Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Pod wpływem substancji psychoaktywnych łatwiej się zakochać, ale trudniej utrzymać miłość: czy taką tezę możemy postawić na początek?

Ciekawe! Ale czy to będzie wtedy zakochanie? Od zaprzyjaźnionej zagranicznej organizacji dostałam kiedyś koszulkę z napisem "O zakochaniu możesz mówić trzy miesiące po użyciu ostatniej tabletki ecstasy". Poczucie, że po substancji psychoaktywnej jest się zakochanym, to jest pozór.

Ecstasy zostawmy, proszę, na później, a zacznijmy od najpopularniejszej substancji psychoaktywnej towarzyszącej randkom: alkoholu.

Alkohol to jest w naszej polskiej kulturze, niestety, godowa używka rytualna. Potrzeba relacji z drugim człowiekiem jest absolutnie podstawowa, a alkohol pomaga tę relację zawrzeć, ponieważ daje poczucie rozluźnienia, poprawia samoocenę. Czujemy się fajniejsi i atrakcyjniejsi, stajemy się na drugiego człowieka pozornie bardziej otwarci.

I bardziej otwarci na seks. 

Jasne. Osoby zablokowane w sferze seksualnej również mają potrzeby w tym zakresie, na co dzień tłumione. Mają fantazje seksualne i dużo łatwiej jest im przejść do próby ich realizacji, kiedy użyją substancji psychoaktywnej, na przykład alkoholu. Wówczas wewnętrzny głos, który mówi na przykład, że przyzwoita kobieta nie uprawia seksu przed ślubem, milknie. Natomiast odzywa się ze zdwojoną siłą następnego dnia. Zwłaszcza jeśli chodziło tylko o seks dla seksu i nie ma żadnej podbitki uczuciowej. Satysfakcja znika, a pojawia się poczucie bycia brudną, wyrzuty sumienia, poczucie winy.

A jak to jest z marihuaną?

Nasi podopieczni, którzy są od niej uzależnieni, mówią przede wszystkim o tym, że ona ich rozluźniała. Czuli się zrelaksowani i chilloutowali się na przyjemnym marginesie wszystkiego, co się wokół działo. Często razem z innymi ludźmi, którzy relaksują się w ten sam sposób. Marihuana pozwalała im załatwić sobie potrzebę bycia w grupie, przynależności. 

Podobnie jest z alkoholem.

To prawda.

Powiem coś niepopularnego – gdyż większość terapeutów grzmi na jakiekolwiek stosowanie używek – ale ja znam wiele par, które używają marihuany dla relaksu i są szczęśliwe, spełnione i trwają w tym związku. Wszystko to kwestia dojrzałości, celu i proporcji. 

Kora i Kamil Sipowicz! 

To była sztandarowa para. Jeśli substancja psychoaktywna nie jest traktowana jako swoisty lek stosowany w celu uśmierzenia bólu egzystencji, ale wyłącznie jako sposób na poprawienie nastroju, i osoba, która jej używa, ma wewnętrznie poukładany świat, to raczej można być spokojnym, że uzależnienie u niej nie nastąpi.

Cieszę się bardzo, że pani to powiedziała! Nie chciałam, żeby to był moralizatorski wywiad o tym, że wszystkie używki są złe. 

Ja jestem jak najdalsza od moralizatorstwa! Uzależnienie następuje przecież wtedy, kiedy w człowieku jest ku temu głęboka psychologiczna przyczyna. Doznałem traum, byłem w rodzinie przemocowej czy zimnej emocjonalnie i teraz mój poziom lęku, gniewu czy poczucia niezrozumienia, niskie poczucie własnej wartości powoduje, że szukam substancji, która mi złagodzi te emocje. A jeśli nie? Spójrzmy na opiaty. Kiedy są one stosowane terapeutycznie, na przykład w leczeniu bólu nowotworowego, to uzależnienie następuje w niewielkim procencie przypadków.

Uzależnienie następuje przecież wtedy, kiedy w człowieku jest ku temu głęboka psychologiczna przyczyna (fot. Shutterstock)

Fascynuje mnie postać amerykańskiego naukowca Alexandra Shulgina, który nie tylko syntetyzował, ale i testował na sobie różne związki psychoaktywne. To były lata 70., kiedy Ameryka oszalała na ich punkcie. Mówiło się między innymi, że pozwalają dotrzeć do nieznanych zakamarków ludzkiej duszy.

Cofnijmy się jeszcze do lat 60., kiedy Timothy Leary eksperymentował z LSD i mówił jako pierwszy o podróżach transcendentalnych czy wejściu w nadświadomość za sprawą substancji psychoaktywnych. Potem faktycznie był Shulgin, który badał między innymi działanie fenyloetyloaminy i tryptaminy czy – bardzo popularny współcześnie – wywodzący się z Ameryki Południowej rytuał ayahuasca, w którym podstawowym czynnikiem psychoaktywnym jest właśnie pochodna tryptaminy (DMT).

Ale myśmy miały się przecież skupiać na uczuciach.

Właśnie, a niektóre z zsyntetyzowanych przez Shulgina związków okazały się mieć potencjał terapeutyczny. Chodzi o sytuacje, kiedy zaburzeniu uległy stosunki chorego z otaczającymi go ludźmi, ponieważ na przykład ma zespół stresu pourazowego. 

Empatogeny mają potężny potencjał terapeutyczny. Ale znowu jest to kwestia ich medycznego zastosowania i proporcji. Odwołam się do Paracelsusa: wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę, czyli każdy lek może być trucizną, a każda trucizna – lekiem. Wszystko zależy od proporcji i celu jej użycia. 

Czym są empatogeny? 

Uzyskuje się je z alkaloidów roślinnych, a zawierają wspominaną już tryptaminę lub enoloetyloaminę czy ich pochodne. Empatogeny są bardzo podobne – w składzie i działaniu – do naturalnych neuroprzekaźników w mózgu odpowiedzialnych za określone stany emocjonalne. Stymulują wydzielanie serotoniny, dopaminy i noradrenaliny. Posłużę się moim ulubionym określeniem, by opisać działanie empatogenów: one pozwalają łagodzić ból egzystencji i otworzyć się emocjonalnie. Ale to tylko chwilowy efekt ich działania. 

Ecstasy należy do grupy empatogenów?

Shulgin w książce "PiHKAL" wymienia 170 różnych substancji, które są pochodnymi fenyloetyloaminy. Wśród nich jest też MDMA, czyli 3,4-metylenodioksymetamfetamina, potocznie nazywana ecstasy.

Ecstasy była nazywana "pigułką miłości", a ludzie, którzy jej używali – "cyberhipisami". Mieli podobne odczucia i głosili podobne hasła – "make love not war", "peace and love" – jak hipisi w latach 70. używający LSD. Mówimy o substancjach, które w momencie, kiedy działają, sprawiają, że człowiek ma ogromnie podniesiony poziom empatii, czuje miłość do innych ludzi, jest na nich otwarty. Ale podkreślam: w momencie, kiedy działają! Bo gdy przestają, zaczyna się dramat. Poczucie osamotnienia, pustki emocjonalnej i pogłębiająca się z tego powodu depresja są przemożne.

To będzie pytanie z pogranicza filozofii, ale czy to faktycznie była miłość?

Nie. To było sztucznie wywoływane poczucie, że kocha się cały świat, które działało tak długo, jak długo działała substancja psychoaktywna. Miłość jest dojrzała i trwała, to nie jest chwilowe uniesienie emocjonalne, przypominające raczej zakochanie, zauroczenie. Narkotyki pozwalają jedynie mieć epizodyczne poczucie, że kocha się tę drugą osobę czy cały świat. Określam to mianem "epizodów syntetycznej miłości". 

A czy ta sztuczna miłość jest intensywniejsza niż prawdziwa?

To już jest kwestia indywidualna i zależy od szeregu czynników, między innymi sytuacji, w której się używa empatogenów. Jeśli ktoś jest w bardzo złej kondycji psychicznej – samotny, w czarnej rozpaczy – to może się wręcz wydarzyć tak zwany bad trip, czyli pogłębienie się odczucia osamotnienia i beznadziei egzystencji. Bardzo ryzykowna sprawa!

Dlaczego tak się dzieje?

Niezwykle istotna jest gotowość psychiczna na przyjęcie określonego środka psychoaktywnego oraz sytuacja i otoczenie, w których to się dzieje. Proszę zwrócić uwagę, że ecstasy używano najczęściej w klubach, na wydarzeniach muzycznych, koncertach techno. W otoczeniu ludzi i przy rozkręconych emocjach: "Bawimy się na maksa, jesteśmy razem, jesteśmy wspólnotą!". To nie są narkotyki, których używa się w samotności.

Niezwykle istotna jest gotowość psychiczna na przyjęcie określonego środka psychoaktywnego oraz sytuacja i otoczenie, w których to się dzieje (fot. Shutterstock)

Bo jak wtedy poczuję miłość do całego świata, to zrobi mi się jeszcze gorzej?

No jasne, bo kogo miałaby pani kochać w tym pustym mieszkaniu? To wręcz pogłębia uczucie bycia absolutnie samotnym.

Ale powtórzę: ta sama substancja może być lekiem bądź trucizną. Może zostać wypisana na receptę i zażywana w celach terapeutycznych pod opieką specjalisty psychiatry. Bo to kwestia celu i dawki. A przede wszystkim lekarza, który taką terapię ordynuje po postawieniu właściwej diagnozy. 

Mówiła pani, że pod wpływem substancji psychoaktywnych najpierw jest miłość do całego świata, a kiedy substancja przestaje działać, pojawia się rozpacz. To jest chyba istota uzależnienia, prawda? 

Oczywiście! Gdyby narkotyki nie dawały głębokiego dobrostanu, to nikt by ich nie brał. Jeśli jedynym źródłem jakichkolwiek uczuć – zwłaszcza tych pożądanych – jest narkotyk stymulujący mózg do wydzielania neuroprzekaźników, osoba, która go używa, chce przeżywać ten stan znowu i znowu… Aż dochodzi do uzależnienia.

Powiedziała pani: jedynym źródłem jakichkolwiek uczuć? 

Tak. U osób uzależnionych od substancji psychoaktywnych dochodzi do tak zwanej hibernacji uczuć. 

Brzmi strasznie. 

W momencie, kiedy nieustająco sztucznie stymulujemy mózg do nadmiernego wytwarzania neuroprzekaźników: dopaminy, serotoniny i innych, dochodzi do ich deficytu i zatrzymania naturalnych procesów ich wydzielania się w określonych sytuacjach. 

Na przykład kiedy właśnie spotkaliśmy się z osobą, w której jesteśmy świeżo zakochani?

Tak. Jeśli ciągle stymulujemy się sztucznie, to w pewnym momencie tracimy naturalną umiejętność wydzielania się neuroprzekaźników. Wyłączamy, zamrażamy naturalną emocjonalność.

Identyczną rzecz usłyszałam od endokrynologa: że kiedy mężczyźni dorzucają sobie sztucznego testosteronu, to w pewnym momencie ich organizm przestaje go produkować. Nie i koniec.

I wchodzą w impotencję wtórną.

A w przypadku empatogenów dostajemy wyjałowionego emocjonalnie człowieka.

Dlatego o nas, terapeutach, mówi się, że jesteśmy saperami dusz.

Szczególnie ludzie, którzy inicjują swój kontakt z substancjami psychoaktywnymi w dzieciństwie czy okresie dojrzewania, mają potem na tyle zamrożone uczucia, że ich nie tylko nie odczuwają, ale nawet nie potrafią nazwać, kiedy przychodzą na terapię. Nasz program można by nazwać "siłownią duszy": to jest pogłębiony trening umiejętności przeżywania i nazywania uczuć. Bo kiedy my pytamy podopiecznych: "Co czujesz?", to na początku najczęściej słyszymy: "Nie wiem".

Walczymy o odtworzenie naturalnych mechanizmów – bez stymulacji substancją psychoaktywną – wydzielania się neuroprzekaźników odpowiedzialnych za konkretne emocje.  

Dla wielu czytelników to może być szok, że dorosły człowiek nie potrafi nazwać uczuć.

To jest pierwsza i podstawowa przyczyna, dla której nasi podopieczni potrzebują głębokiej terapii, ale też pierwsza i podstawowa przyczyna, dla której można bardzo łatwo wrócić do nałogu! Mechanizm sztucznej stymulacji mózgu jest w człowieku głęboko zakorzeniony i świetnie mu znany.

Szczególnie ludzie, którzy inicjują swój kontakt z substancjami psychoaktywnymi w dzieciństwie czy okresie dojrzewania, mają potem na tyle zamrożone uczucia, że ich nie tylko nie odczuwają, ale nawet nie potrafią nazwać, kiedy przychodzą na terapię (fot. Shutterstock)

Dorosłe dzieci alkoholików często opowiadają, że ich rodzice byli chętni, by je brać na kolana albo mówić, że je kochają, tylko kiedy byli pijani. 

Deklarowanie uczuć w stanie upojenia bądź pod wpływem innych substancji jest bardzo charakterystyczne. Nasi podopieczni często mają rodziny i dzieci, na warsztatach więzi rodzinnych wspólnie ciężko pracujemy nad tym, by te więzi odbudować, "odtoksycznić". Na pewnym etapie terapii nasi pacjenci uświadamiają sobie, że tak naprawdę dopiero muszą nauczyć się kochać swoje dzieci, nauczyć się być rodzicami. Ale także synami, córkami, partnerami życiowymi. Bo to wszystko, co do tej pory się działo, to była wyłącznie ułuda uczuć, pozór więzi, zatruta relacja.

Mocno powiedziane!

Taka jest prawda. Osoby uzależnione tylko pod wpływem narkotyków, kiedy same osiągają dobrostan, są gotowe deklarować miłość innym. Natomiast kiedy substancja przestaje działać, miejsce deklarowanych uczuć zajmują złość, agresja i inne nieprzyjemne uczucia związane z głodem narkotykowym. Dla bliskich osoby uzależnionej jest to sytuacja bardzo bolesna, ponieważ wtedy przestają być istotni. Mało tego, stają się środkiem do celu – "jestem w stanie cię okraść czy uderzyć, żeby osiągnąć cel, czyli zdobyć pieniądze na narkotyki".

A na pewno zawsze okłamać: "Nie piłem, co ty mi tu wmawiasz".

Konkluzja tego jest taka, że dla osoby uzależnionej najważniejsza jest miłość własna. Mój dobrostan ponad wszystko.

Ale czy osoba uzależniona autentycznie siebie kocha?

To jest huśtawka. Kolejny obszar terapeutyczny, ponieważ ona zarówno siebie kocha, jak i nienawidzi. Kiedy jest na etapie odstawienia środka psychoaktywnego, czuje wstyd, bezradność, smutek, strach, ma poczucie winy. Wtedy jej miłość własna cierpi, jest na bardzo niskim poziomie. Nienawidzi siebie, czuje się beznadziejna, nic niewarta. Natomiast kiedy użyje narkotyku, dostaje skrzydeł! Nagle jest w stanie góry przenosić. Bądź po prostu odcina się – tak jak w przypadku opiatów – od wszystkich nieprzyjemnych uczuć i się wyłącza. Bezpośrednio po zażyciu opiatów na przykład czuje tak zwanego kopa, jak to mówią nasi podopieczni, niezwykły błogostan, euforię porównywalną z orgazmem.

Należy pamiętać, że różne substancje trafiają w różne potrzeby osoby ich używającej – w trochę inny negatywny stan duszy, inny ból lub deficyt, uśmierzają. Proszę zauważyć, że w Polsce dominuje politoksykomania, czyli używanie różnych substancji psychoaktywnych. Kiedyś dominowało uzależnienie od opiatów, bo mieliśmy taki rynek narkotykowy. W tej chwili scena narkotykowa przypomina dobre delikatesy: można eksperymentować, próbując różnych substancji psychoaktywnych i różnych ich mieszanek, aż wreszcie znajdzie się to, co będzie najlepiej celowało w indywidualne potrzeby osoby poszukującej.

Znowu nam się opiaty pojawiły. Jak one wpływają na uczucia?

Standardowo. Uzależnienie to jest kwadratura koła: naprzemiennie stan haju, w którym deklarujemy bliskim miłość, faza plateau, kiedy znajdujemy się "w swoim świecie", w odcięciu, a potem głód narkotykowy, kiedy już nikt i nic poza zdobyciem narkotyku nas nie obchodzi. Opiaty bardzo szybko uzależniają! W latach 90., kiedy w Warszawie dominowała brązowa heroina, bardzo wielu młodych ludzi wpadało w tę śmiertelnie groźną pułapkę. Wtedy trafiały do nas osoby, które niekoniecznie spełniały ten warunek, że coś było nie tak w ich przeszłości, w nich samych czy w ich rodzinach. One po prostu zaznały działania heroiny i wpadły po uszy. Opiaty to narkotyk, który zbiera ogromne żniwo na całym świecie.

A ponieważ mówimy o miłości, to dopowiem, że z miłością opiaty nie mają nic wspólnego. Oznaczają straszliwą, pogłębiającą się samotność i odsunięcie na margines życia. 

Proszę powiedzieć, w jakie związki wchodzą osoby uzależnione?

Toksyczne. Takie, które są swoistą wspólnotą interesów albo wymianą dóbr. Dlatego u nas, w ośrodkach Monaru, obowiązuje abstynencja seksualna pomiędzy pacjentami. Bo najpierw należy nauczyć się odczuwania uczuć, nauczyć się samego siebie i odpowiedzialności za drugiego człowieka, a dopiero potem odpowiedzialnie budować związki. Osoby uzależnione zwykle nie doświadczyły jeszcze nietoksycznego związku, w którym uczucia byłyby prawdziwe, albo były w nim krótko. Kiedy zaczynają patrzeć na swoją przeszłość na trzeźwo, konstatują, że to, czego najbardziej pragnęły, a czego narkotyk im nie dał, to była prawdziwa miłość. 

Potwierdza pani to, o czym mówi większość terapeutów: że żeby wejść w dobrą relację z drugim człowiekiem, najpierw trzeba się pogodzić ze sobą.

Nauczyć się kochać siebie w zdrowy sposób! Tak długo, jak jestem w rozdarciu emocjonalnym pomiędzy miłością a nienawiścią do siebie, tak długo nie będę w stanie kochać drugiego człowieka w sposób czysty. To nie jest możliwe. Wie pani, ja w swojej 40-letniej pracy terapeutycznej ciągle słyszę opowieści o tęsknocie za miłością. Miłość to potrzeba, która leży tak naprawdę u podstaw wszystkiego.

Jagoda Władoń-Wilecka. Sekretarz zarządu głównego Stowarzyszenia Monar, jest specjalistką psychoterapii uzależnień. Ukończyła studia podyplomowe w zakresie edukacji seksualnej dzieci i młodzieży, jest także kulturoznawcą. Za całokształt działań na rzecz przeciwdziałania narkomanii Prezydent RP odznaczył ją Złotym Krzyżem Zasługi, jest także laureatką nagrody społeczności terapeutycznych Credo oraz nagrody Dyrektora Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał Tu nie ma sprawiedliwości o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.