Rozmowa
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Wywiad przed publikacją przeczytał terapeuta Ewy. Uznał, że jest krokiem w dobrą stronę.

Wyobrażam sobie, że z anoreksją jest jak z alkoholizmem – ludzie mówią: "Przestań pić", "Zacznij jeść", a człowiek tego nie potrafi. Ci, którzy te rady dają, kompletnie nie rozumieją, co się dzieje, a chora osoba coraz bardziej zapada się w swój świat.

EWA: Właśnie tak jest. Miałam swoje jedzenie nie jedzenie, wymioty, ćwiczenia kilka-kilkanaście razy dziennie i sprawdzanie wagi, a potem płacz, że jestem za gruba. Nie potrzebowałam niczego więcej. Choroba zabrała mi cały świat, kilka lat życia. Terapeuci nazywają anoreksję samobójstwem na raty. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie mój mąż, umarłabym.

Jak się zaczęła choroba? 

Trzy lata temu, po operacji kręgosłupa, wyłączyło się we mnie poczucie głodu. Dzióbałam, skubałam to jedzenie, ale go nie potrzebowałam. Zaczęłam chudnąć. 

Myślę sobie, że duża część kobiet, które będą czytały naszą rozmowę, pomyśli w tym momencie: co za rewelacyjna sytuacja!

Mnie też na początku się wydawało, że to jest super.

Ile miała pani lat?

27. Jestem bardzo nietypowym przypadkiem. Anoreksja to choroba, która dotyka najczęściej osoby w okresie adolescencji. 

A czy pani jako nastolatka marzyła o figurze modelki? 

Nie. Ja nigdy nie byłam na diecie! U mnie wszystko zawsze było normalne: nie byłam ani wysoka, ani niska, ani gruba, ani chuda, ani brzydka, ani ładna. Mój terapeuta powiedział mi, że nikt nigdy nie zachorował na anoreksję dlatego, że się naoglądał ładnych osób. 

Zanim dojdziemy do jądra tej choroby, proszę opowiedzieć, jak się rozwijała. Po operacji nie czuła pani głodu, więc pani nie jadła. 

Zgodnie z tym, co lekarze zalecili, zaczęłam ćwiczyć. Na początku pół godziny, potem już trzy, a kiedy nie ćwiczyłam, robiłam się nerwowa. Szkoda by było zaprzepaścić sukces. Szczuplejsze ciało mi się podobało. W pewnym momencie usłyszałam od znajomej: "Więcej nie chudnij, bo będziesz za szczupła".

Ile pani wtedy ważyła?

50 kilo przy wzroście 165. Wierzyłam, że w pewnym momencie powiem "dość" i przestanę chudnąć, ale ta granica bardzo szybko się przesuwała. Najpierw to było 45 kg, potem 43,6 kg.

43,6?

Wyliczyłam, że BMI spadnie wtedy poniżej 16. 

Co oznacza wygłodzenie. 

Skończyłam na 38 kg. Wtedy sobie uświadomiłam, że chyba nie wiem, gdzie jest ta moja granica. Po raz pierwszy w życiu coś zawładnęło mną do tego stopnia, że nie byłam w stanie tego kontrolować. Słyszałam od ojca: "Ewa, spróbuj jeść". W pewnym momencie już bardzo chciałam, ale nie potrafiłam. 

Czy to chudnięcie ma w sobie coś narkotycznego? Sprawia rozkosz? 

Największą rozkosz sprawiało uczucie głodu. To było coś niesamowitego! A kiedy słyszałam o sobie "kościotrup", to był na pewnym etapie choroby najwspanialszy komplement. Póki choroba kontroluje człowieka i jego życie, takie słowa są cudne! W końcu nie jestem nijaka. O ironio.

Choroba zabrała mi cały świat, kilka lat życia (fot. Shutterstock)

W jednym z dokumentów o anorektyczkach przedstawiono scenę ze szpitala psychiatrycznego: chore dziewczyny kładły się na podłodze i obrysowywano ich ciała. Kiedy patrzyły, jak maleńko miejsca te ciała zajmują, były zaskoczone. Czy faktycznie osoba chora ma w lustrze zaburzony obraz siebie? 

Nie widzi się swojego odbicia kompletnie!

Ale przecież dotyka się, swoich wystających kości.

W tej chorobie dotykanie tych kosteczek to jest najwspanialsza rzecz na świecie! Chore osoby wciąż sprawdzają, czy miednica, barki, kości na dłoniach wciąż tak fantastycznie wystają. Ale już litr wody od razu widać na wadze. Mimo że sobie tłumaczyłam: Ewa, to tylko woda, zaraz ją wysikasz, to choroba robi człowiekowi takie spustoszenie w głowie… Byłam tak odwodniona, że schodziła mi skóra. Łydki były białe. Łamały się paznokcie, cera była ziemista, miałam wory pod oczami. 

Wypadły włosy? 

Gdybym wcześniej nie miała ich bardzo dużo, to dziś pewnie miałabym placki na głowie. 

Zaburzenia menstruacji?

Nie. Wyniki krwi też były dobre. Mój terapeuta powiedział, że organizm jest silny i się broni, ale jak mu zabraknie sił, to umrę bez ostrzeżenia.

Ile lat po ślubie pani zachorowała?

Cztery. Maciek jest najwspanialszą osobą, jaką spotkałam w życiu. Bardzo go kocham. To on mi uzmysłowił, że nie muszę zasługiwać na miłość. Że ona po prostu jest.

Wyobrażam sobie, że kiedy widział panią w takim stanie, musiał pytać: "Co robię nie tak, skoro jesteś tak nieszczęśliwa?".

Miał poczucie, że uciekam od życia z nim. Że ta choroba to jest jego wina. I ja, i terapeuta długo mu tłumaczyliśmy, że przyczyną jest wyłącznie moje dzieciństwo. A niestety skutki rykoszetem trafiają w niego. Największe konsekwencje ponosił on.

Ja bym jednak powiedziała, że pani. 

Mnie w pewnym momencie było wszystko jedno. 

No tak, był moment, kiedy choroba panią zawładnęła i żyła pani tylko nią. 

Nie mogłam się tylko pogodzić z tym, że on cierpi, a ja mu nie mogę pomóc. Koszmarne uczucie.

On czuł na pewno to samo.

W pewnym momencie powiedział, że się boi, że wróci z pracy i zastanie mnie martwą. 

Chore osoby wciąż sprawdzają, czy miednica, barki, kości na dłoniach wciąż tak fantastycznie wystają (fot. Shutterstock)

Nie przekonywał, żeby pani zaczęła jeść przez wzgląd na miłość do niego?

On mnie nie szantażował. Nigdy nie powiedział: "Inaczej odejdę". To ja mówiłam, że marnuję mu życie. Że lepiej by mu było, gdyby je sobie poukładał z kimś zdrowym. On tylko raz powiedział mi coś, co mną wstrząsnęło: "Ewa. My powinniśmy dotykać gwiazd! A siedzimy na kanapie, ja patrzę na ciebie, ty w sufit i nie możemy postawić dalej kroku".

Znalazł najlepszych terapeutów i najlepszy ośrodek, ale powiedział, że poczeka, aż będę gotowa podjąć terapię. Zgodziłam się najpierw na indywidualną. W pewnym momencie usłyszałam od ówczesnego terapeuty, że on już nie jest w stanie dłużej ze mną pracować, ponieważ waga spadła tak bardzo, że to zagraża życiu i on nie może brać odpowiedzialności, że podczas terapii zemdleję, dostanę zawału i umrę. To był czas, kiedy nie miałam siły już na nic. Wstanie z kanapy i pójście do toalety było jak wyprawa na Mount Everest.

Przestała pani pracować?

Wzięłam wolne. Pracowałam tak długo, jak to tylko było możliwe. Przez pięć miesięcy jeździłam samochodem do pracy i przez osiem godzin pracowałam, ale funkcjonowałam, jak robot. Ja niczego nie pamiętam z tego czasu.

Jak to?!

Mój organizm włączał tryb awaryjny i zmuszał się do ogromnego wysiłku, ale po powrocie do domu nie byłam w stanie nic więcej zrobić. Mnie tak naprawdę wtedy nie było. Nie czułam nic. To nawet nie jest pustka. Kompletnie nic człowiek nie ma w sobie. Jakby nie istniał. 

Jakiś koszmar. Jak wtedy było z jedzeniem?

Pytałam o to męża, bo sama nie pamiętam. Mówił, że przez trzy dni jadłam, potem trzy kolejne wymiotowałam – i tak to się przeplatało.

Ale skoro pani nic nie pamięta, w jaki sposób była pani w stanie pracować? Kim pani jest z zawodu? 

Prawniczką. Pracowałam w kancelarii. Potem sprawdzono rzeczy, nad którymi pracowałam. Nie popełniłam żadnego błędu.

Nie jestem zaskoczona. Anorektyczki są przecież idealne. 

W ośrodku, w którym spotkałam więcej takich kobiet, okazało się, że  jesteśmy do siebie ogromnie podobne. Bardzo często, tak jak w moim przypadku, to perfekcjonistki, osoby bardzo wrażliwe, poukładane, ambitne, które wszystko mają zaplanowane i pod kontrolą.

Poznała je pani, bo organizm był już tak wycieńczony, że nie dała pani rady dłużej pracować. 

Kiedy koleżanka z szefową przyjechały mnie odwiedzić, płakały i błagały mnie na kolanach, żebym się leczyła. Zobaczyły mnie bez maski uśmiechu na twarzy. Jak dosłownie ciągnęłam nogę za nogą ubrana w piżamę. Wtedy byłam już po dwóch terapiach w ośrodku, ale nie przepracowałam wszystkiego. Trupy z szafy wciąż wychodziły. Nie wiedziałam, czy ja tak naprawdę chcę żyć, dopóki nie trafiłam do szpitala.

Psychiatrycznego?

Nie. Ja nigdy nie byłam w szpitalu psychiatrycznym. W styczniu tego roku trafiłam na SOR, po tym jak brzuch zrobił mi się wielki jak balon i dostałam strasznych boleści. Oblewały mnie zimne poty.

Maciek znalazł najlepszych terapeutów i najlepszy ośrodek, ale powiedział, że poczeka, aż będę gotowa podjąć terapię (fot. Shutterstock)

Co to było? 

Miałam koszmarnie opuchnięte narządy wewnętrzne. Ten obezwładniający ból brał się z tego, że one naciskały na siebie. Jelita kompletnie nie pracowały, a potas miałam tak niski, że lekarze byli w szoku, że serce w ogóle pompuje krew. Wtedy, leżąc na SOR-ze, patrzyłam na białą ścianę i byłam pewna, że umieram. I myślałam o tym, dlaczego tak się kończy moje życie. A kątem oka widziałam męża. Musiał czuć ból, strach, przerażenie, bezsilność. Może złość na całą sytuację? Nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy. Tak strasznie się bałam, co tam zobaczę.

To była ta sytuacja, przed którą przestrzegał terapeuta. Że organizm w końcu nie wytrzyma. 

Wtedy powiedział, że oszukałam przeznaczenie, ale że za miesiąc–dwa coś takiego się znowu wydarzy i drugiej takiej sytuacji już nie przeżyję. A ja wtedy w szpitalu po raz pierwszy poczułam, że anoreksja naprawdę może zabić.

I pojechała pani na trzecią terapię? 

Tak. Wtedy już byłam naprawdę gotowa.

Mówimy o ośrodku prywatnym? 

Tak. Zajmującym się stricte leczeniem osób z zaburzeniami odżywiania. 

Ile trwa terapia? 

Pięć tygodni. Ośrodek funkcjonuje trochę na zasadzie komuny. Przez 24 godziny jesteśmy pilnowane. Dwa razy w tygodniu opowiadamy o swoich przeżyciach i o tym, jak widziałyśmy zachowanie innych. Zasadą jest szczerość. Każdemu się zdarza potknięcie: zwymiotowanie, niedojedzenie, robienie pompek czy przysiadów pod prysznicem. Nie oceniamy. Pomagamy sobie.

Jedna z dziewczyn poprosiła, by ją pilnować, gdy się kąpie.

Ale po co?

Żeby nie ćwiczyła. A jak się idzie do toalety, to zawsze się liczy…

Jak to liczy?

W drzwiach nie ma zamka, siada się na toalecie, załatwia i liczy: 1, 2, 3, 4... Można śpiewać, recytować wiersze. Byle nie wymiotować. Na początku bardzo jest to krępujące, ale potem nikt już nie zwraca uwagi. O ustalonych porach się kładziemy i wstajemy. Jemy sześć posiłków wspólnie.

Zdarzało się pani przy stole płakać z bezsilności?

W ośrodku tak. Zachorowałam jako dorosła osoba. Mąż mnie nigdy nie zmuszał do posiłków, ale nastolatki, których rodzice pilnują, są mistrzyniami w ukrywaniu jedzenia. Ta choroba fantastycznie uczy kłamać. Masło można na przykład wcierać we włosy.

Jaka to jest przerażająca choroba!

Straszna! A ja od kilku dziewczyn w ośrodku słyszałam, że na oddziałach psychiatrycznych pielęgniarki do nich mówiły: "Gdybyś miała raka, tobyś zobaczyła, co to jest prawdziwa choroba".

Jedna z dziewczyn poprosiła, by ją pilnować, gdy się kąpie. Żeby nie ćwiczyła (fot. Shutterstock)

Co jeszcze opowiadały?

Że jeśli któraś w ciągu tygodnia nie przytyje na przykład dwóch kilo, to za karę musi chodzić w piżamie cały dzień albo nie może korzystać z telefonu. Dlatego jak najszybciej przybierały na wadze, byle tylko stamtąd uciec. A potem wracały do domu i robiły to samo co wcześniej. 

A jeśli nie były w stanie zmusić się do jedzenia? Wtedy stosuje się przymusowe karmienie? 

Tak. Dostawały sondę do żołądka. Jedna dziewczyna tak leżała przez dwie doby.

Psychoterapii nie ma?

Niewiele i bardzo często wspólna dla wszystkich. A pacjent z chorobą afektywną dwubiegunową nie zrozumie anorektyczki.

Wyście się rozumiały, bo – jak już pani mówiła – jesteście jednym typem. 

Bałam się terapii grupowych, ale okazało się, że to wszystko jest tak naturalne. Potrafiłyśmy poruszać wszelkie tematy. Jak się zaczyna kopać w tych historiach, wychodzą takie rzeczy…

Zawsze najbardziej się bałam, że usłyszę od którejś z dziewczyn, że była molestowana. Anoreksja bardzo często jest po prostu próbą zniknięcia. Dosłownie – fizycznie usiłuje się zniknąć ze świata.

Pani usiłowała zniknąć z tego właśnie powodu?

Tak. To był wujek. Miałam pięć czy sześć lat. Pamiętam, jak siedzimy na kanapie, za drzwiami jest impreza rodzinna i mnóstwo ludzi, a on wkłada mi ręce do majtek i nie wiem, co się dzieje później, bo to wyparłam. Nie wiem, czy takich sytuacji było więcej. To była trauma.

Po terapii spotkałam się z nim i jego żoną, byli tam też moi rodzice i mój mąż. Bałam się, czy może to wszystko tylko mi się wydawało. Ale nie. Spojrzałam na niego i miałam poczucie, że na pewno to zrobił. I że nie jestem pierwszą osobą, z którą porusza ten temat. Że nie tylko ja mu powiedziałam, że to dobrze pamiętam. Że już odbył z kimś taką rozmowę.

Czy coś powiedział? 

Kompletnie nic. Ale to nie miało znaczenia. Ja potrzebowałam spojrzeć mu w oczy i się upewnić, że mi się nie wydawało. Dzięki temu mogłam iść dalej w terapii. 

Pani rodzice też brali udział w terapii?

Tak. I twierdzili, że zrobią wszystko co w ich mocy, ale jak przychodziło co do czego, to mama wciąż była najmądrzejsza. To typ królowej dramatu, która zawsze musi mieć wroga, który na nią czyha. Przez całe życie słyszałam, że ona i tata kłócą się wyłącznie z mojego powodu. Żyłam w przeświadczeniu, że gdyby mnie nie było, wreszcie byliby szczęśliwi. (płacz)

A czy kiedy na początku naszej rozmowy mówiła pani o sobie, że nie jest ani ładna, ani brzydka, to były pani słowa czy usłyszane od mamy?

Od niej. Zawsze słyszałam: "Ty, Ewa, jesteś przeciętna". Podczas jednej z terapii przyznała, że kiedy byłam małym dzieckiem, nie potrafiła ze mną nawiązać kontaktu i czuła, że mnie krzywdzi, ale nie umiała inaczej się zachować. Od roku nie rozmawiałyśmy. Wpadała w histerię, jak to ona ma ze mną ciężko, i obarczała mnie i Maćka swoim cierpieniem. Nie byliśmy w stanie tego unieść dłużej. To napędzało moją chorobę. 

Bardzo mi przykro. Bardzo często psychologowie podkreślają, że zaburzenia psychiczne biorą się między innymi z powodu nieotrzymanej w dzieciństwie bezwarunkowej miłości…

Anorektyczki mają często narcystycznych rodziców, stąd potem ich starania o bycie idealnymi, o zasłużenie na miłość…

Bałam się terapii grupowych, ale okazało się, że to wszystko jest tak naturalne. Potrafiłyśmy poruszać wszelkie tematy (fot. Shutterstock)

Jednak brak bezwarunkowej miłości nie oznacza, że tej miłości nie było wcale. Może rodzice kochali, jak umieli? 

Tak. Z czasem zrozumiałam, że moja mama nie przekazała mi normalnej, rodzicielskiej, bezwarunkowej miłości, ponieważ sama nigdy jej nie zaznała. Nie zakładam, że do końca życia nie odezwę się do mamy, ale wiem, że ona musi się po prostu zmienić.

A czy pani chciała mieć dziecko?

Tak, ale terapia mi uświadomiła, że podświadomie bardzo się bałam, że zgotuję mu piekło.

Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy jak patrzyła pani na inne osoby w ośrodku, widziała pani, że one są chude? 

Pierwszy odruch to zawsze było: "Chryste Panie, jaka chuda!", ale po dwóch–trzech dniach ta sama osoba wydawała się już zupełnie normalna. Wie pani, w tej chorobie to jest bardzo dziwne, że z jednej strony chcemy być chude, ale też wszystkie nosimy dużo za duże ubrania, które wiszą jak na wieszakach. Żadna nie wkłada obcisłych rzeczy, by podkreślić chude uda czy brzuch. 

Dlaczego?

Nie wiem! To jest nielogiczne, ale nie chce się tej chudości pokazywać światu. 

Przy tak drastycznym wychudzeniu zanikają piersi.

Brakuje mi ich. W swoim ciele zawsze lubiłam właśnie piersi i dłonie.

Rozmawiała pani z mężem o swoim zmieniającym się wyglądzie? 

On nigdy nie powiedział, że go obrzydza. Że to ohydne. 

Nie chciałam tego sugerować!

Ja sama widziałam, że unikał patrzenia na moje ciało. Na moją nagość, kiedy się przebierałam. Nosiłam szerokie piżamy, żeby je ukryć. 

Ale przecież spaliście w jednym łóżku. Nie chciała pani, żeby mąż panią dotykał? 

Moje libido bardzo spadło. Mnie potrzebny był tylko głód. Cała reszta nie istniała. Może też podświadomie bałam się, że gdyby mnie dotknął, przeraziłby się jeszcze bardziej?

Czyli ta choroba zamieniła was, tak bardzo kochających się ludzi, w białe małżeństwo?

Tak.

Pani Ewo, a w jakim momencie życia jest pani dziś? 

Wyszłam z ośrodka, regularnie jeżdżę na terapię i słyszę, że robię duże postępy. A kiedy powiedziałam terapeucie, że napisałam do pani maila o mojej chorobie, uznał to za bardzo duży krok naprzód. 

Jestem zaszczycona, że mi pani zaufała. W mailu napisała pani między innymi, że komentarze ludzi na ulicy potrafią straszliwie ranić. 

Nie przebierają w słowach. "Widziałaś tego kościotrupa?". Słyszałam, że jestem chuderlakiem, wieszakiem, suchotnicą. Że jestem obrzydliwie chuda. Czułam w tym pogardę, że jak można być tak głupią, by zrobić sobie coś takiego. 

Dziś panią to boli?

Bardzo.

Cieszę się, że to już nie są dla pani komplementy, bo tak traktowała pani te słowa, gdy była chora. Ile pani dzisiaj waży?

Pewnie jakieś 43–44 kilo. Nie mamy wagi w domu. Terapeuta kazał wyrzucić. 

A czy wciąż boi się pani przytyć?

Bardzo. To jest rzecz, z którą nie potrafię sobie jeszcze poradzić. Ale też denerwuje mnie, że ubieram się na działach dziecięcych. Rozmiar 32 jest dla mnie za duży. Kurtka puchowa w tym rozmiarze jest wielka jak żagiel. Ostatnio na spacerze z psem bałam się, że odfrunę. 

A czy uważa pani, że jest już zdrowa?

Jeszcze nie. Natomiast czuję, że zdrowieję, i mam poczucie, że blisko do normalności.

A czy jest pani szczęśliwa?

Tak.

Cudownie! Ogromnie się cieszę.

Naprawdę tak mogę powiedzieć! Wykonałam nad sobą gigantyczną pracę.

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości i podziwiam panią. Czy dziś chciałaby pani zostać mamą? 

Tak. Teraz już się tego nie boję. Rozmawiamy o tym z Maćkiem. 

Czyli jest plan na życie. I to jaki!

Jest! Tyle jest do zrobienia! Chcę nadrobić czas, który straciłam.

Ale wie pani, że ja mam w telefonie swoje nagie zdjęcie, które zrobił mi mąż, kiedy ważyłam 38 kilo? Codziennie na nie patrzę. Żeby sobie przypomnieć, do czego nie chcę wracać.

Cudownego ma pani męża. Wiem, że są takie pytania, których nigdy mu pani nie zadała, ponieważ się boi. 

Bardzo! Czy nie żałuje, że nie odszedł? Co czuł, patrząc na mnie? Czy to była taka nienawiść, jaka wydaje mi się, że była?

Jestem pewna, że odpowiedzi brzmią: nie. 

Podziwiam go, że się nie wypisał z tego wszystkiego. On jest dla mnie herosem, bo to wszystko udźwignął.

To pani jest heroską!

Ale bez niego bym tego nie uniosła. Jestem o tym absolutnie przekonana. 

Rozmowę z Maciejem, mężem Ewy, możesz przeczytać TUTAJ

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał Tu nie ma sprawiedliwości o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.