Rozmowa
Piotr Oczko (archiwum prywatne)
Piotr Oczko (archiwum prywatne)

Ilu ludzi pan uratował?

Na pewno kilku, może kilkunastu.

Pamięta ich pan?

Wyparłem ich twarze, imiona, adresy. Inaczej bym zwariował. Poza jedną młodą kobietą, która zabarykadowała się w pokoju, stanęła w oknie i zagroziła, że skoczy, bo mąż ją zdradza.

Ale nie skoczyła?

Przekonałem ją, żeby tego nie robiła.

Jak?

Zawsze lubiłem chodzić z żoną na zakupy, byłem w tym temacie obeznany. Zacząłem więc z tą dziewczyną rozmawiać o szminkach, ciuchach, torebkach, makijażu i perfumach. Po pewnym czasie była tak zdumiona i zdziwiona, że zeszła z parapetu, podeszła do drzwi, odsunęła komodę i wpuściła mnie do środka.

Powiedziałem jej, że z tego piętra, z którego chciała skoczyć, a było to, o ile dobrze pamiętam, czwarte czy piąte, to by się raczej nie zabiła, tylko zrobiłaby sobie solidną krzywdę. To ją ostatecznie przekonało.

Potem, już po akcji, jeszcze długo rozmawiałem z tą dziewczyną o życiu.

Jak to się stało, że został pan policyjnym negocjatorem?

W 2000 roku grupa najwyższych stopniem oficerów z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, w której wówczas pracowałem, pojechała do Stanów Zjednoczonych na półroczne specjalistyczne szkolenie FBI. Gdy wrócili, zapadła decyzja, że na Dolnym Śląsku zostanie utworzona specjalna grupa policyjnych negocjatorów. Ogłoszono nabór, na który odpowiedziało ze 150 policjantów. Duża sala konferencyjna w komendzie pękała w szwach. Po testach i rozmowach zostało nas 10.

Negocjacje z samobójcą we Wrocławiu (Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta)

I zaczęły się szkolenia?

Tak, i to wielostopniowe. Wywieźli nas do Legionowa i tam poddali najróżniejszym szkoleniom, testom, między innymi ćwiczeniom strzelania z broni palnej. Dostaliśmy zresztą najnowszą broń i amunicję antyrykoszetową. Przeszliśmy też profesjonalne szkolenia strażackie. Siedzieliśmy w koszu drabiny strażackiej i byliśmy podnoszeni na wysokość najwyższego piętra bloku, bo w takich warunkach często prowadzi się negocjacje. Kazali nam też negocjować z desperatem, który siedział na kominie, rusztowaniu, wieży kościoła albo na dachu wysokiego budynku.

Braliśmy udział w symulacjach najgorszych sytuacji, jakie można sobie wyobrazić: napadów z wzięciem zakładników, zamachów bombowych, prób samobójczych. Statystami byli aktorzy teatralni, a naszym zadaniem było tak poprowadzić negocjacje, by nikomu nie stała się najmniejsza krzywda.

Prowadziliśmy też symulowane negocjacje na lotnisku – trzeba było przekonać zamachowca, żeby nie odpalał ładunku wybuchowego i wypuścił zakładników.

Pół roku później dostałem zaświadczenie i certyfikat policyjnego negocjatora. Była na nim napisana ważna, kluczowa fraza: "Po pierwsze: człowiek".

Piotr Oczko podczas negocjacji nigdy nikogo nie stracił (archiwum prywatne)

Jak pan ją rozumiał?

Że człowiek, który przede mną stoi i z którym negocjuję, jest ważniejszy ode mnie. Że należy mu się największy szacunek.

Fakt, że zostałem negocjatorem, nie oznaczał dla mnie zmiany miejsca pracy. Nadal służyłem w jednym z wrocławskich komisariatów, gdzie zajmowałem się praktycznie wszystkimi sprawami kryminalnymi, od kradzieży kompotów po zabójstwa. A jednocześnie miewałem dyżur negocjatora. Kiedy działo się coś, co wymagało obecności negocjatora, dzwonił do mnie oficer dyżurny i mówił: "Słuchaj, masz człowieka na dachu, już jedzie radiowóz i cię zgarnie".

I już się pan nie musiał nudzić w komisariacie?

Ja się w komisariacie nie nudziłem ani chwili. Ale powiem inaczej: negocjator plasował się wtedy bardzo wysoko. To nie był zwykły policjant. Za moich czasów na całe województwo dolnośląskie było nas zaledwie 10.

Każdy z nas był nie tylko policjantem, ale po trosze także psychologiem, psychoterapeutą i strażakiem. A przede wszystkim spowiednikiem.

Czasem do akcji wkraczają antyterroryści (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Takim księdzem?

Tak, księdzem spowiednikiem, bo moim głównym zadaniem było słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać, co człowiek do mnie mówi. Zdobyć jego zaufanie, dać mu się wygadać i próbować go uspokoić. Dobre negocjacje polegają na tym, że nie można desperatowi przyznawać racji. Trzeba go wypytać, wyciągnąć informacje i nawiązać rozmowę.

Wiedziałem, kto zdradzał żonę w burdelu albo za co jej nienawidzi. Słyszałem wszystkie żale tego świata.

Czyli zawsze musiał pan mieć niewyczerpane pokłady anielskiej cierpliwości.

I empatii. Zresztą do dzisiaj lubię pomagać ludziom. Oraz tak zwaną torbę przypominającą niezbędnik skauta z gadżetami MacGyvera, którą zawsze miałem przy sobie.

Co pan w niej nosił?

Przede wszystkim paczkę papierosów i zapalniczkę. Ale człowiekowi, z którym negocjowałem, dawałem tylko jednego papierosa. "Więcej nie mam, wypaliłem" – mówiłem. Jakby dostał całą paczkę, to przez 10 godzin by z tego dachu nie zszedł. Wypaliłby mi wszystko.

W torbie miałem też najróżniejsze narzędzia, żeby coś otworzyć albo rozkręcić, kurtkę przeciwdeszczową, parasol i zrobione przez żonę świeże kanapki.

Wie pani, że pierwszego samobójcę ściągnąłem na dół właśnie za pomocą kanapki? Mężczyzna wszedł na wysokie drzewo i groził, że skoczy. Pod drzewem stali gapie i bili mu brawo, ktoś coś krzyczał. Akurat w pobliżu przechodziłem z kolegą, bo mieliśmy służbę.

I co pan zrobił?

Mówię: "Facet, zejdź na dół, dam ci kanapkę i pogadamy". Bo ten człowiek skarżył się, że ma kiepskie życie. Że zwolnili go z pracy i żona go rzuciła. No i że jest głodny. Jak tylko zszedł z drzewa, to ze smakiem zjadł kanapkę – żona zawsze robiła mi z szynką i sałatą – po czym sam poszedł na komisariat.

Dziś ta historia może się nawet w pewnym stopniu wydawać zabawna, prawda?

Piotr Oczko jako negocjator nigdy nie stracił panowania nad sobą (archiwum prywatne)

Odnoszę wrażenie, że dobry negocjator musi mieć umiejętności handlowca.

Oczywiście! Negocjacje przypominają targowanie się. "Przyjedzie po ciebie samochód, ale oddaj mi człowieka, czyli zakładnika". Jednak musi pani wiedzieć, że podczas poważniejszych akcji nie negocjowałem sam. Działałem w zespole złożonym optymalnie z trzech osób: mnie, czyli głównego negocjatora, i dwójki pomocników, zwanych również łącznikami. Oni zdobywali informacje.

W jaki sposób?

Mieliśmy wtedy zwykłą szkolną tablicę. Chowaliśmy ją na przykład za kominem, poza polem widzenia osoby, z którą negocjowałem. Na tablicy kolega kredą pisał mi to, czego się o tym człowieku dowiedział. Na przykład, że skończył Akademię Wychowania Fizycznego. Druga osoba dzwoniła na uczelnię i zbierała informacje: jaki ten człowiek był na studiach? Czy miał dziewczynę, czy chłopaka? Każdy szczegół mógł się okazać bezcenny. Musiałem wiedzieć, o czym rozmawiać, a kłamać nie mogłem.

Jeśli zorientowałby się, że robię go w konia, a pewnie zorientowałby się szybko, to mógłby się zdenerwować. I zrobić coś głupiego. Negocjator musi być wiarygodny. Jeśli nie można było ustawić tablicy, łącznicy przekazywali mi informacje na podawanych po kryjomu karteczkach. Im więcej szczegółów, tym lepiej. Wiek, zainteresowania, coś o rodzicach, mężu czy żonie.

"Skąd pan to wszystko wie?" – pytał mnie czasem zdziwiony człowiek. "Ustaliliśmy" – odpowiadałem zgodnie z prawdą.

Negocjatorzy zwykle pracują w zespołach (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

A pana najtrudniejsze negocjacje?

To był 2005 albo 2006 rok. Na jednym z dużych osiedli we Wrocławiu emerytowany pułkownik Wojska Polskiego chciał wysadzić w powietrze blok. Wezwano mnie, bo akurat miałem dyżur negocjatora. Gdy przyjechałem na miejsce, ujrzałem tłumy ludzi, karetki pogotowia, straż pożarną i pogotowie gazowe i energetyczne. Wszędzie cuchnęło benzyną. Stało też kilka radiowozów, w jednym z nich sam komendant wojewódzki wrocławskiej policji. "Proszę zacząć negocjacje, w razie potrzeby jesteśmy tu do pana dyspozycji" – oznajmił.

Wchodzę do bloku, który miał chyba z 10 pięter, uderza mnie zapach benzyny. Jak się okazało, zdesperowany pułkownik dostał nakaz eksmisji ze swojego 80-metrowego mieszkania do o połowę mniejszego, bo gdy pracował za granicą, żona przestała płacić czynsz. Nie chciał się jednak wyprowadzić i wymyślił, że w ramach protestu wysadzi w powietrze cały budynek. Wszystkie poręcze na klatce schodowej owinął papierem toaletowym i oblał benzyną, stąd ten zapach.

Niebezpiecznie!

Bardzo. Pułkownik co jakiś czas wychodził z mieszkania na schody. Miał na sobie pas z puszkami wypełnionymi benzyną, a w ręku zapalniczkę. "Ja to wszystko podpalę" – groził.

Negocjacje trwały ponad osiem godzin. Gdy dowiedziałem się, że pułkownik dość dobrze zna się na materiałach wybuchowych, poprosiłem o wsparcie psycholożki policyjnej. Zmienialiśmy się, bo co kilkanaście minut każde z nas musiało wychodzić na zewnątrz, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Od zapachu benzyny robiło nam się słabo, żadne z nas nie miało maski przeciwgazowej.

Pułkownik był oporny na wszelkie nasze prośby i sugestie. Bez przerwy się żalił, że chcą go skrzywdzić. Wreszcie mówię: koniec tego. Wyszedłem na zewnątrz do komendanta wojewódzkiego i zapowiedziałem, że będziemy potrzebować grupy szturmowej. Podczas każdej akcji negocjator jest dowodzącym – to on podejmuje kluczowe decyzje, wydaje rozkazy, nawet swoim przełożonym.

Podczas negocjacji jest też często obecna straż pożarna (Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta)

Ale na tym się pana rola pewnie nie skończyła?

Naszym zadaniem było jak najdłużej trzymać pułkownika na klatce schodowej, tak by nie wrócił do mieszkania, gdzie – jak okazało się później – zakuta w kajdanki, związana sznurem i zakneblowana leżała jego żona. Poza tym w mieszkaniu były też spore ilości materiałów wybuchowych.

Komandosi przeszli po balkonach i dostali się do jego mieszkania. Wspólnie z psycholożką zagadaliśmy pułkownika i przetrzymaliśmy go na półpiętrze, a komandosi mieli parę sekund, żeby do niego dobiec i go obezwładnić.

Udało się. Koledzy skuli pułkownika kajdankami, a ja byłem w grupie policjantów, którzy wyprowadzili go do radiowozu. Pojawiłem się potem w gazetach na zdjęciach z akcji. Wszyscy koledzy mi gratulowali, a żona zapytała, co na moim ramieniu robi damska torebka.

A co robiła?

Była to torebka psycholożki. Wziąłem ją na chwilę podczas negocjacji, żeby nie zginęła. Potem kompletnie o niej zapomniałem.

Opowie mi pan o innych trudnych akcjach?

Ta z pułkownikiem była najtrudniejsza w mojej karierze. Ale niełatwe były też sytuacje związane z przemocą domową, gdy na przykład kobieta zabarykadowała się z córką w pokoju, bo mąż groził, że je zabije. Albo gdy pewnego grudniowego dnia zadzwonił dyżurny i mówi: "Masz faceta na dachu". Ubieram się, wchodzę do windy, znów dzwoni dyżurny: "Nie masz po co jechać, facet już skoczył".

Dużo miał pan takich sytuacji?

Tylko jedną. Podczas prowadzonych negocjacji nigdy nikogo nie straciłem. Dla negocjatora nie ma nic gorszego niż to, że ktoś zginie.

Wie pani, to jest tak: jak ktoś w ciągu pierwszych pięciu minut od podjęcia decyzji rozmyślnie nie popełni samobójstwa, wtedy jest do uratowania. Jest nasz. Chce po prostu zwrócić na siebie uwagę bliskich, na przykład zrobić na złość żonie, która zabrała mu dziecko. Pragnie być w kręgu zainteresowania.

Każda osoba, która próbowała popełnić samobójstwo, ale została przez nas uratowana, była kierowana na konsultację psychiatryczną. Ja sporządzałem notatkę służbową i na tym moja rola się kończyła.

Piotr Oczko nie śledził losów osób, które uratował (archiwum prywatne)

Śledził pan później losy ludzi, których pan uratował?

Nigdy.

Dlaczego?

Byłem od tego, żeby człowieka uratować, a nie od tego, żeby zajmować się jego problemami.

Negocjowałem też z paroma narkomanami. Zwykle taki człowiek barykadował się w łazience i groził rodzinie, że zrobi sobie złoty strzał. A bliscy nie wiedzieli, co robić. Jechałem więc i przez cztery godziny rozmawiałem z osobą, która była pod wpływem środków odurzających. Nigdy nie wiedziałem, jak się zachowa, czy na przykład nie zaatakuje mnie strzykawką. Musiałem mieć oczy dookoła głowy i dokładnie pamiętać, co ten człowiek powiedział pięć minut wcześniej. Żeby się nie zdenerwował, że go nie słucham.

Oczywiście najprościej byłoby wyważyć drzwi, obezwładnić go, skuć kajdankami i siłą wyprowadzić na zewnątrz. Ale doskonale wiedziałem, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Za tydzień pewnie zrobiłby to samo i może skutecznie popełniłby samobójstwo.

Policjanci ćwiczą negocjacje z porywaczami (Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Ile trwały pana najdłuższe negocjacje?

Te z pułkownikiem, jakieś 8–10 godzin, ale słyszałem też o takich, które ciągnęły się przez tydzień. Podczas napadu na bank napastnicy wzięli zakładników i trzeba było tak z nimi rozmawiać, żeby nie zrobili im krzywdy. W takich przypadkach negocjatorów co parę godzin się podmienia. Nikt przecież nie byłby w stanie negocjować tak długo bez przerwy na pełnych obrotach.

To szalenie wyczerpujące, prawda?

Po akcji z pułkownikiem wróciłem do domu tak wypompowany, że przez dwa dni w ogóle nie odzywałem się do rodziny. Aż wszystko ze mnie zeszło. Byłem w takim stanie jak przed laty, gdy poszukiwałem zabójców 13-letniej dziewczynki. Zabiły ją rówieśniczki, zatrzymałem je po dwóch dniach.

Wracając do negocjacji: za każdym razem w środku aż się gotowałem z nerwów. Ale nigdy tego po sobie nie pokazywałem. Parę razy bardzo się bałem, ale potrafiłem to zamaskować. Negocjując, nigdy nie dałem się wyprowadzić z równowagi. Gdybym na to pozwolił, byłbym przegrany. Trzeba po prostu spokojnie oddychać i rozmawiać.

Piotr Oczko zbiera miniatury policyjnych aut z całego świata (archiwum prywatne)

Można się tego nauczyć?

Moim zdaniem z tym trzeba się urodzić. Poza tym dobrze jest doskonalić umiejętność wyciszania się, jak się ma wolne od pracy. Ja robiłem to w mojej zielonej oazie, czyli w domu na wsi, który zacząłem budować jeszcze na początku służby.

Gdy w piątek kończyłem pracę, od razu tam jechałem. I tyrałem, kosząc trawę. To mnie ratowało. Gdy w poniedziałek rano wracałem do pracy, znów mogłem podejmować najtrudniejsze wyzwania, w tym negocjacje.

Miał pan listę zakazanych słów?

Tak, choć bardzo krótką. Było na niej jedno słowo: "nie". Gdy desperat mówi na przykład: "Ja chcę samolot", to nie można mu powiedzieć, że go nie dostanie. Trzeba go zapytać, dokąd chciałby polecieć, jaki ten samolot miałby być. Tłumaczyć, że to musi potrwać, że trzeba to uzgodnić z lotniskiem. Ale że generalnie będziemy się starać. On mówi, negocjator słucha. A wówczas służby zyskują cenny czas, żeby przygotować plan działania. Każdy szantażysta, terrorysta na słowo "nie" reaguje agresją. I koniec rozmowy.

Brakuje dzisiaj panu tej adrenaliny?

Od prawie 40 lat mam tę samą wspaniałą żonę, udane dzieci i kolejnego cudownego psa. Pracę zaczynałem w 1983 roku, jeszcze w milicji, a zgłosiłem się za namową teściowej, która była już wtedy milicjantką. Będę jej wdzięczny do grobowej deski, bo od 15 lat jestem szczęśliwym emerytem.

Sentyment do służby zamieniłem w manię zbieractwa. Mam 156 miniaturek radiowozów policyjnych z całego świata. Wszyscy znajomi wiedzą, że jak gdzieś jadą, to mają mi przywieźć takie autko.

Piotr Oczko. Aspirant sztabowy w policji kryminalnej, od 2007 r. na emeryturze. Skończył AWF i podyplomowe studia kryminalistyczne. Obecnie jest operatorem stanowiska dowodzenia w firmie ochroniarskiej.