Rozmowa
Pobieranie śladów w laboratorium kryminalistycznym (Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Pobieranie śladów w laboratorium kryminalistycznym (Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Każdy z nas ma swój indywidualny, niepodrabialny zapach?

W 1986 roku naukowcy z wielu krajów, w tym Amerykanie, potwierdzili, że zapach jest indywidualną cechą człowieka, podobnie jak linie papilarne. Indywidualny, uwarunkowany genetycznie zapach ma nawet każde z bliźniąt jednojajowych. Krótko mówiąc: nie ma na świecie dwojga ludzi, którzy pachną tak samo. Zapach ciągnie się za nami wszędzie, czy tego chcemy, czy też nie. Emitują go parujący i osiadający wokół pot, niepostrzeżenie złuszczający się naskórek, wypadające włosy i oczywiście wszystkie wydzieliny ciała.

Nie słyszałem, żeby można było sfałszować ten indywidualny zapach. Nie zmienią go perfumy, których używamy, mydło, szampon czy proszek do prania.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

I właśnie na tym oparła się osmologia, czyli technika kryminalistyczna, która bada ślady zapachu ludzi i identyfikuje je ze sprawcami przestępstw.

Te ślady zostają na podłożu, na przedmiotach, których dotykał sprawca, na ubraniach. Taka chmura zapachów może się przez pewien czas świetnie utrzymywać.

Jak długo?

To zależy od wielu czynników: od temperatury, rodzaju podłoża czy ruchów powietrza. Ślady osmologiczne z plam krwi, włosów i paznokci utrzymują się nawet przez kilka lat. Na rzeczach osobistych, ubraniach czy obuwiu – przez kilka miesięcy. Na przedmiotach, których przestępca używał – przez trzy dni, a na śladach stóp, nawet w butach – przez 10 godzin.

Zdradzę pani ciekawostkę. Gdy u nas osmologia raczkowała, w ZSRR z powodzeniem wykorzystywano ją do poszukiwania i zatrzymywania agentów obcych wywiadów. Agenci bowiem byli szkoleni, by nie zostawiać po sobie klasycznych śladów, takich jak odciski palców, włosy czy ślady butów. Ale zapach zostawał zawsze i nie mogli na to nic poradzić. Rosjanie mieli też psy, które były krzyżówką wielu ras i wykazywały wielką pasję do pracy identyfikacyjnej.

Pies tropiący podczas ćwiczeń. Policjanci symulują ucieczkę więźniów z konwoju (Tomasz Waszczuk / AG)

Kiedy pan zajął się osmologią?

To było w 1993 roku, zaproponowano mi pracę w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. "Zajmiesz się nadzorowaniem szkoleń psów tropiących" – usłyszałem. Równocześnie kilkunastu policjantów z prewencji otrzymało rozkaz: "Od teraz masz psa i dodatek do pensji". Jedni chcieli, drudzy nie chcieli, a moim zadaniem było wszystkich tych policjantów wysyłać na szkolenia dla przewodników psów i pilnować, żeby i oni, i ich podopieczni się rozwijali.

Na czym ten rozwój polegał?

Psy w naszej komendzie podzielono na grupy: patrolowe, patrolowo-tropiące, tropiące i specjalne, do wyszukiwania materiałów wybuchowych, zwłok czy narkotyków. Były szkolone w Zakładzie Szkolenia Przewodników i Tresury Psów w Sułkowicach. Po zakończeniu szkolenia każdy duet złożony z psa i przewodnika musiał dwa razy w roku jeździć tam na tak zwane atesty, czyli sprawdziany umiejętności. Psy tropiące i specjalne były pod szczególną ochroną, dostawały też smakołyki, gdy sprawnie wykonywały swoje zadania. To właśnie je przekwalifikowano po szkoleniach na psy do specjalistycznych zadań osmologicznych.

Praca z psami musiała być bardzo ciekawa!

Zajmowałem się też mniej ekscytującymi zadaniami, na przykład zakupem odpowiednich słoików z jednolitego szkła ze szczelnymi nakrętkami, do których policjanci wkładali ślady zapachowe. Koledzy sobie ze mnie żartowali, ale prawda była taka, że tylko komendant wojewódzki i ja mieliśmy w pracy zmywarki – one dopiero stawały się popularne. Służyły nam do tego, by myć bezzapachowym specyfikiem i dokładnie wygotowywać słoiki.

Co trafiało do takiego słoika?

Pochłaniacze zapachów, za które służyły nam wówczas sterylne waty obszyte gazą, produkowane do podpasek i pampersów. Kupowałem je bezpośrednio u producenta w hurtowych ilościach, co było tematem drwin kolegów.

Pies Tyrol identyfikuje zapachy (Arkadiusz Wojtasiewicz / AG)

Zabezpieczaniem śladów zapachowych na miejscach przestępstw zajmowali się technicy kryminalistyki. Załóżmy, że technik znalazł narzędzie czy kawałek garderoby z dużym prawdopodobieństwem należące do sprawcy. Według metodyki opracowanej w Komendzie Głównej Policji miał obowiązek położyć pochłaniacz na ten przedmiot, przykryć folią i pozostawić na minimum pół godziny.

Co się dalej działo z takim pochłaniaczem ze śladem zapachowym?

Szczypcami wkładało się pochłaniacz do słoika, szczelnie zakręcało i opisywało jako ślad kryminalistyczny z miejsca zdarzenia. Od tego momentu był to już dowód w sprawie, nad którym pieczę trzymała prowadząca śledztwo prokuratura.

A potem?

Dowód zapachowy trafiał do pracowni osmologicznej w komendzie policji. Równocześnie policjant prowadzący śledztwo pobierał materiał porównawczy od podejrzanego, którego wytypował. Były to odciski linii papilarnych, ale również zapach.

Postępowało się identycznie jak w przypadku zabezpieczenia tych śladów na miejscu przestępstwa. Podejrzany trzymał pochłaniacz w dłoni przez 15 minut, a potem policjant dochodzeniówki wkładał ten pochłaniacz do sterylnego słoika i odpowiednio opisywał.

Co ważne, z takim zastrzeżeniem, że zapachu od podejrzanego nie mógł pobierać technik kryminalistyki, który pracował na miejscu zdarzenia. Musiał to zrobić inny policjant z dochodzeniówki, a nawet komendant, ale nie ten sam technik.

Pies do identyfikacji zapachów musi być wciąż szkolony (Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Dlaczego?

Wszystkim nam zależało na tym, żeby zapachy były pobierane precyzyjnie i stanowiły wartość dowodową. I co ważne, żeby stworzyć idealne warunki do pracy zapachowej psów. Dlatego śladów zapachowych na miejscu zdarzenia i śladów od potencjalnego sprawcy nie mogła pobierać ta sama osoba. Bo nie byłoby wtedy pewności, czy pies czuje zdublowany zapach technika, czy podejrzanego.

Skąd brał pan zapachy do ćwiczeń albo porównań?

Jechałem na przykład ze sterylnie wygotowanymi słoikami do jednostki wojskowej i pobierałem 200 śladów zapachowych od żołnierzy. W ten sposób miałem materiał do testów i badań.

A co się działo w pracowni osmologicznej, do której trafiały słoiki zarówno z dowodami zapachowymi z miejsca przestępstwa, jak i z porównawczymi, pobranymi od podejrzanego?

Tu zaczynała się prawdziwa zabawa z tym, jak ułatwić pracę psom. Ale po kolei. Dobrze, jeśli w pobliżu pracowni nie było pól elektromagnetycznych wytwarzanych przez centrale telefoniczne, przejazdów, torowisk kolejowych czy zakładów utylizacji wytwarzających jako produkt uboczny smród, żeby nic nie rozpraszało psów.

Pracownia czasem mieściła się w piwnicy, bo powinna być jak najbardziej sterylna. Wewnątrz temperatura około 18–20 stopni, wilgotność 60–70 proc.

Pies do zadań specjalnych powinien mieć zapewnione możliwie najlepsze warunki do pracy (Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Gdy pies miał już odpowiednie warunki, przystępował do pracy.

Słoiki ze śladami zapachowymi należało włożyć w identyczne pojemniki, na przykład metalowe, żeby pies, biegając między jednym a drugim, ich nie wywrócił. Ustawialiśmy je w szeregu nazywanym selekcyjnym, składającym się minimum z pięciu pojemników, lub rzadziej w okrąg – tak robiono na przykład w Ameryce, co też praktykowali niektórzy policjanci. W jednym z pojemników był ślad zabezpieczony na miejscu przestępstwa, w innym pobrany od podejrzanego, w pozostałych – materiał porównawczy.

Do moich zadań jako eksperta nadzorującego testy należało między innymi sprawdzenie, czy psom chce się pracować, i odpowiednie ułożenie słoików z próbkami. Tylko ja wiedziałem, w którym znajduje się zapach pobrany na miejscu zdarzenia, a w którym ten od potencjalnego sprawcy. Policjant z dwoma psami czekał w tym czasie na zewnątrz.

Na mój znak wchodził do środka z jednym psem i dawał mu do nawęszenia dowód z miejsca przestępstwa. Pies wiedział, że biegając wśród słoików z zapachami ludzi i wąchając zawartość każdego z nich, ma wskazać w wytresowany sobie sposób, na przykład warując przy słoiku, zapach kompatybilny z podsuniętym mu przez przewodnika podczas jednej próby. A prób było pięć: trzy właściwe i dwie kontrolne, bez zapachów procesowych.

Potem eksperyment powtarzaliśmy z drugim psem, żeby uprawdopodobnić wynik. Po zakończeniu badań pisałem ekspertyzę z badania i wysyłałem ją do zleceniodawcy, którym był sąd lub prokuratura.

Pies policyjny odbiera nagrodę za dobrą pracę (Marcin Onufryjuk / AG)

Prawnicy, którzy od początku sceptycznie odnoszą się do dowodów zapachowych, zwracają uwagę, że podczas badań porównawczych dochodziło do błędów.

To prawda, że ucząc się osmologii, policjanci popełniali wiele błędów. Często – wbrew elementarnym zaleceniom ekspertów Komendy Głównej Policji – zapach pobierał ten sam technik kryminalistyki, który później zabezpieczał materiał porównawczy od podejrzanego. Zdarzało się, że słoiki nie były odpowiednio wysterylizowane, a próbki źle przechowywane.

Kluczowe jest jednak to, że sąd zawsze ma prawo do własnej oceny dowodów i ich wartości dla sprawy. Ze śladami zapachowymi jest podobnie jak z odciskami palców. To, że na miejscu zdarzenia znaleziono czyjeś linie papilarne, nie znaczy, że ta osoba popełniła przestępstwo. To jedynie niezbity dowód na to, że ta osoba tam była.

Pies jest pana zdaniem nieomylny?

Nos psa jest narzędziem doskonałym. Powierzchnia nabłonka węchowego na przykład u owczarka niemieckiego wynosi 150 cm kw. i jest 30 razy większa niż u człowieka. A czułość pojedynczej komórki węchowej psa jest średnio 10 tys. razy większa niż ludzkiej. Czułością nos psi przewyższa ludzki co najmniej 1,5 mln razy!

Doświadczenia, które zdobywali naukowcy, potwierdziły, że jeden pies w warunkach laboratoryjnych jest w stanie zapamiętać i odróżniać około 500 tys. zapachów. Co ciekawe, podobne umiejętności ma świnia, ale niestety nie daje się wytresować. Próby takie podejmowano w kilku krajach, ale odpuszczono, bo świnie były w swoich zachowaniach nieprzewidywalne.

Wracając do pana pracy z zapachami – pewnie zdarzały się też zaskakujące sytuacje?

Piąłem się po szczeblach od technika kryminalistyki we Wrocławiu po eksperta technik kryminalistycznych szkolącego się w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Głównej Policji w Warszawie. Byłem także biegłym sądowym. I zdarzało się w sądzie, że obrońca oskarżonego podważał wartość dowodu zapachowego. Pokazywał na przykład pieczątkę w paszporcie, która niezbicie świadczyła o tym, że jego klient był w tym czasie za granicą. I co się okazywało? Że na przykład kompani oskarżonego celowo podrzucili na miejscu zdarzenia czapkę z jego zapachem. Pies się zatem nie pomylił, gdy go wskazał.

Pies i jego opiekun stanowią zgrany duet (Dariusz Górajski / AG)

Na innej rozprawie mecenas zapytał, czy w pracowni osmologicznej było podczas badania otwarte okno. "Tak, było gorąco" – przyznał technik. I w tym momencie obrońca zaczął snuć teorię o tym, że do pomieszczenia dostał się jakiś zapach z zewnątrz, który zaburzył wyniki badań.

Przestępcy też pewnie próbowali was zmylić?

Zdarzały mi się takie przypadki, że na miejscu przestępstwa sprawcy wylewali ocet albo rozsypywali zmielony pieprz. Owszem, utrudniało to pracę technikowi, a później psom, ale i tak potrafiły w materiale dowodowym odnaleźć ludzki zapach.

My z kolei po pewnym czasie sami mieliśmy wątpliwość, czy lakować słoiki z próbkami zapachów. Po testach specjaliści ze szkoły w Legionowie orzekli jednak, że lak na zapach nie wpływa.

A jak dowody osmologiczne wpływały na skuteczność pracy policjantów?

Były niezwykle pomocne. Dzięki psom tropiącym i zabezpieczonym śladom udało się zatrzymać na przykład grupę mężczyzn, którzy z mostu rzucali kamieniami w samochody pędzące autostradą. Policjant z psem przebiegł osiem kilometrów, zanim zwierzę doprowadziło go do sprawców. Mężczyźni stanęli przed sądem, bo z ich winy zginęła jadąca autostradą kobieta.

Innym razem psy tropiące doprowadziły policjantów kryminalnych do grupy, która z wiaduktu rzucała kamieniami w jadące pociągi. Ranny został wtedy motorniczy.

A raz koleżanka policjantka przesłuchiwała podejrzanego o popełnienie zabójstwa i gdy tylko mężczyzna zobaczył, że podchodzę do niego w białym fartuchu i ze słoikiem, by pobrać ślad zapachowy, od razu do wszystkiego się przyznał.

Bardzo często zabezpieczałem też ślady zapachowe z samochodów, z kierownicy oraz z siedziska kierowcy i pasażerów. Wyniki moich badań były później kluczowe do ustaleń, gdzie kto siedział w chwili wypadku albo kradzieży samochodu.

Policyjne psy tropią złodziei, zabójców, narkotyki (Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Dziś osmologia nie jest już tak popularna jak za pana czasów, prawda?

Osmologia przeżywała rozkwit w latach 90. i na początku XXI wieku, kiedy policjanci, w tym i ja sam, zachłysnęli się nową nauką. Obecnie popadła w niełaskę z powodu różnych błędów, oszczędności finansowych, a także dlatego, że od tamtego czasu wiele się zmieniło. Pojawiły się nowe metody badawcze, a telefony komórkowe, monitoring, drony i Internet stały się wszechobecne. Gdy ja zajmowałem się osmologią, bezskutecznie staraliśmy się o to, żeby wszystkie badania porównawcze z psami nagrywać na kasety VHS.

A co działo się z psami po zakończonej służbie?

Jeden z komendantów zdecydował, że psy tropiące, które przeszły na emeryturę, zamieszkają u ludzi prowadzących stawy hodowlane. Plagą były wtedy kradzieże ryb. Gdy tylko wieść o tym rozeszła się po okolicy, kradzieże natychmiast się skończyły. Psy nie zdążyły się nawet specjalnie wykazać. Dziś większość z nich mieszka na emeryturze u policjantów, z którymi pracowały.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie i niezawodne przepisy kulinarne - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Erwin Błaszczyk. Skończył politechnikę w Zielonej Górze. W policji zaczynał od prewencji, zajmował się pracą operacyjną, był detektywem w wydziale dochodzeniowo-śledczym. Od 2004 r. jest na emeryturze. Mieszka na Dolnym Śląsku.