Rozmowa
Lucjan Myrta (archiwum prywatne)
Lucjan Myrta (archiwum prywatne)

Pana bursztynowe królestwo robi oszałamiające wrażenie.

W domu o powierzchni 700 mkw. zgromadziłem dokładnie 6557 kg, czyli ponad 6,5 tony dzieł sztuki z bursztynu. Tych dzieł jest kilkaset: szkatuły, zegary, rzeźby, kabinety oraz kilkadziesiąt obrazów. To największa taka kolekcja na świecie.

Mam też największą na świecie kulę z bursztynu – o średnicy 11 cm, największe jajko wykonane z jednej bryły ważące 1120 g.

Jest pan też posiadaczem drugiej co do wielkości bryły bursztynu bałtyckiego, o wadze 5,95 kg. I to wszystko w jednym domu!

Mam w środku 21 par specjalnie zwężonych drzwi, każde zamykane na oddzielny klucz. Do tego zamurowane okna i systemy alarmowe. Czuje pani, jak tu chłodno?

Czuję. Ale porozmawiajmy o bursztynie. Jak to się stało, że zaczął pan w nim rzeźbić?

Pamiętam, że jako dziecko zrobiłem dyskobola z plasteliny, który był tak ładny, że mama postawiła go na oknie i nie pozwoliła nikomu tknąć.

Wejście do bursztynowego królestwa Lucjana Myrty (Angelika Swoboda)

Czyli miał pan talent od dziecka. Co dalej?

Dorosłem, skończyłem technikum budownictwa wodnego i poszedłem do pracy.

W 1968 roku poznałem mecenasa sztuki Franciszka Wójcika, który zaprosił mnie do Warszawy. Sprowadzał bursztyn z Kurpiów i miał w Aninie pracownię. Zatrudnił mnie, ale długo nie popracowałem, bo przyszedł komendant milicji i powiedział, że powinienem opuścić stolicę.

Dlaczego?

Brałem udział w zajściach związanych z wydarzeniami Marca ’68.

Na drogę dostałem kilogram bursztynu i wróciłem do Bytomia, do rodziców. Pewnego dnia spotkałem na ulicy profesora ze szkoły średniej. Gdy zapytał, co u mnie, zwierzyłem się ze swoich problemów. Obiecał pomóc.

Bursztynowy skarbiec (Wojciech Stróżyk / AG)

I pomógł?

Powiedział, żebym zgłosił się do jego znajomego, który pracował w wydziale przemysłu w miejscowym magistracie. Tam dostałem pozwolenie na prowadzenie działalności za pośrednictwem Zrzeszenia Prywatnego Przemysłu w Katowicach. Całkiem samodzielny biznes był wówczas wykluczony.

Zanim mnie jednak do zrzeszenia przyjęli, musiałem pokazać, co potrafię. I wtedy właśnie przydał się kilogram bursztynu, który przywiozłem z Warszawy. Zrobiłem wymyślną biżuterię, komisja była zachwycona. Wszyscy podchodzili, żeby go powąchać i dotknąć, bo bursztyn był wówczas w Polsce niemal nieznany.

Jak to nieznany?

Czasem ktoś znalazł mały kamyk na plaży i to wszystko. Nie można go było kupić w sklepach.

Autoportret artysty z bursztynu (Angelika Swoboda)

Wróćmy do pańskiej bursztynniczej działalności.

Pamiętam, że do podania o pozwolenie na nią miałem przykleić znaczki skarbowe za 202 zł, co stanowiło jedną czwartą pensji górnika. Szkopuł w tym, że ja takich pieniędzy nie miałem. Chodziłem po znajomych rodziców i próbowałem uzbierać, ale mi się nie udało. Powiedziałem więc pani w kiosku Ruchu, że na te znaczki mnie nie stać. „Niech pan weźmie. Jak pan będzie miał, to mi pan odda" – oznajmiła. Oddałem po paru tygodniach, dołączyłem prezent z bursztynu. Później zresztą przez wiele lat kupowałem w tym kiosku znaczki.

W każdym razie tym sposobem wziąłem udział w wystawach, które zrzeszenie zorganizowało w Paryżu i Tokio. Ustrój chciał się pochwalić nowym nabytkiem i zareklamować Polskę.

I poznał pan Japończyków?

Dopiero w 1971 roku, gdy przyjechali do Polski, by koniecznie poznać tego, co zrobił eksponaty z bursztynu. Kupili wszystkie, które wtedy miałem, i zrobili sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie.

Poczułem się doceniony. Zacząłem doskonalić swoją technikę, na kilogramy robiłem koraliki, które świetnie się sprzedawały do Japonii. Jednocześnie szukałem miejsc, gdzie mógłbym kupować dobry surowiec. Bryła, która ważyła 1,5 kg, dotarła do Polski z ZSRR. Zapłaciłem za nią 1,3 tys. dolarów – pięć lat później kupiłem sobie dacię za podobną kwotę. Takie miałem wtedy priorytety.

Portrety córek artysty (Angelika Swoboda)

Skąd pan brał surowiec?

Przez moje ręce przechodziły tony bursztynu, ale mnie interesował jakiś jeden procent. Wybierałem najpiękniej przebarwiane i najcenniejsze kawałki. Gdy w latach 70. budowano Jelitkowo, znajdowano tam spore złoża. Był to początek bursztynowego trendu, który lansowała władza, i początek mojego sukcesu.

Wcześniej chodziłem od domu do domu na Mierzei Wiślanej, od ujścia rzeki do granic ZSRR, i mówiłem, że skupuję bursztyn. Zwłaszcza zimą, w czasie sztormów. Szybko się rozniosło, że przyjeżdżam, i ludzie odkładali mi, co znaleźli.

W życiu osobistym też zaczęło się panu świetnie układać. Spotkał pan dziewczynę, która została pana żoną.

Poznaliśmy się w 1969 roku. Zrobiłem Dzidce – bo tak na nią mówiłem – niezwykle wydumany naszyjnik z bursztynu. Bardzo jej się spodobał. Szybko jednak zauważyła, że niemal cały swój czas poświęcam bursztynowi. Po ślubie w 1970 roku zamieszkaliśmy w mojej pierwszej pracowni, która miała 44 mkw. Tam w październiku 1971 roku zaczęła się rodzić nasza pierwsza córka, Adrianka. Żona przerzucała ziemniaki i przyspieszyła poród. Zadzwoniliśmy po akuszerkę, a ta wezwała pogotowie.  

Potem, gdy kupiłem większe mieszkanie, także urządziłem w nim pracownię. W 1978 roku urodziła się Ewelinka i obie córki, gdy pracowałem przy bursztynie, bawiły się obok mnie.

Żona była wyrozumiała i dzieliła się panem z miłością do bursztynu. Wiodło wam się.

Z czasem bursztyn zaczęto wydobywać z ziemi za pomocą specjalnych pomp. Miałem już wtedy stałego odbiorcę, czyli Japończyków, którzy kupowali praktycznie wszystko, co zrobiłem. Po 20 latach dowiedziałem się, że z najbardziej nietypowych eksponatów utworzyli w Tokio muzeum bursztynu mojego imienia.

Druga co do wielkości bryła bursztynu bałtyckiego na świecie, waży 5,95 kg (Angelika Swoboda)

Gdy w latach 70. przyznano mi tytuł mistrza artysty, zacząłem dostawać 50 proc. wynagrodzenia w dewizach. Od tego momentu zaczyna się mój sukces ekonomiczny. Ledwie nadążałem z zamówieniami. Za kilogram sprzedanych koralików mogłem kupić dwa maluchy. Prawie wszystko, co zarobiłem, inwestowałem w surowiec. Produkcja szła pełną parą, a ja mogłem sobie dzięki temu pozwolić na działalność artystyczną. 

I dostatnio żyć.

Jeździłem po bursztyn ze Śląska na Wybrzeże, więc kupiłem sobie dużego citroena pallasa. Kosztował chyba z 10 tys. dolarów, ale długo się nim nie nacieszyłem. W 1982 roku wiozłem bursztyn, z którego miałem robić pudełeczka na brylanty. Pod Częstochową na gierkówce wjechała we mnie kobieta, zepchnęła mnie swoim autem z drogi. Uznano mnie za nieżywego i podjęto akcję ratunkową dopiero po czterech godzinach. Byłem połamany, ale przeżyłem.

Gdy po roku rehabilitacji doszedłem do siebie, dostałem z Nowego Jorku zamówienie warte miliony dolarów. Postawiono jednak warunek: muszę zatrudnić co najmniej sto osób, żeby sprostać. Aby rozwinąć taką produkcję, musiałem mieć pieniądze. Sprzedałem więc kupiony wcześniej za zyski z bursztynu ośrodek w Krynicy Górskiej, ze stokiem narciarskim i wyciągiem, za 50 mln zł. To była fortuna! Jak ktoś wtedy wygrał milion w lotka, to był bogaczem. Trafiłem więc na pierwsze strony gazet.

Szkatuła z bursztynu autorstwa Lucjana Myrty (Angelika Swoboda)

Prawie wszystko, co zarabiałem, zamieniałem na bursztyn. Za resztę kupiłem dom w Sopocie, ten, w którym teraz jest galeria i w którym rozmawiamy. Po pewnym czasie urządziłem tu galerię bursztynu, a drugi, zabytkowy, wyremontowałem. I zamieszkałem w nim z żoną i córkami.

W 1994 roku kupiłem słynną willę Basnera.

Tę z początku zeszłego wieku, zwaną Sopockim Malborkiem?

Do dziś, choć dawno ją sprzedałem, wciąż mam do niej sentyment.

Wcześniej w Sopockim Malborku było przedszkole. Wygrałem przetarg i przez cztery lata remontowałem willę pod okiem konserwatora zabytków. Równocześnie kilkunastu moich pracowników realizowało zamówienia eksportowe.

Willa Basnera zwana Sopockim Malborkiem (Piotr Mazur/AG)

Wciąż czułem ekonomiczny niepokój. Mijały lata, a ja komercyjnie produkowałem setki półfabrykatów z bursztynu oraz biżuterię. Równolegle zajmowałem się jednak sztuką użytkową: robiłem szkatuły, zegary, obrazy.

Z tego, co pan mówi, wynika, że bursztynnik może zarobić fortunę.

Nie wiem, czy zdaje pani sobie sprawę, że słynny niemiecki bursztynnik Christoph Maucher, gdy w XVIII wieku zrobił w Gdańsku bursztynową szkatułę, dostał za nią złoto, za które mógł kupić całą wieś. Zresztą miałem okazję konserwować tę szkatułę, rozebrałem ją na drobne kawałki. Została zrobiona na drewnie, a nie tak, jak ja robię, na bursztynie.

Bursztyn był i wciąż jest dla mnie cudem. Postrzegam go i idealizuję jak zakochany człowiek. A to często prowadzi do braku umiaru. Podejmowałem się więc coraz większych wyzwań i okazywało się, że nie mam wystarczającej ilości bursztynu, żeby skończyć.

W latach 90. zakiełkował w mojej głowie pomysł, żeby wybudować ogromną bursztynową szkatułę. Miała być zwieńczeniem mojej długoletniej pracy. Bo za każdym razem, kiedy planowałem jakieś ogromne przedsięwzięcie, myślałem, że będzie to moje ostatnie dzieło. A potem wymykało mi się ono spod kontroli, okazywało się jeszcze większe, niż myślałem, i po nim zaczynałem kolejne.

Dzieła Lucjana Myrty (Angelika Swoboda)

Zatem ile ma pan tych największych ostatnich dzieł?

Co najmniej kilkadziesiąt.

Jednym z nich jest monumentalny bursztynowy skarbiec, który waży blisko tonę i jest największym przedmiotem wykonanym z bursztynu w dziejach ludzkości.

Założenie było takie, że bursztynowy skarbiec będzie niewiele większy od wykonanej z drewna szkatuły Marii Antoniny z Wersalu. Dlatego najpierw zrobiłem nogi ze srebra, które nie utrzymały ciężaru bursztynu. Musiałem je wymienić na bursztynowe i pomyślałem, że w takim razie mogę sobie pozwolić na więcej.

Z jeszcze większym rozmachem?

Ale bez przesłania. Dopiero śmierć młodszej córki, Eweliny, która wydarzyła się w 2003 roku, sprawiła, że całkowicie zmieniłem koncepcję wystroju bursztynowego skarbca. Śmierć Eweliny zmieniła mnie także jako artystę. Szukałem sensu w tej tragedii, zacząłem się modlić i wierzyć, że kiedyś spotkam się z córką w innym świecie. Bursztyn stał się jeszcze ważniejszy, przez bursztyn zacząłem rozmawiać z Bogiem. Żona płakała z ogromnej rozpaczy, a ja rzeźbiłem.

Bursztyn pali się pięknym jasnym płomieniem, a z czasem patynuje (Angelika Swoboda)

Bursztynowy skarbiec tworzyłem około 12 lat. Ciąłem na plastry wielkie bryły i wykorzystywałem to, że bursztyn patynuje. Przedstawiłem historię cieśli z Nazaretu, Jezusa Chrystusa. Ona była bliższa memu sercu. Opowiadałem za pomocą reliefu, jak nauczał, uzdrawiał i wskrzeszał zmarłych. W pięknej dwukilogramowej bryle na zwieńczeniu skarbca umieściłem tetragram imienia Bożego z przesłaniem, że Bóg ma w opiece swojego syna.

Nic mnie nie zrażało. Nawet to, że w 2004 roku złodzieje wycięli kraty w oknach pracowni i wynieśli 110 kg bursztynowych płyt pociętych na plastry, którymi miałem dekorować skarbiec, oraz 28 brył – każda ważyła od jednego do trzech kilogramów. Skradziono mi też około 40 kg najpiękniejszych inkluzji. Na szczęście nie dostali się do pomieszczenia, gdzie leżały większe elementy skarbca, na przykład gotowe już drzwiczki. Ale straty wyliczyłem na jakieś 20 mln zł.

Nie miał pan wtedy ochoty zrezygnować?

Wręcz przeciwnie. Zakasałem rękawy i pracowałem jeszcze więcej. Wie pani, Ewelina miała zaledwie 23 lata, gdy nagle w środku lata trafiła do szpitala. Zachorowała na najzwyklejszą żółtaczkę, po której zapadła w śpiączkę. Myśleliśmy, że się obudzi, że lekarze przeszczepią jej wątrobę i uratują nam córkę. Ale pień mózgu Eweliny obumarł. Żona nie przyjęła tego do wiadomości, więc przez miesiąc aparatura podtrzymywała jeszcze funkcje życiowe naszej córki. Wiedziałem, że już do nas nie wróci. Potwornie cierpiałem. Pojechałem w góry na terapię, a po powrocie do Sopotu uciekłem w pracę. Nie ma dnia, żebym o Ewelinie nie myślał.

Bursztynowe dzieła Lucjana Myrta (Angelika Swoboda)

Skończyłem skarbiec, waży 935,1 kg. Po raz pierwszy pokazałem go na Wawelu w 2007 roku, a poetka Grażyna Trzeciak napisała o nim piękny, wzruszający wiersz.

Zrobił pan też bursztynowe podsumowanie swojego życia.

Swoje osiągnięcia oraz idee i wartości, którymi się kieruję w życiu, rozpisałem na 17 płycinach ważących w sumie 320 kg. Każdą literę najważniejszego tekstu biblijnego wyciąłem z osobnego kawałka bursztynu. To dzieło powstawało dwa lata. Kończy się nadzieją, że po śmierci spotkam się z moimi bliskimi, z żoną, która zmarła w 2018 roku, i córką.

Zrobiłem też bursztynową instalację w formie stalaktytów o wadze 740 kg, składającą się między innymi z 80 brył o wadze od jednego do czterech kilogramów, oraz ponad 10 tys. inkluzji.

Wie pani, co zauważyłem? Że w sprawach bursztynu jestem człowiekiem bez umiaru. Moja kolekcja waży osiem razy tyle co słynna komnata bursztynowa.

Kiedyś dowiedziałem się, że Barbara Piasecka-Johnson jest właścicielką największego mebla świata – kabinetu z hebanu zdobionego szlachetnymi kamieniami, który sprzedano na aukcji za rekordową cenę 36 mln dolarów. Zainspirowałem się tym i zrobiłem kabinet „Ptaki", większy od tego Piaseckiej-Johnson. Ma cztery metry wysokości i oczywiście jest cały z bursztynu. Górę mebla wieńczy orzeł w koronie. Waży ponad półtorej tony, z czego 364 kg to aplikacje i zdobienia z brązu.

Kabinet autorstwa Lucjana Myrty (Angelika Swoboda)

Ma pan w swoich zbiorach także szalenie cenne inkluzje, chociażby zatopioną w bursztynie jaszczurkę z kleszczem.

W ciągu 50 lat pracy zgromadziłem ponad 20 tys. najróżniejszych inkluzji. Trochę mi żal, że nie mogę nimi ozdobić pierścionków czy naszyjników, ponieważ są zbyt cenne. Poza tym świat zaklęty w bursztynie jest fascynujący.

Żeby kupić inkluzje, byłem w stanie sprzedać ostatnie spodnie. I zostałem oszukany. W 2004 roku, krótko po włamaniu przyszedł do mnie człowiek, który wylegitymował się dowodem osobistym i powiedział mi, że ma do sprzedania zastygłą w nieoszlifowanym bursztynie żabę. Obejrzałem tę żabę i stwierdziłem, że to na pewno jest bursztyn, bo poznałbym go z zamkniętymi oczami.

Akurat byłem w domu sam. Ta inkluzja tak mi się spodobała, że musiałem ją mieć. Oddałem temu mężczyźnie wszystkie pieniądze, jakie miałem przy sobie.

Ile?

Kwota była pokaźna, ale nikomu nigdy jej nie zdradziłem, nawet żonie, więc i pani nie powiem.

Byłem tą żabą zachwycony. Pochwaliłem się nią pewnemu geologowi z Krakowa, który powiedział, że ten gatunek wyginął pięć milionów lat temu we Francji. Paru profesorów potwierdziło autentyczność inkluzji. Powstawał już nawet artykuł w amerykańskim piśmie, że w Polsce znaleziono sensację na skalę światową. Wtedy ja, żeby pozbyć się wszelkich wątpliwości, w nocy trochę przyszlifowałem bursztyn i podpaliłem. A trzeba pani wiedzieć, że bursztyn pali się jasnym płomieniem i wydziela piękny zapach. A ja poczułem chemię, prawdopodobnie klej.

Przyznałem się do pomyłki, zablokowałem publikację i zjadłem tę żabę, którą – jak się okazało – wysuszono i zgrabnie wmontowano w okazały kawałek bursztynu i sklejono. Majstersztyk. Oczywiście człowiek, który do mnie przyszedł, posłużył się sfałszowanym dowodem osobistym.

Lucjan Myrta w 2006 roku (Rafał Malko / Agencja Gazeta)

Czy bursztyn budzi jeszcze dziś pożądanie?

Słynną komnatę bursztynową zrobiono i zakończono w 1705 roku. Później zainteresowanie bursztynem spadło niemal do zera, a komnatę schowano w magazynach. Dopiero stamtąd przekazano ją w darze carowi.

W bursztyn się nie inwestuje, robi się z niego głównie biżuterię. Większość stanowią drobne kamienie, duże to zaledwie kilka procent całego wydobycia. Bursztyn, jak wszystko, przeżywa wzloty i upadki. Raz jest modny, raz nie. Myślę, że gdyby był kamieniem pochodzącym z innej części Europy, zdobyłby dużo większą, należną mu sławę. A u nas spowszedniał i stał się czymś zwykłym. Ale nie dla mnie. Ja nie znam innej tak wielkiej miłości.

Lucjan Myrta. Urodził się w Żelisławicach, mieszka w Sopocie. Rzeźbiarz i mistrz bursztynnik, tworzy od 1968 roku. Wystawiał swoje dzieła m.in. na Wawelu, w Malborku, na Zamku Królewskim w Warszawie, w Niemczech, Paryżu, Tokio i Osace. Jako jedyny artysta w sztuce użytkowej został odznaczony złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis".