Rozmowa
Profesor Łukasz Krakowczyk podczas operacji (archiwum prywatne)
Profesor Łukasz Krakowczyk podczas operacji (archiwum prywatne)

Panie profesorze, potrafi pan zrekonstruować każdą część ludzkiego ciała?

Niestety nie. Jeszcze nie potrafię zrekonstruować między innymi gałki ocznej u osób, które od urodzenia niedowidzą. I krtani z własnych tkanek chorego.

A czy wie pani, że w ludzkim ciele jest około 300 elementów do wymiany?

Nie miałam pojęcia!

W Klinice Chirurgii Onkologicznej i Rekonstrukcyjnej Narodowego Centrum Onkologii w Gliwicach, gdzie pracuję, wykonujemy rekonstrukcje w rejonie głowy i szyi, ściany klatki piersiowej i kończyn. Niedawno u pacjenta z rozległym nowotworem jamy ustnej odtworzyliśmy język i część żuchwy tak, żeby mógł mówić i jeść. Zabieg trwał sześć godzin.

Czyli krótko?

Czyli tyle, ile zazwyczaj. Choć zdarzają się i operacje trwające 14, a nawet 30 godzin.

Mamy świetny, zgrany 12-osobowy zespół chirurgów. Każdy z nas jest wszechstronny. Naszym szefem i mistrzem jest prof. Adam Maciejewski. Umiemy zrekonstruować małżowiny uszne, nosy, wargi, podniebienia, piersi, ścianę klatki piersiowej, brzuch, kości, ścięgna, ubytki mięśni.

Czuje się pan jak rzeźbiarz?

Trochę ze mnie rzeźbiarz, trochę krawiec, trochę tokarz, a trochę ślusarz. Taki mechanik ludzkich ciał, jak ostatnio nazwano prof. Adama Maciejewskiego. No i mnie. Podoba mi się to określenie.

Z prof. Adamem Maciejewskim przeprowadziliście pierwszą na świecie transplantację twarzy.

Która była zabiegiem ratującym życie. To było w 2013 roku, ale do tej pory podobnej operacji nie udało się przeprowadzić żadnemu zespołowi chirurgów na świecie. 33-letni wówczas pan Grzegorz uległ ciężkiemu wypadkowi na budowie. Maszyna do pakowania kostki brukowej amputowała mu twarz. Przeszczepiliśmy mu ją od zmarłego dawcy – operacja trwała 27 godzin, a brało w niej udział w sumie 14 chirurgów, którzy zszywali połączenia naczyń i nerwów pod mikroskopami.

Pacjent przeszedł potem kolejne operacje, między innymi rehabilitację protetyczną uzębienia w żuchwie. Przed nim jednak wciąż długa walka o zdrowie.

Prof. Łukasz Krakowczyk podczas pracy (archiwum prywatne)

Czytałam, że pan Grzegorz wciąż zmaga się z problemami zdrowotnymi, ma kłopot z okiem, z połykaniem i mówieniem. Żyje z małej renty. Jego historia zainspirowała Małgorzatę Szumowską do nakręcenia filmu "Twarz". Nie jest jedyną osobą, której przeszczepiliście twarz.

Druga była pani Joanna. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Podczas zabiegu pacjentkę kilka razy reanimowano, przetoczono jej 36 litrów preparatów krwiopochodnych. Pani Joanna cierpi na chorobę skóry, która objawia się różnymi naroślami. Skóra jest aksamitna i delikatna, ale tak patologicznie unaczyniona, że każdy, nawet najlżejszy dotyk doprowadza do krwotoku. Wycięliśmy jej guza, a potem przeszczepiliśmy twarz. Po paru tygodniach pacjentka wyszła ze szpitala. Czuje się dobrze, choć wciąż ma problemy ze wzrokiem, bo choroba dotyka też jej gałki ocznej. 

Pod koniec lutego był pan prawą ręką prof. Maciejewskiego podczas bardzo skomplikowanego i rozległego zabiegu replantacji skalpu u 39-latki z Radomska.

Pracowała w zakładzie produkcji kartonów. Tego dnia czyściła taśmociąg, jej włosy się do niego wkręciły. Opatrzono ją w Szpitalu Powiatowym w Radomsku i stamtąd karetką przewieziono do nas. Przed podaniem narkozy była przytomna i świadoma. Nie pytaliśmy jednak, co się stało, zdając sobie sprawę, jak bardzo traumatyczne to przeżycie.

Pacjentka straciła całą owłosioną skórę głowy, skórę czoła, włącznie z brwiami, powiekami górnymi, częścią skóry nosa aż do linii uszu, a z tyłu głowy aż po linię karku.

Najpierw w odpowiednio zabezpieczonym skalpie musieliśmy za pomocą mikroskopu znaleźć naczynia tętnicze i żylne, żeby zespolić je z naczyniami głowy. Bez tego nie udałoby się przywrócić ukrwienia skalpu. Na szczęście prof. Maciejewski i ja znaleźliśmy dwie tętnice i dwie żyły. Gdy łączyliśmy je z naczyniami skalpu o średnicy 1,5–2 mm, drugi zespół lekarzy pobierał fragment żyły z przedramienia pacjentki, niezbędny do wykonania tak zwanej wstawki żylnej umożliwiającej połączenie naczyń głowy i skalpu.

Prof. Adam Maciejewski (z lewej) oraz prof. Łukasz Krakowczyk (obok) na konferencji chirurgów rekonstrukcyjnych w 2019 roku w Gliwicach (Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Jak mam to sobie wyobrazić?

Po lewej stronie wykonaliśmy zespolenie tętnicze i przywróciliśmy przepływ krwi do skalpu, a następnie połączyliśmy żyłę. Kolejnym krokiem było połączenie żyły, tętnicy i naczyń skroniowych z drugiej strony. Na koniec zostało nam już tylko dopasowywanie skóry odpowiednimi warstwami w okolicy nosa, powiek, skroni, potylicy i karku oraz szycie. To już akurat jest najłatwiejsze.

Pacjentkę wybudzono dopiero po dwóch dniach. Skalp jest żywy i ładnie się goi. Blizny pooperacyjne nie będą raczej bardzo widoczne.

Cud!

To była trzecia dorosła osoba, której z powodzeniem przeszczepiliśmy skalp. U 6-letniej Lenki, której włosy wkręciły się w podnośnik samochodowy, było o wiele trudniej. Skalp był bardzo zmasakrowany. O drugiej w nocy, po ośmiu godzinach operacji udało nam się zespolić jedną jego tętnicę i jedną żyłę. Ale na tak rozległy płat skóry to nie wystarczyło. W czwartej dobie po operacji skalp musieliśmy Lence usunąć i rozpoczęły się cztery tygodnie walki. Zmiany opatrunków podciśnieniowych, sztuczna skóra, przeszczepy skóry. I kolejna próba. Sześć tygodni później Lenka wróciła do domu z własną skórą na głowie. Niestety, bez włosów.

Pamięta pan wszystkich swoich pacjentów?

Pamiętam najbardziej skomplikowane przypadki. Na przykład 13-letnią dziewczynkę, która w zeszłym roku doznała rozległego urazu stopy w wypadku samochodowym. Groziła jej amputacja, ale podczas skomplikowanego zabiegu udało nam się stopę zrekonstruować.

Prof. Łukasz Krakowczyk chciał zostać weterynarzem (archiwum prywatne)

Wie pani, dziwna sprawa, bo lata temu, gdy jeszcze na SOR-ze szyłem paluszki dzieci i słyszałem ich płacz, postanowiłem, że nigdy nie będę zajmował się chirurgią dziecięcą. Ale życie pisze swoje scenariusze i od siedmiu lat zajmuję się także chirurgią rekonstrukcyjną u dzieci. Zoperowałem ich do tej pory około 200. Z niektórymi mam kontakt do dziś, bo mali pacjenci potrzebują kolejnych zabiegów. Rosną, a ich skóra się zmienia.

Najmłodszy pacjent?

Miał trzy miesiące. Rekonstruowałem mu tętnicę udową, która mogła pęknąć. Udało się, dziecko jest zdrowe i dobrze się rozwija.

Moją pierwszą pacjentką była 10-letnia dziewczynka z łagodnym guzem żuchwy. Zabieg polegał na usunięciu go z jednoczasową rekonstrukcją żuchwy płatem strzałkowym pobranym z nogi. Iza była inteligentna i niezwykle dojrzała jak na swój wiek. Dzielna i spokojna. Parę miesięcy temu robiłem jej zresztą korektę blizny na szyi. Każde spotkanie z nią sprawia mi radość, bardzo żywo reagujemy na swój widok.

Mało brakowało, a rozminąłby się pan z powołaniem.

Po etapie chłopięcych marzeń o gaszeniu pożarów chciałem zostać weterynarzem. Ojciec mojej dziewczyny z liceum nim był i czasem mu pomagałem. Ale jak przy porodzie krowy zabrakło mu ręki do odebrania cieląt, zrezygnowałem. Poród odbył się bez powikłań, krowa przeżyła. Uznałem jednak, że to nie jest moje powołanie, i zacząłem myśleć o medycynie. Byłem wtedy w trzeciej klasie liceum.

Prof. Łukasz Krakowczyk po pracy (archiwum prywatne) , Prof. Łukasz Krakowczyk jest jednym z najwybitniejszych chirurgów (archiwum prywatne)

Mój brat jest inżynierem. Mnie natomiast zawsze bardziej fascynowała przyroda, las i rzeka. On też zdawał na medycynę, ale się nie dostał. Powtarzam mu: "Darek, całe szczęście, że się nie dostałeś, bo jednak byś się męczył, a tak spełniasz swoje powołanie".

Coś mi się wydaje, że jako weterynarz też by się pan sprawdził.

W moim rodzinnym domu w Górkach Śląskich zawsze były psy, koty, jakieś kury i kaczki. Chodziłem do lasu oglądać węże i żaby. Jak jakiś cielak padł podczas porodu, wiozłem go swoim maluchem bez przedniego siedzenia do chłodni i tam rozbrajałem. Przyglądałem się tkankom i narządom. To mnie fascynowało.

Jeszcze w liceum zacząłem obserwować, jak się przemieszczają dzięcioły, ale to zajęcie mnie przerosło. Badałem również zanieczyszczenie piaskownic w Raciborzu. Dzięki mnie z 10 przedszkoli 7 zamknięto do czasu wymiany piasku na taki bez bakterii coli.

Po liceum zdałem na medycynę. Ale co ciekawe, od początku bardzo bałem się krwi. Do tej pory, jak widzę swoją krew, to robi mi się słabo. Z cudzą nie mam problemu.

Wybaczy pan, ale brzmi to zabawnie.

Słynę w Instytucie z tego, że jak mi pobierają krew albo podają szczepionkę, to muszę się położyć. Nie boję się jednak wbijać igieł pacjentom. Choć przyznam się pani, że parę razy zemdlałem przy stole operacyjnym, ale po paru latach to się zmieniło. Przestałem myśleć, że jak operuję pacjenta, to sprawiam mu ból. Uświadomiłem sobie, że mu pomagam.

Ale początki łatwe nie były. Moja kuzynka jest instrumentariuszką w Niemczech. Pojechałem tam po drugim roku studiów na praktyki lekarskie. Kiedyś poszedłem na cesarskie cięcie. Gdy otwierano brzuch pacjentki, wytrzymałem. Ale gdy lekarze zaczęli wyjmować dziecko i zobaczyłem rzekę krwi po rozcięciu macicy, zasłabłem i zjechałem po ścianie.

Kuzynka mówi: "Łukasz, ale wstyd. Po co ci ta chirurgia? Jest tyle innych specjalności. Idź na kardiologię albo internę".

Ale pan nie chciał.

Te słowa utkwiły mi w pamięci. Uparłem się. Postanowiłem, że udowodnię wszystkim, że zostanę chirurgiem. Na trzecim roku w te pędy zapisałem się do koła naukowego chirurgii dziecięcej i ogólnej. Na piątym poprosiłem w Centrum Onkologii w Gliwicach, żeby wpuścili mnie na blok operacyjny. I tam spędzałem cały wolny czas.

Centrum Onkologii w Gliwicach, 1995 rok (Waldemar Kompała / Agencja Gazeta)

Nikt mnie nie polecał. Sam prosiłem, żeby dali mi szansę, żebym mógł się uczyć. Po studiach rozpocząłem studia doktoranckie, ale nie chciałem być bezrobotny. Pojechałem do Centrum Onkologii na spotkanie z prof. Bogusławem Maciejewskim, ojcem prof. Adama Maciejewskiego, z którym pracuję obecnie. "Panie doktorze, a co pan robił poza tym, że pan studiował?" – zapytał. Opowiedziałem o publikacjach naukowych i wykładach w towarzystwach naukowych. I dostałem dwa miesiące na to, żeby pokazać, co potrafię. W 2004 roku zostałem wolontariuszem w Instytucie, a w styczniu 2005 roku dostałem pół etatu. Jednocześnie brałem dyżury na pogotowiu w Rybniku. A potem zrobiłem specjalizację z chirurgii ogólnej i onkologicznej. 

Powiedział pan "nikt mnie nie polecał". Rozumiem, że nie pochodzi pan z lekarskiej rodziny.

Moja mama jest nauczycielką, a tata cieślą. Wciąż im dziękuję za to, czego mnie nauczyli. Mama – świetnej organizacji, tata – pracy rzemieślnika. Od dziecka zabierał mnie na wszystkie fuchy, pokazywał, jak używać piły i wiertarki. Dziś korzystam z tej wiedzy na sali operacyjnej.   

Na początku ćwiczyłem w domu, na gąbkach. Ciąłem je i zszywałem, żeby nauczyć się odpowiednio dopasowywać elementy wolnego płata podczas rekonstrukcji. Ciąłem też i sklejałem patyczki laryngologiczne. Żartowałem, że to była moja metoda home made.

Od paru lat mamy do dyspozycji technologie, o których 20 lat temu, gdy zaczynałem pracę, mi się nie śniło. To druk 3D.

Magia.

Planowanie wirtualne. Mam na przykład pacjenta z wynikami tomografii głowy i szyi, który musi przejść zabieg usunięcia guza z jednoczasową rekonstrukcją żuchwy. Wiem, że będę potrzebował do takiego zabiegu kości z podudzia, wyspy skórnej, a czasem i mięśnia, więc robię mu też tomografię podudzi i wszystkie wyniki wysyłam do informatyków. Wgrywają je do specjalnego programu i robią model 3D czaszki pacjenta.

Zaznaczam na modelu linie cięć kości na żuchwie pacjenta. One są najważniejsze. Jeśli zrobi się je krzywo, żuchwa odpowiednio się nie układa i zgryz jest krzywy.

Koszty takiego wirtualnego planowania są ogromne, to 12–14 tys. zł, ale nie wyobrażam sobie już odtwarzania żuchwy bez tego. Model 3D jest cudowny, bo pozwala zaplanować szczegółowe, precyzyjne czynności, które potem są odtwarzane podczas rekonstrukcji. Właściwie mógłbym podczas zabiegu ciąć kość z zamkniętymi oczami.

Joanna po przeszczepie twarzy podczas konferencji z okazji Światowego Dnia Donacji i Transplantacji. Zabrze, 2017 rok (Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Pacjent po zabiegu prosi o lusterko, żeby od razu się w nim przejrzeć?

Panie zwracają większą uwagę na wygląd niż panowie, częściej po zabiegu patrzą w lustro. Nie zdarzyło mi się jednak nigdy, żeby któraś z pacjentek miała do mnie pretensje. Dla większości naszych pacjentów z aktywną chorobą nowotworową wygląd nie jest istotny. Pytają: "Panie doktorze, czy udało się usunąć nowotwór? Czy będę żyć?". Zresztą zawsze staram się tak wykonać rekonstrukcję, żeby pacjent wyglądał jak najładniej.

Ale pewnie nie od razu osiąga się taki efekt?

Zabiegi w obrębie głowy i szyi zwykle są rozległe, pacjent jest opuchnięty. Na estetyczny efekt czekamy nawet parę miesięcy. Największą satysfakcję czuję, gdy po pół roku pacjent przychodzi do mojego gabinetu i słyszę od niego: "Panie doktorze, jest super. Mogę mówić, mogę połykać".

Przy dużych zabiegach, na przykład przy rekonstrukcji nosa, nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego od razu. Potrzeba trzech–czterech zabiegów i jeszcze na koniec korekty ostatecznego koloru skóry.

Słyszę w pana głosie i wzruszenie, i ekscytację.

Nie wiem, czy dziś w nocy będę spał. Jutro operuję chłopca, który wpadł pod tira. Przeżył, ale ma pokiereszowaną nogę. Zabieg będzie polegał na wyjęciu z uda resztek asfaltu i usunięciu rozległej blizny pod kolanem, która utrudnia chłopcu rehabilitację.

W miejsce blizny przełożę płat skóry z przedniej części uda drugiej nogi chłopca. Mam nadzieję, że uda mi się dobrze połączyć naczynia krwionośne, tak by noga odzyskała sprawność. To bardzo trudne, więc się stresuję. Ale to stres mobilizujący.

Nigdy pana nie paraliżuje?

Nigdy.

Czasem już po myciu przed zabiegiem uświadamiam sobie, że zapomniałem pójść do toalety. Ale staję przy stole, zaczynam operować i kompletnie się wyłączam na sześć czy osiem godzin. O potrzebach fizjologicznych zapominam. Myślę wyłącznie o tym, co mam zrekonstruować. Uwielbiam ten stan. 

Zdradzę pani, że pomaga mi w tym słuchanie muzyki podczas zabiegu. Każdego gatunku oprócz disco polo. Cały zespół przy okazji też musi słuchać tego co ja. W Stanach widziałem, jak pewien lekarz życzył sobie, żeby na stole operacyjnym zawsze leżał zapakowany sterylnie pilot do jego wieży. Zmieniał sobie muzykę, jak mu się nie podobała.

Zresztą mieliśmy z prof. Adamem Maciejewskim kilka propozycji, żeby pracować w Stanach. Z żadnej nie skorzystaliśmy. Mamy jeszcze sporo do zrobienia tutaj, u nas w Instytucie. A ja to jestem prawdziwy Ślązak. Tu mam pracę, dom, rodzinę i przyjaciół. Trudno byłoby mi to wszystko zostawić.

Prof. Łukasz Krakowczyk. Adiunkt Kliniki Chirurgii Onkologicznej i Rekonstrukcyjnej Instytutu Onkologii w Gliwicach. Doświadczenie zawodowe z mikrochirurgii i chirurgii rekonstrukcyjnej zdobywał w najlepszych światowych ośrodkach, m.in. w MD Anderson Cancer Center w Houston i na Oddziale Chirurgii Plastycznej w Glasgow. Należy do Amerykańskiego Towarzystwa Mikrochirurgii i Chirurgii Rekonstrukcyjnej.