Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Proszę mi opowiedzieć o swojej rodzinie. 

Mam trzy dziewczyny. Między najstarszą Renatą a Olą jest 17 lat różnicy. I jest jeszcze Roksana. W tym samym czasie, kiedy urodziłam Olę, Renata urodziła córkę. Wychowywałam dzieci jak bliźnięta, bo chciałam, żeby Renata mimo wszystko skończyła szkołę. Miała wtedy zaledwie 16 lat. Dziś ma dwoje dzieci i jest sama, tak jak ja.

Nawet pani sobie nie wyobraża, jak mi było ciężko. Stawałam dla swoich dzieci na głowie! Ale z opieki społecznej korzystałam tylko z obiadów dla dzieci w szkole. Uważam, że na dzieci trzeba samemu zarobić, a nie, że mam 1500 zł na trójkę i chodzę żebrać o pieniądze na prąd czy coś innego. Własny zarobek to jest satysfakcja! I moje dziewczyny o tym wiedzą.

Czym się pani zajmuje zawodowo?

Teraz pracuję w restauracji, ale kiedy zaczęły się problemy Oli, sprzątałam. Ola zaczęła podupadać w 2019 roku, kiedy miała 14 lat. Zamykała się w sobie, nie chciała ze mną rozmawiać, zaczęło się nieodpowiednie towarzystwo. 

Była typem łobuziary?

Nie. Dobre, grzeczne, wrażliwe dziecko. Problemy się zaczęły, kiedy tatuś ją zostawił. 

Zniknął z jej życia?

Mało tego, posądził mnie, że Ola nie jest jego dzieckiem. Testy DNA to była dla niej trauma. Jego oskarżenia były bezpodstawne, ale odbiło się to na Oli strasznie: zawsze była cicha, ale wtedy jeszcze bardziej zaczęła odstawać od grupy. Coraz bardziej jej dokuczali. 

Wagarowała?

Przede wszystkim. Nie było ucieczek z domu, ale w pewnym momencie przestała nawet chodzić na konie. A to kosztowało mnie bardzo dużo pieniędzy. 

Zapisała pani córkę na konie? 

Bo to była jej pasja. Musiałam pracować na trzy etaty – w firmie sprzątającej na rano, potem szłam sprzątać w bloku i jeszcze po południu do trzeciej firmy – żeby Ola mogła chodzić na te konie i rozwijać zainteresowania. Kiedy się okazało, że przestała, wkurzyłam się. "Sorry, Ola, masz szlaban". To mi uciekła oknem! Mieszkamy na parterze na szczęście.

A wie pani, kiedy zrozumiałam, że sobie nie radzę ze swoim dzieckiem? Dzieciaki szły na wycieczkę do muzeum. A wtedy do klasy Oli przyszła nowa uczennica – sodoma i gomora! Moje dziecko się z nią zaprzyjaźniło. Zamiast do tego muzeum poszły na wagary. Stały na ulicy i paliły papierosy. Panowie ze straży miejskiej spisali dziewczęta i dostałam z komendy notkę. Co mi się bardzo podoba, bo powinno tak być! Pobiegłam natychmiast do szkoły. Była rozmowa z panią pedagog i panią dyrektor. Ola się oczywiście popłakała. A ja pomyślałam: "Nie radzę sobie, robi się bałagan w domu". W porę zareagowałam. 

Co pani zrobiła? 

W bloku, w którym pracowałam, była taka pani Kasia, dentystka, i ona mi dała numer telefonu do psychiatry. Strzał w kolano! Wsadził Olę do psychiatryka do Józefowa na diagnostykę. Jedyne, czego się tam nauczyła, to "zdrapki".

Ola zaczęła podupadać w 2019 roku, kiedy miała 14 lat. Zamykała się w sobie, nie chciała ze mną rozmawiać, zaczęło się nieodpowiednie towarzystwo (fot. Shutterstock)

"Zdrapki"?

Paznokciem jeździła po skórze dotąd, aż się pojawiała krew. Wszystkie dziewczyny na tamtym oddziale tak robiły. Terapii nie było żadnej. Lekarz widział ją na korytarzu: "Ola, OK"? "OK". Zabrałam ją stamtąd po tygodniu.

Co napisano na karcie informacyjnej?

"Zaburzenia adaptacyjne i opozycyjno-buntownicze".

A jakie zalecenia dali pani lekarze?

Wsadzić Olę do ośrodka – to było jedyne, co pan doktor był w stanie mi zaoferować. 

Czy Ola miała do pani żal, że ją pani umieściła w szpitalu?

Nie. Zresztą wszystkie nasze podróże po Warszawie – do psychiatrów i psychologów przy Sobieskiego, Narbutta i Bartłomieja – wszystko odbywało się tak, że ona wiedziała, że to jest dla jej dobra.

Przy ul. Sobieskiego w Warszawie mieści się Instytut Psychiatrii i Neurologii. Po co tam pojechałyście? 

Żeby sprawdzić, czy jest potrzebna ingerencja farmakologiczna. Nie była potrzebna. Jedyne, co znów usłyszałam, to że Ola musi koniecznie iść do ośrodka.

Z kolei przy Bartłomieja jest ośrodek pomocy społecznej i zajęcia socjoterapeutyczne dla dzieci i rodziców. Wspaniała sprawa! Wspaniali ludzie! Tylko trzeba chcieć. Bo niektórzy rodzice mają problemy z prawem, są pod opieką kuratorów i przychodzą tylko po papier do sądu. A ja naprawdę szukałam pomocy dla dziecka i dla siebie. 

Obydwie dostałyście indywidualną terapię z pomocy społecznej?

Dokładnie. Za darmo. Chodziłam na Mokotowską Akademię Szczęśliwego Rodzica, którą organizuje OPS.

To były zajęcia grupowe? 

Tak. Brało w nich udział ponad 20 osób.

I dowiedziała się tam pani, co robiła źle? 

Tak! Co robiłam źle, jak postępować z dzieckiem, jak z nim rozmawiać. Mieliśmy różne ćwiczenia. Jedno śmieszne, bo musieliśmy owijać głowę folią, żeby nie widzieć osoby, z którą rozmawiamy…

A Ola? Psychologowie potwierdzili, że dla jej dobra będzie separacja od domu rodzinnego?

Tak. W diagnozie Oli pojawiło się coś takiego jak nadopiekuńcza mama. I że najlepiej by było, żeby Ola się usamodzielniła właśnie w takim ośrodku. Ja, jako mama kwoka, wyszło na to, że ją ograniczałam. I dlatego poszłam na warsztaty.  

Ola była zrozpaczona, kiedy się dowiedziała, że ma zamieszkać w ośrodku socjoterapeutycznym? 

Bardzo dużo obie płakałyśmy, ale przegadałyśmy to i zdecydowała, że dla własnego dobra tam pojedzie.

To nie jest ośrodek zamknięty?

Nie.

W diagnozie Oli pojawiło się coś takiego jak nadopiekuńcza mama (fot. Shutterstock)

Kraty w oknach?

Tak: kraty, ochrona, krzyże i religijne hasła. Mądra mama wymyśliła sobie, że w ośrodku katolickim będzie mniej patologicznie.

Pani jest bardzo religijną osobą?

Nie. Ja wierzę w Boga, ale nie w księży. Wybrałam ten ośrodek, bo zrobiłam wywiad i wiedziałam, co się dzieje w innych: kradzieże, ćpanie. A tam jest katolicki rygor. Doszłyśmy też do wniosku, że modlitwa jeszcze nikogo nie zabiła i jak kilka paciorków dziennie Ola zmówi i na Koronkę pójdzie, to nic się jej nie stanie. Wytłumaczyłam jej, że to jest jak mantra: żeby się wewnętrznie uspokoić. Niektórzy rodzice mają nakaz sądu, ale ja sama wynalazłam ten ośrodek. 

Płakała pani, kiedy zostawiła tam córkę i sama wracała do domu?

To jest nie do opisania, co ja przeżyłam! Ola płakała na korytarzu, a ja musiałam być przy niej twarda, ale jak się drzwi zamknęły, umarło we mnie wszystko. Poczułam się, jakby mi coś wyrwali z serca. (płacz) To było straszne, bo wie pani, ja całe życie skrzydła nad tymi dziećmi moimi rozpościerałam. A szczególnie nad Olą! A tu raptem taka sytuacja. Szłam do autobusu, usiadłam na ławce, ciepło było, ludzie patrzyli na mnie, ale musiałam jakoś emocje wyrzucić z siebie, więc płakałam. Ale wytłumaczyłam sobie, że tak na razie będzie lepiej. Dla mnie i dla niej. Bo ja w tym czasie też będę się uczyć – chodziłam na terapię, to mi dużo poukładało w głowie.

Powiedziała pani, że jest nadopiekuńczą mamą. Wydawałoby się, nie można się za bardzo opiekować dzieckiem.

Nie do końca. Nadopiekuńcza to znaczy, że decyduje za dziecko i wszystko za nie robi. Uważa, że zawsze ma rację i chce mieć nad wszystkim kontrolę. Oczywiście myśląc, że tak będzie najlepiej dla dziecka. Żeby je uchronić przed…

…każdym potencjalnym niebezpieczeństwem. I w tym celu zamknąć je pod kloszem? Usunąć zagrożenia z pola widzenia?

Dokładnie. I wtedy dziecko nie jest samodzielne! Z czasem taki dzieciak ma problem, kiedy ma wykonać najprostszą czynność. Widzi, co mama robi: że do sklepu nie wyśle, bo za ciężka siatka dla Oli będzie. Te warsztaty bardzo dużo mi dały. Pokazały, że muszę dać trochę swobody Oli.

Jak wyglądały warsztaty?

Trenerów było dwóch: pani Renata i pan Jacek. Co zajęcia mieliśmy inne zadania, na przykład tak zwane schody: poszczególne stadia umiejętności rodzicielskich. Jak rozmawiać z dzieckiem? Jak uniknąć pewnych sytuacji? Na przykład jedzie rower, a dziecko chce mimo to wejść na ulicę. Wtedy rodzic powinien…

Każdy by chwycił dziecko za rękaw i przyciągnął do siebie. 

Właśnie nie! Chodzi o to, że zanim wyjdziecie z domu, zanim ten rower wyjedzie, dziecko musi wiedzieć, że trzeba spojrzeć w lewo i w prawo. Takich rzeczy tam uczą. Dziecko musi mieć pewne rzeczy wpojone. Trzeba rozmawiać, rozmawiać i rozmawiać. A nie: "Bo ja mam rację, a ty bądź cicho i nie pyskuj". A nie oszukujmy się, zazwyczaj tak jest. Rodzice mają swoje problemy – czy w pracy, czy pracę przenoszą do domu – i jest: "Nie przeszkadzaj, bo ja teraz pracuję".

Chodzi o to, że zanim wyjdziecie z domu, zanim ten rower wyjedzie, dziecko musi wiedzieć, że trzeba spojrzeć w lewo i w prawo (fot. Shutterstock)

Pani pracowała na trzech etatach.

Ale to nie jest powód, żeby dziecko spychać na drugi plan. Ja brałam Olę ze sobą i ona ze mną sprzątała. I rozmawiałyśmy. Nie można tak zrobić, zamiast zamknąć dziecko w domu z telefonem czy komputerem?

Na warsztatach schody miały nam pokazać, jakie robimy błędy. "Niunia, porozmawiamy później, bo nie mam czasu". I pyk! Spadamy ze schodów. To jest mały przykładzik. Albo ustawialiśmy się w kółko i jedna osoba zostawała w środku. Chodziło o to, żeby nam pokazać, jak się czuje dziecko. My się trzymaliśmy mocno za ręce, żeby tej osoby nie wypuścić z kręgu. Wspaniałe ćwiczenie!

Jak się czuje osoba w środku? Jak uwięziona?

Osaczona! Bardzo dużo dzięki temu zrozumiałam. Że trochę cugli trzeba popuścić. Nie oszukujmy się, ja wcześniej Oli folgowałam, a w ośrodku musiała sobie uprać, pościelić łóżko, biurko mieć czyste. To jej się bardzo przydało.

A czy "poluzowanie cugli" nie powinno też oznaczać większego zaufania? Choćby w temacie, o której trzeba wracać do domu?

To też. Ważne, żeby dziecko zaczęło myśleć samodzielnie. Bardzo częstym błędem jest, że rodzice decydują za dzieci. Ola ma teraz 16 lat i powiem pani, że ja wszystko z nią analizuję. Począwszy od rachunków domowych.

Dzięki temu wie, jakim dysponujecie budżetem, więc nie prosi o markowe buty, ponieważ wie, że was na to nie stać?

Akurat buty to podstawa! Muszą być oryginalne, bo są i zdrowe, i tak szybko się nie niszczą jak plastiki z targowiska, w których dzieci mogą sobie odparzyć stopy. Zawsze było tak, że na co nas było stać, to dziewczynki miały. Ola dostawała pieniądze i z Roksanką robiły zakupy. Na zasadzie eksperymentu: na co wydadzą. A teraz robimy sobie zebrania w domu i analizujemy: ile mamy pieniędzy, co trzeba zapłacić, wyliczamy, ile nam zostaje i co z tą resztą robimy. Może dziś na obiad pizza? I dziewczyny same mówią: "Szkoda pieniędzy, bo zbieramy na buty".

Terapia bywa bolesna, kiedy sobie człowiek uświadamia, jakie błędy popełnia. 

I to jak bolesna! Moja mama miała udar, więc dziewczynki chodziły do świetlicy socjoterapeutycznej popołudniami, żebym ja między jedną pracą a drugą mogła pojechać do szpitala. W świetlicy miały posiłek, odrabiały lekcje, były zajęcia, wycieczki. Ja też w tym uczestniczyłam. Było na przykład wspólne robienie laurek.

Zorganizowała pani profesjonalną opiekę dla swoich córek. Co w tym złego? 

Wiedziałam, że są przypilnowane, ale to wszystko było mało. Nie miały bezpośredniego kontaktu ze mną. Ciągle mnie nie było w domu, więc musiałam wydawać dyspozycje. Moim błędem było stosowanie nakazów. Wychodziłam z domu o 4, dziewczyny jeszcze spały, więc o 6.30 codziennie mama dzwoni, budzi dzieci do szkoły i zamiast: "Dzień dobry, miłego dnia życzę, dziewczynki", było oczywiście: "Macie zrobić to, to, to i to". Jak dziecko o 6.30 miało to zapamiętać? Przychodziłam, było niezrobione, więc co? Wściekałam się. Krzyczałam. 

Nie wolno oczekiwać od dzieci, że będą uczestniczyć w obowiązkach domowych?

Wolno i trzeba! "Roksanko, poodkurzaj", "Oluś, wynieś śmieci" – wtedy każda wie, co do niej należy. A nie wspólne nakazy. To nie działa. 

Ciągle mnie nie było w domu, więc musiałam wydawać dyspozycje. Moim błędem było stosowanie nakazów (fot. Shutterstock)

A największe olśnienie na warsztatach? 

Że traktowałam córki, jakby były dorosłe. A to jest dziecko! Nieważne, ile by miało lat, to jest dziecko i potrzebuje dzieciństwa. Ja im wydawałam o 6.30 polecenia, a przecież one miały też swoją szkołę, a tam też swoje problemy. To co? Ucieczka w telefon, TikToki i inne. Mój psycholog powiedział: "Pani Beato, w żadnym wypadku proszę dziecku nie zabierać telefonu". Oczywiście to musi być pod kontrolą. Wystarczy zajrzeć, na jakie strony dziecko wchodzi. O czym ono nawet nie musi wiedzieć. Bo jeśli jest kontrolowane, tym większą da rekontrę.

Czego jeszcze uczono na warsztatach?

Że dziecko musi mieć zaufanie do rodzica. Nie może być tak, że ono się boi przyznać, że na przykład zbiła się szybka w telefonie. To jest tylko przedmiot. Mnie też się zdarzyło i co? Nakrzyczałam sama na siebie? Postawiłam się do kąta?

Jasne. A po co zakrywaliście sobie oczy, by nie widzieć rozmówcy? 

Żeby nie widzieć reakcji, tylko ją wyczuć. Drugi rodzic udawał moją Olę, która chce wrócić do domu o 24, a ja jej miałam nie pozwolić. Uczyłam się, jak postąpić, żeby dziecko się nie stawiało.

Jak?

Wytłumaczyć, że 24 to noc, a ulice są niebezpieczne. Ale to trzeba umieć przekazać dziecku i oni tego uczą. Nie zakazywać! Bo wtedy dziecko się buntuje. 

A pani nie miała momentów buntu? Kiedy kłóciła się z terapeutami, że opowiadają farmazony o nieistniejącej idealnej rodzinie, a prawdziwe życie tak nie wygląda?

Miałam. Pan Marcin, mój osobisty psycholog, był właśnie po to, by wszystko omówić. Często też płakałam i uzewnętrzniałam się z tym, co mnie boli, dlaczego jestem sfrustrowana i z czym sobie nie radzę.

Na pewno rozmawialiście o tym, jacy byli pani rodzice.

Tak. Bo to ma wpływ. Nie oszukujmy się.

Dorastała pani w domu, w którym była w centrum i najważniejsza? Tak jak pani dzieci w domu, który pani stworzyła? 

Nie! Jak się dzieje źle w dzieciństwie kobiety, to zazwyczaj ona się stara, żeby jej dziecko nie miało tak jak ona. Ja przeszłam piekło. Moja matka siedziała w więzieniu, bo zabiła dziecko. Moją siedmiomiesięczną siostrę. 

W depresji po porodzie?

Nie. To była wódka.

Każda z nas miała innego ojca. Ten był trzeci. Po pijaku zaczął ją bić, ona wzięła to dziecko na ręce. On tak niefortunnie ją uderzył, że to dziecko jej wypadło z drugiego piętra. Głównym winowajcą był jej mąż, ale matka za współudział trafiła do więzienia. My z siostrą zamieszkałyśmy w domu dziecka w Pyrach - bardzo miło wspominam tamte lata.  

Mama wyszła po pięciu latach, zabrała nas i znowu piła. I strasznie mnie biła. Nieraz musiałam spać na klatce schodowej, bo się bałam wejść do domu. Nie miałam żadnego wzorca. Od 14. roku życia zarabiam na siebie. Po skończeniu podstawówki załatwiłam sobie praktyki u fryzjera i tam pracowałam przez wiele lat. Nikt mi w życiu niczego nie dał. Najbardziej mi zależało na tym w życiu, żeby moje dzieci uniknęły takiego losu. 

Bywa tak, że powielamy styl życia naszych rodziców.

Ja też miałam wzloty i upadki. Jako dwudziestokilkulatka też piłam, tylko że poszłam po rozum do głowy i w porę się zgłosiłam na Belgijską do AA. 

Jak się dzieje źle w dzieciństwie kobiety, to zazwyczaj ona się stara, żeby jej dziecko nie miało tak jak ona (fot. Shutterstock)

Wrócę do Oli – spędziła w ośrodku socjoterapeutycznym rok, prawda?

Tak. Z tym że na każdy weekend przyjeżdżała do domu.

Co mówiła o ośrodku? 

Nie za bardzo się dogadywała z dziewczynami, niektóre były buńczuczne i chciały rządzić. Ale ich grupę prowadziły świeckie osoby: pani Paulina i pani Małgosia – psycholog, która teraz jest na misji w Ugandzie. Ola mogła zawsze do nich iść, opowiedzieć, co ją boli, i od razu było forum z dziewczynami.

W jakich okolicznościach wróciła do domu?

Grupę przejęły zakonnice i się zaczęło. Totalnie sobie nie radziły, a dziewczyny znęcały się nad Olą psychicznie. Zadzwoniła do mnie: "Mamo, jak mnie stąd nie zabierzesz, to ja sobie coś zrobię". Następnego dnia pojechałam i wróciła do domu. 

Kiedy to było?

W październiku ubiegłego roku.

I jak wam od tego czasu jest razem?

Zdecydowanie lepiej! Ola zmieniła stosunek do życia i do mnie. Zrozumiała, że dom to jednak jest coś fajnego i warto na przykład samej z siebie posprzątać, bo mama jest wtedy szczęśliwa, a nie jak wcześniej wiecznie "Zaraz, zaraz", jak miała wyrzucić śmieci. Ale najważniejsze jest to, że my teraz ciągle rozmawiamy. O wszystkim. Nasze relacje bardzo się poprawiły.

Gratuluję! 

A wie pani, czego jeszcze rodzice nie robią, a warto? Nie kontaktują się ze szkołą. Ja zawsze miałam bardzo dobry kontakt i z dyrektorką, i z panią pedagog. Ola też wiedziała, że jak coś się dzieje w szkole, zawsze może iść do pani Anetki, do szkolnej pani pedagog. A ludzie się tego boją. Bo jest ingerencja z zewnątrz, bo a nuż będą drążyć…

Beata Skomra z córką Olą. (Fot. Archiwum prywatne)

I się okaże, że nie jesteśmy idealną rodziną. A w jakim stanie psychicznym jest Ola?

Bardzo dobrym. Ma nastroje, jak to nastolatka, ale z najmniejszym drobiazgiem do mnie przychodzi i ja słucham. Kupiłam też dziewczynkom dwa pieski chihuahua. I jeszcze mamy 6-letnią Zuzę ze schroniska. Dla dziewczyn obcowanie ze zwierzętami to jest supersprawa – z jednej strony obowiązek, ale też to są ich przyjaciele i powiernicy. Empatii i miłości dzieci uczą się przede wszystkim dzięki temu.

Podziwiam panią. Czy pani córki są pani wdzięczne?

Bardzo! Często słyszę: "Kocham cię, mamo". A jak widzą, że jestem smutna – a widzą takie rzeczy – to się przytulają. Ola jest dużo wyższa ode mnie, kurdupelek przy niej jestem. (śmiech) Kiedy tym swoim ramionkiem mnie obejmie i słyszę bicie jej serduszka, to jest szczęście nie do opisania!

Pani córki mają szczęście, że mają taką mamę.

To wszystko z miłości. Dzieci trzeba kochać. Same się na świat nie prosiły. 

A czy pani i Ola wciąż jesteście w terapii? 

Tak. Weszło nam to w krew. (śmiech)