Rozmowa
Granica z Białorusią w Kopczanach (Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)
Granica z Białorusią w Kopczanach (Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)

Przez kilkanaście lat dowodził pan Strażą Graniczną na Podlasiu. Jak wyglądała pana praca?

Pilnowaliśmy, żeby granica była szczelna, a ruch na przejściach płynny. Jak zaczynaliśmy w 1993 roku, na Podlasiu było nas 350 zawodowych funkcjonariuszy i 700 w służbie kandydackiej, czyli młodych ludzi, którzy szli do Straży Granicznej zamiast do wojska. Gdy odchodziłem w 2014 roku, było nas około 2,5 tys. funkcjonariuszy. Ochranialiśmy 350 km granicy: 100 km litewskiej i 250 białoruskiej. Było jedno przejście dla podróżnych, i to kolejowe, sześć placówek Straży Granicznej oraz siedziba oddziału w Białymstoku.

Płotu nie było?

U nas granicę wyznaczały słupy graniczne. Natomiast po stronie białoruskiej od 1949 roku na całej długości granicy stał wysoki na dwa i pół metra płot. Był połączony z systemem ostrzegawczym, który sygnalizował, gdy ktoś chciał go sforsować. Na początku XXI wieku system zaczął się psuć, więc Białorusini co jakiś czas wyłączali jakieś jego części i nas uprzedzali, żebyśmy byli czujni. Parę lat temu, z tego, co wiem, płot w niektórych miejscach został zdemontowany, a w niektórych, tych najbardziej zagrożonych i najbliżej polskich miejscowości, stoi nadal.

Przestępczość za pana czasów kwitła?

Rozbiliśmy kilka grup, które przemycały ludzi. Przestępcy żerowali na obywatelach Bangladeszu, Wietnamu czy Gruzji. Dowiedzieliśmy się na przykład, że w Bangladeszu przed seansami w kinach wyświetlane były filmy o tym, jak dobrze jest żyć na Zachodzie. "Proponujemy wam wyjazd" – mówił lektor. I potem często cała rodzina składała się na taką wyprawę dla jednej osoby. 

Przemytnicza szajka organizowała wyjazd do Moskwy, uchodźca jechał tam niby na studia. A ponieważ granica między Rosją a Białorusią nigdy nie była całkiem szczelna, przez Białoruś ci ludzie docierali na Litwę, Ukrainę albo do nas. Często zatrzymywaliśmy ich na zielonej granicy. Jak na nich patrzyłem, bolało mnie serce. Brudni, głodni, w podartych ciuchach.

Płot z drutu kolczastego na granicy polsko-białoruskiej (Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)

Opowie pan coś więcej?

Pamiętam dobrze sytuację z grudnia 1995 roku. Było kilkanaście stopni mrozu. Na granicy z Białorusią, niedaleko obecnego przejścia Bobrowniki, padły strzały. Pojechałem z moim zastępcą zobaczyć, co się dzieje. W rzece, aż po szyję, stało kilkunastu uchodźców z Afryki, Bangladeszu i Pakistanu. Ubrania mieli sztywne od lodu. Pogubili buty, bo rzeka, którą się przeprawiali, jest bagnista. Zawieźliśmy tych ludzi na strażnicę i wezwaliśmy karetkę, niektórym trzeba było udzielić pomocy. Mieli odmrożenia.

Potem w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Białymstoku załatwiliśmy dla nich ubrania i obuwie. Ale jeden z mężczyzn i tak szedł na bosaka, a buty niósł przewiązane przez ramię. Gdy spytałem, o co chodzi, wytłumaczył, że ma spuchnięte stopy i butów na razie nie może założyć, ale jak tylko poczuje się lepiej, na pewno będzie w nich chodził.

Krótko później zatrzymaliśmy organizatorów tego procederu, którzy – jak pamiętam – stanęli przed sądem. To byli Polacy, między innymi właściciele biura turystycznego. Wynajęli do przemytu w sumie ponad 40 osób cały autokar.

Co się stało z uchodźcami z rzeki?

Zgodnie z umową o readmisji uchodźcy nielegalnie przekraczający granicę mają być odsyłani do kraju, z którego przybyli. Dlatego przekazaliśmy tych ludzi stronie białoruskiej. Powód był prosty: w naszej nomenklaturze jest to kraj bezpieczny.

Granica polsko-białoruska w Kopczanach (Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)

To zresztą działało w obie strony. Gdy na przykład Niemcy zatrzymali u siebie grupę Polaków, którzy nielegalnie przekroczyli granicę, na mocy umowy o readmisji przekazywali ich z powrotem do nas.

Inaczej było z Czeczenami, gdy w ich kraju trwała wojna.

Jak z nimi postępowano?

Wielu z tych, którzy przedostali się do Polski, trafiło do ośrodków, a potem u nas zostawali, bo otrzymywali status uchodźcy i pozwolenie na pobyt. Uciekli przecież z kraju, który bezpieczny nie był.

W latach 90. przemycanie ludzi to była żyła złota. Za narkotyki czy papierosy groziła solidna odsiadka. Za ludzi kary były symboliczne, zwykle osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata i dwa tysiące grzywny. Gangów, także polskich, działało sporo. Gdy tylko jakiś zlikwidowaliśmy, w jego miejsce od razu powstawał nowy.

Z niepokojem obserwowałem też wtedy wydarzenia na świecie. Dwa tygodnie po zamieszkach na Sri Lance, w Pakistanie czy w podzielonej Etiopii pojawiali się u nas uchodźcy z tych krajów. Poza mieszkańcami Azji i Afryki próbowali się u nas zakotwiczyć Kurdowie. Przez pewien czas także Gruzini. Szukali lepszego życia. Część z nich zajmowała się u nas działalnością przestępczą.

Czy te gangi przemytników były duże?

Największa grupa, którą rozbiliśmy, liczyła 113 osób. Działała na odcinku litewskim i przemycała ludzi z kilku krajów. Przekazaliśmy jej członków Litwie, podobnie jak osoby, które nielegalnie sprowadzili do naszego kraju.

Niezwykle uciążliwe były też dla nas samoloty z uchodźcami. Proszę sobie wyobrazić, że nagle przez polską granicę na dziko przelatuje samolot z innego kraju, na pokładzie ma na przykład około 20 osób. A my, strażnicy, nie potrafimy temu zaradzić. Bywało, że latał tuż nad dachami domów, miejscami niemal zaczepiał o kominy. Niestety, wtedy sami jeszcze samolotów nie mieliśmy.

Andrzej Milczanowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych, zabronił nam do tych samolotów strzelać. Owszem, polskie prawo przewiduje możliwość zestrzelenia samolotu lub innego obiektu, który narusza naszą przestrzeń powietrzną, ale może to zrobić wojsko. My musieliśmy poradzić sobie inaczej.

Na granicy polsko-białoruskiej w Usnarzu Górnym (Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Jak?

Zrobiliśmy rozeznanie i ustaliliśmy, że taki samolot ląduje zwykle około 120 km od naszej granicy z Litwą, skąd startował. A my działaliśmy maksymalnie do 40–50 km. Samolot lądował na łąkach i tam wysadzał ludzi.

Udało nam się zlokalizować kilka takich samolotów. Okazało się, że podróżowali nim do lepszego świata dobrze sytuowani Afgańczycy. Oficerowie, inżynierowie, lekarze. To było po pierwszej wojnie w Afganistanie.

Z kolei pilotami byli ludzie, którzy wcześniej opylali tymi samolotami pola. Kupili maszyny po tym, jak rozpadły się poradzieckie kołchozy. Niesamowite, bo potrafili latać tuż nad koronami drzew, tak by ich nie łapały radary.

To był naprawdę dochodowy biznes. Kiedyś przemytnicy nie mogli wystartować z Litwy, więc po prostu spalili samolot i kupili następny. Innym razem, gdy maszyna zakopała się w podmokłym terenie pod Ełkiem, też ją spalili, żeby zatrzeć przed nami ślady.

Ale im się nie udało?

Po paru miesiącach wspólnie ze strażnikami granicznymi z Litwy namierzyliśmy to prowizoryczne lotnisko i zatrzymaliśmy mężczyzn, którzy organizowali przemyt. Najpierw MSW udostępniło nam do akcji śmigłowce, a potem korzystaliśmy ze świeżo kupionych. I nielegalne przeloty z obywatelami innych krajów do Polski się skończyły. Co prawda przez pewien czas przemytnicy próbowali przerzucać ludzi na paralotniach, ale szybko się zniechęcili.

I tu ciekawostka: ostatnio niektóre grupy wykorzystują drony do przerzucania przez granicę pochodzących z przemytu papierosów. Ale zwykle po jednym rzucie wpadają, bo przecież i strażnicy graniczni korzystają dziś z pracy dronów.

A co się stało z tymi afgańskimi lekarzami czy inżynierami, o których pan wcześniej wspomniał?

Wystąpili o status uchodźców i trafili do naszych ośrodków. Ale z tego, co pamiętam, znakomita większość z nich wcale nie zamierzała zostać w Polsce. Afgańczycy, podobnie jak Kurdowie, traktowali nasz kraj tranzytowo. Ich wymarzonymi celami były Niemcy, Austria i Francja. Najprawdopodobniej zamieszkali właśnie tam.

Wie pani, ja zawsze szczerze tym ludziom współczułem. Organizatorzy przemytu często tuż przed samą granicą czyścili ich kieszenie do ostatniego dolara, zabierali im zegarki, biżuterię i inne cenne rzeczy. A potem zostawiali na granicy. Czułem na nich podwójną złość. Mobilizowałem moich strażników, żeby ich namierzali i likwidowali kanał, przez który przemycali ludzi. Choć przyznam, że przez całe 20 lat mojej pracy była to walka z wiatrakami. Bo ciągle powstawały nowe grupy. Niektóre zaczęły się potem specjalizować w kradzieżach polskich paszportów – po naszym wejściu do Unii te dokumenty stały się bardzo pożądane.

Przemyt ludzi nadal się opłaca?

Podejrzewam, że gangi zarabiają dziś więcej niż przed laty. Coraz trudniej bowiem jest przemycać ludzi, także dzięki międzynarodowym systemom, które pozwalają na szybką weryfikację danych podawanych przez zatrzymanego delikwenta. "Usługa" staje się więc kosztowniejsza. Ale jest też tak, że organizatorzy muszą więcej zainwestować w ten proceder.

W latach 90. mieliśmy książki, w których widniały nazwiska poszukiwanych osób, i w ten sposób sprawdzaliśmy ludzi przekraczających granicę. Dziś strażnicy sprawdzają w komputerach, w międzynarodowym systemie, czy osoba, którą mają przed sobą, nie jest na przykład poszukiwana za jakieś przestępstwo przez policję z innego kraju.

Kiedyś, w połowie lat 90., przez granicę przedostał się do nas żołnierz z Białorusi. Zatrzymaliśmy go na bagnach w okolicach Biebrzy i "wzięliśmy do niewoli". Miał kałasznikowa i amunicję. Okazało się, że uciekł do nas, bo w wojsku gnębiła go fala. Współczuliśmy mu, ale musieliśmy go oddać stronie białoruskiej. W kraju dostał pięć lat więzienia.

Straż Graniczna jest z jednej strony, a emigranci z drugiej (Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta)

Jak traktowaliście osoby, które zatrzymywaliście za nielegalne przekroczenie granicy?

Po prostu jak ludzi. Tych uchodźców z rzeki zabraliśmy do najbliższej strażnicy i daliśmy im ciepłej herbaty, bo byli zmarznięci. Nauczeni doświadczeniem nie dawaliśmy im na przykład kanapek z wędliną, bo wiedzieliśmy, że wielu nie będzie chciało ich jeść, głównie z przyczyn religijnych. Nawet gdy wędlina była drobiowa. Częstowaliśmy więc ich chlebem z dżemem.

Zawsze wzywaliśmy też karetkę, by lekarz sprawdził, czy nikomu nic nie dolega. Jak ktoś był na przykład przeziębiony, to dostawał aspirynę. Zwykle uchodźcy nie byli przygotowani na realia, jakie zastaną w kraju, do którego ich przerzucano, nie znali języka, nie wiedzieli, na jakie temperatury mają się przygotować. Nie byli odpowiednio ubrani. Do dziś pamiętam śniadego mężczyznę z rzeki. Miał tak zmarznięty szalik, że chcąc się nim owinąć, łamał go niczym deskę.

Co działo się potem?

Zawsze ustalaliśmy po śladach, skąd nielegalni uchodźcy do nas przyszli, i zawiadamialiśmy konkretne państwo. Jeśli było na liście krajów bezpiecznych, to przed upływem 48 godzin, po opatrzeniu przez lekarza przekazywaliśmy cudzoziemców temu krajowi. Ludzi z rzeki na przykład przekazaliśmy stronie białoruskiej.

Jakiś czas temu przy okazji sytuacji w Usnarzu pojawiła się informacja, że któryś z żołnierzy na oczach koczujących uchodźców napił się wody, a resztę wylał. Co pan o tym myśli?

Cóż, w każdej formacji są ludzie i ludziska. Jeśli to rzeczywiście się wydarzyło, to przypominają mi się obrazki z II wojny światowej.

Trudno mi też powiedzieć, co ja bym teraz zrobił w Usnarzu, bo czasy się zmieniły. Jedno jest pewne: zielona granica nie jest od tego, żeby przez nią przechodzić. Należy pilnować, by była szczelna. Nie może być tak, że Łukaszenka "zamawia" jakąś grupę uchodźców z Syrii i wypuszcza ją na naszą zieloną granicę. To ewidentne działanie białoruskich służb specjalnych.

Ośrodek dla cudzoziemców w Warszawie (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ale nawet jeśli ja, jako komendant Straży Granicznej, nie wpuściłbym tych ludzi na terytorium naszego kraju, to zorganizowałbym dla nich żywność, coś do picia i środki medyczne. Bo to są przecież ludzie, wobec których trzeba okazać empatię. Choć przyznam, że czasem się na tym okazywaniu przejechałem.

To znaczy?

Uchodźcy uciekali z ośrodka i próbowali nielegalnie przekroczyć granicę niemiecką albo czeską, a potem austriacką. Mimo że obiecywali nam, że zostaną w Polsce i będą się stawiać na każde nasze wezwanie. I musieliśmy znowu ich łapać.

Byłem na nich zły, ale tak zwyczajnie, po ludzku ich rozumiałem. W ośrodku są duże, wspólne pokoje. Można było wyjść na zewnątrz tylko o określonej godzinie i na określony czas, a potem trzeba było wrócić do środka. Wolność tych ludzi była ograniczona.

Czasem okazywało się też, że w grupach zajmujących się przemytem ludzi, które rozbijaliśmy, działali Gruzini czy Czeczeńcy. Byli to uchodźcy, którym w dobrej wierze pozwoliliśmy zostać w Polsce.

Spotykał się pan z agresją uchodźców?

Wobec nas byli agresywni bardzo rzadko, ale między sobą się ścierali, i to dość ostro. Była to dla nas nauczka, że nie wszystkie narodowości można ze sobą mieszać. Na przykład obywateli Armenii i Azerbejdżanu trzeba było kwaterować na oddalonych piętrach.

Moi koledzy z przejścia Terespol–Brześć mieli z Czeczenami spore kłopoty w połowie lat 90. Wtedy próbowali się dostać do naszego kraju na różne sposoby, mimo że wojna u nich już się skończyła. Byli to głównie uchodźcy ekonomiczni, którzy przez Polskę próbowali się dostać do rodziny w Niemczech, Austrii czy we Francji. U nas zostało ich najwyżej 20 proc. Dziś Czeczeńcy próbują się do nas dostać sporadycznie, wolą emigrować na przykład do Stanów, gdzie żyją w muzułmańskich diasporach.

Istniały zapisy, które nakazywały uchodźców nakarmić i napoić?

Za moich czasów przepisy nie precyzowały, że zatrzymanych uchodźców trzeba poczęstować ciepłą herbatą i kanapkami z dżemem. Ale ani ja, ani moi koledzy czy koleżanki nie wyobrażaliśmy sobie innego zachowania. To byli przecież biedni, głodni ludzie, którym należało pomóc. I zawsze tak robiliśmy.

Gdy w Białymstoku otwarto ośrodek dla uchodźców, nie braliśmy już zatrzymywanych cudzoziemców na strażnicę, tylko zawoziliśmy ich właśnie do tego ośrodka. Działała tam kuchnia, w której gotowano ciepłe posiłki, uchodźcy mogli się przespać.

Ale opowiem pani romantyczną historię, jeśli pani chce.

Poproszę.

W latach 90., gdy nie byliśmy jeszcze w strefie Schengen, pociągiem do Hajnówki przyjechał obywatel Niemiec. Piechotą dotarł do Białowieży, stamtąd przeszedł na teren Białorusi i został zauważony przez służby białoruskie. Gdy próbował uciekać, pogryzły go psy białoruskiej Straży Granicznej. W takim stanie zobaczyłem tego delikwenta, gdy wezwali nas Białorusini. Kazałem zadzwonić po lekarza, a moi koledzy dali mu swoje kanapki.

Jeden z cudzoziemców dotarł kiedyś piechotą do Białowieży (Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

Jak się okazało, ten Niemiec poznał wcześniej w Berlinie Rosjankę i wiedziony miłością próbował się do niej jakoś przedostać. Rodzice nie chcieli jej wypuścić z powrotem do Niemiec, kazali jej zostać w Moskwie. A zakochany mężczyzna próbował do niej dotrzeć.

Rzeczywiście romantyczna historia.

Takie też się nam zdarzały.

A jak układały się wasze relacje z kolegami ze straży po drugiej stronie granicy?

Raz na pół roku spotykaliśmy się ze strażnikami z Litwy i Białorusi. Zapraszaliśmy ich do nas na święto straży czy spływy kajakowe Kanałem Augustowskim. Rozmawialiśmy, wyjaśnialiśmy jakieś nieporozumienia. Co prawda staraliśmy się nie rozmawiać o polityce, ale zawsze, gdy pogarszały się stosunki między Polską a Białorusią, to i nasze relacje się ochładzały. I od razu na nasz teren próbowały się dostać różne dziwne grupy wysyłane do nas na tak zwane rozpoznanie. Podejrzewam, że działo się to w porozumieniu z białoruskimi czy rosyjskimi służbami specjalnymi. Naszym zadaniem było je zatrzymać. Po pewnym czasie sytuacja wracała do normy.

Leszek Czech. Pułkownik rezerwy Straży Granicznej. Zaczynał w 1990 roku w Urzędzie Ochrony Państwa, potem przez 13 lat był komendantem podlaskiej Straży Granicznej.