Rozmowa
Bartłomiej Zimoch na karetce jeździ od 12 lat (archiwum prywatne)
Bartłomiej Zimoch na karetce jeździ od 12 lat (archiwum prywatne)

Czy pan też już rzucił papierami?

Zastanawiałem się, czy to zrobić, ale jeszcze się nie zdecydowałem. Teraz jestem na zwolnieniu lekarskim.

Dlaczego?

Lekarze wszczepili mi stymulator serca z powodu zaburzeń jego rytmu. Każdy z ratowników medycznych musi mieć świadomość, że za życie w takim trybie kiedyś zapłaci. W moim przypadku tak się skończyło.

Co to dla pana oznacza?

Do tej pory pracowałem na SOR-ze oraz w Zespołach Ratownictwa Medycznego, czyli na karetce. Bardzo możliwe, że z powodów zdrowotnych do karetki już nie wrócę.

Dużo pan pracował?

W ratownictwie – od 12 lat, ale jakbym policzył wszystkie wyrobione godziny, to spokojnie mógłbym już iść na emeryturę. Tak jak większość ratowników pracowałem na dwóch etatach, w sumie po 300 godzin miesięcznie. A zdarzały się miesiące, że i na trzech. I wtedy wychodziło po 400 godzin. Pensje były tak niskie, że żeby przeżyć, musiałem brać aż tyle godzin. Niestety, tak wygląda rzeczywistość ratowników medycznych, zwłaszcza tych, którzy poświęcają temu zawodowi zdecydowaną część swojego życia.

Ile pan zarabia?

Na karetce pracuję na etacie i zarabiam 4800 zł brutto ze wszystkimi dodatkami. Na SOR-ze jestem zatrudniony na kontrakcie – stawka za godzinę pracy wynosi 45 zł brutto.

To nie tak mało.

Jeszcze pół roku temu te kwoty były znacząco niższe. Nie mieliśmy wypłacanego dodatku ministerialnego.

Stawki ratowników medycznych w ostatnich latach rosły, lecz poziom tego wzrostu pozostawia sporo do życzenia. Większość ratowników pracuje na własnej działalności, nie wszyscy zarabiają tyle samo, stawki wahają się między 28 a 50 zł brutto za godzinę. I od tego sami muszą odprowadzić podatki i składki. A ceny idą w górę, nasze pensje – tak jak wszystkich zatrudnionych – tracą na wartości przez inflację. Nagle okazuje się, że aby opłacić  rachunki, trzeba kraść lub jeszcze więcej pracować.

Bartłomiej Zimoch: W mojej ocenie powinniśmy zarabiać 75 zł za godzinę na kontrakcie, czyli w sytuacji, kiedy sami odprowadzamy od tych pieniędzy składki, i 12 tys. zł brutto na etacie (Tomasz Wyciszkiewicz) , Ratownicy medyczni (Grzegorz Bukala / Agencja Gazeta)

1 lipca 2021 zaczęła obowiązywać nowa ustawa, która ustala minimalne kwoty wynagrodzenia podstawowego dla pracowników zatrudnionych w ochronie zdrowia finansowanej ze środków publicznych. O co chodzi?

Ustawodawca posługuje się współczynnikiem średniego wynagrodzenia w roku poprzedzającym wyliczenie. Jest tabela, która wyszczególnia większość zawodów medycznych i w zależności od wykształcenia przypisuje im dany współczynnik. Zawodu ratownika w tej tabeli zabrakło mimo naszych postulatów oraz poprawek zgłoszonych przez Senat RP. Efekt? Zostaliśmy umieszczeni w kategorii "inny zawód medyczny" ze współczynnikiem 0,73 lub 0,81, którego wartość jest niższa od postulowanej przez środowisko, czyli 1,03.

Ponadto ministerstwo zagwarantowało nam, że dodatek ministerialny w wysokości 1600 zł brutto brutto, czyli 928 zł na rękę, który otrzymujemy od półtora roku, to ten sam dodatek, który wcześniej otrzymały pielęgniarki i położne, tak zwane zembalowe, zostanie zachowany i będzie wypłacany w dotychczasowej kwocie. I nie dotrzymało słowa.

Co się stało?

Część dysponentów, czyli naszych pracodawców, to wojewódzkie stacje pogotowia ratunkowego lub ewentualnie spółki, które udzielają świadczeń z zakresu pogotowia ratunkowego – środki przeznaczone na dodatki przeznaczyło na niwelowanie różnic między płacami zasadniczymi a tymi wynikającymi z ustawy. Ratownicy powinni dostawać minimalnie 3770 zł brutto. Ratownikowi, który zarabiał 3400 zł, dysponent zabierał z jego dodatku 370 zł, żeby wyrównać mu pensję, więc jego dodatek wynosił już nie 928 zł, ale 558 zł.

Te kwestie związane z wynagrodzeniem są bardzo skomplikowane i niestety to ten, kto nam płaci, a więc na przykład wojewódzka stacja pogotowia ratunkowego, dyktuje warunki. I nagle jest wielkie zdziwienie w ministerstwie, że jak to możliwe, że dysponenci osiągają roczne zyski na poziomie od 2 do 14 mln zł, a ratownicy krzyczą, że za mało zarabiają.

Czyli ile chcielibyście zarabiać?

Przede wszystkim chcielibyśmy, żeby sposób wynagradzania ratowników był jasny. W mojej ocenie powinniśmy zarabiać 75 zł za godzinę na kontrakcie, czyli w sytuacji, kiedy sami odprowadzamy od tych pieniędzy składki, i 12 tys. zł brutto na etacie. Wtedy ratownicy nie będą musieli pracować na kilku etatach, ale jeden im wystarczy, żeby opłacić wszystkie rachunki i godnie żyć. Dla porównania moi koledzy w Wielkiej Brytanii zarabiają między 25 a 30 tys. zł.

Ale nam nie tylko o pieniądze chodzi.

O co jeszcze?

Przede wszystkim o to, jak jesteśmy traktowani, jak traktowany jest nasz zawód. Ale to wszystko się ze sobą łączy, bo ludzie wykonujący zawody zaufania publicznego powinni być odpowiednio wynagradzani. Powinni mieć własny samorząd zawodowy – jak mają lekarze, pielęgniarki – oraz ustawę o zawodzie, która będzie jasno precyzowała naszą rolę w ochronie zdrowia. A my wciąż jesteśmy "innym zawodem medycznym".

Protest ratowników w czerwcu 2021 roku (Krzysztof Cwik / Agencja Gazeta) , Protest w Poznaniu (Piotr Skornicki / Agencja Gazeta)

Wpływ na kształt naszej pracy i na warunki jej wykonywania mamy ograniczony.

Na przykład?

Wystarczy, że ratownik zaprotestuje, to się go zwalnia albo przenosi do innej stacji. Z dyrektorem stacji, w której pracuję, od dłuższego czasu nie mogę się porozumieć. Wielokrotnie słyszałem, że należy mnie zwolnić, bo jestem niepokorny i otwarcie mówię o problemach.

Mam wrażenie, że nie wszyscy wiedzą, że żeby wykonywać zawód ratownika medycznego, należy ukończyć studia, co najmniej licencjat. 

A potem cały czas się doskonalić. W karetkach i na SOR-ach pracują więc osoby wykształcone, wiele robi doktoraty. Ale co z tego, skoro my wciąż słyszymy od ludzi: "Panie, jaki to kurs trzeba zrobić, aby być ratownikiem medycznym i jeździć w karetce?". Jak się dowiadują, że należy ukończyć studia wyższe, to na twarzy pojawia się grymas zdziwienia i niedowierzania.

Jak pan myśli, dlaczego tak jest?

To wynik braku długofalowej kampanii społecznej o roli Państwowego Ratownictwa Medycznego i ratowników medycznych. Część dysponentów i polityków wykorzystuje to, że ludzie mało o nas wiedzą, by obniżyć wartość tego, co robimy. Krew mnie zalewa, jak słyszę ministra mówiącego, że to nie problem, że nie ma ratowników medycznych i karetki jeżdżą puste, zastąpią ich bez problemu ratownicy ze straży pożarnej. Zapomina, że to osoby, które nie miały styczności z pacjentem.

Oni nie są wykwalifikowani?

Upraszczając: żeby móc udzielać świadczeń zdrowotnych w ramach ratownictwa medycznego, trzeba mieć ciągłość tego typu pracy. W wojsku czy straży pożarnej ratownicy praktycznie nie mają takich możliwości, poza szczególnymi wyjątkami, jak misje wojskowe poza granicami kraju.

Podobna jest sytuacja z pracownikami transportu medycznego, czyli ratownikami medycznymi, którzy zajmują się jednak wyłącznie przewożeniem pacjenta z domu do szpitala i z powrotem. Już niektórzy dysponenci zastępują nimi nieobecnych ratowników medycznych. Takie osoby nie mogą się nagle przesiąść z transportu na karetkę i robić to, co ratownicy, czyli podawać leki, udrażniać drogi oddechowe, przeprowadzać diagnozę obrazową, bo po prostu nie mają doświadczenia.

Obawiam się, że te osoby ze względów bezpieczeństwa uprawiałyby "medycynę transportu", czyli "dzień dobry – do szpitala – do widzenia". A znaczna część pacjentów, do których jesteśmy wzywani, wymaga wdrożenia natychmiastowych czynności ratunkowych z zastosowaniem szerokiej farmakoterapii. Tu brak doświadczenia może być tragiczny w skutkach.   

Nie chcę absolutnie obrażać moich kolegów z transportu medycznego czy straży pożarnej, ale pacjenci mają prawo oczekiwać, że ratownik, który do nich przyjedzie, to profesjonalista, który ma odpowiednie uprawnienia do wykonywania zawodu, który ma doświadczenie.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowaliście się masowo pokazać, że macie dość?

Nie powiedziałbym, że dopiero teraz, bo nasze postulaty nie zmieniły się od 10 lat. Zawsze było jednak tak samo – rząd obiecywał nam nową ustawę, podwyżki, my w to wierzyliśmy, a potem nic się nie działo. A teraz jest jakiś ping-pong – pracodawcy twierdzą, że odpowiedzialność leży po stronie ministerstwa, a ministerstwo przerzuca odpowiedzialność na pracodawców, bo to oni określają stawki.

To też nie jest tak, że wszyscy nagle rzucili papierami – młodzi ludzie nie mogą sobie na to pozwolić. Mówimy, że przyszedł czas na zadbanie o siebie. Ratownicy rezygnują z części godzin, niektórzy po prostu chorują i są na zwolnieniach, a to wszystko, żeby w końcu trochę odżyć, a nie pędzić z dyżuru na dyżur.

I nie działa już na was szantaż emocjonalny: a co z ludźmi, co z pacjentami?

Nie. Należy jasno powiedzieć, kto jest odpowiedzialny za działanie systemu ochrony zdrowia. I nie są to ratownicy medyczni, pielęgniarki czy lekarze, lecz Ministerstwo Zdrowia, wojewodowie i dysponenci.

Pandemia koronawirusa jeszcze bardziej obnażyła wszystkie patologie systemu. Koledzy zaczęli nam umierać w wieku 36, 40, 42 lat na udary, zawały serca. A wyglądali na zdrowych. Ale my, ratownicy medyczni, nie mamy wsparcia ze strony pracodawcy. Wielokrotnie korzystałem z pomocy psychologicznej i psychiatrycznej i płaciłem za to z własnych środków, bo to, co spotykało mnie w pracy, niszczyło moje życie osobiste, rodzinne.

Ratownicy nigdy nie wiedzą, do jakiej sytuacji są wzywani. Nie otrzymujemy informacji, że może tam być niebezpiecznie, warto wezwać policję. Odbieramy zgłoszenie: "złamana noga", "świeżorodek ważący 2,5 kg", "rany kłute, ciężko oddycha" albo "rany kłute, nie oddycha". I tyle! Nie pracujemy w pięknych salach operacyjnych, ale w miejscach niekoniecznie bezpiecznych, gdzie dochodzi do strzelanin.

Praca medyków podczas pandemii koronawirusa (Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta) , (Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Bał się pan kiedyś?

Nie raz!

Wchodząc do mieszkania pacjenta, do którego zostałem wezwany, zawsze sprawdzam, czy jest klamka po drugiej stronie drzwi.

Straszne.

A potem człowiek musi sam radzić sobie z PTSD (syndromem stresu pourazowego). I nie wszystkie zdarzenia kończą się "tylko" na urazach psychicznych, ale i fizycznych.

Dużo się w mediach mówi o napaściach na ratowników medycznych, o tym, że będą postępowania z urzędu przeciwko sprawcom. Co z tego, skoro zdrowia im nikt już nie zwróci? A może można było zrobić coś, żeby do takich sytuacji nie dochodziło?

Mamy jakiś gen o charakterze niewolniczo-służalczym i czas powiedzieć "dość". Potrzebujemy zmiany, która realnie wpłynie na naszą pracę i sprawi, że zechcemy do niej wrócić. Że młodzi ludzie będą chcieli się w tym kierunku kształcić. A na razie uczelnie – na przykład Pomorski Uniwersytet Medyczny – usuwają ratownictwo medyczne z listy kierunków, bo im się nie opłaca jego prowadzenie. Za mało chętnych.

Ja zaś kilka dni temu po raz kolejny otrzymałem ofertę pracy z londyńskiego pogotowia ratunkowego.

Dlaczego pan jeszcze nie rzucił papierami i nie wyjechał do Londynu?

Nie mogę się zgodzić na to, żeby do moich bliskich i do każdego innego pacjenta przyjechał w karetce ktoś niekompetentny, kto przez brak doświadczenia lub wiedzy nie tylko nie pomoże, ale wręcz zaszkodzi, doprowadzi do śmierci. Chyba jestem idealistą.

11 września w Warszawie ma odbyć się wielka manifestacja przedstawicieli zawodów medycznych. Do ratowników mają dołączy pielęgniarki i lekarze rezydenci.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.