Rozmowa
Reprezentacja narodowa podczas meczu z Anglią (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)
Reprezentacja narodowa podczas meczu z Anglią (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

"To są chłopaki, które nie mają układu nerwowego!" - który komentator tak mówił o naszych piłkarzach? 

Oj, nie wiem…  Kto to mógł powiedzieć?

Ty! A: "Ten stadion to jest nasz dom! Kiedy jest nam źle, uciekamy w ramiona matki!"?

(śmiech) To już poznaję. To byłem ja. 

O powiedzonkach komentatorów powstała nawet książka - "Słońce zachodzi za wschodnią trybuną stadionu" - i zawsze się zastanawiałam, czy pamiętają, co mówią w emocjach w trakcie meczu.

Miałem przyjemność uczenia się tego fachu od najlepszych: igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro komentowałem z Przemkiem Babiarzem, teraz w Tokio z Jarkiem Idzim. Przemek mi kiedyś powiedział: "Nigdy przed transmisją nie zakładaj, co powiesz, bo to nie wyjdzie naturalnie". Po prostu tak mi się skojarzyło, że Stadion Narodowy jest takim domem, gdzie nie przegraliśmy od ośmiu lat. Przyjeżdżają wicemistrzowie Europy i jesteśmy w stanie sobie z nimi poradzić.

Mamy ten "zwycięski remis" - znowu ciebie cytuję. A już na poważnie, to na początku miałam wrażenie, że lekko łamał ci się głos z nerwów.

To było podekscytowanie! Kilka minut zajęło nam z Maćkiem Iwańskim, żeby się zgrać. To był bardzo dynamiczny mecz i nie mogłem sobie pozwolić na zbyt długie wypowiedzi. Może stąd wrażenie, że głos mi drżał. Ale później wydaje mi się, że było OK. 

Marcin Ryszka i Maciej Iwański komentowali mecz Polska - Anglia na tvpsport.pl (Maciej Iwański / fot. Archiwum prywatne) , Robert Lewandowski w akcji podczas meczu Polska - Anglia (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Było więcej niż OK! Na dzień dobry powiedziałeś: "Państwa oczami będzie Maciej, a ja postaram się uatrakcyjnić relację ciekawostkami". Odpowiedziałeś hejterom, którzy pytali w Internecie, "jak ślepy będzie komentował mecz?".

Powiem więcej! Wielu znajomych do mnie pisało: "Jak ty to zrobisz? Jak będziesz komentował coś, czego nie będziesz widział?". W pewnym momencie miałem tego pytania serdecznie dość! Mówiłem: "Po prostu usiądź przed telewizorem i posłuchaj!". A jeśli chodzi o hejt, to on się zdarza, po prostu. 

Kiedyś odpisałeś na jeden z takich komentarzy, prawda?

Kilka lat temu wystąpiłem w programie "Turbokozak" w Canal+, gdzie wykonujesz zadania stricte piłkarskie. Występują tam głównie zawodnicy z ekstraklasy. Kiedy pojawiła się zapowiedź, ktoś napisał, że ten program "schodzi na psy, skoro już nawet muszą niewidomych zapraszać". Ktoś odpowiedział: "Byłoby ci głupio, gdyby on to przeczytał". A tamten facet: "Jak to przeczyta, skoro jest niewidomy?". 

Tak to, że są programy, które czytają teksty! 

I ja mu wtedy napisałem w komentarzu: "A kuku!". Wielokrotnie mnie przepraszał. Do dziś wysyła mi gratulacje, kiedy na przykład komentuję igrzyska paraolimpijskie. 

Marcin Ryszka gra w krakowskiej drużynie blind football (fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta)

O klasie komentatora decyduje między innymi to, czy potrafi snuć fascynujące opowieści o sporcie. Ty potrafisz.

Bardzo mi przyjemnie, że tak uważasz. Ja przecież nigdy wcześniej nie komentowałem piłki nożnej. Chyba że sam dla siebie. Jako dziecko.

Naprawdę? To było największe marzenie małego Marcinka?

Tak było! Na zasadzie, że Maciej Żurawski podał do Kamila Kosowskiego i gol. Oczywiście to, co teraz robię, to jest inne komentowanie. Są kibice - ja ich nazywam widzami premium - którzy na co dzień oglądają dużo piłki i oczekiwaliby, że komentatorzy będą rozwikływać zawiłości taktyczne. Choć ja na przykład nie lubię, kiedy wchodzą w narrację, czy był spalony, czy nie było…

Po co dywagować, skoro mamy VAR? Sędziowie oglądają powtórkę i wszystko wiadomo. 

To jest jedno. Po drugie, mecze reprezentacji ogląda kilka milionów osób i one niekoniecznie chcą słuchać tego, czy któryś piłkarz wyszedł ze strefy, ale bardziej o tym, że Tymek Puchacz, Kuba Moder i Kamil Jóźwiak to trzech przyjaciół…

Kiedy mówiłeś o tym, jak ta trójka pięknie sobie pomaga na boisku z korzyścią dla drużyny narodowej, słychać było czułość w twoim głosie. Ty naprawdę musisz kochać futbol.

Piłka od samego początku stanowi ważną część mojego życia. Zawsze mówię, że ja ją oglądam. Żeby się znać na futbolu, naprawdę nie trzeba mieć oczu. Czasem trzeba otworzyć serce, duszę, wyobraźnię. To jest piękne, że piłka naprawdę jest dla wszystkich.

Pięknie to powiedziałeś. Jak podniośle! Ale potrafisz też żartować ze swojej sytuacji. Przed meczem napisałeś: "Zastanawiam się, jak wpleść do komentarza 'Szkoda, że państwo tego nie widzą’ – to by było epickie". 

Generalnie o wiele łatwiej się żyje z codziennym uśmiechem. Ale nie na siłę! Też miewam gorsze dni. Fajnie, że zaczęło się mówić o niepełnosprawności i pokazywać igrzyska paraolimpijskie, ale boję się, że wpadniemy w pułapkę "superludzia". Słyszę od osób niewidomych czy niepełnosprawnych ruchowo, że idą na przykład na rozmowę o pracę i słyszą: "O! Czyli pan na pewno coś trenuje! Był pan na paraolimpiadzie?". A procent niepełnosprawnych, którzy coś robią, jest bardzo mały.

Jest pewnie tak samo jak u osób pełnosprawnych: są jednostki wybitne - takie jak ty - ale większość spędza czas wolny na kanapie przed telewizorem. Od znajomej, która jest również osobą niewidomą, usłyszałam, że jeśli media będą się koncentrowały jedynie na herosach, to społeczeństwo zaraz zapyta: skoro tak wszystko możecie, to po co wam renty? Mówiła mi też, że mnóstwo osób niewidomych ma depresję, bo nie może się pogodzić z losem. 

Właśnie dlatego z Kubą Białkiem napisałem książkę, w której będzie można przeczytać, że to nie jest życie usłane różami - bo ja opisuję również swoje porażki, między innymi nieudane związki. Nie udajemy, że wszystko jest zajebiście. Bo nie jest! Każde moje wyjście z domu, każda inicjatywa i aktywność to jest przełamywanie barier w głowie. Oczywiście nie narzekam. Kocham to, co robię. I mam nadzieję, że również osoby, o których mówisz, pomyślą, że skoro mnie się udaje, to może one też mogą spróbować wyjść z domu. Moja książka ukaże się w październiku.

"Piłka nożna to nie jest gra sprawiedliwa, gdzie zawsze dwa plus dwa równa się cztery" - to znowu twój komentarz z meczu. Życie również nie jest sprawiedliwe. Czy ty miewasz żal?

Na szczęście nie. Tylko kiedy byłem dzieckiem, pytałem mamy, dlaczego ja nie widzę. Teraz to akceptuję i lubię siebie takim, jakim jestem. Czasem, jak sobie wieczorem zrobię drinka, to sam się dziwię, że nigdy się nie zastanawiam, jak by to moje życie mogło się potoczyć, gdybym widział. Nie mam w ogóle takich myśli! Może to jakaś forma ucieczki? Nie zastanawiam się nad tym, bo tak jest łatwiej?

Magda jest dla mnie przede wszystkim najwspanialszą osobą (fot. Archiwum prywatne) , Marcin Ryszka z żoną Magdą (fot. Archiwum prywatne)

A może to dlatego, że jesteś szczęśliwy?

Może to dlatego! Jestem szczęściarzem dlatego, że jestem szczęśliwy. 

Straciłeś wzrok w wieku pięciu lat. 

Miałem nowotwór siatkówki i usunięte gałki oczne. Od tego czasu mam protezy.

Uczyłem się w Krakowie, w szkole z internatem. Na początku co wieczór płakałem w poduszkę za mamą i tatą. Pamiętam, że mama dawała mi paczkę ciastek, gdzie było odliczone pięć sztuk, i wiedziałem, że jak mi jedno ciastko zostaje, to jutro pojadę do domu. Bo weekendy spędzałem z rodziną. 

Niektóre osoby niewidome mają na przykład poczucie światła i to jest już bardzo dużo. Czy u ciebie to jest tak, jak większość osób sobie wyobraża, że jest tylko ciemność?

To nie jest ciemność. Po prostu nie ma nic. To tak, jakbyś chciała spojrzeć za siebie. Też tam nie widzisz nic, prawda? Bo przez czaszkę nie jesteś w stanie nic zobaczyć. Osoby, które mają gałkę oczną, mogą mieć poczucie światła, jakąś mgłę, czasami przebitki obrazów, a ja nie mam zupełnie nic. I to się może wydawać straszne, ale nie jest straszne.

Ja sobie wyobrażam, że to byłoby życie w ciągłym lęku. Że na coś wejdę, że się przewrócę, że mnie ktoś okradnie. 

Ja nie mam takiego lęku, ale może to też dlatego, że jestem postawnym mężczyzną i gdybym miał się z kimś zderzyć, to bardziej ta osoba ucierpi niż ja. (śmiech)

(śmiech)

Ale od jednego faktycznie jestem uzależniony: od białej laski. Jak nie mam jej w ręce, czuję się niepewnie. Idziemy z żoną do kościoła, na zakupy, do restauracji, a ja i tak staram się mieć ze sobą białą laskę, bo w razie potrzeby wiem, że będę w stanie sam wrócić do domu czy pójść do toalety. Ale generalnie nie czuję strachu. Myślę, że dużo mi dało to, że od dziecka uprawiam sport.

Jako pływak trzykrotnie byłeś mistrzem świata i reprezentowałeś Polskę na igrzyskach w Pekinie i Londynie. 

W 2014 roku wziąłem z basenem rozwód, ponieważ jeśli chcesz wyczynowo trenować pływanie, to 11 razy w tygodniu musisz być na pływalni. A ja chciałem założyć rodzinę. 

Ale brakowało ci adrenaliny, prawda? 

Sportowej rywalizacji, tak. W 2008 roku, na igrzyskach w Pekinie, pierwszy raz poszedłem na blind football. Mega mi się to spodobało! Wtedy sprowadziliśmy do Polski pierwsze piłeczki.

Które wydają dźwięki?

Tak. Grzechoczą. Wiem, że bardzo trudno jest sobie wyobrazić, jak osoby niewidome grają w piłkę. A jak jeszcze opowiadam, że bramkarze są widzący, to już w ogóle jest konsternacja. (śmiech)  

Tego nie wiedziałam.

Jest pięcioro zawodników: bramkarz i czworo niewidomych zawodników, którzy mają założone gogle, żeby na boisku nie widzieli zupełnie nic. To na wypadek, gdyby ktoś miał na przykład poczucie światła.

Wybacz głupie pytanie, ale skąd wiecie, gdzie jest bramka?

Boisko jest podzielone na trzy strefy: obrony, środka i ataku. W pierwszej strefie drużyną dyryguje bramkarz, w strefie środka trener, a w ataku za bramką przeciwnika stoi przewodnik, tak zwany guide, który kieruje zawodnika, gdzie ma podejść i oddać strzał. Jak na PlayStation.

Z jaką pasją o tym opowiadasz! Totalnie cię to pochłonęło? 

No tak! Razem z przyjaciółmi prowadzimy fundację Nie Widząc Przeszkód i jako pierwsi w Polsce doprowadziliśmy do tego, że Wisła Kraków, klub z ekstraklasy, w 2019 roku zdecydowała się założyć sekcję blind footballu.

Jakub Błaszczykowski cieszy się ze zdobytego gola (Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta)

To było wtedy, gdy do Wisły wrócił Jakub Błaszczykowski. Ratował ją finansowo i jako piłkarz na boisku.

Kuba wie, co się u nas dzieje, śledzi nasze wyniki, spotykamy się po meczach. 

Gramy w lidze Europy Centralnej, w której są też drużyny z Węgier, Czech i Austrii. Każdy robi turniej u siebie. Rocznie wychodzi około 30 meczów. A teraz walczymy o to, żeby od przyszłego sezonu jako Wisła Kraków zagrać w Bundeslidze. To by było duże wydarzenie.

No wiadomo! A kiedy powstanie liga blind footballu w Polsce?

Niestety, znaleźć niewidome osoby, które chciałyby grać w piłkę, jest niezwykle trudno. Kiedy z mojej szkoły wyjeżdżał na zawody sportowe autokar, który miał 44 miejsca, to żeby się załapać, trzeba było naprawdę coś potrafić! A teraz ta sama szkoła nie wystawiła dzieciaków na zawodach pływackich od pięciu lat!

Bo teraz generalnie wszystkie dzieciaki siedzą w Internecie. 

A kiedy dzwoniłem po ośrodkach dla dzieci niewidomych, że chcemy przyjechać, zrobić pokaz i zostawić piłki, to były ośrodki, które nas nie wpuściły! Tragedia! Jesteś dyrektorem takiego ośrodka i nie chce ci się zrobić nic, co kosztowałoby odrobinę energii i zaangażowania. Jeszcze kilka lat temu trudno mi się było z tym pogodzić, a teraz uczę się, że świat nie jest różowy.

Nie jest. Marcin, jakie są twoje wspomnienia z czasu, kiedy widziałeś?

Wydaje się, że z czasów, kiedy miałeś pięć lat, nie pamiętasz wiele. Ale ja mam naprawdę dużo wspomnień: pamiętam, jak wyglądali wtedy moi rodzice i bracia, pamiętam kolory, zwierzęta. I bajkę! "Króla lwa". Na pewno jest mi w życiu dużo łatwiej niż osobom, które są od urodzenia niewidome. Choćby pod kątem orientacji przestrzennej, możliwości wyobrażenia sobie różnych rzeczy. Ktoś mi na przykład mówi, że na drodze są pasy, a ja pyk! mam zapisaną zebrę w głowie! Bo pamiętam, jak z braćmi musieliśmy się trzymać mamy, kiedy przechodziliśmy przez pasy.

Wybacz mi sentymentalne pytanie, ale czy najpiękniejszym obrazem, jaki pamiętasz, jest twoja mama?

Na pewno! Mam taką scenę przed oczami, jak jestem w szpitalu, trzyma mnie na rękach pielęgniarka w zielonym fartuchu i po kamiennych schodach wchodzi moja mama. Wtedy pomyślałem: jaka to jest ładna osoba. Mama wzięła mnie na ręce, a za nią szedł tata, z torbami. (śmiech) To jest obraz, do którego lubię wracać. 

O tym, że twoja żona jest piękna, wiesz od znajomych, którzy się nią zachwycają.

I to na pewno łechce męskie ego, ale Magda jest dla mnie przede wszystkim najwspanialszą osobą. Najważniejsze jest wnętrze, ale też nie oszukujmy się: niewidomy naprawdę może się zorientować, czy dana osoba jest atrakcyjna, czy niekoniecznie! Wyczujesz to dotykiem przecież. A tak dla żartów to lubimy się z Magdą przekomarzać, że jakbym widział, tobym się jej wystraszył. (śmiech) 

Jak poznałeś żonę? 

Magda była w Krakowie na Światowych Dniach Młodzieży w 2016 roku. Po nich została u mnie na kilka dni ze swoją koleżanką ze studiów, która nas ze sobą poznała. Przez pół roku dzwoniliśmy i pisaliśmy do siebie. W styczniu 2017 roku Magda przyjechała na studia do Krakowa, a w listopadzie następnego roku wzięliśmy ślub.

Kolega, Andrzej Twarowski, powiedział mi kiedyś: 'Dziecko to będzie osoba, za którą bez wahania oddałbyś życie'. Rzeczywiście tak jest (fot. Archiwum prywatne) , Michał kibicuje tacie podczas meczu (fot. Archiwum prywatne)

Rok temu zostaliście rodzicami. 

Kolega, Andrzej Twarowski, powiedział mi kiedyś: "Dziecko to będzie osoba, za którą bez wahania oddałbyś życie". I rzeczywiście tak jest. Magda bardzo nie lubiła tego tematu, ale ja nie chciałem, żeby ta nasza miłość była ślepa – jakkolwiek by to brzmiało – i uświadamiałem jej, że moja choroba może być dziedziczna. Przed ślubem wykonaliśmy badania genetyczne, które wskazywały, że wszystko powinno być w porządku. Niestety, kiedy urodził się Michaś, okazało się, że w jego oczkach też stwierdzono guzy. Wtedy zawalił mi się świat. Autentycznie leżałem na deskach. Stanąłem na głowie, żeby umówić go do Centrum Zdrowia Dziecka. Michaś to jedno z najszybciej zdiagnozowanych dzieci w Polsce, jeśli chodzi o siatkówczaka. Miał wtedy niecałe trzy tygodnie. To było takie maleństwo! Z powodu COVID rozstałem się z Magdą i Michasiem pod koniec sierpnia ubiegłego roku, kiedy odprowadziłem ich do szpitala, i zobaczyliśmy się ponownie dopiero na początku października. 

Czy wasz synek widzi? 

Tak. Cały czas trwa walka o jego wzrok, ale na dziś guzy są nieaktywne. Michaś jest po kilku chemioterapiach. Wyobraź sobie, że lekarze przez tętnicę udową dochodzą aż do samego oka i tę chemię wpuszczają bezpośrednio w nie. Rokowania są dobre, takie, że wzrok uda się uratować i Michaś będzie widział. 

To wspaniale!

Ja naprawdę wiem, że zdrowie to jest coś najcenniejszego. Ani fajne auto, ani fajny dom, ani latanie po świecie ci tego nie zastąpią. Przeżyliśmy z Magdą chwile grozy, ale one wzmocniły nasz związek. Nawet tego nie pamiętałem, ale Magda mi przypomniała, że jak wyszliśmy od okulisty, to się rozpłakałem, że to wszystko moja wina. Że to przeze mnie Michaś jest chory. Magda mnie wtedy przytuliła i powiedziała, że plotę głupoty i że mam tak w ogóle nie myśleć. I co ci więcej powiem? Jesteśmy dzisiaj drużyną MMM - Marcin, Magda, Michał - i jesteśmy szczęśliwi. Oby tak dalej.

Życzę wam, żeby to szczęścia trwało, a tobie - żebyś komentował występy Polaków na mundialu w Katarze!

Zrobię wszystko, żeby tak się stało. To by było coś pięknego. 

Marcin Ryszka komentował mecz Polska–Anglia na tvpsport.pl oraz wielokrotnie igrzyska paraolimpijskie, a sam trzykrotnie zdobywał tytuł mistrza świata w pływaniu i reprezentował Polskę na paraolimpiadzie w Pekinie i Londynie. Obecnie prowadzi audycję w Weszło.fm oraz gra w reprezentacji blind footballu. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 roku do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.