Rozmowa
Przemawiający generał brygady Piotr Jaroszewicz w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Przemawiający generał brygady Piotr Jaroszewicz w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Czy już 10-letni Piotr Jaroszewicz wiedział, jak umrze?

Obawiał się, że spełni się przepowiednia jego przyjaciela z dzieciństwa, epileptyka, który wieszczył mu śmierć w kałuży krwi. Kolega w swojej wizji widział też cyfrę 9. Jaroszewicz do tego stopnia bał się, że proroctwo się spełni, że pewnego dnia opóźnił wylot helikoptera po polowaniu, bo w jego broni zostało 9 nabojów. I proszę sobie wyobrazić, że gdy w końcu wsiadł do maszyny, ta zaraz po starcie runęła w dół. Premier ledwie uszedł z życiem.  

Zanim porozmawiamy o ostatnim dniu jego życia, proszę powiedzieć, jak młody człowiek, który został zesłany na Sybir, mógł dołączyć do komunistów instalujących nowy system w Polsce?

Jaroszewicz dużo o tym mówi o wywiadzie "Przerywam milczenie". Mimo ogromu nieszczęścia, jakiego doznał od radzieckich towarzyszy, uważał, że sojusz z Armią Czerwoną to jedyna szansa dla Polski, żeby się przeciwstawić Hitlerowi. A później kraj był okupowany przez ZSRR, władza została odgórnie narzucona… Zresztą Jaroszewicz zawsze miał lewicowe poglądy i przede wszystkim był pragmatykiem.

Zwraca pani uwagę, że bardzo szybko awansował. Wojnę kończył jako generał, co nie udało się nawet Wojciechowi Jaruzelskiemu. Jaroszewicz był rosyjskim agentem?

W tej kwestii wierzę historykom z Wojskowego Instytutu Historycznego. Jeśli oni mówią, że nie był, to przyjmuję, że nie był. A przynajmniej, że na dziś nie ma na to przekonujących dowodów. On sam zawsze kategorycznie zaprzeczał.

A jego żona?

Na ten temat też nic pewnego nie wiadomo.

W stanie wojennym został internowany. Dlaczego?

Uważał, że to zemsta ekipy Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kani, bo przeciwstawiał się ich polityce i próbował wyjaśniać afery finansowe, w których uczestniczyły służby specjalne PRL, takie jak "Żelazo", "Zalew", afera prowizyjna.

Jaroszewicz podczas I Krajowej Konferencji Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ta pierwsza polegała na prowadzeniu działalności przestępczej. Przestępcy, których Służba Bezpieczeństwa zwerbowała do współpracy, kradli złoto, które potem można było odkupić w tajnym sklepiku w siedzibie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Afera "Zalew" z kolei ujawniła, że funkcjonariusze nielegalnie przemycali dewizy, złoto, biżuterię, które potem trafiały do rąk prywatnych.

Jaroszewicz sądził wręcz, że jeden z jego ministrów, Jerzy Olszewski, stracił przez to życie. Dużo o tym piszę w książce.

Miał żal do byłych kolegów?

Ogromny. Czuł, że ekipa Jaruzelskiego poświęca go dla własnych interesów. Że chce na niego zrzucić odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia lat 70. Miał poczucie wielkiej niesprawiedliwości. I – co okazało się dla niego tragiczne w skutkach – miał zamiar o tym głośno mówić. 

Tuż po Okrągłym Stole wydał wspomnianą już przez panią książkę "Przerywam milczenie", w której opisuje kulisy władzy PRL-u. Pracował nad dziennikami. Czy wiadomo, co miało się w nich znaleźć?

Miał w nich opisać fakty kompromitujące dla ekipy rządzącej w latach 80., przede wszystkim dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Chciał też ujawnić osoby, które w tak zwanej wolnej Polsce były u władzy, a wcześniej współpracowały ze Służbą Bezpieczeństwa i brały za to pieniądze. Opowiadał o tym wielu osobom.

Jest 1 września 1992 roku. Co wydarzyło się w willi Jaroszewiczów w Aninie?

Tego do dziś nie wiadomo. Błędy śledczych, a być może celowe zaniedbania doprowadziły do tego, że zbrodnia wciąż jest niewyjaśniona. Jedyne, co wiadomo na pewno, to to, że Piotr Jaroszewicz został uduszony, a Alicja Solska zastrzelona. Natomiast kto to zrobił i dlaczego, to ciągle jest zagadka, której na pewno nie wyjaśniło ostatnie śledztwo. 

Jaroszewicz był torturowany? Co mu zrobili napastnicy?

Nie dostałam wglądu do sekcji zwłok, ale na pewno były premier miał głęboką, krwawiącą ranę na głowie zadaną ostrym przedmiotem i był brutalnie duszony. Sprawcy zacisnęli na jego szyi skórzany pasek od broni przymocowany do góralskiej ciupagi, a następnie skręcali tę ciupagę, powodując, że pasek wrzynał się w szyję, pozbawiając go tlenu. Zaraz po zabójstwie media pisały także o tym, że miał wkręcany w żebra korkociąg, a nawet, że sprawcy próbowali mu wyrwać język.

Alicja Solska (fot. Domena publiczna) , Piotr Jaroszewicz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Co zginęło z domu podczas napaści na małżeństwo Jaroszewiczów?

Dwa stare pistolety, podobno też zegarek pani Solskiej, książki i trochę gotówki, ale co do tego nie ma pewności. Niewiele jak na zabójstwo na tle rabunkowym, prawda? Szczególnie że w sejfie, który ponoć oskarżeni przeszukiwali, zostały cenne kamienie – prawdopodobnie brylanty – i złota biżuteria.

Do sprawy wrócono kilka lat temu, ponieważ do zabójstwa przyznał się podczas składania zeznań w innym śledztwie jeden z przestępców, pospolitych złodziei.

Akt oskarżenia oparty jest głównie na przyznaniu się dwóch osób do winy. To przyznanie się właśnie wycofują. Przed Sądem Okręgowym w Warszawie dzieją się nieprawdopodobne sceny, opisuję je w książce. To jest niewiarygodne, że sądzi się przez długie lata ludzi, którzy – widać to na pierwszy rzut oka – nie mówią prawdy. Kręcą, zaprzeczają sami sobie, zmieniają po kilka razy wyjaśnienia na tej samej rozprawie. Jak to się stało, że ktoś im w ogóle uwierzył? 

Pytań jest więcej. Choćby co łączy śmierć Piotra Jaroszewicza z zabójstwem gen. Jerzego Fonkowicza? Generał został zamordowany w 1997 roku w swoim domu. Sprawców do dzisiaj nie znaleziono.

Być może obaj posiadali jakieś kompromitujące dla ważnych ludzi materiały. A może Fonkowicz przechowywał archiwalia Jaroszewicza? Trudno powiedzieć, ale mam wrażenie, że te dwa zabójstwa mają wiele cech wspólnych.

W czasie wojny gen. Fonkowicz był agentem NKWD, niektórzy twierdzą, że później odpowiedzialny był za tak zwany system matrioszek w Polsce – radzieckich szpiegów udających Polaków. Przyjaźnił się z Jaroszewiczem, podobno był jednym z jego ostatnich gości. Zginął pięć lat po byłym premierze, również brutalnie torturowany.

Jaroszewicz i Fonkowicz mieli odkryć hitlerowskie archiwum ukryte w pałacu w Radomierzycach. Jak się później okazało, autor tej hipotezy, badacz służb specjalnych Henryk Piecuch, ją zmyślił, do czego zresztą sam się przyznał. Moim zdaniem to była celowa dezinformacja, żeby odwrócić uwagę od prawdziwego motywu zabójstwa.

Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz i Alicja Solska w grudniu 1990 roku w Warszawie (fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta)

Młodszy syn premiera ukrywał zabójstwo przed rodziną? To on znalazł zwłoki rodziców.

Trudno powiedzieć, nie znam wersji Jana Jaroszewicza, ponieważ nie odpowiedział na moją prośbę o rozmowę. Podobno – a wiem to z relacji Andrzeja, jego przybranego brata – po odkryciu zabójstwa wszystkim dookoła mówił, że nic się nie stało. Jego zachowanie po morderstwie rzeczywiście było dziwne. Ale może był w szoku?

Mnie bardziej dziwi sprawa pudła z dowodami, wśród których były ślady daktyloskopijne zabezpieczone na miejscu zabójstwa i zakrwawione ubrania Jaroszewiczów. To pudło rzekomo Jan miał dostać z sądu w 2010 roku. Tymczasem sąd twierdzi, że żadnego pudła mu wtedy nie wydawał. Kiedy w takim razie Jan Jaroszewicz je dostał? Dlaczego go od razu nie ujawnił? I jak to się stało, że dowody rzeczowe zabezpieczone w sprawie znalazły się w tekturowym pudle po maszynie do pisania, które oddano rodzinie? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi. 

Pani książka to akt oskarżenia wobec policji, która albo zacierała ślady na miejscu zbrodni, albo gubiła dowody, albo przedłużała śledztwo. Skąd ta opieszałość funkcjonariuszy?

Nie sądzę, żeby zaniedbania w tej sprawie były przypadkowe. W ważnych sprawach zabójstw polityków, nawet już nieaktywnych, ale posiadających cenną wiedzę i materiały, nic się nie dzieje przypadkowo.

Policjanci nie zabezpieczyli miejsca przestępstwa, w związku z czym przez willę przewalały się tłumy "oglądaczy". Zostawiali swoje odciski palców, ślady butów, a nawet niedopałki papierosów. Nie zbadano wszystkich śladów, przede wszystkim biologicznych, nie przepytano porządnie sąsiadów, nie sfilmowano wszystkich pomieszczeń w willi. A przede wszystkim nie wyjaśniono kwestii trzech osób – dwóch mężczyzn i kobiety, którzy mieli wychodzić 1 września 1992 roku przed południem z domu Jaroszewiczów. Przypomnę, że wtedy premier i jego żona już nie żyli, ale zbrodnia jeszcze nie była ujawniona. Kim ci ludzie byli? Co tam robili? Tego do dziś nie wiemy.

Czym ta sprawa jest dla obecnego ministra sprawiedliwości?

O to proszę zapytać jego.

A jaki jest związek między zabójstwem premiera a śmiercią Jarosława Ziętary?

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara został porwany sprzed swojej kamienicy tego samego dnia, kiedy został zamordowany były premier – 1 września 1992 roku – a następnie brutalnie zabity. Jest kilku świadków, którzy twierdzą, że te dwie sprawy mają wiele wspólnego. Przede wszystkim ma je łączyć osoba bezpośredniego wykonawcy obu zbrodni. Piszę o tym w książce. Uważam, że prokuratura powinna jeszcze raz przesłuchać świadków w procesie Ziętary i porządnie wyjaśnić ten wątek.

Dlaczego postanowiła pani zająć się śmiercią Jaroszewiczów?

Bo nie wierzę w przedstawiany przez ministra sprawiedliwości i prokuraturę motyw rabunkowy tego zabójstwa. Został zamordowany były premier – tę sprawę trzeba wyjaśnić. Podobnie jak zabójstwo gen. Marka Papały. Zrzucenie odpowiedzialności na trzech karateków z Radomia nie rozwiązuje problemu, podobnie jak nie rozwiązało problemu oskarżenie o zabójstwo Papały złodziei samochodów.  

Co nowego udało się pani odkryć?

Oprócz powiązania ze sprawą Jarosława Ziętary bardzo ciekawa i niewyjaśniona jest kwestia wizyty gdańskiej dziennikarki Barbary Jakubiec w domu byłego premiera. Podobno Jakubiec miała go odwiedzić 1 września 1992 roku, nagrać na taśmę filmową jakieś kompromitujące archiwalne materiały, które posiadał Jaroszewicz, i przeprowadzić z nim na ich temat wywiad. Potem te materiały miała wywieźć za granicę albo ukryć w sejfie i ujawnić dopiero po śmierci premiera. Jeśli zabójcy nie chcieli do tego dopuścić, mieli na to tylko jedną noc – z 31 sierpnia na 1 września – bo do końca sierpnia u Jaroszewiczów przebywała córka Solskiej z pierwszego małżeństwa, Hanna, z dziećmi. I Jaroszewiczowie zostali zamordowani właśnie w tę noc. Czy dziennikarka przyjechała do nich 1 września? Tego nie wiemy, a ona sama z nikim nie chce rozmawiać. 

Co śmierć Jaroszewiczów mówi nam o początkach III RP?

Że były to czasy, kiedy instytucje państwa nie funkcjonowały. Służby specjalne wywodzące się z poprzedniego ustroju pod zmienioną nazwą hasały bez ograniczeń. Robiły interesy z przestępcami, nie tylko polskimi, zakładały firmy, które drenowały państwowy majątek. Przestępczość kwitła. W tak zwanej wolnej Polsce najwięcej do powiedzenia mieli ludzie z poprzedniego ustroju, którzy za wszelką cenę chcieli się dobrze ustawić w nowej rzeczywistości. I to im się udało.

Książka "Człowiek, który wiedział za dużo" Moniki Góry do kupienia w Publio

Monika Góra. Reporterka, scenarzystka, absolwentka dziennikarstwa na UJ. Współpracowała z "Dużym Formatem", magazynem "Gazety Wyborczej", w którym opublikowała serię reportaży na temat zabójstwa Iwony Cygan. Jest autorką "Miasteczka zbrodni. Dlaczego zginęła Iwona Cygan?". Reportaż o śmierci Jaroszewiczów opublikowało Wydawnictwo W.A.B. 

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.