Rozmowa
Rafał Królikowski na planie filmowym 'W jak morderstwo' (fot. Materiały prasowe)
Rafał Królikowski na planie filmowym 'W jak morderstwo' (fot. Materiały prasowe)

"W jak morderstwo" to był pana pierwszy pandemiczny plan filmowy?

Tak, to były zeszłoroczne wakacje, branża filmowa ostrożnie wracała do działania w nowej rzeczywistości. Wszyscy byliśmy ciekawi, trochę zaniepokojeni, jak to będzie wyglądało. Pojawiło się trochę nowości, które szybko stały się elementem naszej rutyny: codzienne badania, testy, maseczki. Ogromnie się wszyscy cieszyliśmy, że możemy wrócić do pracy, do grania.

Był pan stęskniony za kinem?

Nazywałem to pandemicznym głodem. Miałem prawie pół roku przerwy połączonej z dużą niepewnością. To chyba najdłuższy czas braku aktywności w mojej karierze. Żartowałem, że doświadczenie lockdownu było jak wstęp do emerytury. Nie jestem przyzwyczajony do takiego nicnierobienia. Potrzebowałem zajęcia, żeby nie zwariować. Szukałem inspiracji w literaturze, w pewnym momencie rozważałem przygotowanie monodramu. Trafiłem na tak zwane lepieje [krótki, żartobliwy wierszyk składający się z dwóch wersów: pierwszy zaczyna się od słowa: "lepiej", a drugi od "niż" – przyp. red.] Marty Maruszczak poruszające temat pandemii. Codziennie interpretowałem je na Instagramie. Powstała też grupa Aktorzy Poezją w Wirusa, w której aktorzy z całej Polski nagrywali swoje interpretacje wierszy. To mi bardzo pomogło ukierunkować gdzieś nadmiar energii.

 

Oczywiście, jak chyba każdy, oglądałem mnóstwo filmów i seriali. Pochłonąłem "Sukcesję", "Metodę Kominskiego", "Sex Education". Miałem okazję nadrobić wszystkie seriale, w których grają moi koledzy i koleżanki: "Rojst", "Chyłka", "Pod powierzchnią". Na szczęście w ubiegłym roku mieliśmy też bardzo ładną wiosnę, pogoda zachęcała do wychodzenia z domu. Wyciągnąłem z garażu po wielu latach rower i organizowałem sobie wielogodzinne wycieczki. Dopiero w pandemii odkryłem wiele pięknych zakątków Polski. Zwiedziłem Trójmiasto, Półwysep Helski, byłem też w górach. Jest gdzie ładować akumulatory, trzeba z tego korzystać.

W zawód aktora niepewność i brak stabilności są niejako wpisane. Nikt jednak nie uczy w szkole aktorskiej ani później, jak sobie radzić w sytuacji, w której pracy jest w jednej chwili bardzo dużo, a później przez wiele miesięcy nie ma jej wcale.

Aktorstwo to jest wolny zawód, bez wyznaczonych godzin pracy. Jedną z najważniejszych umiejętności jest radzenie sobie z tym brakiem równowagi, rozkładaniem sił, kiedy pracy jest dużo, i ładowaniem baterii bez wpadania w panikę, kiedy jest jej mało. Nawet gdy pracujemy na etacie w teatrze, niełatwo o powtarzalny rytm znany z innych zawodów. Sam przez 15 lat pracowałem w ten sposób w Teatrze Powszechnym. Czasami nie brałem nawet udziału w próbach albo dostawałem tylko drobne role, a bywały momenty, kiedy grałem równolegle w sześciu spektaklach. Nie wiem, jak wygląda sytuacja w szkołach aktorskich obecnie, ale uważam, że zdecydowanie powinny się pojawić zajęcia, które przygotowywałyby do tego systemu pracy.

Premiera "W jak morderstwo" odbyła się już stacjonarnie, w kinie - jak dawniej. Jakie to było doświadczenie spotkać się z publicznością po tak długiej przerwie?

Byłem w kinie dwukrotnie, odkąd je ponownie otworzono: na premierze mojego filmu i na nagrodzonym Oscarem "Na rauszu", który obejrzałem wspólnie z moją rodziną. Poczułem, że wraca normalność. Otwieramy kina, teatry w czasie, który zazwyczaj dla branży był tak zwanym sezonem ogórkowym. Spodziewam się, że sytuacja wróci do normy dopiero jesienią, kiedy chętniej szukamy rozrywek pod dachem niż w plenerze. Musimy być cierpliwi i mieć nadzieję, że będzie lepiej. Wprawdzie w ostatnim roku obejrzałem więcej filmów i seriali niż kiedykolwiek wcześniej, ale magia kinowego ekranu to jest coś zupełnie innego niż choćby najlepsze warunki do oglądania w domu. Nie ma nic lepszego niż doświadczenie wspólnego przeżywania tych samych emocji na sali kinowej, kiedy cała sala śmieje się lub przeżywa ogromne napięcie, niemalże oddycha w jednym rytmie.

Kadr z filmu 'W jak morderstwo' (fot. Materiały prasowe)

"W jak morderstwo" to komedia kryminalna, gatunek rzadko spotykany w polskim kinie. Co pana do tego filmu przyciągnęło?

Mieliśmy w ostatnich latach wysyp komedii romantycznych, które cieszyły się ogromną popularnością, a teraz widzowie są spragnieni czegoś nowego. Bardzo mi się spodobało to przełamywanie powagi humorem. Piotr Mularuk, reżyser "W jak morderstwo", inspirował się kryminałami Agathy Christie i filmami Hitchcocka. Mnie ta konwencja skojarzyła się z polskimi komediami z lat 70. jak "Poszukiwany, poszukiwana" Stanisława Barei, czy z "Czterdziestolatkiem", które były lekkie, zabawne i miały w sobie dużo ciepła. Tutaj na to ciepło pracuje też atmosfera małego miasteczka – w tym przypadku Podkowy Leśnej, gdzie rozgrywa się akcja filmu.

Kojarzy się panu z rodzinną Zduńską Wolą?

Bardzo lubię takie miejsca położone z dala od zgiełku miasta, gdzie jest dużo zieleni, wszędzie jest blisko. Mieliśmy w Zduńskiej Woli bazarek podobny do tego, na którym Magda, grana przez Annę Smołowik, robi zakupy. Wprawdzie w mniejszych miasteczkach wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, więc trudno o zachowanie anonimowości, ale za to można polegać na sąsiadach. Kiedy potrzebujesz pomocy, na pewno znajdziesz kogoś, kto chętnie ci pomoże i wybawi z opresji. Myślę, że teraz, w czasach, kiedy znowu jesteśmy wszyscy blisko siebie, nasz świat się chwilowo skurczył, takie lokalne społeczności zaczynają odżywać. Zauważyłem w trakcie pandemii wysyp grup sąsiedzkich, w których ludzie oferują sobie nawzajem pomoc. To bardzo budujące.

Pochwalił się pan ostatnio na Instagramie, że w kwietniu minęło 28 lat od pana debiutu filmowego w "Pierścionku z orłem w koronie" Andrzeja Wajdy. Rocznice skłaniają pana do refleksji?

Wiele się od tamtej pory zmieniło, miałem momenty bardzo intensywnej pracy, ale też chwile przestoju. Pracowałem przez 15 lat w teatrze, oprócz tego grałem w filmach, serialach. Dzięki mojemu zawodowi zwiedziłem pół świata, od Ameryki, przez Australię, po Afrykę.

Kadr z filmu 'W jak morderstwo' (fot. Materiały prasowe)

Zawsze miał pan dystans do pracy?

Nabrałem go chyba z czasem. W młodości bardzo marzyłem o tym, żeby zostać aktorem, ogromnie mi na tym zależało. Skończyłem liceum w 1985 roku, kilka lat po stanie wojennym, rzeczywistość nie była zbyt kolorowa. Zawód aktora wydawał mi się, chłopakowi z małego miasta, niezwykle ciekawy i pełen perspektyw. Mimo że właściwie nie wiedziałem, na czym ta praca miałaby polegać po skończeniu szkoły. (śmiech) Przez trzy kolejne lata zdawałem bezskutecznie do szkół w Łodzi, Krakowie. Ostatecznie, kiedy trochę sobie odpuściłem i nabrałem luzu, dostałem się do warszawskiej PWST. Nauczyłem się kochać mój zawód i wciąż bardzo go lubię, chociaż czasem bywa niewdzięczny. Po prostu staram się wykonywać go najlepiej, jak potrafię.

Jak będzie wyglądał pana powrót do normalności po pandemii?

Wszyscy zostaliśmy zmuszeni do zatrzymania się, przemyślenia pewnych spraw. Mieliśmy okazję wsłuchać się w siebie i swoje potrzeby. Mam taką refleksję, że moi synowie są już niemal dorośli, są coraz bardziej samodzielni i nie potrzebują mnie tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu. Mogę teraz skupić się na sobie i zastanowić, co sprawia mi frajdę. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Gazecie Wyborczej'', ''Wysokich Obcasach Extra, Polityce, na portalu Filmweb.pl. Wcześniej była redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl. Stała współpracowniczka Weekend.gazeta.pl, Vogue.pl. Prowadzi edukacyjne zajęcia filmowe dla młodzieży w ramach programu Filmoteka Szkolna. Kiedy nie pisze o kinie, zajmuje się technologią VR i AR w firmie CinematicVR.