienia w Publio >>>

Ludmiła Anannikova. Dziennikarka "Gazety Wyborczej", laureatka Nagrody im. Teresy Torańskiej. Dwukrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Jej książkę "Skazani. Historie skrzywdzonych przez system" opublikowało wydawnictwo W.A.B.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.