Rozmowa
Były mąż Marii cierpii na chorobę dwubiegunową (fot. shutterstock.com)
Były mąż Marii cierpii na chorobę dwubiegunową (fot. shutterstock.com)

Czy wychodząc za mąż, była pani świadoma, że narzeczony choruje?

Nie. Mąż i jego rodzice zataili to przede mną. Konsultacje psychiatryczne zaczęły się w tym samym czasie, kiedy się poznaliśmy. A to były lata 70. Jeśli rodzice uznali, że muszą się z synem zgłosić do psychiatry, musiało dziać się coś już naprawdę poważnego.

Potem jego choroba ujawniła się na studiach, które przerwał. Nie był w stanie się skoncentrować. Trafił na oddział nerwic, ale ja się wtedy dowiedziałam tylko, że poszedł "do jakiegoś szpitala", żeby nie iść do wojska. Nie zmartwiłam się więc. I o niczym nie miałam pojęcia. Tę chorobę widać dopiero w domu. 

A państwo nie mieszkali ze sobą.

Narzeczeństwo trwało cztery lata i widywaliśmy się niemal codziennie, ale to były odwiedziny, spotkania w kawiarniach, wspólne wyjazdy. Narzeczony był spokojny, zadowolony. Nie ujawniał agresji. Nie miał potrzeby dominacji. My przez te lata ani razu się nie pokłóciliśmy! Sielanka! A zaręczyny były bajkowe. Spieniężył książeczkę, na której zbierał pieniądze na samochód, żeby kupić mi wielki pierścionek.

Z brylantem?

Nie. Ale duży, złoty. Piękny. 

Przysięga małżeńska była dla Marii bardzo ważna. To m.in dlatego związek trwał 30 lat (fot. shutterstock.com)

Nie miała pani żadnych wątpliwości? Nie zmartwiły pani na przykład te niedokończone studia?

Nie. Miałam na studiach kolegów, którzy ciągle balangowali. To nie był materiał na męża. A jego postrzegałam jako dobrego człowieka. Potrafił wykreować się na taką osobę, jaką chciałam widzieć. 

Wzięli państwo ślub kościelny? 

Tak. Przysięga miała dla mnie ogromne znaczenie, ponieważ jestem wierząca. To dlatego nasze małżeństwo trwało tak długo.

Po ślubie mąż dostał 12-metrowy pokój w hotelu robotniczym i mimo że łazienka była w korytarzu, byliśmy zachwyceni, że mamy swój kąt. 

Wiele par z rozrzewnieniem wspomina pierwsze lata w kawalerkach, kiedy byli tak blisko ze sobą i tak bardzo się kochali. Była pani wtedy szczęśliwa?

Ja przez wiele lat byłam szczęśliwa.

On bardzo dużo pracował: najpierw w zakładzie państwowym, potem, jak się miała urodzić druga córka – mamy troje dzieci, jako ostatni na świat przyszedł syn – wyjechał na cztery lata do NRD, a po powrocie założył firmę. 

Koleżanki zazdrościły: "Ale ci się zaradny facet trafił"?

Ja do dziś słyszę od byłych sąsiadów, że postrzegali nas jako idealną rodzinę. Dziewczynki zawsze tak pięknie ubrane. Na tamte czasy enerdowskie ubranka! Cudownie! Tyle że nikt nie widział tego, co było w środku.

Wejdźmy tam.

Moje życie małżeńskie to był nieustanny lęk i poczucie winy. Byłam poddawana ogromnemu praniu mózgu. Mąż miał nieograniczoną władzę nade mną i dziećmi. Stosował psychologiczny szantaż. Potrafił na przykład udawać, że połknął całą fiolkę leków, po czym rzucał się na podłogę, obrywając gałki od mebli. Żeby mnie zastraszyć, kiedy się nie zgadzałam z nim i na to, jak nas traktował.

Wtedy pani pomyślała, że coś jest nie tak?

Jeszcze nie. Dopiero kiedy podejrzewałam, że jestem w czwartej ciąży. Mąż był osobą głęboko wierzącą, zdecydowanym przeciwnikiem aborcji. A wtedy spojrzał na mnie takimi dziwnymi oczami i usłyszałam: "A może jeszcze coś można z tym zrobić". W tym momencie uświadomiłam sobie, że żyję z chorym psychicznie człowiekiem. Później się okazało, że nie jestem w ciąży.

Musiało to panią strasznie zaboleć.

Ogromnie! Taka jest natura tej choroby, że są momenty, w których nagle chory mówi coś albo zachowuje się w sposób zupełnie niepasujący do jego poglądów, przekonań.

W tamtym czasie mąż prowadził firmę i robił to z wielkim rozmachem. Wszyscy podziwiali kreatywnego biznesmena. Bo u męża to nie była choroba dwubiegunowa typu pierwszego, że jest pełna mania i pełna depresja. Objawy były mniej nasilone, przeważał stan podwyższonego nastroju.

Mogłoby się wydawać, że wspólne życie jest przyjemne. Że taka osoba wstaje rano i się cieszy: będzie super, tu pojedziemy, to zrobimy!

Tak. Tyle że dla bliskich to jest niestety ten gorszy stan. 

Dlaczego?

Dlatego, że jest to choroba emocji i uczuć. Mąż był pozbawiony uczuć. On był z nich wyprany i jeszcze odwirowany. Tylko w fazie depresji, która występowała rzadko, bywał czuły, ale generalnie był pozbawiony empatii. Można dać serce na dłoni. Można zrobić z siebie wycieraczkę. To nic nie da. Najbliższa osoba jest wrogiem i nic go nie obchodzi.

Kobieta podkreśla, że z powodu choroby mąż nie okazywał jej żadnych uczuć (fot. shutterstock.com)

Nie rozumiem. 

On był przemiły, pomocny, towarzysko atrakcyjny, radosny. Ale dla osób z zewnątrz! A bliscy stawali się wrogami, ponieważ widzieli, jak ten chory człowiek funkcjonuje w domu. A on nie funkcjonuje! Jest kreatywny i ma pomysły, ale to trzeba ogarnąć i doprowadzić do końca, a to już go nie interesuje.

Mąż mówił: "Zarobimy górę złota!". I był szczęśliwy z powodu każdego nowego pomysłu…

Wokół tego się wszystko kręciło! Cały był tym pochłonięty, ciągle gdzieś jeździł, coś załatwiał. A w naszym życiu właściwie był nieobecny.

Był szczęśliwy nie w prawdziwym życiu, ale w tym wymyślonym projekcie?

Tak! W tej swojej wizji! Realne życie, opłaty, wszystkie sprawy związane z dziećmi – absolutnie go to nie interesowało.

Część kobiet pomyśli teraz: "Mojego męża przyziemne sprawy też nie interesują".

I ja przez lata powtarzałam sobie, że to dobry człowiek, tylko ma taki charakter. Aż z kilkuletnim synem wyjechałam do sanatorium, a mąż w tym samym dniu – do pracy do Norwegii, żeby zarobić na spłatę długów, o których wtedy nie miałam pojęcia. Pożyczał u rodziny. Kiedy jedna z moich cioć upomniała się o pieniądze, zrobiłam wielkie oczy. Później znalazłam kartkę z listą wielu pożyczek. W euro, w funtach, w złotówkach. 

Ale wróćmy do sanatorium.

Kiedy miałam zapłacić za pobyt, okazało się, że konto jest puste. Zadzwoniłam do niego. Był już na promie. "Nie martw się, ja to załatwię". Bełkot jakiś. Był to przejaw kompletnej beztroski mojego męża. Gdybym nie mogła zapłacić z konta mojej mamy, zostałabym z synem w obcym mieście bez środków do życia. 

A czy kiedy mu pani powiedziała o tych długach u rodziny, tłumaczył się? Przepraszał?

O nie! Mąż nigdy za nic mnie nie przeprosił. Nie miał poczucia winy. Potrafił zracjonalizować swoje działania tak, że jeszcze przerzucał winę na osobę bliską. Jakakolwiek dyskusja była bezcelowa. Mijały lata, nieleczona choroba się nasilała, ja coraz bardziej zamykałam się w sobie i właściwie nie mówiłam już nic.

A kiedy prosiła pani, żeby poszedł do psychiatry?

Wyśmiewał mnie. Pytał drwiąco: "A na co ja niby jestem chory?". Pomogła mi pani doktor pierwszego kontaktu, która dobrze znała naszą sytuację w domu. To ona go przekonała, żeby się zgłosił do specjalisty. 

Mąż Marii nie chciał się leczyć. Przekonywał psychiatrów, że jest zdrowy (fot. shutterstock.com)

Mąż dostał leki?

Tak. Kiedy zobaczyłam jakie, dowiedziałam się, że to jest choroba afektywna dwubiegunowa. Wtedy też syn znalazł w internecie historię kobiety żyjącej z mężem z ChAD. Zrobiłam wielkie oczy! To jest to! Przeczytałam, że te różne rzeczy, różne zachowania, to nie są cechy charakteru, ale choroba. 

Proszę opowiedzieć o tych rzeczach. 

Podwyższony w manii popęd seksualny. Zakupy! Zawsze mówiłam, że mąż nie jest detal, ale hurt. Na początku myślałam, że to jest dobre, że on tak dba o rodzinę. Ale ta skłonność wynikała z choroby. Jak przywoził owoce, to od razu kilka skrzynek! Zwoził nieprawdopodobne ilości rzeczy do domu. Nie wiedziałam, skąd on to w ogóle bierze. Gdyby pani zobaczyła, jak teraz wygląda jego dom! Można wejść i z miejsca robić reportaż o zbieractwie.

Co jeszcze pani przeczytała w tamtym artykule?

O tym braku uczuć. To jest najważniejsze. Kiedy znajomi przychodzili do domu, przy ludziach mówił do mnie zdrobniale, ale jak tylko zamykały się drzwi, to było „głupie babsko" i "głupie dziewuszyska" do córek. Miał tego pełną świadomość. Mówił mi: "Nikt ci nie uwierzy! Nigdy nie odejdziesz".

Doktor Jekyll i pan Hyde. 

Były obelgi, poniżanie i ciągłe awantury. Pasmo maltretowania psychicznego. Byłam ofiarą każdego rodzaju przemocy. Do dziś jest to dla mnie wielką zagadką: gdzie jest prawdziwy on, a gdzie jest choroba? Największym moim żalem, bólem i pretensją do niego jest nie to, że się do choroby nie przyznał przed ślubem, ale to, że nic z tym potem nie robił.

Ale mówiła pani, że poszedł do psychiatry i dostał leki. Brał je?

Z początku brał i mniej więcej w tym czasie został skierowany do szpitala na oddział dzienny. 

Poszedł?

Tak. Ale po to tylko, by udowodnić, że jest zdrowy. Wie pani, na czym polega dyssymulacja?

Nie.

To oznacza, że chory symuluje zdrowie. On był geniuszem manipulacji. Lekarz uznał, że mąż jest zdrowy, a między nami jest konflikt małżeński, dlatego zostaliśmy skierowani na terapię małżeńską. Terapeutki już nie zdołał oszukać. Mąż miał inny, nieprawdziwy ogląd rzeczywistości. Stwierdziła: "Jak się was słucha, to jakbyście byli z dwóch różnych domów". Nie miała wątpliwości, że mąż potrzebuje leczenia psychiatrycznego. Tyle że on tego nie chciał. W pewnym momencie byłam już tak zdesperowana, że starałam się o przymusową hospitalizację. 

Co się wtedy działo w domu?

Mąż był totalnie oderwany od rzeczywistości i ogromnie agresywny. To były wakacje. Syn bał się zostawać z nim w domu, kiedy wychodziłam do pracy. To niewyobrażalne, co czuje matka, kiedy rano zostawia nastoletniego syna na ulicy. Mówię: "Gdzie ty pójdziesz?". "Nie martw się, niedługo otworzą galerie handlowe. Pochodzę trochę". Czułam tak straszną bezsilność! Że znikąd nie ma pomocy.

Gdzie się pani zgłosiła?

Do poradni psychiatrycznej przy szpitalu psychiatrycznym. Ale lekarz stwierdził tylko, że mąż przecież z siekierą za mną nie biega.

Z siekierą nie biega, ale dziecko boi się z nim być samo w domu. Nie szukała pani pomocy gdzie indziej? Może w opiece społecznej?

Byłam w opiece, ale tam też nie uzyskałam pomocy. Każdy tylko wysłuchał i tyle. Jak nie ma prób samobójczych i chory nie grozi, że zabije, to nikogo nic nie obchodzi. Wsparcia dla rodzin osób psychicznie chorych po prostu w tym kraju nie ma.

Kiedy wracała pani z pracy, zamykaliście się z synem w pokoju?

I trzęśliśmy się ze strachu. To było nieprawdopodobne, że kobieta, która odnosi sukcesy w pracy i ma kierownicze stanowisko, w domu może pozwolić na coś takiego. Nie do pojęcia dla osób, które żyją w normalnych relacjach. 

Była pani w roli ofiary w przemocowym związku. 

Jak wracałam po pracy do domu, to moje ciało się fizycznie buntowało! Było mi niedobrze, wszystko mnie bolało. A mój syn, jak uciekaliśmy z domu, praktycznie nie mówił. Dukał tylko. A ja wiedziałam, że nie możemy się wyprowadzić, bo może być różnie. 

Czego się pani bała?

Że nam zrobi krzywdę.

Kiedy szuflada po szufladzie przeglądałam rzeczy, trafiłam na jego książeczkę zdrowia. Przewertowałam: bezsenność, agresja, leki uspokajające, skierowanie do poradni zdrowia psychicznego. Po latach, kiedy już mieszkaliśmy osobno, powiedziałam do męża: "Ty się leczyłeś przed ślubem!".

A on?

Śmiał się. Ironizował. Ale potem stracił pewność siebie: "I co? Pójdziesz po unieważnienie małżeństwa?". I na tej podstawie później moje małżeństwo faktycznie zostało uznane za zawarte nieważnie.

Czy rozmawiała pani o tym z teściową? Zapytała pani: "Dlaczego mi nie powiedzieliście?"?

Mówiłam jej, że to przecież jej syn i że chciałam, żeby się leczył – dla jego dobra! Że trwałabym przy nim, a teraz zostanie sam. Ale dla niej ujawnienie choroby psychicznej było nie do przejścia.

Że to wstyd przed ludźmi?

Dla niej każda choroba to był wstyd. A ja potrzebowałam tylko pomocy i prawdy.

Kobieta ma żal, że nie otrzymała pomocy. Podkreśla, że mogą na nią liczyć bliscy osób uzależnionych od alkoholu (fot. shutterstock.com)

Czy po ucieczce z domu utrzymywała pani jeszcze kontakt z mężem?

Przez kilka lat jeszcze o niego walczyłam. I były iskierki nadziei. Poszliśmy do kina na film o Agacie Mróz. Powiedziałam mu: "Widzisz! Ja tak samo o ciebie walczę!". Popłakał się. Było wtedy jakieś uczucie, jakieś ciepło z jego strony.

Wróciła pani do niego?

Nie, bo następnego dnia tego człowieka z kina już nie było. Ale starałam się. Tłumaczyłam, prosiłam, przytulałam. Mówiłam, że będzie dobrze, że nikt się nie dowie, tylko żeby poszedł się leczyć. Czasami działało. Ale na krótko. To jest dla mnie wielka zagadka, że mąż, wiedząc, że może dostać pomoc i osoba bliska będzie z nim, rezygnował z tego. 

Przyczyna tkwi zapewne w chorobie. Powiedziała pani, że małżeństwo trwało tak długo, ponieważ jest pani osobą wierzącą i przysięga była ogromnie ważna. Musiało być pani bardzo trudno podjąć decyzję o rozstaniu.

Dotarłam do materiałów opracowanych przez księży psychologów, którzy jasno wypowiadają się na temat przemocy w rodzinie i w takiej sytuacji jak moja zalecają odseparowanie od współmałżonka. Przez lata jednak słyszałam w kościele, że małżeństwo zawiera się na dobre i na złe. Dopiero podczas rekolekcji dowiedziałam się, że to "na dobre i na złe" to znaczy na złe z zewnątrz, a nie od współmałżonka. Podeszłam do tamtego duszpasterza i powiedziałam, że przez 30 lat przeżywałam piekło, tłumacząc sobie, że to jest mój krzyż, który muszę nieść. Powiedział: "Ja panią bardzo przepraszam za tych wszystkich księży, którzy kazali pani tak żyć". To było dla mnie bardzo ważne i uwalniające od poczucia winy za odejście od męża. 

Znalazła pani księży, którzy nie oczekiwali od pani heroizmu.

Tak! Usłyszałam, że małżeństwo absolutnie nie polega na tym, żeby dać się zniszczyć. Że on też ślubował mi miłość. Że nie ma miłości nieokazywanej, że mi się ta miłość też należy.

Po rekolekcjach wręczyłam tamtemu księdzu list z podziękowaniem, w którym opisałam też moją sytuację rodzinną. Potem się dowiedziałam, że podczas kolejnych rekolekcji – dla księży – on posłużył się moją historią, aby pokazać, jak nie powinno się traktować małżeństwa.

I nie ma pani wyrzutów sumienia, że odeszła pani od męża?

Nie. Dziś zrobiłabym tak samo. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że to jest bardzo ważne, żeby w życiu być w zgodzie ze sobą.

Na pewno. Kiedy wasze małżeństwo przestało być ważne?

Trzy lata temu. 

Mąż się na to zgodził?

Nie. Przez cały okres małżeństwa nie nosił obrączki, a jak się wyprowadziłam, to ją włożył i nosi do tej pory. Na zewnątrz jest mężem opuszczonym przez żonę. 

Nie jesteście przyjaciółmi?

Nie. Jest to niemożliwe. My nie możemy się spotykać i ze sobą rozmawiać. Musiałam postawić granice, bo inaczej do końca życia byłabym w roli jego ofiary.

Czuję w pani straszny żal, że życie tak się potoczyło. Choroba jest nieszczęściem. Gdyby mąż się leczył, gdyby pani dostała wsparcie, byłoby pani lżej.

Może by było i pewnie bym została w tym związku. Ale paradoksalnie lepiej dla mnie, że tak się nie stało. A żal? Nie, czuję raczej wielki smutek, ponieważ wiem, że ja nigdy nie będę miała zwyczajnej, ciepłej rodziny. Nie mówię tylko o mężu. Ja mam chore dzieci.

Pani dzieci również mają chorobę dwubiegunową?

Córka i syn. Są świadomi i się leczą.

Powiedzieli przyszłym małżonkom o chorobie?

Tak. Ale ich związki są bardzo trudne. W tej chorobie uczuciowość jest mała. Czasami zerowa. Gdyby nie to, że wiem, dlaczego moje dzieci nie mają empatii, serce by mi pękło.

Proszę: nie stygmatyzujmy osób psychicznie chorych. Wszyscy zasługujemy na miłość.

Ależ oczywiście! Oni są biedni. Cierpią. Ale ich bliskim też potrzebna jest pomoc, żebyśmy mogli pomóc im. O chorych psychicznie mówi się coraz więcej, żeby społeczeństwo się nie bało i nie spychało ich na margines…

I bardzo dobrze, że tak jest.

Ale mówi się tylko o chorych, a nie o ich rodzinach. Nam się jedynie powtarza, że mamy być wspierający. I już nikt nie wskazuje, skąd my mamy czerpać siły?

To jest kluczowe pytanie i dlatego zależało mi bardzo, żeby pani opowiedziała swoją historię. 

Od nas – od mężów czy żon, od dzieci osób psychicznie chorych – oczekuje się większego hartu ducha niż od rodzin z problemem alkoholowym. 

Osoby współuzależnione oraz DDA mogą się zgłosić na bezpłatne terapie.

A my nie mamy takiej pomocy.

Czy gdyby przed ślubem wiedziała pani, że mąż ma ChAD, wyszłaby pani za niego?

Tak, na pewno tak. To była wielka miłość. 

Romantyczne.

Tylko wie pani, teoretycznie to się niby wszystko wie, ale tak naprawdę nie wie się nic. To trzeba przeżyć. Kilka lat temu znalazłam jedne jedyne warsztaty dla rodzin osób chorych psychicznie. Była tam kobieta, która zaczynała związek z mężczyzną chorym. Pełna optymizmu, że podoła. Wszystkie inne kobiety patrzyły na nią wręcz z politowaniem. Niedawno się do mnie odezwała. Z wielkim płaczem i bólem, że jednak sobie nie może poradzić.

* imię kobiety zostało zmienione  

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z "Gazetą Wyborczą" Wrocław, "Dziennikiem Polska Europa Świat" i "Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz "UWAGĄ!" TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 roku do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.