Rozmowa
Weronika Krajewska (archiwum prywatne)
Weronika Krajewska (archiwum prywatne)

Rozmawiamy pod nazwiskiem?

Tak. Chcę głośno powiedzieć, że osoby takie jak ja są częścią społeczeństwa i to, że się nas spycha na boczny tor, nie sprawi, że znikniemy. Jest nas o wiele więcej, niż się przypuszcza.

Psychiatra mi tłumaczyła, że nie mam chorej duszy, tylko źle działającą chemię mózgu. Jak boli cię noga, idziesz do ortopedy. Jak boli cię życie – do psychiatry i na terapię. Długo się przed tym broniłam z obawy przed stygmatyzacją. Jako 13-latka miałam już kuratora, potem trafiłam do szpitali psychiatrycznych, ośrodka wychowawczego i odwykowego. 

Jakie jest pani pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Z tym mam problem. Walczę z dość silnym wyparciem. Wiele rzeczy muszę przepracować, żeby pogodzić się z tym, jak potoczyło się moje dzieciństwo.

Próbowano mnie zdiagnozować, zanim skończyłam siedem lat. Być może to spaczenie zawodowe mamy, która jest psychologiem.

'Potrafiłam w szkole schować się w łazience i się pociąć' (Shutterstock.com) , 'Rówieśnicy mnie prześladowali, ponieważ byłam inna - wychowywana z dala od prężnie rozwijającej się technologii, nie chodziłam w markowych ubraniach' (Shuttestock.com)

Psychologiem?

I świetną specjalistką, ale tam, gdzie do głosu dochodzą emocje, trudno jest zastosować wiedzę. Z tatą rozstali się niedługo po moim urodzeniu, a ponieważ on nie płacił alimentów, a mama chciała mi zapewnić najlepszą edukację – chodziłam do prywatnych szkół – ciężko pracowała. Często wyjeżdżała, więc pomieszkiwałam u rodziny. W każdym z domów panowały inne zasady i były wobec mnie inne oczekiwania. Nie potrafiłam za tym nadążyć. Czułam się samotna.

Była pani dzieckiem smutnym czy wkurzonym na świat? 

Jedno i drugie. Byłam mocno zamknięta. Przedszkolanka nazywała mnie "trawiasta", bo zamiast bawić się z dziećmi, kucałam w ogródku i obserwowałam rośliny. Rówieśnicy mnie prześladowali, ponieważ byłam inna – wychowywana z dala od prężnie rozwijającej się technologii, nie chodziłam w markowych ubraniach. Na próby zdenerwowania mnie – a wystarczyło zawołać po nazwisku – reagowałam bardzo agresywnie, więc grupa miała zabawę. Pamiętam, jak nauczyciel WF-u odciągał mnie, podnosząc za rękę, a ja w powietrzu wciąż próbowałam uderzać chłopaka z klasy.

Czy pani była bita? 

Nie przypominam sobie.

Psychologowie powtarzają, że złość zakrywa inne emocje. Co się kryło pod pani złością?

Bardzo duże cierpienie. Przed 10. rokiem życia zaczęłam kierować agresję w swoim kierunku. Samookaleczanie sprawiło, że byłam w stanie zapanować nad sobą do tego stopnia, że podstawówkę skończyłam z wyróżnieniem, a byłam zagrożona z powodu zachowania. Najmocniej się pocięłam, mając 11 czy 12 lat, kiedy zadzwoniła mama mojego taty i powiedziała, że on przez sprawy alimentacyjne trafił do więzienia i cała rodzina urywa ze mną kontakt. Pamiętam powycinane rzędy iksów na nogach. Leciało dużo krwi. Nie wiem, jak mi się to udało wtedy ukryć przed mamą. 

Samookaleczenie dawało poczucie ulgi?

Tak! Ból fizyczny był w stanie skutecznie zagłuszyć ten psychiczny. Potrafiłam w szkole schować się w łazience i się pociąć. Nie płakałam, tylko zamykałam oczy i rozkoszowałam się tym bólem. Z samookaleczeniem jest jak z używkami: w którymś momencie już się musi.

Kiedy miała pani siedem lat, zdiagnozowano u pani depresję? 

Nie. Przez moją dziecięcą kartotekę przewijały się nadpobudliwość psychoruchowa i ogromna wrażliwość. Kiedy wpadałam w szał złości, mama oplatała mnie ramionami. Wychodziła z założenia, że ta bliskość i ciepło jak w łonie matki dadzą mi szansę na uspokojenie się. Niestety, w moim mózgu zakodowało się, że silne emocje to coś złego. Na co dzień je ukrywałam, ale jak już dochodziły do głosu, to nie byłam w stanie ich powstrzymać.

Używki na pewno jeszcze to podkręcały. Kiedy pierwszy raz spróbowała pani alkoholu?

W pierwszej klasie gimnazjum dorwałam się do barku dziadka i wypiłam wszystko. O piątej rano znalazł mnie nieprzytomną. Do dziś jest mi źle, że wpakowałam ukochanego dziadka w taką sytuację. Przyjechała policja i pogotowie. Mając trzy czy cztery promile, trafiłam na toksykologię. 

Ale nie odstraszyło to pani? 

Nie. Mnie się stan upojenia bardzo spodobał. Zaprzyjaźniłam się z alkoholem. 

Między 13. a 18. rokiem życia skakałam od ośrodka wychowawczego do szpitala psychiatrycznego, to były lata przepełnione ucieczkami z domu i ciągłymi imprezami (Shutterstock.com) , (Shutterstock.com)

A czy to pomogło również zaprzyjaźnić się z rówieśnikami?

Właśnie! Wcześniej miałam pojedynczych przyjaciół – innych wyrzutków, jak ja. Ale potem nie byłam już szarą myszką. Coraz więcej imprezowałam. W klasie zaczęłam błyszczeć. Mamie oczywiście to się nie podobało.

Ale pani tak.

Między 13. a 18. rokiem życia skakałam od ośrodka wychowawczego do szpitala psychiatrycznego, to były lata przepełnione ucieczkami z domu i ciągłymi imprezami. Zdarzało mi się, że szłam na lekcje pijana. W pierwszej klasie gimnazjum dyrektor postawił ultimatum: albo zmienię szkołę, albo nie zdam.

Mama już wtedy nie wyjeżdżała do pracy. Zauważyła samookaleczenia. Pojawiły się epizody depresyjne: nie byłam w stanie wstać z łóżka. W wieku 14 lat dostałam pierwsze leki od psychiatry. Zaraz potem miałam pierwszą próbę samobójczą. 

Czytałam, że w przypadku nastolatków te próby najczęściej są poprzedzone jakimiś wydarzeniami. Tak było?

Zawsze. Mama stawiała coraz mocniejsze granice. Dawała szlabany. Po jednej z grubszych awantur wzięłam całe opakowanie leków antydepresyjnych. Po godzinie – chcąc ukarać mamę – powiedziałam jej, co zrobiłam. Znowu trafiłam na toksykologię. 

Dorośli czasem to bagatelizują, nazywają próbą zwrócenia na siebie uwagi. Czy pani wtedy rzeczywiście odczuwała pragnienie śmierci? 

Ja od kilkunastu lat codziennie chcę umrzeć! Nawet jeśli teraz mam wspaniałego chłopaka, koty, które uwielbiam, i pracę, której się poświęcam, to nie jest tak, że nagle zaczyna się kochać życie. Po prostu trzeba jakoś przeżyć dzień za dniem. 

Pani nosi w sobie ogromne pokłady cierpienia.  

Na szczęście terapia i leki pomagają. Mam nadzieję, że kiedyś przestanę się budzić z myślą, jak bardzo nienawidzę swojego życia.

Powiedziała pani, że tamta próba samobójcza była początkiem. 

Kolejny raz, znów po awanturze z mamą, zamknęłam się w łazience, rozwaliłam maszynkę do golenia i próbowałam podciąć sobie żyły. Mama wyważyła drzwi.

Za trzecim razem wzięłam ogromną ilość leków. To się wydarzyło po nocy, kiedy z byłym chłopakiem zdecydowaliśmy się na kontakty seksualne z jeszcze dwiema kobietami. 

Seks grupowy był po alkoholu?

Tak. Mimo że sama to zaproponowałam, bardzo ciężko to przeżyłam następnego dnia.

Ile miała pani wtedy lat?

16. Z toksykologii trafiłam wtedy na Srebrzysko, czyli do szpitala psychiatrycznego w Gdańsku. Początkowo nie było miejsc na oddziale młodzieżowym, więc położono mnie na dziecięcym. To było dla mnie niepojęte, jakie mnóstwo małych dzieci może być w takim miejscu! Tylu malutkich chłopców biegało po korytarzu!

Zanim przejdziemy do szpitali psychiatrycznych, chciałabym zapytać o seks, jeśli mogę. Kiedy przeżyła pani inicjację seksualną?

Jak miałam 10 lat. Ale z przedstawicielami innej płci dopiero cztery lata później. Wcześniej chłopcy nie byli chętni. 

Jako 10-latka odczuwała pani pociąg seksualny?

Już w przedszkolu patrzyłam na chłopców i dziewczynki w seksualny sposób!

Czy pani była ofiarą molestowania seksualnego?

Nie wiem. Mogłam to wyprzeć. Na początku uprawiałam seks tylko dla seksu, nie budowałam z chłopakami relacji. Teraz, kiedy jestem w terapii, wydaje mi się, że to wynika z nerwicy. W ten sposób rozładowywałam napięcie, miałam poczucie władzy, kontroli. 

Trochę jak z cięciem. Uzależniła się pani od seksu?

Nie. 

A czy szukała w nim pani również miłości? 

Ja nie jestem pewna, czy w ogóle potrafię kochać. Szukałam ciepła. Przez sześć lat byłam w związku. On był o trzy lata starszy. Z jego strony dochodziło do zdrad, ale my oboje byliśmy toksyczni. Nadmiernie go kontrolowałam, ciągle były ze mną kłopoty...

Ma pani trudność, żeby powiedzieć, że ktoś panią zranił? Woli pani obwiniać o wszystko siebie? 

Moja terapeutka mi to mówi. Panicznie się bałam, że on mnie zostawi i będę sama, ale w końcu to ja zakończyłam związek. Po rozstaniu przez tydzień nie jadłam – mam też doświadczenia bulimiczne – tylko paliłam papierosy. Wiedziałam, że jeśli nie zgłoszę się do szpitala, umrę. A tyle rzeczy, które spieprzyłam, chciałam jednak naprawić! Zadzwoniłam do mamy, żeby znalazła mi miejsce w szpitalu. 

Ile hospitalizacji psychiatrycznych ma pani za sobą?

Dwie. Pierwsze było Srebrzysko. Byłam załamana! Od dziecka wyzywano mnie od dziwaków i świrów, aż w końcu wylądowałam w szpitalu. Nie wiem, jak to miejsce wygląda teraz, ale wtedy było brudne, obskurne. Spędziłam tam dwa miesiące i nie uzyskałam żadnej pomocy. To jest przechowalnia dla młodzieży z problemami. Poznałam dzieciaki, które wracały do psychiatryka po siedem–osiem razy. Podawano mi leki, które nie pomagały, ale otumaniały. Rozmowy z psychologiem były dwie albo trzy podczas dwumiesięcznego pobytu. I trwały piętnaście minut. Tak samo z psychiatrą.

Próbowała pani uciekać?

Buntowałam się, ale po czasie musiałam się dostosować. Jak tego nie zrobisz, będziesz siedzieć zamknięta w pokoju w piżamie i patrzeć w okno, w którym są kraty. W szpitalu na wszystko trzeba sobie zasłużyć. Chcesz dostać normalne ubranie, to musisz przestrzegać zasad. Na przykład chodzić na grupową terapię. Dziś uważam, że ona jest fantastyczna, tyle że trzeba tego chcieć.

Kiedy byłam w Srebrzysku, w moim życiu pojawił się tata. I nawet mnie odwiedzał i przywoził mi papierosy, które były dobrą walutą na oddziale. 

Wymienialną na co?

Na przykład na słodycze.

Szpital psychiatryczny WSP w Gdańsku (Michał Ryniak/ Agencja Gazeta)

Czy dzieci były unieruchamiane za pomocą pasów? 

Wydaje mi się, że w Srebrzysku nawet ja w nie trafiłam, ale nie jestem pewna. Z powodu leków mam luki. Pamiętam za to doskonale, jak w Kocborowie leżał chłopak w pasach – są grube, materiałowe, jesteś nimi przymocowana do łóżka i nie możesz się ruszyć, nawet głową – i tak się mocno szamotał, że stawiał łóżko do pionu. Wpadł zespół pielęgniarzy i podano mu leki uspokajające. Pobyt w Kocborowie pamiętam dużo lepiej niż Srebrzysko. 

To tam zgłosiła się pani sama?

Tak. Kocborowo było owiane złą sławą, ale kiedy ja tam trafiłam, był nowy ordynator i liczyłam, że w końcu ktoś mi pomoże. Pomyłka! Psychiatria dziecięca czy młodzieżowa w Polsce – o ile nie robi się tego prywatnie – to fikcja. Za mało personelu, żeby cokolwiek zdziałać, jakąkolwiek diagnozę spróbować postawić. Ordynator był bardzo dobrym psychiatrą i moim lekarzem prowadzącym, ale nie miał czasu, by się zająć mną i innymi pacjentami, bo tyle miał obowiązków. Dwóch psychiatrów musiało starczyć na cały oddział dla młodzieży! Nie zapomnę, jak wprowadzono mi nowe leki i wieczorem mnie wykręciło.

Jak to wykręciło? 

Szyja skręciła się w prawo i nie mogłam się ruszyć. Była 21, może 22. Zgłosiłam to pielęgniarkom, ale powiedziały, że około drugiej w nocy będzie lekarz na obchodzie i mam poczekać. Leżałam w łóżku spanikowana. Z poduszką na twarzy, żebym nie musiała patrzeć na światło. 

Koszmar. Ja bym chyba krzyczała.

A ja się bardzo bałam, że skończę w pasach. Po kilku godzinach lekarz przyszedł, podano mi relanium, a cztery godziny później zostałam zmuszona, żeby pójść do szkoły. Siedziałam na lekcjach w szlafroku, bo zabrakło mi sił, żeby coś innego na siebie włożyć. Miałam całkowicie rozluźnione mięśnie gałek ocznych i nic nie widziałam. To był moment, kiedy zrozumiałam, że w tym szpitalu też mi nie pomogą.

Co było dalej?

Mama znalazła ośrodek odwykowy w Toruniu. Terapia trwa minimum sześć miesięcy. Ja uciekłam po pięciu.

Dlaczego? Tam tak naprawdę nie było terapii? 

Była! Codziennie! Indywidualna i grupowa. W Toruniu bardzo dużo wolnego czasu spędzałam na szukaniu czterolistnych koniczynek, które wysyłałam mojemu chłopakowi wraz z długimi listami. W tym szarym, paskudnym świecie, który jest tak pełen cierpienia, szukałam małych, błyszczących, pojedynczych momentów szczęścia. To jest główna rzecz, którą dał mi ten ośrodek.

Miałam fantastyczną opiekunkę. Od wielu lat staram się zebrać, by napisać list i jej podziękować. W ogóle terapeuci i opiekunowie byli ogromnie zaangażowani! Nie posługiwali się metaforycznym językiem mojej mamy – jak większość psychologów ma w zwyczaju – tylko walili prosto z mostu. Poczułam się tam bezpiecznie. 

A jednak pani uciekła.

Z bardzo głupiego powodu: akurat zaczynał się Festiwal Woodstock. Wzięłam współlokatorkę i pojechałyśmy. Potem przez miesiąc imprezowałyśmy w Gdyni. Mieszkałyśmy w pustostanie.

Jak się pani tam czuła?

Fantastycznie! Spanie na dachu i oglądanie gwiazd – to było piękne. Choć była też przerażająca sytuacja, kiedy pojawił się starszy pan, właściciel lokalu, z pistoletem i pytaniem, co tu robimy. Powiedział, żebyśmy uważały, bo były tam odprawiane czarne msze. Powiedziałam mu, że przyjechałyśmy na wakacje. "Niech pan zobaczy, jak tu ładnie posprzątane". Miałyśmy materace do spania i blisko na stację benzynową, gdzie się można było umyć. 

Hipisowskie życie dawało poczucie szczęścia?

Wolności. Nie obowiązywały żadne zasady. Uwielbiałam łamać konwenanse. Na przykład zdecydowałam, że nie będę nosić stanika, ponieważ bardzo mi się nie podoba seksualizacja kobiecego ciała. Nosiłam wyzywające ubrania: krótkie spódniczki, pończochy kabaretki i bluzki ledwie zasłaniające biust. Lubiłam uprawiać seks w miejscach publicznych. Wtedy mówiłam, że jestem w pełni sobą, ale teraz wiem, że to była maska. Kolejna próba zagłuszenia tego wszystkiego, co się we mnie działo. Tak naprawdę to bardzo zazdrościłam chłopakowi – temu od sześcioletniego toksycznego związku – że ma mamę, tatę i siostry. Chciałam być częścią takiej rodziny, ale jednocześnie zachowywałam się tak, że dostałam zakaz wstępu do jego domu, więc przemykałam się do niego w nocy przez okno. Regularnie uciekałam z domu lub mama mnie z niego wyrzucała. 

To musi być tragedia dla rodzica. Część psychologów twierdzi – a pani mama jest przecież jednym z nich – że są sytuacje, kiedy nie ma innego wyjścia, jak tylko pozwolić dziecku sięgnąć dna.

Ze mną nie dało się żyć. Byłam wiecznie rozchwiana emocjonalnie. Bardzo agresywna. Sprawiałam mamie ból w naprawdę perfidny sposób. Mamy żydowskie korzenie, a ja któregoś dnia wpadłam do domu i zaczęłam rysować swastyki długopisem: a to w książce, a to na zakładce do książki. Tak, żeby je stopniowo znajdowała.

Ale chyba gorsze było to, jak ukradłam biżuterię po babci. Zabrałam mamie pamiątkę po jej matce. To jest jedna z rzeczy, do których najtrudniej się przyznać, ale kradłam od dziecka. 

Dzieciom z plecaków w szkole?

Tak. Pamiętam, jak mam sześć lat, i pamiętam w sklepie spożywczym torbę pełną cukierków. Po prostu je ukradłam, wtedy jeszcze nie sięgałam po cudze pieniądze. 

A pieniądze za biżuterię po babci na co pani przeznaczyła?

Na codzienne przetrwanie. Pomieszkiwałam wtedy u różnych ludzi, ciągle się chowałam przed policją. Lęk zastępowałam brawurą. 

Pani życie przypomina mi to, które prowadziła Jenny z "Forresta Gumpa". Pamięta pani ten film? 

Tak.

Jenny powiedziała Forrestowi: "Długo nie mogłam dojść ze sobą do ładu". Czego pani szukała w tamtym czasie?

Wewnętrznego spokoju! Ale życie z chwili na chwilę, bez myślenia o tym, co będzie, daje ulgę tylko na moment. Konsekwencje zawsze przychodzą. Jako 18-latka sama powiedziałam chłopakowi, żeby zawiózł mnie pod placówkę opiekuńczo-wychowawczą. Powiedziałam: "Jestem i się dostosuję". 

Bo?

Stwierdziłam, że na ścieżkę demoralizacji zawsze można wrócić, ale do nauki niekoniecznie. Po wyjściu z ośrodka zapisałam się do liceum dla dorosłych i zdałam maturę, a po niej zaczęłam studiować filozofię. Tuż przed ostatnim rokiem poszłam na urlop dziekański, ponieważ mój stan dość mocno się popsuł i wróciłam do leczenia psychiatrycznego: stwierdzono zaburzenie borderline i nerwicę. Będę badana w kierunku ADHD. Zapisałam się na terapię. Od wielu lat się nie samookaleczam, nie stosuję używek. Znalazłam też pracę w schronisku dla zwierząt...

Taka praca na pewno daje poczucie sensu.

Kiedy postanowiłam o siebie zawalczyć, postawiłam sobie jeden cel: chcę być dobrym człowiekiem. Wiem, że skrzywdziłam ogromnie dużo osób. 

Myślę, że najbardziej siebie. 

A teraz pomagam zwierzętom, które zostały skrzywdzone przez ludzi. Bywało, że miałam w domu dziewięć kotów. Dziś są cztery.  

Weronika ma za sobą trzy próby samobójcze, pobyt w ośrodku wychowawczym i odwykowym oraz w szpitalach psychiatrycznych (archiwum prywatne)

Kiedy patrzy pani na swoją historię jako dorosła kobieta, jak pani sądzi, co dorośli zrobili źle?

Zabrakło mi przestrzeni, przyjaźni z rodzicami. Poczucia, że mogę powiedzieć wszystko i nie zostanę za to ukarana. 

Odezwała się pani do mnie, ponieważ przeczytała pani wywiad z matką dziewczynki po próbach samobójczych. Co by pani powiedziała jej córce?

Że nie jest sama. Poznałam wiele osób z takimi historiami jak nasze. Terapia pomaga, kiedy się jej chce. To jest nauka życia ze sobą i rozumienia siebie. Paradoksalnie im bardziej buntujesz się przeciwko systemowi, tym mocniej stajesz się od niego zależna.

Bo pojawiają się kolejne ośrodki wychowawcze?

Dokładnie. Terapia to również walka, by móc samej decydować o swoim życiu. To wszystko nie jest proste: do psychiatry na NFZ jeszcze da się dostać, choć czasem są straszne kolejki, ale na terapię? Bardzo ciężko! Tak naprawdę pomoc można uzyskać tylko prywatnie. Ja mam szczęście, że moja mama jest w stanie mi ją opłacić.

Psychiatrów dziecięcych jest tak mało, a mam pewność, że problemów psychicznych wśród dzieci będzie coraz więcej, choćby z powodu tego, co się dzieje w edukacji! Albo opowiadania o "ideologii LGBT". Społeczeństwo musi akceptować, że ludzie są różni i to jest piękne, a nie tworzyć fikcyjną sztampę! Od zawsze mnie ciągnęło w kierunku szeroko pojętego feminizmu. To są dla mnie bardzo ważne rzeczy. 

Jaki ma pani dzisiaj kontakt ze swoją mamą? 

Nieidealny. Ale go mam. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.